Marta Żmuda Trzebiatowska
ZUZA KRAJEWSKA, BARTEK WIECZOREK/PHOTOSHOP.pl
DROGA DO SŁAWY

Marta Żmuda Trzebiatowska: "Jestem gotowa na... wszystko"

Cała prawda o naszej tegorocznej Najpiękniejszej.

Wybrała Kabaty. Brukowana uliczka, zielono, blisko do lasu, trochę jak w rodzinnym domu na Kaszubach. I jeszcze ten balkon marzenie, będzie mogła rano napić się na nim kawy. Zrobiła krok i nagle zamarła. Serce waliło nieznośnie. Patrzyła prosto w wycelowane w nią obiektywy. „Naliczyłam dziesięć, zanim uciekłam”, mówi Marta. „Myślałam, że oszalałam”.

Ale nie. Na drzewie, na wprost jej nowego mieszkania, siedział tłum fotoreporterów. Nie miała wyjścia: „Kameralną parapetówkę przenieśliśmy do odciętej od świata łazienki”. Wino pili, siedząc rządkiem na wannie. Po tamtym dniu jeszcze przez miesiąc zasłaniała okno czerwonym prześcieradłem. „Dziś mam zasłony, które nie przepuszczają absolutnie niczego, jak w najlepszym teatrze”, mówi.
Drzewo ma złamaną gałąź. Niechciana pamiątka. Na taką popularność Marta wciąż nie jest gotowa.

A JA BĘDĘ AKTORKĄ
Ostatni rok należał do niej. W kinowej komedii romantycznej „Nie kłam, kochanie” partnerował jej Piotr Adamczyk. Krzysztof Zanussi zaprosił do filmu „Serce na dłoni”. Serial „Teraz albo nigdy!” z Martą w jednej z głównych ról przyciągał przed ekrany milionową publiczność. Nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat, a już okrzyknięto ją gwiazdą. To jej jako najlepszej aktorce publiczność przyznała Telekamerę. „Postaram się państwa nie zawieść”, mówiła wzruszona ze statuetką w dłoni.

Nie przypuszczała, że sukces przyjdzie tak szybko. Na ekranie debiutowała jeszcze na studiach, cztery lata temu w serialu „Na dobre i na złe”. A potem w „Kryminalnych”, ta mała kontrowersyjna rólka, scena miłosna, pomogła otworzyć drzwi do kariery. Ktoś zapamiętał jej energię, świeżość i wyraziste brązowe oczy. Na drugim roku zagrała  w uwielbianej już przez widzów „Magdzie M.”. W serialu „Twarzą w twarz” spotkała się z Pawłem Małaszyńskim. Nikomu nieznane nazwisko zaczęto powtarzać częściej, serial „Teraz albo nigdy!”, debiut kinowy „Nie kłam, kochanie”, występ w „Tańcu z gwiazdami” sprawił, że poznali je wszyscy. O tym marzyła?

Klasa maturalna, godzina wychowawcza. „A teraz napiszcie, proszę, imię, nazwisko, kim będę za parę lat”, nauczyciel rozdaje karteczki. Wszyscy pochylają głowy. „Sama się tylko podpisałam, nie chciałam kusić losu”, wspomina Joanna Rusek, przyjaciółka Marty. Znają się od zawsze, razem w przedszkolu, podstawówce, w liceum. A Marta? Bez zawahania aktorka, Marta Żmuda Trzebiatowska. „Zwinęłam tę jej karteczkę schowałam i mam do dziś”, śmieje się Asia. „Widać, jak jej to mocno w środku siedziało”.

Z MARZENIAMI POD PRĄD
Joanna Rusek wspomina: „Przechlewo, cztery tysiące mieszkańców, kilka ulic, zadbane domki, przed każdym ogródek. Rodzice byli jej nauczycielami w podstawówce, nie traktowali jednak Marty wyjątkowo, szczerze powiedziawszy, miała od innych gorzej. Musiała być zawsze perfekt przygotowana. Czy dostała kiedyś dwóję od taty, nie pamiętam. Na lekcji chyba nigdy nie mówiła »tato«, zawsze »proszę pana«”.

Mieszkali wtedy w starej szkole. Wysoki na trzy metry pokój oklei≠ła plakatami gwiazd wyciętymi z kolorowych gazet. Ale to wieszanie zdjęć na ścianie zostało do dziś. W jej łazience jedną zajmuje fotografia Moniki Bellucci. Drzwi zdobi zmysłowa Marilyn Monroe, a zegar – Audrey Hepburn.
Jej oscarowe „Rzymskie wakacje” Marta pasjami oglądała jeszcze w liceum.

