- Czy wszystko, co Pan postanowi, wykonuje?
Piotr Kraśko:
Nie wszystko, na pewno nie…
Karolina Ferenstein: Zazwyczaj jednak osiąga to, czego chce. Coś o tym wiem.
Piotr: Dziś się udało w zupełnie nieoczekiwanej sprawie. Wczoraj od rana „chodził” za mną tatar. Przyjeżdżam na Mazury do Karoliny i Kostka, patrzę, a na stole stoi tatar. Teściowa go zrobiła. I jeszcze rydze z patelni. Ameryka może mieć najwięcej na świecie lotniskowców, ale takiego jedzenia nie mają.

– Pani chyba bała się wyjazdu do Ameryki, bo zwlekała Pani z dołączeniem do Piotra?
Karolina:
Nie pojechałam z Piotrem do Ameryki od razu, bo za trzy miesiące miałam wziąć udział w jeździeckich mistrzostwach świata młodych koni. Taka szansa mogła się nie powtórzyć. A potem wiele razy podróżowałam między Stanami i Mazurami. Żyłam w dwóch światach.

– Można je skleić?
Karolina:
Nie jest to łatwe, ale przecież Piotr nie wyjechał na zawsze. Nie muszę wszystkiego tu zostawiać i przenosić się tam na stałe.
Piotr: Kiedyś myślałem, że zostawienie wszystkiego za sobą i poświęcenie się dla kogoś to bardzo romantyczna decyzja. Dziś myślę, że głównie niebezpieczna. Człowiek nie powinien rezygnować dla nikogo ze swojej pasji. Przecież tak naprawdę zakochujemy się w kimś właśnie dlatego, że ma te pasje. Nie chciałbym, żeby Malina coś dla mnie „rzucała”. Bo ja uwielbiam w Malinie też to, że ma pracę, którą kocha. Zresztą poznaliśmy się jako uczeń i trener.
Karolina: Lubiłeś nawet, gdy krzyczałam na ciebie!
Piotr: To było fantastyczne, bo nie spotkałem wcześniej trenera, który tak angażowałby się w to, co robi, i przejmował tak bardzo.
Karolina: I dlatego robiłeś duże postępy. A teraz jestem kobietą udomowioną, która zaczyna robić się nudna.
Piotr: Nie przesadzaj. Gdy Konstanty śpi w ciągu dnia, zdążysz przecież na trening.
Karolina: Ale i tak cały czas myślę o Kostku.

– Została między Wami relacja nauczyciel–uczeń?
Karolina:
Nie.
Piotr: Kiedy zaczęliśmy być ze sobą – następnego dnia Malina przestała być moim instruktorem.
Karolina: Tak naprawdę to Piotr nigdy nie robił i nie robi niczego, co mu każę (śmiech).
Piotr: Nawet przestaliśmy razem jeździć konno do lasu. Malina jeździ wierzchem, a ja biegam.
Karolina: Jak już mnie zdobył, to po co ma jeździć konno. Teraz wyzwaniem nie jestem ja, tylko kolejne maratony, w jakich bierze udział. Swój trzeci maraton pobiegł dwa tygodnie temu w Toronto.
Piotr: Teraz wolę usiąść na płocie i patrzeć, jak ty jeździsz.


– Czy przestraszyła się Pani, gdy mianowano Piotra amerykańskim korespondentem?
Karolina:
Ja go nawet namawiałam, żeby przyjął tę propozycję, chociaż nie zdawałam sobie sprawy, jak to między nami dalej będzie.
Piotr: Jeszcze w „liceum” marzyłem o tym, by poznać Amerykę: Biały Dom, NASA, Pentagon, giełda. To wszystko było dla mnie tak samo osiągalne jak miecz świetlny z „Gwiezdnych Wojen”. Miałem 29 lat, gdy pierwszy raz poleciałem za ocean, mój syn trzy miesiące. Ale zdarzają się też wyjazdy niezaplanowane. Gdy rok temu przyjechałem do Polski na wakacje, na drugi dzień wybuchła wojna w Libanie. Po czterech godzinach byłem w samolocie, w drodze do Bejrutu.
Karolina: Bałam się o niego, ale Piotrowi nie można nic zabronić.
Piotr: Wracając do tematu: Ameryka to wspaniały kraj. Ale chcieliśmy, żeby nasz syn urodził się w Polsce. Kiedyś Polacy marzyli o tym, by dzieci urodziły się w USA, bo to automatycznie dawało im obywatelstwo. Teraz to nie ma już takiego znaczenia. Kiedy z moim operatorem, który ma amerykański paszport, podróżujemy za granicę, okazuje się, że dużo lepszy jest teraz „unijny”. Kostek więc w rubryce urodzenie będzie miał Warszawę – dla kibica Legii to ważne!
Karolina: Ciekawe, czy będzie też tak lubił podróże? Piotr jest wciąż więcej w rozjazdach niż w domu.

– Wasza miłość więc była i jest nadal taka „rozjazdowa”?
Piotr:
Ludzie mogą mieszkać w jednym mieszkaniu i stać się sobie obcy. A można też mieszkać na różnych kontynentach i czuć się blisko. Choć te wyjazdy mają swoje wady. Złapałem się na tym, że zacząłem traktować hotele jak „dom”. Kiedyś wszedłem do pokoju w hotelu i pomyślałem: nareszcie w domu! Zresztą amerykańskie hotele są specyficzne. Są tam czajniki elektryczne, żelazka i deski do prasowania w pokojach.

– A jaki jest Pana dom w Stanach?
Piotr:
Nieduży. Taki, jakich tam wiele. W Waszyngtonie wszyscy mieszkają w domkach szeregowych. Do Białego Domu mam pół godziny na piechotę.
Karolina: Bardzo ładne, zatopione w zieleni miejsce, spokojna okolica. Kostkowi też się tam podoba. Georgetown to dzielnica Waszyngtonu, ale ci, którzy tam mieszkają, uważają, że to odrębne miasto. Małe brukowane ulice, małe sklepy i bary jak z serialu „Przyjaciele”. Kiedy Piotr się wprowadzał, dom był pusty. Teraz po kilku latach jest tam tylko łóżko, kanapa i stół.
Piotr: Naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba. To nie jest przecież dom, w którym spędzimy życie. Ale w Ameryce naprawdę wspaniałe są relacje sąsiedzkie. Kiedy się wprowadzałem, po pięciu minutach przyszedł sąsiad i zaprosił na obiad, bo pewnie mam jeszcze pustą lodówkę. Amerykanie to wciąż naród pionierów, którzy wiedzą, że człowiek sam nie przetrwa. Wielu obcokrajowców uważa, że ich uprzejmość jest powierzchowna. Tak nie jest! Nigdzie poza Polską nie doświadczyłem tak spontanicznej serdeczności ludzi.

– To w Ameryce dowiedział się Pan, że zostanie ojcem?
Piotr:
Dowiedziałem się w Chicago, na pięć minut przed „wejściem” do „Wiadomości” z kolejnego dnia procesu Edwarda Mazura (podejrzewanego o zlecenia zabójstwa gen. Marka Papały – przyp. red.)

– O takim doniosłym fakcie Karolina powiedziała Panu przez telefon?
Karolina:
Miałam jechać do Piotra. Zastanawiałam się, czy po przyjeździe zrobić romantyczną kolację i wtedy mu powiedzieć. Stwierdziłam jednak, że to niesprawiedliwe i powinien dowiedzieć się od razu.
Piotr: Długo myślałem, że to będzie córka, bo ja strasznie chciałem mieć córkę. Byłem okropny! Przypuszczam więc, że Malina bardzo to przeżywała. Czuła moją presję.
Karolina: Wszyscy i tak mówili mi, że to będzie syn.
Piotr: Akurat mojemu przyjacielowi urodziła się córka. Gdy byliśmy w Brazylii, poszliśmy do sklepu z pamiątkami, przy największym stadionie piłkarskim świata w Rio de Janeiro. Wtedy doceniłem jak genialnie mieć syna. Bo co tam można było kupić dla córki!?

– Podobno nie zdążył Pan przyjechać na poród?
Karolina:
To dlatego, że urodziłam trochę przed terminem. Wzięłam na siebie za dużo obowiązków w przygotowywaniu zawodów. Pojechałam do Warszawy załatwiać różne sprawy i miałam stłuczkę. Zdenerwowałam się i to chyba wszystko przyspieszyło. Szybko wracałam na Mazury, bo czułam się coś niewyraźnie. I tuż po przyjeździe do Gałkowa zorientowałam się, że zaczyna się.
Piotr: Ojciec Maliny zapakował ją więc w samochód i zawiózł z powrotem do Warszawy.
Karolina: Nie byłam pewna, czy nie urodzę po drodze. Zadzwoniłam do Piotra: „Kochanie, chyba rodzę”. A on: „To niemożliwe, naprawdę?”. I zasnął.
Piotr: U mnie była 4 rano.
Karolina: Dzwonię za godzinę: „Kochanie, rodzę!” On: „Nabierasz mnie, przecież to za dwa tygodnie".

– To musiało być dla Pani irytujące?
Karolina:
Zabawne, dowód, jak nic w życiu nie można zaplanować.
Piotr: Do Polski miałem lecieć dopiero za tydzień. W naszej ambasadzie w Waszyngtonie spotkałem korespondenta „Gazety Wyborczej”, który na wieść o rychłym porodzie Maliny powiedział: „Ty lepiej jedź już, bo będzie jak u mnie. Moje dziecko urodziło się wcześniej”.

– Kiedy Pan zobaczył syna?
Karolina:
Dwa dni później.
Piotr: Kiedy do mnie zatelefonowała zaraz po porodzie i usłyszałem oddech syna – chyba dopiero wtedy sobie uświadomiłem, że to maleństwo naprawdę tam jest. I zrozumiałem, że zaczyna się najważniejsza część mojego życia.

– I że tak już będzie zawsze?
Karolina:
Nie mam wątpliwości, że najważniejszy jest Kostek.
Piotr: Ojciec dłużej dochodzi do takiego uczucia, więzi. Tym bardziej, że przyjechałem, kiedy on już był na świecie. Strasznie nieporadnie się nim zajmowałem. Kiedy lecieliśmy do Ameryki, Malina poszła kupić gazety, zostawiając go pod moją opieką. Nie wiedziałem, jak go trzymać, co robić, żeby nie płakał. Zbiegły się stewardesy: „Co się stało dziecku?”. „Nic, tata się stał”. A potem przyszła mama i po pięciu sekundach Kostek się śmiał.
Karolina: Ale niedługo potem już ufnie zasypiał na tobie.
Piotr: Szczególnie gdy włączałem CNN. Nic go tak nie usypia.

– Czy pojawienie się dziecka zmieniło jakość Waszego związku?
Karolina:
Dziecko daje poczucie wielkiej bliskości, wspólnoty. Cudowne są chwile rano, gdy we trójkę leżymy w łóżku, a Kostek ciągnie tatę za nos. Nie zdawałam sobie sprawy, że z tak małym dzieckiem już jest taki kontakt. Wydaje mi się, że będzie taki jak Piotr – pozytywny i zwariowany. Mnie w Piotrze uwiodło, że bywa całkiem serio, a potem ma tysiąc całkiem szalonych pomysłów na minutę.

– Oczywiście syn będzie jeździł konno?
Karolina:
Zrobi, jak zechce. Co prawda indoktrynowany jest przez CNN od urodzenia, może więc indoktrynować go też jazda konno. Gdy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży, pojechałam na Grand Prix i nawet zajęliśmy drugie miejsce. Pierwsze sukcesy ma więc za sobą.

– Helikopterem też będzie latał jak tata?
Piotr:
Mam nadzieję, że latać zacznie wcześniej niż ja. Dopiero teraz robię licencję. Zostały mi cztery godziny do wylatania przed pierwszym samodzielnym lotem.

– Powstanie książka o Ameryce?
Piotr:
Kończę książkę o wydarzeniach, jakich byłem świadkiem: od wojny domowej w Rwandzie, gdzie byłem, mając 24 lata, przez Irak, tsunami w Tajlandii, Pomarańczową Rewolucję w Kijowie, huragany w Ameryce, wojnę w Bejrucie, po trzęsienie ziemi w Peru

– Aż cud, że Pan przeżył.
Piotr:
Bez przesady. Co ciekawe, często wszystko się zaczynało, jak jechałem na wakacje. Do Tajlandii lecieliśmy na sylwestra, a gdy byliśmy w drodze, uderzyło tsunami. Gdy wylądowaliśmy, Malina została przez tydzień sama w hotelu, a ja „poszedłem” do pracy. Zobaczyliśmy się dopiero na kilka godzin przed północą kończącą stary rok.

– Trzeba do Pana mieć cierpliwość!
Piotr:
I trzeba doceniać, kiedy ktoś ją ma. Malina ma.

– Ameryka Pana zmieniła?
Karolina:
Stał się bardziej otwarty.
Piotr: Gadatliwy.
Karolina: Gadatliwy zawsze byłeś. Teraz mówisz o pewnych sprawach wprost. Stany ci dały dużo dobrego. Kiedyś bardziej tłumiłeś emocje.
Piotr: W  Stanach zawsze się wprost o wszystkim informuje. Gdy opóźnia się wylot samolotu w Europie, nikt nie tłumaczy pasażerom, dlaczego tak się dzieje. Na amerykańskich lotniskach wszyscy się dowiedzą, że są np. kłopoty z silnikiem. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że to mogłoby wystraszyć kogoś przed lotem.

– O miłości też się tam mówi bardziej otwarcie?
Piotr:
Ten temat jednak zostawmy dla siebie…

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Krzysztof Opaliński
Stylizacja Bartek Michalec
Makijaż i fryzury Agnieszka Jańczyk
Produkcja sesji Elżbieta Czaja