Cosima Borawska – 21 lat.
W Mediolanie zgłębia tajniki projektowania. Jej matka Tessa pochodzi z jednego z najstarszych rodów Florencji – hrabiów Capponi.

Marek Światopełk-Czetwertyński – 25 lat.
Ród Czetwertyńskich szczyci się ponad 1000-letnią historią, którą zapoczątkował święty Włodzimierz patron Rusi. Marek, godny potomek świętego, organizuje akcje charytatywne i zbiórki leków. W australijskim reality show główną nagrodą dla uczestniczek było spędzenie wieczoru w jego towarzystwie.

Łukasz Poniński – 26 lat.
Po mieczu należy do jednej z najpotężniejszych rodzin przedrozbiorowej Polski. Po kądzieli pochodzi od kanclerza Jana Zamoyskiego, założyciela miasta Zamościa, najwybitniejszej postaci polskiej historii końca XVI wieku.

Christoph von Thun und Hohenstein – 19 lat.
Christoph, tegoroczny maturzysta i zapalony perkusista, ma wśród swoich antenatów między innymi Mistrza Zakonu Maltańskiego. Thunowie to jedna z najznamienitszych rodzin Monarchii Austro-Węgierskiej.

Róża Morawska – 21 lat.
Studiuje lingwistykę stosowaną. Wśród przodków ma bohatera powstania listopadowego – generała Franciszka Morawskiego.

Jacques Marbot – 25 lat.
Robi dyplom z architektury. Po kądzieli potomek rodziny Potockich – właścicieli zamku w Łańcucie. Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli rodu był żyjący w XVIII wieku Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.

Michał Korolec – 25 lat.
Kończy grafikę. Wnuk Anny Sobańskiej. Rodzina Sobańskich była jedną z najpotężniejszych i najbogatszych rodzin na Podolu.

Isabelle Dembińska – 22 lata.
Na studia psychologiczne przyjechała do Warszawy z Genewy. Pochodzi od jednego z dowódców powstania listopadowego – generała Henryka Dembińskiego.

Henryk Grocholski – 25 lat.
Potomek rodziny, która miała wielkie majątki na Ukrainie, jest licencjonowanym detektywem i absolwentem prawa.

Zosia Radziwiłłówna – 18 lat.
W jej rodzinie noszącej tytuł książąt Świętego Cesarstwa Rzymskiego było kilka tuzinów senatorów, kardynał, a nawet królowa – Barbara Radziwiłłówna. W poprzednie wakacje młoda przedstawicielka jednego z najpotężniejszych rodów Europy zarabiała na wakacjach, stepując pod wieżą Eiffla.

Cecylia Rey – 24 lata.
Praprapraprapraprapraprapra-prapraprawnuczka Mikołaja Reja. W czternastym pokoleniu potomkini wybitnego renesansowego poety chce założyć przedszkole.


Cecylia Rey jest prawnuczką poety Mikołaja Reja w czternastym pokoleniu. W szkole wymagano od niej szczegółowej wiedzy na temat jej słynnego przodka. „Zastanawiałam się zawsze, czy przez to, że jestem Reyówną, muszę wiedzieć wszystko na temat przodka żyjącego 500 lat temu?”, pyta. Nikogo natomiast nie interesowało, jakie ma plany na przyszłość. Cesia, bo tak nazywa się ją w rodzinie, chce otworzyć przedszkole. „Chodzi mi o to, by mogły tam uczęszczać zarówno dzieci bogatych osób, jak i te z najbiedniejszych rodzin. Chciałabym w ten sposób wyrównać szanse, bez podziału na lepszych i gorszych. Wierzę, że doświadczenia wczesnego dzieciństwa mają ogromny wpływ na to, jacy będziemy w dorosłym życiu. Ja miałam wspaniałe dzieciństwo i teraz chcę dać komuś szansę, aby mógł dorastać w cudownej atmosferze”. Dla niej samej przyswojenie rodzinnych wartości i arystokratycznych tradycji było naturalne. „Dbali o to rodzice, dziadkowie. Niczego nie robiono na siłę. Nawet to, że do rodziców zwracam się w trzeciej osobie, było czymś oczywistym”. Niektórzy koledzy traktowali te zwyczaje jak dziwactwo, rodzaj egzotyki.


