Ryszard Rynkowski
Viva! nr 12/2012 z dnia 6 czerwca 2012 r.
Szczere wyznania

Ryszard Rynkowski - A Ty przy mnie bądź

Po śmierci żony mówił, że już nigdy nie powie żadnej kobiecie „kocham cię”. Wszystko zmieniło się, kiedy poznał młodszą o 22 lata Edytę.

– Człowiek orkiestra. Śpiewa, gra na instrumentach, sam komponuje muzykę. Nie widać, żeby się Panu to znudziło.
Ryszard Rynkowski:
Szybuję, dopóki wystarczy skrzydeł. Daję koncerty. Ludzie przychodzą, wzruszają się, więc chyba jestem im potrzebny.

– Co najbardziej porywa publiczność?
Ryszard Rynkowski:
Kiedyś „Bananowy song”. Jak śpiewałem go z grupą VOX w latach 70., na widowni był szał. Teraz: „Za młodzi, za starzy”, „Szczęśliwej drogi już czas”, „Wypijmy za błędy”, „Zwierzenia Ryśka, czyli jedzie pociąg” – piosenka, której nie puszczano w radiu, a sama rozeszła się po narodzie. Ostatnio jednej z radiostacji bardzo spodobały się „Dziewczyny lubią brąz”.

– Nieźle zamieszał Pan w programie „Bitwa na głosy”, niespodziewanie zajmując drugie miejsce. Wielki sukces.
Ryszard Rynkowski:
Sukces był zasługą fantastycznego chóru z Elbląga, którym miałem przyjemność kierować. Nie dawano mi jednak wielkich szans. Stawiano na Edytę Górniak, Natalię Kukulską, siostry Przybysz. Miałem utrzymać się w trzech, góra czterech odcinkach. Doszedłem do dziewięciu!

– Zawsze trzyma się Pan z boku, unika mediów i kamer. Myślałam, że nie lubi Pan telewizyjnych show.
Ryszard Rynkowski:
Bo nie lubię. Nie dlatego, że nie cenię utalentowanych ludzi, których w Polsce jest wielu, tylko dlatego, że te programy nic im nie dają. Tych ludzi wyciąga się z ciemności, stawia w świetle jupiterów, robi z nich gwiazdy. A po chwili zapomina, że ktoś taki istniał. Więc przekonań nie zmienię.

– Twardziel z Pana!
Ryszard Rynkowski:
Skądże! To media dorobiły mi gębę twardego faceta. Udzieliłem trochę wywiadów, ale najczęściej pisano o mnie w trzeciej osobie. Zanim poznałem obecną żonę i wzięliśmy ślub, najbardziej interesowało je, czy z kimś sypiam, czy nie, czy byłem w izbie wytrzeźwień, gdzie rzekomo miałem spędzić dwa dni. Słyszała pani, żeby kogoś tak długo tam trzymano? Ja nie.  Zawsze czekałem, że ktoś zechce ze mną pogadać o rzeczywistości, którą oglądam, jak jeżdżę po Polsce.

– I jaką Polskę widzi Rynkowski?
Ryszard Rynkowski:
Biedną, zapyziałą, bo tak jest na prowincji. Przypomina mi się dowcip, jak po latach spotkało się dwóch kolegów ze szkoły. „Co u ciebie?”, pyta jeden. A drugi: „Mam kłopot. Córka maturę robi i jak ją zda, chce dostać jaguara. A już zamówiłem mercedesa. Żona też cały czas marudzi. A co u ciebie?”. „No wiesz, ja od czterech dni nic nie jadłem”. Na to pierwszy: „No co ty, stary, nie możesz tak dalej żyć, musisz jeść”. Czasami więc postrzeganie świata z pozycji dużego miasta jest inne niż ze wsi czy miasteczka, gdzie jedyną rozrywką jest Święto Strażaka.

– Mówi się, że jak ktoś prosi o pomoc, to Rysiu mięknie. Udało się już zebrać pieniądze na kościół w Brodnicy?
Ryszard Rynkowski:
Budowa trwa już ósmy rok, ale ja nie zbieram na nią pieniędzy. Kościół pod wezwaniem Jezusa Miłosiernego już stoi, ma ławki i piękne wnętrze – jestem tylko twarzą tej akcji. Przyjechał kiedyś do mnie proboszcz Wiesław z Brodnicy, Kaszub, człowiek praktyczny. Zapytał, czy mógłbym go wspomóc i zaśpiewać na pikniku integracyjnym, bo budowa kościoła nie wszystkim się podoba. Zgodziłem się, tydzień później dostałem kilka listów z pogróżkami, że będzie to koniec mojej kariery. Polskie piekiełko! Ale w takich przypadkach moja wrażliwość się kończy, a zaczyna zadziorność. Ruszyłem na festyn. Przyszło osiem tysięcy ludzi, powiedziałem im, że budują coś, co będzie stało na wieki. Na koniec zaśpiewałem: „Wznieś serce nad zło” i chyba tym ich ująłem.

– Miał Pan szczęście widzieć się z Janem Pawłem II w Rzymie w dniu jego ostatnich imienin. Udało się porozmawiać?
Ryszard Rynkowski:
Udaliśmy się do Watykanu z brodnicką parafią, aby poświęcić obraz Jezusa Miłosiernego. Mogłem podejść blisko, ale już papież słabo mówił. Zostałem jednak zapowiedziany przez arcybiskupa Gocłowskiego, z którym znaliśmy się wcześniej, i słyszałem, co o mnie powiedział.

– Co takiego?
Ryszard Rynkowski:
Nieważne (śmiech).

– Wiem, że kiedyś prezydent Lech Kaczyński powiedział, że najbardziej z pańskich piosenek lubi „Czas”.
Ryszard Rynkowski:
I zacytował słowa, co mnie zaskoczyło. To było w 2005 roku podczas nagrania koncertu wigilijnego. Posadzono mnie przy fortepianie, miałem zaśpiewać „Bóg się rodzi”. Wtedy podeszła do mnie para prezydencka i prezydent Kaczyński powiedział ściszonym głosem: „A mnie najbardziej się podobał »Czas«”. I zacytował: „Czas, twe ostatnie pytanie: Więc to już? Tylko tyle dał czas”. Dzisiaj te słowa nabrały nowego znaczenia. Pierwszego maja tym tupolewem miałem polecieć z nim do Chicago na spotkanie z Polonią amerykańską. Wcześniej jednak był Smoleńsk… Ale został mi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany przez prezydenta, z legitymacją, którą podpisał, co dla mnie ma wymiar historyczny. Krzyż otrzymałem dopiero po roku, za to w doborowym towarzystwie, bo jako jedyny przedstawiciel kultury znalazłem się wśród odznaczanych za walkę z komuną.

– Czy to z domu rodzinnego wyniósł Pan patriotyzm?
Ryszard Rynkowski:
Wie pani, ojciec zawsze mi mówił: „Zanim coś zrobisz, zastanów się, czy komuś nie sprawiasz przykrości. Nie myśl o sobie, pomyśl o innych”. Wytłumaczył mi, na czym polega uczciwość. I jeśli się to wie, patriotyzm nie jest pustym hasłem.

– Po kim odziedziczył Pan wrażliwość muzyczną?
Ryszard Rynkowski:
W mamy rodzinie dużo było samorodnych talentów muzycznych. Pradziadek był organistą w kościele niedaleko Brodnicy, ale w 1920, podczas wycofywania się armii bolszewickiej, został zgarnięty z ulicy i ślad po nim zaginął. Wszystkie jego dzieci, a zostawił ich sporo, albo śpiewały w chórach, albo grały na różnych instrumentach. Ja, nim skończyłem pięć lat, umiałem już grać na pianinie. Jako dzieciak grałam na organach kolędy w kościele. Pamiętam, że ojciec chciał się pochwalić mną przed rodziną. A ponieważ pianino trudno było schować do samochodu, kupił mi akordeon. Z bólem, ale na nim grałem. Czasem od wujów dostawałem za to 10 złotych, od wuja Czesława nawet 20. Można było za to mieć pięć wizyt w kinie! Budżet potrafiłem też podreperować, udeptując kapustę. Na zimę ojciec z wujem Bolkiem robili bekę kiszonej kapusty, do której ugniatania świetnie się nadawałem, bo byłem niski – mieściłem się między stropem piwnicy a beczką.

– Ale na muzyka namaścił Pana Niemen, przyznając nagrodę na Festiwalu Kultury Studentów Polskich w 1972 roku.   
Ryszard Rynkowski:
Ten festiwal rzeczywiście był wirem w rzece. Zawsze mówię, że nie ma rzeczy przypadkowych. Nawet przykre zdarzenia, jak śmierć bliskiego człowieka, choroba, mają głębszy sens. To wyróżnienie z rąk Niemena, przewodniczącego jury, zmieniło moje życie. Nie wiem, jak by się ono potoczyło, gdyby spełniły się moje marzenia związane ze studiowaniem architektury wnętrz w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Może byłbym dziś kiepskim plastykiem, bo oblałem z rysunku.

– Niespokojny z Pana duch. Prowadził Pan kabaret, chciał być aktorem.
Ryszard Rynkowski:
Aktorem nigdy! Ktoś tak napisał w Wikipedii i zostało. Zagrałem kiedyś drugoplanową rolę, do czego zmusił mnie Julek Machulski. Ale nigdy nie przepadałem za kamerą i fotografią, wręcz nie lubiłem oglądać swojej podobizny. Uważałem siebie za mało atrakcyjnego faceta. Proponowano mi sesje zdjęciowe, ale zawsze byłem otoczony kolegami z VOX. Później, jak zostałem solistą, różni fotografowie chcieli mi robić zdjęcia. Nawet sam Marek Karewicz, który powiedział: „Stary, nie ma złych obiektów, są tylko źli fotografowie”. Zmarnował tylko cztery szpulki filmów (śmiech).

– Narzeka Pan na wygląd. Co te baby w Panu widzą? Jak śpiewał Pan z Andrzejem Zauchą „Ach, te baby”, szalały.
Ryszard Rynkowski:
Może robiłem wrażenie faceta odpornego na kobiece wdzięki, więc były mnie ciekawe. Zawsze swoje życie dzieliłem na dwa plany: jeden to był koncert. Wiedziałem, że rządzę na scenie. Umiałem złapać publiczność za serce. A po koncercie wolałem siedzieć w domu. Wejście do restauracji czy pubu, gdzie każdy mnie rozpoznawał, a ja nikogo, powodowało u mnie spięcia. Nie wiedziałam, jak się zachować. Taki jestem trochę dzikus.

– Ale wkurza się Pan, jak piszą, że Rynkowski jest ponurakiem!
Ryszard Rynkowski:
Wkurzam, bo kto dobrze mnie zna, to wie, że jestem zupełnie innym człowiekiem. W Brodnicy też tak o mnie myśleli, że Rynkowski to napuszony gość z Warszawy, który zadziera nosa.

– Pan znowu z tą Brodnicą!
Ryszard Rynkowski:
Uwielbiam ją, dlatego tam mieszkam, a dokładnie po sąsiedzku, w Zbicznie. Mój dom stoi na skarpie, w dole jest jezioro, czasem więc wyciągam łódkę, żeby pożeglować. Moja mama jest z Brodnicy, gdzie przywoziła mnie od kołyski na każde wakacje. Sprowadziłem tam z Elbląga rodziców, żeby mieć ich blisko. Ojciec już od nas odszedł, ale mama skończyła 90 lat i świetnie czuje się na starych śmieciach. Znajomi dziwili się, jak można rzucić warszawkę dla prowincji. I wie pani co, po pięciu latach ludzie w Brodnicy mnie zaakceptowali.

–  Nie męczą Pana o autografy?
Ryszard Rynkowski:
Nie męczą, bo wszyscy już mają (śmiech). Jak jadę samochodem, to słyszę: „Cześć, Rysiu, jak leci?”. Po koncercie pędzę do domu, bo żona nie położy się spać, dopóki nie przyjadę. Potrafi czekać do czwartej nad ranem.

– Długo trzymał Pan swój związek z Edytą w tajemnicy przed światem.
Ryszard Rynkowski:
Nie chciałem o nim mówić przed podjęciem ostatecznej decyzji. Mieliśmy z Edytą wątpliwości, bo różnica wieku między nami wynosi 22 lata.

– To była jakaś iskra, olśnienie, kiedy ją Pan zobaczył?
Ryszard Rynkowski:
To była strzała wbita głęboko. Pamiętam, jak umówiliśmy się na pierwszą randkę. Zapytałem, gdzie
chciałaby pojechać. Ona, że do Krakowa. Dla mnie to była groza, bo Edyta wyglądała jak wspaniała dziewczyna. A obok niej szedł taki stary z brzuchem. Trzymaliśmy się z metr od siebie. Nie dlatego, że się jej wstydziłem, tylko że była taka atrakcyjna w stosunku do mnie. Modliłem się, żeby nikt ze znajomych nas nie zobaczył. I oczywiście, że zobaczył.

– Rodzina Edyty nie była zaskoczona, że wybrała sobie tak starego kawalera?
Ryszard Rynkowski:
Na początku Edyta też ukrywała naszą znajomość. Rodzice w Tychach nie wiedzieli, z kim ich córka jeździ w góry. Babcia się dziwiła, dlaczego wnuczka zakłada na te wyprawy buty na wysokim obcasie. A my jechaliśmy do Bielska-Białej rozerwać się. Ślub wzięliśmy w kaplicy zamkowej na Szczytniku, w Górach Stołowych.

– Dlaczego właśnie tam?
Ryszard Rynkowski:
W tamtejszym domu zakonnym był mój przyjaciel, misjonarz Janusz Jezusek. On zaproponował tam ślub, a Jezuskowi się nie odmawia.

– Tak jak nie odmawia się ukochanej kobiecie piosenki. Na płycie „Zachwyt” jest utwór „Wystarczy być”. To dla niej?
Ryszard Rynkowski:
Melodię wygwizdałem Jackowi Cyganowi na sycylijskiej plaży jeszcze przed naszym ślubem. I Jacek napisał: „Zanim jesień ozłoci liście, zapomnisz mnie”. Edyta podniosła alarm: „Co to za czarnowidztwo?”. Powstała więc nowa wersja: „Aby życie miało smak, wystarczy być. Nieuchwytnie pieścić czas, wystarczy być. Niech sobie pędzi wielki świat, wypada z szyn. Niech gdzie indziej wyścig trwa, a ty przy mnie bądź, tylko bądź, bo wiesz, wystarczy być”.

– Jacek Cygan napisał też o Panu: „Czasem przystojny, czasem niesforny”. Trochę z Pana raptus, więc delikatnej dziewczynie nie zawsze z Panem łatwo?
Ryszard Rynkowski:
Nie jestem awanturnikiem. Nie cierpię tylko wmawiania mi kłamstwa, wrabiania w coś, czego nie zrobiłem. Oczywiście, mam swoje grzeszki. Gdybym nie grzeszył, nie byłbym człowiekiem. Ale przez 60 lat, może z jednym wyjątkiem, nie miałem sytuacji, żebym nie mógł potem spojrzeć sobie w oczy w lustrze.

– Ale jak paparazzi zrobił Panu zdjęcie pod sklepem, kiedy kupował Pan skrzynkę piwa, to Panem zatrzęsło?
Ryszard Rynkowski:
Jestem łatwym celem dla fotografów. Można mnie spotkać w Brodnicy w „samie”, jak noszę siaty, bo robię zakupy dla rodziny i mamy. Proszę bardzo – można mi strzelać foty. Tylko że nie chodziło o tę skrzynkę z piwem. Fotograf chciał namierzyć Edytę w ciąży.

– Jak się miewa mały Rysio?
Ryszard Rynkowski:
Znakomicie, skończył trzy i pół roku i chętnie chodzi do przedszkola. Jest wspaniałym chłopakiem, który odziedziczył urodę po mojej żonie – ciemne, duże oczy i dużo kręconych włosów. Cieszy mnie to, bo w mojej rodzinie żaden facet nie miał włosów. Po Edycie syn ma też wrażliwość. A po mnie? Może muzykalność i nadruchliwość. Zanim zaczął chodzić, potrafił obsługiwać pilota od telewizora, nastawiać płyty CD. Jak chce zrobić Edycie przyjemność, puszcza piosenkę przedszkolaków „Moja mama jest kochana” i patrzy jej prosto w oczy. Jest w nim trochę z podrywacza. Naprawdę nie wiem, po kim.

– Byliście już w świętym mieście Lourdes, żeby podziękować za syna?
Ryszard Rynkowski:
Byliśmy. Po ślubie myślałem, że nie zdecydujemy się na dzieci. Widziałem jednak, że Edyta pragnie dziecka. Podjęliśmy kilkanaście, kilkadziesiąt prób i nie było efektu. Pomyśleliśmy, że pewnie tak ma być, kupiliśmy sobie nawet drugiego pieska yorka. Ale pojechaliśmy do Lourdes, do znajomych, i tam zanocowaliśmy. To był ten raz i następnego dnia Edycie kawa już tak nie smakowała jak wcześniej. Czy był to dar od Matki Boskiej? Dla nas tak, ale niech każdy myśli, co chce. Niewątpliwie Rysio począł się w Lourdes.

– Na płycie „Zachwyt” jest też smutna piosenka: „Pytasz mnie o to, jak żyć? Tak, byś w oczy sobie spojrzeć mógł. A gdy będziesz miał kiedyś tyle lat co ja, kochaj ciszę, bo… będę w niej”.
Ryszard Rynkowski:
To dla Rysia, kiedy już będzie coś rozumiał. Tam są proste, ale ważne wskazówki, jak żyć, by wierzyć w miłość i w to, że świat może być lepszy. Ale wcześniej będę musiał mu opowiedzieć, dlaczego jego siostra jest 30 lat starsza od niego, że miałem inną żonę, dlaczego jestem taki stary i dlaczego tak bardzo się zakochałem w jego matce. Natomiast całą resztę Rysiu sobie wypełni, podobnie jak ja, kiedy byłem młody.

– To może nie powinien się Pan tak martwić o syna?
Ryszard Rynkowski:
Jeśli pójdę drogą swojej mamy i będę pełnosprawnym człowiekiem o otwartym umyśle, mając 90 lat, to jestem spokojny o jego przyszłość. Rysiu będzie już dojrzałym facetem, a ja będę mógł odejść.

– Myśli Pan o ostatecznym odejściu?  
Ryszard Rynkowski:
Wiem, że wszystko przemija. Któregoś dnia zawieszę muzykę na kołku i będę czekał, co przyniesie czas.  

– Kiedy Hania, Pana pierwsza żona, umierała na raka, wierzył Pan jednak, że to jeszcze nie jest koniec, że warto walczyć. I się nie poddał.
Ryszard Rynkowski:
Tak, ale męczyło mnie to strasznie, że prawdę o jej chorobie muszę trzymać w tajemnicy przed całą rodziną, o co prosił lekarz. Im bliżej było końca, tym bardziej zbliżaliśmy się, jakby Hania chciała we mnie wejść. Kiedy przychodziła pielęgniarka w czymś pomóc, to żona zaraz mówiła: „Nie trzeba, mąż to zrobi”. Po przerzutach na kręgosłup nie miała już siły walczyć. Mówiąc o tym, zawsze się wzruszam. Najbardziej zabolało mnie, jak pożyczałem wózek dla Hani, bo nie mogła już chodzić. Nie była wątłą, małą osobą, ani też grubą, ale dość wysoką. Chciałem za wózek zapłacić, a pielęgniarka: „Panie Ryszardzie, za dwa tygodnie i tak nam pan odda”. Może nie pomyślała, co mówi. Ryczałem w samochodzie. Ale w domu musiałem otrzeć łzy i być radosny. Nie wiem, czy to udawanie ona czuła, bo była bardzo inteligentną osobą, czy sama też udawała. Grałem przed nią, a ona mogła grać przede mną.

– Potem zdawał Pan test z ojcostwa?
Ryszard Rynkowski:
Marta była już nastolatką. Na szczęście okazała się samodzielną osobą. Bywało jednak, że przychodziła do mnie z problemem, a ja mówiłem: „Nie wiem, nie znam się na tym”. I było mi łyso. W 18. urodziny zapytała: „Puściłbyś mnie na tydzień do Nowego Jorku?”. Pojechałem na cmentarz na Bródnie i spytałem Hanię: „Powiedz, co mam z tym zrobić, zgodzić się czy nie?”. Tak się składa, że wszystkie najważniejsze kobiety w moim życiu – Marta, Hania i Edyta – urodziły się pod znakiem Barana. Mówię więc, że jestem otoczony przez kochane Barany. Sam jestem Wagą, tak jak mój syn. Na szczęście wykazał się taktem i przyszedł na świat pół roku wcześniej niż Jaś, starszy syn Marty, dla którego jest wujem.

– A córka zaakceptowała Pana nowy związek?
Ryszard Rynkowski:
Myślę, że tak. Na naszym weselu świetnie się bawiła. Zresztą niedługo potem wyszła za Kamila, swojego mężczyznę. Mamy teraz inne relacje niż kiedyś. Gadamy głównie o dzieciach. Ona zamartwia się jednym z synów, który psoci, radzi się psychologa. Ja: „Marta, daj spokój. Czy ty wiesz, jaki ja byłem w dzieciństwie?”. To są rozmowy opiekuna z opiekunką, a nie ojca z córką. Moje życie i Edyty podporządkowane jest teraz Rysiowi, trzeba dać mu mleczko, zmienić majty. Ale obserwowanie, jak kombinuje, a trzylatek potrafi nieźle ściemniać, jest niesamowite. To są piękne rzeczy, warte zaryzykowania tego, żeby raz jeszcze być ojcem.

– Małżeństwo z Edytą Pana odmieniło?
Ryszard Rynkowski:
Jestem spokojniejszy, wiele rzeczy robimy wspólnie. Między innymi kupiliśmy lokal, w którym powstało centrum rehabilitacji, aby żona miała zabezpieczenie na przyszłość. Ale ani ja tam nie masuję, ani ona, jak pisali w gazetach, tylko wynajmujemy. Ostatnie miesiące, kiedy brałem udział w „Bitwie na głosy”, były cudowne. Żona stała przy mnie i włączyła się w walkę jak lwica, co sobota siedziała na widowni. Byłem tym zbudowany.

– A co dalej, Maestro?
Ryszard Rynkowski:
Powstaje już nowa płyta, na której zaśpiewam z moim wspaniałym chórem z Elbląga. Pracuję nad nią z Jackiem Cyganem. Poza tym grzeję się w słońcu, wylegując się na zielonej trawce. Jestem człowiekiem, który śpiewa prawdę „Leżę sobie, nic nie robię”. A teraz dodaję: „Obok synek drzemie słodko ku ozdobie, nie chce nam się nawet wstać, by się za coś brać” (śmiech).

Rozmawiała Elżbieta Pawełek
Zdjęcia Hanna Prus
Makijaż, fryzury, stylizacja Katarzyna Misiak
Asystent Adriana Piwnicka
Scenografia Piotr Czaja
Produkcja sesji Piotr Wojtasik

Newsy
Ivan Komarenko tęskni za Rosją, kocha taniec i snuje plany. "Kariera. Albo ona, albo miłość"
Młody, przystojny, pożądany przez kobiety i mężczyzn. Jego „Czarne oczy” nuciło pół Polski, teraz podbija serca, występując w „Tańcu z gwiazdami”. W Vivie! szczerze mówi o seksie z dużo starszą kobietą, pogłoskach na temat swojego homoseksualizmu i bezwzględnej drodze do kariery.

Krystyna Pytlakowska: O czym Pan rozmyśla w samotności?   Ivan Komarenko: Czemu pani o to pyta? – Bo wydaje mi się, że jest w Panu i jasność, i mroczność. Nie mam czarnych myśli. – Ale miewa Pan depresje? Kiedyś miałem. Ważne, żeby jasność i mroczność były w człowieku w odpowiednich proporcjach. Jak noc i dzień. – Ciągle Pana podejrzewają o to, że jest Pan gejem. Nie jestem. Piszą tak o mnie, zwłaszcza w Internecie, bo stałem się popularny. Wielu znanym osobom przykleja się taką etykietkę. Homoseksualiści osiągają często wielkie sukcesy i chcieliby widzieć u innych robiących karierę tę samą orientację seksualną. Na zasadzie: „On tak pięknie rozumie świat, więc musi być gejem”. Spotkałem się z czymś takim. Ja z homoseksualistami współpracuję w wielu dziedzinach, to bardzo wrażliwi ludzie. Bez gejów świat byłby straszliwie nudny. Ale sam gejem nie jestem. – Ze swoją delikatną urodą może się Pan podobać. Gdy ostatnio byłem w Egipcie, na ulicy co krok podrywali mnie Arabowie: „Może pan usiądzie?” „Może herbatki?” – I co Pan odpowiadał? „Dziękuję, bardzo smaczna herbatka, ale muszę już iść”. – Na pewno był Pan też narażony na zaczepki po ucieczce z domu, 10 lat temu. Taki młody, niedoświadczony chłopak to wspaniały cel ataków? Miałem wtedy 19 lat i rzeczywiście byłem często podrywany. Miałem twarz prawie dziewczęcą, dłuższe włosy. Gdy szedłem w Moskwie ulicą, co kwadrans zaczepiał mnie jakiś mężczyzna. – Nie miał Pan ochoty wykorzystać tego, żeby ustawić się w życiu? Mnie nigdy nie interesowało chodzenie na łatwiznę. Zawsze miałem w sobie taką dumę, że sam dużo zrobię, bez kupczenia ciałem. Gdybym kupczył, to pewnie wcześniej bym coś osiągnął. Ale sukces jest...

Paweł Wilczak
Piotr Porębski / Metaluna
Newsy
Paweł Wilczak: "O szczęście trzeba się bić"
Namówić go na zwierzenia? Trudna sztuka. Ale nie niemożliwa. W tej rozmowie Paweł Wilczak odkrywa niejedną tajemnicę.

– Ładny pierścień. Ale to chyba nie jest sygnet rodowy? Paweł Wilczak: Pierścień Atlantów, uwielbiam ten wzór. Jestem fanem biżuterii. – Myśli Pan, że to męskie? Paweł Wilczak: Droga pani, męstwo nie wyraża się w tym, czy ktoś nosi biżuterię, czy nie, tylko jak się zachowuje w konfrontacji z życiem, z kobietą, w przestrzeni kawiarni, sypialni, w kwestii miesięcznych wydatków. Tam się okazuje, czy ktoś jest męski. I nie ma znaczenia, czy nosi przy pasie broń, na palcu sygnet, czy może farbuje sobie włosy na klacie. – Rozmawiam z twardzielem. Przez długie lata zatrzaskiwano Panu drzwi przed nosem, a Pan już pukał do kolejnych, tak uparcie chciał być aktorem. Paweł Wilczak: Za dużo być może naoglądałem się w młodości amerykańskich filmów, gdzie taka droga była naturalna. Bo dla mnie była, ale pod koniec lat 80. w Polsce ludzie pukali się w głowę, jeżeli mówiłem, że po szkole filmowej chcę choćby i podawać pomidorową, czekając na rolę. Bo jakże to wypada! Nigdy się z czymś takim nie zgodzę. – Kino Pana interesowało od zawsze? Paweł Wilczak: Jako dziecko, odkąd miałem może z dziesięć lat, zawsze uciekałem do kina. Pierwszy film? „Winnetou”. Grał go Pierre Brice, był wielką gwiazdą mojej młodości. Na „Hair” pobiłem rekord, byłem ponad 20 razy. Potem, pamiętam, zachłysnąłem się „Wejściem smoka”. Bruce Lee to był fenomen. Byłem i jestem pasjonatem, fanem kina. Wszystkiego, co dzieje się przed, za kamerą czy obok niej. – Fanem siebie też? Czy też patrzy Pan i myśli: tam bym poprawił? Paweł Wilczak: Może być inaczej, lepiej, tak myślę. I nie przepadam za patrzeniem na siebie. A jeśli kogoś pytam, to zawsze: „Mów, co do dupy?”. I to dla mnie jest istotniejsze. – I co Pan słyszał po tych pierwszych odcinkach...

Newsy
Piotr Galiński jakiego nie znamy
Po zakończeniu piątej edycji „Tańca z gwiazdami” Piotr Galiński wraca do siebie, na mazurską wieś. Nigdzie nie czuje się równie szczęśliwy. Od śmierci mamy marzył o stworzeniu takiego domu. To marzenie się spełniło, podobnie jak wszystkie inne.

– Podobno ma Pan pomysł na ten wywiad? Chciałem, żeby pani napisała, że ludzie muszą mieć marzenia. – Bo…? Jak masz marzenie, to intensywnie o nim myślisz, więc dajesz pomysłowi energię. Potem ta energia działa, czyni cuda... To dzięki niej w klasie maturalnej miałem już swoją grupę taneczną, która po dwóch latach zdobyła mistrzostwo Polski, a pięć lat później zostałem okrzyknięty najlepszym choreografem w kraju. – Może pomogło Panu szczęście albo talent? Inni marzą i nic z tego nie mają. Bo boją się podjąć rękawicę rzuconą przez życie. Nic po prostu nie robią. I to jest najgorsze, bo wtedy rodzą się frustracje. – Pana marzenia się spełniły? Wszystkie! Właśnie siedzi pani tu u mnie na wsi, przy przaśnym drewnianym kuchennym stole. Za oknem wiosna. Kury, kozy, konie. Je pani jajecznicę z jaj od moich kur. Na kuchni stoi gar z rosołem. Stworzenie takiego domu to było marzenie od momentu, kiedy umarła moja mama. – Jaki był Pana dom z dzieciństwa? Pamiętam na przykład, że jako siedmiolatek wdrapałem się na dach stodoły, by zobaczyć, co mają bociany w gnieździe. To było na wsi u mojej babci. Najfajniejszy okres w moim życiu... Kiedy masz pięć, siedem lat i nie czujesz niczego, oprócz przepełniającej cię radości... Szczęśliwy byłem właśnie w plenerach wiejskich. A fakt ten wpisał się w mój mózg tak mocno, że teraz szczęście kojarzy mi się tylko ze wsią. – Dziś żyje Pan między Warszawą a Mazurami. Gdzie tak naprawdę jest Pana dom? Na wsi. Tutaj mieszkam, stąd od dziesięciu lat wyruszam w podróże. W Warszawie wynajmuję pokój od babci jednego z moich uczniów. Pani Maria Chmielewska, babcia Krzysia, przygarnęła mnie, gdy okazało się, że muszę bywać w Warszawie częściej niż raz w...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner