Agnieszka Radwańska, "Viva!" styczeń 2016
Iza Grzybowska/VOYK

Jednak sukces ma swoją cenę. „Moja codzienność przypomina codzienność zakonnicy”, mówi Agnieszka Radwańska, którą złapaliśmy w Budapeszcie w przerwie między turniejami.

 

– Zgadzasz się z tatą, który twierdzi, że gra w tenisa jest jak życie w klasztorze?
Codzienność tenisisty  naprawdę przypomina życie zakonnicy. Przez lata panuje ta sama reguła, od której nie może być odstępstw. Nawet jeśli masz gorszy dzień, nie możesz nie pójść na kort. Nie może nie chcieć ci się grać. Mój świat jest zupełnie inny niż świat moich rówieśników.

– Co to znaczy?
Wyobraź sobie, że nie byłam na własnej studniówce, bo akurat grałam turniej. Tenis zabiera mi całe życie. Jest ważniejszy od nauki. W pierwszej klasie liceum nie miałam indywidualnego toku nauczania. Byłam normalną dziewczyną, która gra w tenisa. Tyle że przez udział w turniejach miałam zaległości w nauce i nieobecności. Ledwo udało mi się przejść do drugiej klasy. Musiałam kuć po nocach albo wstawać jeszcze przed treningiem, żeby się pouczyć. W wakacje między pierwszą a drugą klasą wygrałam Wimbledon, dzięki czemu po powrocie do szkoły zaproponowano mi indywidualny tok nauczania. Na szczęście, bo inaczej musiałabym zakończyć edukację. W trzeciej klasie byłam już tak zmęczona, że chciałam tylko dociągnąć do matury, zdać ją i zająć się tenisem.

– Mało jest tenisistów, którzy pokończyli szkoły.
Można ich policzyć na palcach jednej ręki. Zazwyczaj kończą na podstawówce. Ukończenie gimnazjum to już jest sukces. Gdy znalazłam się w pierwszej setce tenisistek, dziennikarze, głównie zagraniczni, dziwili się: „Jesteś w pierwszej setce WTA (Women’s Tennis Association) i dalej chodzisz do szkoły?”. Matura to w tenisowym świecie wyczyn. A mnie się udało. Na studia się wybieram, ale jeszcze nie wiem na jakie. Na razie nie mam do tego głowy. Może AWF?

– Co więc takiego ma na głowie 19-latka, że nie starcza jej czasu na życie?
Treningi! Trzy razy dziennie! Wstaję o szóstej rano i biegnę na trening. Po południu mam następny. A wieczorem jeszcze jeden, ogólnosprawnościowy. Poza tym bez przerwy gram jakieś turnieje. Do tego wszystkiego doszła jeszcze przeprowadzka. I może zabrzmi to nieskromnie, ale bez przerwy udzielam wywiadów, jestem zapraszana do telewizji, do radia.

– Nie ma czemu się dziwić. Jesteś najlepszą polską tenisistką i każdy chce zrobić z Tobą wywiad.
Wiem, wiem. Nie pomyśl sobie, że narzekam albo jestem z tego niezadowolona. Tylko wszystko jest tak skumulowane, że miałaś dużo szczęścia, że udało nam się spotkać. Od stycznia do października prawie w ogóle nie ma mnie w Polsce. Jeśli uda mi się pobyć ze dwa czy trzy dni w domu, w Krakowie, między turniejami, to jestem szczęśliwa.

– Czy Ty w ogóle odpoczywasz?
Jestem ciągle w ruchu i to jest mój stan naturalny. Najlepiej odpoczywam, coś robiąc. Ale miewam takie dni, kiedy lubię zaszyć się z dobrą książką na kanapie albo po prostu pogapić się w telewizor. To jednak nie zdarza się za często. Kiedyś myślałam, że będę odpoczywać w samolotach. Teraz po setkach lotów wiem, jak bardzo się myliłam. W samolocie nie da się odpocząć. Ciągły gwar, rozmowy, posiłki. Po takim locie do Australii wysiadam z samolotu i marzę tylko o tym, żeby się położyć do łóżka. Ale nie mogę długo się wylegiwać, bo muszę przecież trenować.

 

Polecamy także: "Zastanawialiśmy się z Dawidem, czy nasze dzieci będą grały w tenisa". Agnieszka Radwańska o miłości i planach.


– Całe życie spędzasz na walizkach.
Bo tenis i podróże są nierozerwalne. Ale w zakresie pakowania bagażu jestem nieźle przeszkolona. Czasami nawet nie przepakowywuję walizki, bo jestem przygotowana na kilka wyjazdów do przodu. Teraz już myślę o wyjeździe do Tajlandii. Potem gram w Dubaju, w marcu w USA – w Kalifornii i na Florydzie. Zanim tam pojadę, mam nadzieję, że zdążę przeprowadzić się do nowego mieszkania.

– Wyprowadzasz się od rodziców?
Kupiłam 200-metrowe mieszkanie, też w Krakowie, i przeprowadzamy się tam wszyscy.

– Będziesz miała pokój z siostrą?
Będziemy miały pokoje połączone drzwiami. Poza tym jesteśmy razem cały czas. Razem trenujemy, na większość wyjazdów jeździmy razem. Co prawda teraz jestem w Krakowie z tatą, a Ula z mamą na turnieju w Chinach, ale rzadko się zdarza, żebyśmy były oddzielnie.

– Ula nie zazdrości Ci sukcesów?
Jesteśmy przyjaciółkami i kibicujemy sobie nawzajem. Ula jest ode mnie młodsza i nie może grać tyle co ja. Zasady są takie, że juniorki mają limit turniejów, jakie mogą zagrać w ciągu roku. Ja gram 24, a Ula tylko 13. Jest najlepszą juniorką na świecie. W tym roku wygrała Wielkiego Szlema juniorów! Jestem z niej naprawdę dumna!

– Nie jesteście z Ulą jedynymi siostrami grającymi w tenisa.
Są jeszcze siostry Williams i Bondarenko. Chciałabym, żebyśmy osiągnęły z Ulą choć część takich sukcesów jak Williams.

– Jesteście na najlepszej drodze.
Ale jeszcze dużo pracy przed nami. I dużo podróży (śmiech).

– Mogłabyś robić w życiu coś innego?
Nie dopuszczam takiej myśli! Chyba od zawsze miałam w ręku rakietę. Swój pierwszy trening znam tylko z opowieści rodziców, miałam wtedy pięć lat. Mieszkaliśmy w Niemczech i tata uczył grać w tenisa. Któregoś dnia zabrał mnie na kort. Spodobało mi się. Trenuję już 13 lat. Miałam więc czas, żeby przyzwyczaić się do niedogodności. Jedyne, co mogłoby mi przeszkodzić w grze, to kontuzja. Zrezygnowałam nawet z uprawiania innych sportów, bo były zbyt niebezpieczne.

– Z jakich?
Kiedyś świetnie jeździłam na nartach i snowboardzie. Bardzo to lubiłam i żałuję, że już nie mogę. Ale postawiłam na tenis. Oprócz niego uprawiam tylko bezpieczne sporty: pływam, jeżdżę na rolkach.

– Rolki bezpieczne? I tata, a jednocześnie Twój trener, pozwala na to?
To on nauczył mnie jeździć. I to on mi zaszczepił miłość do tenisa.

– A może więc realizujesz niespełnione marzenia taty?
Znam przypadki, kiedy dzieci realizują marzenia rodziców, ale ja się do nich nie zaliczam. Myślę, że to musi być okropne robić coś, czego się nienawidzi. Ja naprawdę chcę grać w tenisa. Na początku była to dla mnie tylko zabawa. Z czasem przerodziła się w hobby. Teraz to jest już mój zawód.

– Nigdy się nie zbuntowałaś?
Nie widzę powodu, dla którego miałabym to robić. Od samego początku odnosiłam sukcesy. Swój pierwszy turniej wygrałam, mając pięć lat. Byłam mała, więc i puchar, który dostałam, był niewielki. Potem moja kolekcja rosła. Do dzisiaj mam większość z tamtych nagród. Tata zauważył, że mam talent, ale do niczego mnie nie zmuszał.

– 13 lat grasz w tenisa, Twoje dni wyglądają tak samo. Naprawdę nie przypominasz sobie ani jednego, kiedy powiedziałaś: „Tato, dzisiaj nie gram”?
Jeżeli coś się chce osiągnąć, nie ma miejsca na bunt. Tenis jest wymagającym sportem, więc nie mogę sobie pozwolić na „miganie się”. Wiem, że kogoś, kto nie gra, mój plan dnia, w którym są głównie treningi, może przerazić. Tenis to jednak moja największa miłość. Nie wyobrażam sobie życia bez niego.

– Jak się pracuje z tatą trenerem?
Nie wiem, jak się pracuje z trenerem nie tatą (śmiech). To jest tak czasochłonne zajęcie, że gdyby tata nie trenował mnie i Uli, to widywalibyśmy się bardzo rzadko.

– Częściej jest tatą czy trenerem?
Niestety, zdecydowanie trenerem. A może na szczęście?

– Twoje największe marzenie?
Znaleźć się jak najwyżej w rankingu i wygrać Wielkiego Szlema. Jestem teraz na 21. miejscu w rankingu WTA. To najlepszy wynik w historii polskiego tenisa.

– Im wyższe miejsce w rankingu, tym trudniej wspiąć się wyżej?
Musiałaś mi to uświadomić? Niestety, to prawda. Awans na wyższe miejsce zależy od tego, jaki turniej się gra i na którym miejscu się jest. Jeśli byłabym na przykład 90. i wygrała turniej trzeciej kategorii, to wskoczyłabym na 50. miejsce. Jeśli jestem 21. i wygram ten sam turniej, to mogę wskoczyć na 20. Im wyższe miejsce w klasyfikacji, tym trudniej. Trzeba wygrywać najlepsze turnieje, żeby się przesunąć chociaż o jedno miejsce. Muszę przede wszystkim obronić dotychczasową pozycję.

– Wojciech Fibak mówił o Tobie, że grasz i myślisz podczas gry. Na to jest w ogóle czas na korcie?
Nie da się wszystkiego przewidzieć. Dlatego trzeba myśleć, a przede wszystkim obserwować. Ale na dogłębną analizę zagrań nie ma czasu, bo to są ułamki sekund między piłkami. Trenuję od czterech do pięciu godzin dziennie od tylu lat, że to jest kwestia wytrenowania. Dlatego nie muszę przed meczem oglądać, jak grają przeciwniczki, bo to wiem.

– Jakie to jest uczucie stanąć oko w oko z najlepszymi tenisistkami świata?
Na początku, kiedy grałam w mniejszych turniejach, mogłam zobaczyć te najlepsze tenisistki tylko w telewizji. Teraz jestem jedną z nich. Jadamy w tej samej restauracji, mamy wspólną szatnię, mogę je poznać nie tylko z punktu widzenia przeciwniczki na korcie, ale też poza nim. Z większością dziewczyn bardzo się lubimy.

– Umiesz przegrywać?
Sport to są wygrane i przegrane i każdy sportowiec musi się z tym liczyć. Ale zupełnie inaczej jest przegrać z kimś, kto jest faworytem, gorzej, gdy dajesz się pokonać słabszej rywalce. Na szczęście jak do tej pory mnie to ominęło. Oczywiście, że zdarzało mi się przegrywać, ale zawsze z tymi lepszymi od siebie. Tak jak na przykład z Belgijką Justine Henin. Grałam z nią dwa razy. Niestety, dwa razy przegrałam. Nie rozpamiętuję przegranych w kategorii porażek. Nie płaczę, gdy przegram. Turnieje gram tak często, że musiałabym chyba wypłakiwać się na korcie. Oczywiście, jak każdy miewam kryzysy, bo przecież nie jestem robotem do odbijania piłeczki. Myślę wtedy, że mogłam zagrać lepiej, ale nie robię sobie wyrzutów.

– A sukcesy świętujesz?
Na to też nie mam czasu. Domyślam się, że na korcie, tuż po zakończonym meczu, widać po mnie, że jestem szczęśliwa. To jest niesamowita radość, kiedy się wygrywa. Tego nie da się ukryć. Ale nie skaczę do góry z radości.

– Masz jakieś szaleństwa? Tak jak zakup torebek od Louis Vuittona?
To było dzień przed moim meczem z Szarapową. Siedziałyśmyśmy w dużej grupie i rozmawiałyśmy o tych torebkach, że są takie ekskluzywne i drogie. I tak sobie powiedziałam, że jak wygram, to kupię taką i sobie, i siostrze. Wygrałam i musiałam spełnić obietnicę. Nie mam w zwyczaju nagradzać się za wygrany mecz. Ten był wyjątkowy, więc i nagroda była wyjątkowa.

– Jaki był do tej pory największy sukces w Twojej karierze?
To, że znalazłam się w pierwszej trzydziestce rankingu WTA. Dużym sukcesem było wygranie w zeszłym roku turniej WTA w Sztokholmie. Jako pierwsza Polka w historii. A teraz jako pierwsza Polka w historii przeszłam do ćwierćfinału wielkoszlemowego turnieju Australian Open.

– To było Twoje minimum?
Minimum była trzecia runda, w której zresztą udało mi się wygrać z drugą rakietą świata, Rosjanką Swietłaną Kuzniecową. W czwartej rundzie grałam również z Rosjanką z czołówki Nadią Petrovą. Przegrywałam 6:1, 3:0, ale udało mi się mecz wyciągnąć i wygrałam. Kobiecy tenis jest nieprzewidywalny. Potem, niestety, już było troszkę gorzej. W ćwierćfinale przegrałam ze Słowaczką Danielą Hantuchovą, z którą już raz wygrałam, w zimie podczas turnieju w Zurychu. Ale i tak odniosłam duży sukces. Chyba sama się nawet nie spodziewałam.

– Tata obserwował Twoje zmagania z trybun?
Różnie. Gdy się denerwuje, to strasznie gestykuluje. Z kortu to bardzo widać, więc staram się nawet nie spoglądać w jego stronę. Dlatego ustaliliśmy, że albo siedzi spokojnie, albo ogląda z daleka lub w ogóle. Nie zawsze się do tego stosuje.

– Jaką rolę w Waszej sportowej familii odgrywa mama?
Mama ma z nami bardzo dużo pracy. Jest odpowiedzialna za rachunki, rozliczenia turniejów, kupowanie biletów. Tego jest naprawdę bardzo dużo. Mama nas mobilizuje, dodaje wiary w siebie, ale przede wszystkim stara się stworzyć nam normalny dom. O ile w naszym przypadku „normalny” jest dobrym słowem.

– Nie uderzyła Ci jeszcze woda sodowa do głowy?
Mam nadzieję, że nie. Dobrze wiem, jak to jest. Kiedy odnoszę sukcesy, wszyscy mnie chwalą. Jak przegrywam, odwracają się i mówią: „Przegrała. Jest do kitu”. Nieważne, z kim się grało, jaki to był mecz, ile mnie on kosztował sił i emocji. Dlatego robię swoje.

 

Polecamy: Agnieszka Radwańska opowiada w VIVIE! o szale zwycięstwa, smakach porażki, życiu zakonnicy, codziennych wyrzeczeniach i relacjach z rodziną. Plus wyjątkowe zdjęcia - tylko u nas!

Rozmawiała Katarzyna Zwolińska
Zdjęcia Szymon Szcześniak/AF PHOTO
Stylizacja i makijaż Ania Imiela-Szcześniak
Produkcja Tomasz Czmuda

Więcej na temat Agnieszka Radwańska