Już wtedy namiętnie oglądała filmy. Zaprzyjaźniła się z właścicielem jedynej wypożyczalni wideo. Kto wie, czy nie dla niej tylko ściągał ambitniejsze tytuły. „Artystka”, śmiał się, gdy pytała, czy ma coś Bergmana.

Chłopakom się podobała. „Kiedyś był okrąglejsza, ale w pewnym momencie przeszła na dietę, postawiła na sport, bardzo zeszczuplała”, wspomina przyjaciółka. „To indywidualistka, mam wrażenie, że trochę się jej bali”, śmieje się. Odstawała od grupy. Oni na przerwach słuchali hip-hopu, a Marta z nosem w tekście. Zdawała sobie sprawę, że niektórzy się z niej nabijają. Była ponad to, najlepsza uczennica, mistrzyni notatek. Wszyscy je od niej kserowali. Długie włosy ścięła tylko raz, w pierwszej klasie. Nie było jej do twarzy.

Maturę zdała na piątki. Miała jasność. Pójdzie na wydział aktorski.

Tata widział w niej budowniczego dróg i mostów. Ten świat zdawał mu się zbyt niedostępny. Taki, który podziwia się tylko sprzed telewizora. Albo do którego jedzie ponad sto kilometrów. Tyle z Przechlewa było do najbliższego teatru w Gdańsku, Słupsku czy Bydgoszczy.

Dla Marty był to świat magiczny. I za wszelką cenę chciała znaleźć do niego klucz. Wiedziała, że może. Był w jej liceum chłopak, trzy lata starszy, Bartek. Dostał się na warszawski wydział teatralny. Przetarł szlak. Inspirował. W mieszkaniu Bartka zatrzymała się na czas egzaminów. Przez dwa tygodnie na warszawskim Żoliborzu, z nie swoim psem i kotem czuła się przeraźliwie samotna. Aż przyszedł dzień ogłoszenia wyników. Już z daleka widziała tłum. Czekała z boku, nie chciała wcale podejść. Wreszcie się odważyła. Swojego nazwiska nie znalazła. Złożyła podanie, była jakaś szansa na miejsce rektorskie, ale brakło jej w to wiary. Nie od razu zadzwoniła do rodziców. Następnego dnia zebrała się w sobie. Miała gotowy drugi plan. Będzie zdawała na inne kierunki: administrację rządową, slawistykę, stosunki międzynarodowe. Rozkleiła się dopiero w samochodzie jadącym do domu. Płakała. Przy mamie puściły jej emocje. Drugi raz łzy miały w oczach obie, kiedy przyszło pismo, że jednak się dostała.

ROZCZAROWAŁAM SIĘ, MAMO
Pierwszy rok wspomina jak koszmar. Była bliska tego, by odejść, rzucić wszystko i uciec. Dostawała gorsze zadania aktorskie i gorsze oceny. Zrządzenie losu, do prowadzenia zajęć zaproszono Jerzego Radziwiłowicza. A on w „Śnie srebrnym Salomei” obsadził ją w roli księżniczki. Na zaliczeniu postawił piątkę. Przestała być zagrożona, ale wciąż nie czuła się pewna: czy wybrała dobrą drogę?

Szkołę skończyła, wciąż czasem jest trudno. Już wie, że taka to praca. Na marginesach scenariuszy zapisuje uwagi rzucone do niej na planie. Od reżysera, ale także od innych aktorów. „Nie będę mówić o tym, jaka Marta jest ładna, jaka zdolna, jaka pracowita”, Beata Tyszkiewicz bierze oddech, „jak chętnie się uczy i każdą uwagę przyjmuje z życzliwością. A ja lubię z życzliwości radzić, czasami i niepytana”, śmieje się gwiazda. „Marta uważnie słucha i nigdy się nie obraża”.

Przed nami premiera trzeciej serii „Teraz albo nigdy!”. Z reżyserem Maciejem Dejczerem Marta spotyka się na planie niemal codziennie. „Maciek za każdym razem przynosi mi kilka filmów. Dopiero co dał mi »Gomorrę«, Matteo Garrone, »Małe dzieci« z Kate Winslet w reżyserii Todda Fielda, »Pachnidło« Tykwera. To na ten tydzień. Ale też prosi mnie o moje ulubione”.

Analizują ujęcia scena po scenie. Wracają do filmów nie raz i nie dziesięć. Wiedzą, jak ze sobą pracować. On potem rzuca: „Zagraj to jak Meg Ryan w »Masz wiadomość«”. Słowa klucze.