Cesia przyznaje, że z domu wyniosła też chęć pomagania innym. W końcu nie żyjemy sami dla siebie. Wybrała pedagogikę specjalną. Jej młodszy brat urodził się z zespołem Downa. Zawsze chętnie się nim opiekowała. To nauczyło ją pokory, cierpliwości i tego, że okazana miłość wraca ze zdwojoną mocą. „Zawsze uczono mnie szacunku dla drugiego człowieka i tolerancji. Ważne są relacje ze starszym pokoleniem. Uwielbiam rozmawiać z wiekowymi ciotkami i wujami”, mówi Cesia.

Za dobrze wychowani

Łukasz Poniński, socjolog, wnuk Jana Zamoyskiego, marszałka seniora senatu po wyborach w 1989. „Dziś już rzadko kiedy spotyka się osoby o takiej konstrukcji moralnej. Dziadek bardzo mi imponował i śmiało mogę powiedzieć, że jest dla mnie autorytetem”, mówi.


Łukasz żartuje, że jest za dobrze wychowany jak na dzisiejsze czasy. „Nie umiem jeździć na gapę, oszukać kogoś, intrygować. Rodzice i dziadkowie wpoili mi szereg zasad. Dla mnie takie słowa, jak prawda, honor czy przyjaźń, mają ogromne znaczenie. Podobnie jak rodzina”.


To w domu nauczył się tego, że ważne jest poczucie humoru oraz optymizm. Cały czas opowiada zabawne anegdoty, przytacza historie z rodzinnych imprez. „Kiedy jestem w Krakowie na Rynku, to zawsze się kłaniam staruszkom, które uważniej mi się przyglądają. Nigdy nie wiadomo, gdzie czai się ciotka”, mówi. W niedzielę zawsze stawia się na rodzinnym obiedzie. „Po prostu weszło mi to w krew”.


Jego kuzyn Marek Czetwertyński jak na 25-latka ma bogaty życiorys. Urodził się w Kanadzie. Czuł się bardziej Kanadyjczykiem niż Polakiem. Wszystko uległo zmianie, gdy pewnego dnia rodzice postanowili wrócić do Polski. Był rok 1991, w kraju zmienił się system polityczny. Marek został przeniesiony do zupełnie innego świata. „Wtedy nie mówiłem prawie w ogóle po polsku. Czułem, że jadę do jakiegoś egzotycznego miejsca. Przeżyłem szok, kiedy poszedłem do zwyczajnej polskiej szkoły. Niczego nie rozumiałem, wszystko było kompletnie inne od tego, co miałem w Kanadzie. Wróciłem załamany do domu. Wtedy ojciec przeprowadził ze mną zasadniczą rozmowę. Powiedział, że pozostawia mi wolny wybór. Jeśli chcę, mogę pójść do amerykańskiej szkoły w Warszawie. Zrozumie to i uszanuje. Zastanowiłem się, podjąłem decyzję”. Po weekendzie wrócił do osiedlowej podstawówki. Armia kuzynów czuwała nad tym, aby szybko nauczył się języka. Właśnie wtedy poznał Łukasza Ponińskiego, z którym się bardzo zaprzyjaźnił.


Marek lubi wyzwania. Wziął udział w programie „Australijska księżniczka”. Był nagrodą... Ze zwyciężczynią tańczył walca, zjadł kolację i przez jeden wieczór robił wszystko, by dziewczyna czuła się wyjątkowo. „Na planie spędziłem siedem dni, wystąpiłem w jednym odcinku. Dobra zabawa, ale bardziej intrygującą przygodą była wyprawa do Kenii”. W Afryce mieszkają kuzyni Marka. Przez trzy tygodnie przemierzał starym dżipem sawannę. Chce tam wrócić na początku 2008 roku. Zebrał już ekipę. Teraz wszyscy ciężko pracują, aby sfinansować wyprawę. „Chcemy poruszać się po bezdrożach Afryki. Wspiąć się na Kilimandżaro, surfować po Oceanie Indyjskim”.


Marek ma też inne zacięcie. Lubi pomagać. „U Czetwertyńskich społecznictwo jest w genach. Przodkowie fundowali szpitale i ochronki dla sierot”. On zaś organizuje zbiórki leków lub ubrań.

Nie jeść przy telewizorze

Jacques Marbot i Isabelle Dembińska studiują w Warszawie. Jacques kończy architekturę na Politechnice Warszawskiej. Pisze pracę na temat rewitalizacji Hotelu Europejskiego. „Kuzyni mojej babci odzyskali po 50 latach budynek. Może jakieś moje pomysły zostaną w przyszłości wykorzystane”, wyjaśnia.
Isabelle Dembińska przeniosła się z Genewy do Warszawy, aby tutaj studiować psychologię. Chce specjalizować się w logopedii. Rodzice bardzo dbali, aby Jacques i Isabelle byli dobrze wychowani. „Kiedy miałem 11 lat, buntowałem się trochę przeciwko temu. Jak chyba każdy. Tradycja, maniery odróżniały mnie od moich kumpli w szkole. Trochę mi dokuczali z powodu tej odmienności. Nigdy nie wolno mi było jeść przy włączonym telewizorze”.


Jacques Marbot jest wnukiem Heleny z Potockich Maubergowej. Do rodziny jego babci należał zamek w Łańcucie. Babcia bardzo dba o to, aby Jacques – w Polsce nazywany po prostu Jackiem – wiedział, skąd się wywodzi. „Mam ogromną ilość kuzynów. Myślę, że to nas wyróżnia spośród innych rówieśników. Tworzymy wspaniałą grupę, do której każdy z nas wnosi coś innego. Dzięki temu nie ma monotonii i nudy”, mówi.

 

Jacek od kilku lat intensywnie uczy się chińskiego. Chce wyjechać na staż w pracowni architektonicznej do Państwa Środka. „Kiedyś mój ojciec wysłał mnie na miesiąc do Pekinu. Chodziłem tam do zwykłej szkoły. Obiecałem sobie, że jeszcze tam wrócę na dłużej. Jednak rodzinę i dom chcę mieć w Polsce”.

 

Jacek razem ze swoim przyjacielem Michałem Korolcem założył pracownię projektową. Michał kończy grafikę w Warszawie. Projektuje meble. Pracował jako producent sesji zdjęciowych w „Vivie!” W tym roku on i Jacek byli uczestnikami Balu Debiutantów na Zamku Królewskim w Warszawie. Michał po swojej babci Annie Sobańskiej odziedziczył optymizm i pogodę ducha. „Babcia, jak całe ziemiaństwo i arystokracja, w czasie wojny straciła wszystko. To, co jej pozostało, to honor oraz dobroć i otwartość na drugiego człowieka”.

Liceum w Nepalu, studia w Berlinie

Christoph Thun i Zosia Radziwiłł w tym roku zaczęli przygotowania do matury. Christoph jest synem Róży Thun – byłej prezes Fundacji im. Roberta Schumana, a teraz szefowej przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.


Urodził się w Niemczech, do szkoły amerykańskiej chodził w Nepalu, maturę zrobi w Warszawie, a na studia chce wyjechać do Berlina. Mieszkać będzie w Polsce. Kiedyś zostanie głową rodziny von Thun und Hohenstein. „To, co mnie może wyróżniać spośród moich rówieśników, to fakt, że mówię w czterech językach. Z tatą rozmawiam po niemiecku, z mamą po polsku, a z siostrami po angielsku. Dużo podróżowaliśmy, często zmienialiśmy adresy. To wyrabia ogromny szacunek dla inności, pobudza ciekawość, uczy tolerancji”. Pasją Christopha jest gra na perkusji. Ma specjalnie wyciszoną piwnicę, żeby nie męczyć rodziny i sąsiadów. Ostatnie wakacje spędził we Francji jako opiekun na obozie dla niepełnosprawnych. Gdy jego koledzy bawili się nad morzem, on wstawał o piątej rano i przygotowywał plan zajęć. „Niesamowite było to, że moja gra bardzo pomagała chorym ludziom. W takim momencie zmęczenie ustępuje miejsca radości i satysfakcji, że to, co robię, ma sens”.


Zosia Radziwiłł jest uroczą blondynką o śmiejących się oczach. Opowiada o wakacjach swojego życia: „Kiedyś obejrzałam „Deszczową piosenkę” i oszalałam na punkcie stepowania. Cały rok zbierałam pieniądze, żeby móc pojechać do Paryża”. Dopięła swego. Wzięła koleżankę i pojechała do Francji. „Agata grała na flecie, a ja stepowałam pod wieżą Eiffla. Ludzie wrzucali nam pieniądze do czapki. Zarobiłyśmy grosze, ale wspomnienia mam bezcenne”.

Kto jest kim dla kogo

W piątkowy wieczór wszyscy spotykają się u Cosimy Borawskiej, córki Tessy Capponi-Borawskiej. Po słynnej matce Cosa, jak zdrobniale nazywają ją znajomi, odziedziczyła talent kulinarny. O jej tarcie cytrynowej krążą już legendy. Cosima skończyła liceum w Warszawie, ale studiować chce we Włoszech. „Moim marzeniem jest bycie projektantką. Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę dobre szkoły uczące techniki, historii, czucia mody są w Rzymie, Florencji, Mediolanie”. Ale swój pierwszy pokaz chciałaby mieć w Warszawie. W Polsce Cosima czuje się Włoszką, we Włoszech – Polką. Odwieczny problem dzieci z mieszanych związków. Często zaprasza swoich kuzynów do domu jej dziadków we Florencji. W Warszawie urządza kolacje.


Mokotowskie mieszkanie Cosimy zapełnia się szybko gośćmi. Kilkadziesiąt osób, niemal każdy jest z każdym bliżej lub dalej spokrewniony.

 

Brakuje tylko Henryka Grocholskiego, który wyjechał za granicę służbowo. Inwestorzy zlecają mu badanie rynków w Rumunii czy Bułgarii. To on dba o kontakty kuzynów. Stworzył stronę internetową poświęconą historii rodziny, świetnie się orientuje w koligacjach. Lubi wiedzieć, kto jest kim dla kogo.


Pytani o stosunek do mezaliansu zaczynają się śmiać. Dla nich to pojęcie abstrakcyjne, anachroniczne. „Nie ma dziś mowy o czymś takim jak mezalians. Trzeba wierzyć w te same rzeczy, mieć podobny system wartości, no i przede wszystkim się kochać”, mówi Łukasz Poniński.


Ich partnerzy muszą w ten sam sposób postrzegać świat, wierzyć w podobne ideały. Liczy się dla nich to, aby ten drugi człowiek, z którym się jest, był przede wszystkim mądry i dobry. No i oczywiście miłość. Pochodzenie nie ma znaczenia. „Mezalians? Myślę, że ważne jest to, co kto sobą reprezentuje, a nie jakie ma nazwisko”, mówi Róża Morawska. Wielu z nich związało się w pary, na przykład Łukasz Poniński i Marysia Rey – siostra Cesi. Jak się z kimś przebywa, wychowuje, to kwestia bycia razem przychodzi w pewnym momencie sama.


Co oznacza dla nich bycie arystokratami w XXI wieku? „Mój ojciec powiedział, że nie ma już arystokracji, bo nie ma tytułów, majątków, ludzkiego szacunku. Chyba została arystokracja ducha. Stawianie większych wymagań sobie niż otoczeniu”, twierdzi Emilia Czartoryska.


Nie noszą sygnetów, nie epatują tytułami. Mają jednak poczucie wartości własnego pochodzenia. Róża Morawska mówi: „Urodziłam się w takiej rodzinie, że łączy nas niezwykła więź. Czuję się wyróżniona nie przez to, że jestem arystokratką. Sam tytuł niewiele znaczy. To, co naprawdę jest wyjątkowe, to sposób, w jaki zostałam wychowana. Za to dziękuję rodzicom”. Młodzi arystokraci wierzą, że wpojone im zasady są dobre i słuszne. Chcą je przekazywać swoim dzieciom. Zdają sobie jednak sprawę z tego, iż ciąży na nich odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. W końcu noblesse oblige.

Tekst Artur Stykowski
Zdjęcia Robert Wolański
Scenografia Tomasz Felczyński
Stylizacja Sławomir Blaszewski
Asystent stylisty Basia Czyżewska
Makijaż Tomek Kocewiak/D’vision art dla LANCôME
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision art
Produkcja sesji Michał Korolec