„Są takie sceny, które zostają w pamięci”, mówi Marta. „W »Malenie«, kiedy kobiety ze wsi głównej bohaterce, pięknej Monice Bellucci brutalnie ścinają włosy. Życzę sobie takich ról. Nie wiem, czy kiedykolwiek przyjdą… Uważam, że jestem na to gotowa. I potrzebuję wyzwań”.

W serialu „Twarzą w twarz” zagrała Olę. Reżyserował Patryk Vega. „Patryk ją… zmaltretował psychicznie w niełatwej scenie, gdzie dziewczyna ginie”, wspomina Paweł Małaszyński. „Padł strzał. Zbliżenie na twarz. Vega krzyknął do Marty: »Wytrzymaj!«. Po chwili rzucił przekleństwo i rzucił się do niej. Bliski kadr go nie obejmował. Szeptał coś Marcie do ucha. Długo, z dziesięć minut. Widziałem na zbliżeniu, jak zmienia jej się spojrzenie. Aż pojawiła się jedna kropla i popłynęła po twarzy. Dopiero wtedy upadła. Tamtego dnia na planie Vega wypruł z niej flaki, ale dla takich chwil warto żyć. Ich się nie zapomina”.

A ON I TAK MNIE POKOCHAŁ
Piątkowy wieczór, dochodzi dziewiąta. Niedawno skończyła zdjęcia do serialu. Nie pamięta, co dzisiaj zjadła. Najpierw grała euforię. Dowiadują się z mężem, że będą mieć dziecko. Potem inne sceny, tragedii i wielkiej rozpaczy. Wraca do domu, do swojego mężczyzny, tam odpoczywa. Adam Król, utytułowany tancerz, czterokrotny mistrz Polski w stylu standardowym, znakomity choreograf i nauczyciel tańca. Martę poznał w jednym z warszawskich klubów. Choć młodsza o dwanaście lat, od razu wpadła mu w oko. On jej – niespecjalnie. Poprosił o telefon, nie dała. Ale i tak ją znalazł. I chciał być blisko. Dla niej postanowił z rodzinnego Olsztyna przenieść się do stolicy. W końcu rozmiękczył jej serce. Gdy na parę tygodni wyjechał do Stanów, to ona szukała mu kawalerki. I znalazła, w klimatycznej kamienicy na Muranowie. Sama wynajmowała wtedy razem z paroma koleżankami naprawdę koszmarne mieszkanie. Do tego pustego – Adama, chodziła w spokoju pisać pracę magisterską. Aż nagle zobaczyła – ma tam już wszystkie rzeczy.

Kto wie to lepiej niż przyjaciółka: „Dla Marty Warszawa była rozczarowaniem. I gdyby nie Adam, nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło. Stał się plecami, o które mogła się oprzeć. Nie chcą wiedzieć, co pisze się na ich temat. A kiedy razem wystąpili w „Tańcu z gwiazdami”, rozpętała się burza. A ona wiedziała: zatańczy z nim albo wcale. Jak sobie radził z medialną nagonką? „Jest bardzo silny”, mówi Marta. „Szargali jego imię, nie mógł się bronić”.
Nie wygrali, choć niemal do końca to oni byli faworytami. Ten program to być może największe emocje w jej życiu. „Dziś już wiem, że nie nadaję się do takiego show”, mówi Marta. „Bliscy bali się, że »Taniec z gwiazdami« mógł nami zachwiać, nic się nie zepsuło”.

„Będziemy mieli Baby!”, kiedy Joanna przeczytała SMS-a od Marty, przyznaje, że była w szoku. „Dziecko! Wiem, że chce mieć rodzinę, ale ma jeszcze czas”, myślała gorączkowo.

Złapała za telefon. I już za chwilę się śmiały, bo „baby” to mały piesek, puszysty shih-tzu. Rano na spacer wychodzi z nim Adam. „Lubi to i zapalić sobie, tak żebym nie widziała”, śmieje się Marta. „A ja, jak wraca ze świeżymi bułkami. Pies to nie dziecko, ale też obowiązek”. Dni w kalendarzu młodej aktorki bywają bardzo napięte. Wtedy Baby idzie do pracy z panem.

Czasem Joanna martwi się o przyjaciółkę. Jeśli czegoś jej brak, to prawa do prywatności, spokoju. Ostatnia wizyta w Warszawie. Z Martą umówiła się na stacji metra: „Wyszłam. Pusto. Dzwoni komórka. To Marta. Stoi za drzewem i macha z daleka. Czapeczka nasunięta na oczy, ciemne okulary, adidasy. Ubrana tak, by nie rzucać się w oczy”. Rok temu przed premierą „Nie kłam, kochanie” Asia też była u Marty. Spokojnie chodziły po sklepach, wybierały dla niej sukienkę. Dziś już sobie tego nie wyobraża.

Latem Marta spotkała się z koleżankami z roku na ślubie jednej z nich. Słuchała ich zwierzeń czasem o niewykorzystanych szansach, o propozycjach zawodowych, które nie nadchodzą, o braku pracy… Ale ona też ma niespełnione marzenia.
„O teatralnych deskach”, zdradza. „Zagrać przed publicznością, poruszyć w ludziach emocje”. Kiedyś je spełni. Poczeka.


Monika Kotowska
Zdjęcia ZUZA KRAJEWSKA, BARTEK WIECZOREK/PHOTOSHOP.pl
Stylizacja JOLA CZAJA
Asystentka AGNIESZKA DĘBSKA
Makijaż WILSON/D’VISION ART
Fryzury PIOTR WASIŃSKI
Scenografia EWA IWAŃCZUK
i TOMEK FELCZYŃSKI
Asystent PIOTR CZAJA
Produkcja ELŻBIETA CZAJA i EWA KWIATKOWSKA

Newsy
Rosyjski romans Karoliny Malinowskiej i Oliviera Janiaka
Czy można się zakochać w sobie drugi raz? W Moskwie wszystko jest możliwe! Właśnie tu wybrali się w niezwykłą podróż Karolina i Olivier, by wspominać swoje pierwsze spotkanie, oświadczyny, ślub, pierwsze wspólne wakacje.

Wyjechali oczarowani miastem i sobą. I z decyzjami, o których po raz pierwszy opowiedzieli Izie Bartosz.  Sasza, chodź do mamy! Nie idź tam – tak młoda dziewczyna po rosyjsku krzyczy do kilkuletniego chłopczyka ubranego w białą koszulkę i czarne spodenki. Dziecko ma minę łobuza, mruży oczy, uśmiecha się i idzie w naszym kierunku, coraz bardziej oddalając się od wołającej go kobiety. „Fajnie byłoby mieć takiego synka, co Karol?” Olivier patrzy na dziecko, a potem na swoją żonę, Karolinę Malinowską. Siedzimy na tarasie restauracji na placu Czerwonym w samym centrum Moskwy. Mimo późnej pory świeci słońce i jest ciepło, dużo cieplej niż w Warszawie. Przed nami widok na legendarną cerkiew z sześcioma wieżami, strażnicy obok pilnują długiego budynku z czerwonej cegły. To Mauzoleum Lenina. Bruk na placu Czerwonym lśni w słońcu. To nasz ostatni dzień w Moskwie. „Wiecie, co najmilej wspominam z tego miasta? Te parę godzin, kiedy Olivier zajęty był swoją pracą, a ja z mapą wyruszyłam w miasto. Bo najlepiej poznaje się miejsce, kiedy zwiedza się je na własną rękę”. Karolina mruży oczy w słońcu. Żałuje, że nazajutrz trzeba będzie wracać do Polski. „Chciałabym tu jeszcze kiedyś przyjechać. Choć kiedy coś robi się po raz pierwszy, wtedy najbardziej się to odczuwa, prawda Oli?”, pyta męża i puszcza do mnie oczko. „A jakie swoje pierwsze razy pamiętacie najbardziej”, pytam. Karolina i Olivier poprawiają się na krzesłach. Zaczynają się przekrzykiwać, mówić jednocześnie. Zanim nad placem Czerwonym zachodzi słońce, wiem już o najważniejszych dziesięciu wydarzeniach z ich wspólnego życia. Ale opowieść zaczyna się od Moskwy. Moskwa po raz pierwszy „Moskwa mnie trochę przytłoczyła. Gdzie się nie obejrzałem, tam stała straż z karabinami. Nawet w sklepach” – wspomina Olivier....

Newsy
Maciej Zakościelny jako czarny charakter
Najpiękniejszy VIVY! 2006 marzy, by zagrać człowieka o skomplikowanej, trudnej osobowości. „Bo nawet czarny charakter może być piękny, jeśli został przedstawiony prawdziwie”, mówi w rozmowie z VIVĄ! Spełniamy marzenie Maćka. Tylko u nas Zakościelny wciela się w bohaterów swoich ulubionych filmów.

Zakościelny od początku szkoły teatralnej zapowiadał się na gwiazdę – mówi jedna z jego koleżanek z roku. Przystojny, wysportowany, poukładany. Błyskawicznie zaczął grać w serialach: „Plebania”, „Na dobre i na złe”, „Samo życie” i dość szybko jego sprawami zaczął zajmować się profesjonalny agent. „My od rana do nocy przesiadywaliśmy w szkole, marzyliśmy o epizodach, a on tylko zmieniał taksówki, by zdążyć na kolejne spotkanie czy plan”, dodaje. „Zakościelny? Ambitny, zdeterminowany na sukces, pracowity”, mówi, nie ukrywając podziwu, inny kolega. „Pamiętam, jak przyszedł do nas na wykłady Krzysztof Kolberger. Opowiadał nam mnóstwo o aktorstwie, o tym, co jest najważniejsze. Na koniec dodał, żebyśmy dbali o ciało, żebyśmy się nie rozleniwili, bo nasze ciała to nasz warsztat. Po tym wykładzie Maciek jako jedyny natychmiast zapisał się na siłownię”. Do dwóch razy sztuka Do szkoły aktorskiej dostał się dopiero za drugim razem. Miał predyspozycje, ale jeden z profesorów poradził mu, że powinien kilka rzeczy poprawić – zlikwidować regionalny akcent, popracować nad dykcją. Sam aktor wspomina tamten czas z dystansem: „Mówiłem wtedy »wziąść« zamiast »wziąć«, »włanczać« zamiast »włączać«”. Przez rok miał ćwiczyć dykcję i zlikwidować regionalny akcent. Zgłosił się do Ewy Różbickiej, emerytowanej nauczycielki aktorstwa, która przygotowywała wcześniej do egzaminów Artura Żmijewskiego i Michała Żebrowskiego. Wyczuwała każdy fałsz, każde potknięcie. Przygotowała go perfekcyjnie. W komisji zasiadał Jan Englert. „Gdy podczas egzaminu dowiedział się, że trenowałem karate – wspomina Maciek – zaproponował mi, żebym powiedział przygotowany...

Newsy
Stefano Terrazzino: "Osiądę gdzieś na Sycylii z liczną rodziną"
Historia poczęcia Stefano Terrazzino jest tak romantyczna, że słowa same układają się w wiersze... Rodzina Terrazzino i rodzina Giglio sąsiadowały ze sobą od lat. On, Antonio, był przystojnym młodzieńcem o czarnych oczach, ona – Giovanna – śliczną dziewczyną. Antonio spacerował pod oknami Giovanny całymi godzinami, ona zakochana pąsowiała na jego widok.

Miłość ta mogłaby latami zostać niespełniona, bo dziewczyna miała zaledwie 16 lat, ale szczęśliwie ciotka Pippina dyskretnie zostawiła kochankom klucze do swego domu i wyszła na długi spacer. „Kiedyś rodzice pokazali mi ten dom, miejsce, w którym zostałem poczęty”, opowiada Stefano. „Oczywiście w tamtych latach ciąża u 16-letniej dziewczyny, bez ślubu, była czymś karygodnym. Dziadkowie uradzili, że młodzi muszą się pobrać, i to natychmiast”, opowiada. Kilka miesięcy później młodzi państwo Terrazzino wyemigrowali do Niemiec. Osiedli w Mannheim, gdzie już czekała część rodziny, i tam urodził się Stefano. Jednak tancerz zapewnia: „Chociaż wychowałem się w Niemczech, każdego roku jeździłem do rodziny na Sycylię, spędzałem tam długie miesiące, żyjąc wesołym, głośnym włoskim życiem”. Rodzice Stefano pochodzili z ubogich rodzin. Jego mama musiała zajmować się swoim młodszym rodzeństwem, ponieważ jej matka nigdy nie doszła do siebie po stracie trójki dzieci. Ojciec jako dziecko pracował w polu, zdarzało mu się spać w stajni ze zwierzętami. Może dlatego starali się swojemu ukochanemu synkowi zapewnić dobre życie. Lepsze niż to, które było ich udziałem. Stefano kontra Alessandro Terrazzino wciąż się uśmiecha. Opowiada z rozanieleniem o włoskiej kuchni, którą uwielbia, tym bardziej że jego tata jest kucharzem, a także o swojej licznej rodzinie. Stefano ma dwóch młodszych braci – Vincenza i Marco. Śmieje się, że wcale nie chciał mieć takiego „starodawnego” imienia. Niestety, jego włoska rodzina zmusiła rodziców, by – zgodnie z tradycją – pierwszemu wnukowi nadać imię po dziadku. „Mama wolała Alessandro. Ja też wolałbym Alessandro, ale rodzina taty uparła się, że wnuk będzie Stefano. Przyjechali do szpitala i urządzili awanturę we włoskim...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner