Borys Szyc, VIVA! kwiecień 2009
Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Życiowe zmiany

Borys Szyc: Mężczyzna z wydm

Borys Szyc, VIVA! kwiecień 2009
Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

– Borys, czy Ty musisz mnie kokietować? Ten zniżony głos. Po co to? Żeby przypadkiem nie wyjść na chwilę z roli?


Borys Szyc: Z roli Szyca? Trudno z niej wyjść (śmiech). Ale zaskoczę cię. Zmieniam się.

– Doznałeś nagłego olśnienia? Gadanie.


Borys Szyc: Nie opowiem ci, że to było jak nagłe uderzenie w głowę, po którym w jednej chwili doszedłem do wniosku, że będę inaczej żył. Nic spektakularnego. To się we mnie zbierało przez lata. Czułem na przykład, że noszę w sobie emocje, ale nie wiem, czym są. Nie potrafię nazwać. Zamiast skonfrontować się z problemami, uciekałem od nich. I nie umiałem rozmawiać.

– Ty, dusza towarzystwa?


Borys Szyc: No, co mam ci powiedzieć? Jak dochodzi do prawdziwych, poważnych rozmów, nie potrafię znaleźć tych najważniejszych słów. Uczę się. Aktor, odgrywam życia innych, a o swoim zapominam. Musiałem się w końcu z tym zmierzyć.

– Przesiałeś wszystkie znajomości przez grube sito? Zostały w kalendarzu numery telefonów, pod które możesz zawsze zadzwonić?


Borys Szyc: Zostały. Choć przyjaciół policzę na palcach jednej ręki. Kilku chłopaków i Marta. Jesteśmy blisko od lat, od drugiej klasy podstawówki. Została matką chrzestną mojej córki Soni, a ja jej synka Kajetana. Tak, przesiałem znajomości. Dziś sobie tłumaczę: Nie wszystko jest ci potrzebne. Nie każdy musi cię lubić. Nie każdego musisz poznać, rozśmieszyć – a tak mi się do tej pory wydawało. Miałem gest – Borys stawia wszystkim! Lubiłem nie dbać o pieniądze, a okazuje się, że trzeba. Często przeceniałem swoje siły i nagle okazywało się, że na rachunku pusto. Przechodzę okres zmiany z rozlatanego debila w… No właśnie, w kogo? Zobaczymy. To jak przepoczwarzanie. Szukam już tylko zdarzeń, osób, które coś w moim życiu zmieniają, czegoś uczą. Sprawia mi przyjemność wymienianie z nimi myśli. Może to magiczna trzydziestka na karku? Niedawno czytałem „Kobietę z wydm” Kōbō Abe. Poleciła mi ją nieznajoma w księgarni. Książka ma sporo lat, facet, który ją napisał, już nie żyje. Ale jak widać, każdy ma swoje odkrycia. Stała się moim. Chyba każdy w pewnym momencie życia czuje jak bohater Abe. Wpadł w taką dziurę wygrzebaną w głębokim piasku, z której nie może się wydostać. Ten piasek można i trzeba traktować metaforycznie. Dla każdego będzie czym innym. To wszystkie sprawy, które nam włażą w usta, oczy, uszy i nie możemy się ich pozbyć. Choć pewnie gdybyśmy bardziej się postarali? Ale zbyt często popełniamy grzech zaniechania, nie robimy nic i dajemy się w tej jamie zasypać. Przeczytałem, a potem pojechałem do Egiptu i ten piasek z książki tam był. Wszędzie. Dużo wtedy myślałem. Czuję, że jestem w drodze. Do czego? Do siebie? Nie chcę dać się zasypać. Głupio to brzmi, a zwłaszcza przelane na papier? Hm, ale tak jest.

– Mówisz: „Jestem w drodze”. Ktoś Cię na niej wspiera?


Borys Szyc: Pewna bardzo mądra pani, osobisty trener, inaczej life coach. Spotkaliśmy się po raz pierwszy parę miesięcy temu. U nas to chyba nie jest zbyt popularne. Myślimy, aha, osobisty nauczyciel, psycholog, psychoanalityk, to pewnie on jakiś wariat jest. Ludzie ze sobą w ogóle nie rozmawiają, znika słowo. A ja chcę rozmawiać o tysiącu życiowych wątpliwości. Na szczęście słyszę: „Dobrze, że je masz. To naturalne”. Podczas tych rozmów zderzam się ze swoimi wszystkimi kiepskimi cechami. Myślę, ile rzeczy zrobiłbym inaczej, ilu błędów nie popełnił? Dziewczyno, ile ja związków schrzaniłem? Okazuje się, że może mój instynkt nie był wcale taki dobry, jak mi się wydawało. Wystarczał do chwili poznania, a potem?

– Może Ty nie chcesz z nikim być?


Borys Szyc: Bardzo chcę z kimś być (śmiech).

– Tylko?


Borys Szyc: Zawsze byłem otoczony kobietami. Może dlatego czasem nie mogłem się ograniczyć do jednej, bo zachwycałem się wieloma. W każdej widziałem coś pięknego. Kiedyś byłem na planie Teatru Telewizji z Edwardem Kłosińskim i Krystyną Jandą. „Borys, ten facet nigdy mnie w życiu nie zawiódł”, powiedziała. Dla kobiety liczy się stałość i odpowiedzialność. Gdy wie, że coś się nagle nie zmieni. Chce mieć pewność. Ze mną mało kto ją miał.

– Jest kobieta, która tę pewność, – że jesteś, że kochasz – ma?


Borys Szyc: Moja córka. Niesamowite, patrząc na to dziecko, wciąż myślę o sobie i wzruszam się, widząc w niej siebie. Pytam: „Idziesz już?”, odpowiada: „Beret włóż”. „Idziesz zaraz?” – „Włóż dwa na raz”. I tak się bawimy. Ostatnio uczyłem ją fraszki: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz”. Jeśli mam jakieś lęki, to o nią. Czasem nachodzi taka głupia myśl, aż wstrząśnie. Mieliśmy przecież razem wypadek. Dachowanie. Nic się nie stało i to był cud. Często wraca do mnie wspomnienie tej chwili. Nie czułem wtedy strachu. Od momentu, gdy walnął w nas inny samochód, wszystko pamiętam w zwolnionym tempie. Huk. Stajemy na dwóch kołach. Jeszcze próbuję jakoś wykierować auto, żeby nie wpaść na innych. Kładziemy się na bok. Jedną ręką trzymam kierownicę. Odwracam się i drugą kładę Soni na brzuchu. I tak się wywracamy. Pełny obrót. Cieszyłem się, że płakała. Najgorsza byłaby cisza. Minął ponad rok, a ona do tej pory miewa złe sny.

– Sonia pyta, dlaczego nie mieszkasz razem z nią i jej mamą?


Borys Szyc: No, nie mieszkam. Ale wierzę, że ludzie mądrzy i kochający zrobią wszystko, by ich dziecko jak najmniej taki stan odczuło. Że nawet w takim związku może mieć miłość i uwagę obojga. Nie zawsze jestem z Sonią i to jest moim bólem. Ale chcę, żeby wiedziała, że jestem ważny, czegoś ją uczę, coś nowego pokazuję. Kiedyś nagrywałem siebie, teraz przed kamerą sadzam Sonię. Robię to, co przede mną sam Nikita Michałkow. Co roku zadawał swojej córce te same poważne pytania. Co to jest miłość, przyjaźń, wiara? Piękne są rozmowy z dzieckiem. „Jak się nazywasz?”, zaczynam. Odpowie na jednym oddechu: „Sonia Szyc, jestem aktorką, gram w filmie i w teatrze” (śmiech). Nie uczyłem jej tego.

– Masz kłopot z mówieniem o emocjach, a Sonia? Słyszysz: „Kocham cię, tato”?


Borys Szyc: Jasne. Raz mnie zaskoczyła. Pojechaliśmy na konie, na Mazury. Był tam też ładny chłopaczek. Widzę – konie, końmi, ale Sonia co chwilę zerkała właśnie na niego. Potem usiadła ze mną na kanapie i mówi: „Tato, ja się zakochałam”. Odebrało mi głos. Tak ufnie patrzyła mi w oczy. I takie to było szczere. Na ten jej malutki wiek, się po swojemu, malutko zakochała. Czy też może bardzo?

– Co wtedy poczułeś?


Borys Szyc: Poczułem, że uczestniczę w kole życia. Odwiecznym.

–  Kupiłeś dom. Także dla niej.


Borys Szyc: Tylko nie piszmy gdzie, bo znowu będą mi włazić z butami. Dom, fajnie brzmi, ale nie jest aż taki wielki. Na dole kuchnia, jadalnia. Pośrodku jest sypialnia i pokój Soni. U góry mam raj filmowo-muzyczny. Przyznaję, jestem gadżeciarzem. Zeszły rok spędziłem na planie, wpadałem tylko od czasu do czasu do sklepu i kupowałem hurtowo DVD. Ale film w domu i tak kina nie zastąpi. Teraz miałem wolne, mogłem pójść na wszystkie oscarowe premiery.

– Tych z Twoim udziałem też szykuje się sporo. Na którąś czekasz najmocniej?


Borys Szyc: Na „Wojnę polsko-ruską...”, ekranizację głośniej książki Doroty Masłowskiej. Największą trudnością było przełożenie tego języka, „pokręconego” już przecież literacko, na język filmowy. Książka to monolog faceta, który, jak się okazuje, jest tylko wytworem wyobraźni. Reżyser, Xawery Żuławski, powiedział na naszym pierwszym spotkaniu: „Dorocie przyśniło się, że to ty będziesz grał Silnego”. To mnie bardzo podbudowało, bo najpierw miał tę rolę dostać kto inny. Ale wiedziałem, że czeka mnie gigantyczna praca, umysłowa i fizyczna. Bo wyglądałem jak teraz. Z lekkim brzuchem, zaokrąglony na twarzy, taki misio. A w filmie jestem wysuszonym skurczybykiem z blokowiska.

– To raczej nie przyszło, ot tak sobie?


Borys Szyc: Trzy miesiące ciężko trenowałem. I wszędzie chodziłem z aluminiowym neseserkiem, w którym mieściło się pięć mniejszych, z porcjami jedzenia na cały dzień. Otwierałem go co trzy godziny. Patrzyłem wciąż na zegarek. Odmierzając czas do upragnionego: o, już mogę zjeść. A i tak byłem głodny. Do tego wszyscy się ze mnie śmiali. Ale było warto. Jestem ciekaw opinii. Sam oglądałem „Wojnę polsko-ruską...” już pięć razy. Hipnotyzuje. Czasem chciałem włączyć tylko początek, a zostawałem do samego końca. Żadnego innego filmu nie widziałem tyle razy (śmiech). Pamiętam, że zanim ruszyły zdjęcia, bardzo się bałem. Nie wiedziałem, jak to ugryźć. Jak grać, żeby to nie był bełkot, żeby nie „aktorzyć”. I wiesz co? Z tej całej „kloaki” językowej nagle wyszła niesamowita poezja.

– Poezja, mówisz. „Kawałek lekko nadpsutego literackiego mięsa”, pisali krytycy o książce.


Borys Szyc: Film nie zmienia jej języka, ale to cały cymes i jej siła. Do tego jak każda karykatura, w krzywym zwierciadle, pokazuje to, co boli dokoła. Powiem ci, że Silny mnie sporo kosztował. Wszedłem w granie tak mocno, że po skończonych zdjęciach musiałem wyjechać na tydzień – zresetować głowę. Wytrzeć jak gumką myszką do czysta. Nawet nie pamiętam, co wtedy robiłem, nawet gdzie byłem. Musiałem odpocząć. Dokładnie po siedmiu dniach przerwy zacząłem kolejny projekt. „Enen” u Feliksa Falka. Tam zobaczysz Szyca psychiatrę z długimi włosami. W ubiegłym roku spotkałem się jeszcze na planie z Zanussim, Morgensternem, Pawicą i Szodą. Zrobiłem w sumie pięć filmów. W teatrze – premierę „Procesu” według Kafki, gdzie gram Józefa K. i przez ponad trzy godziny ani na chwilę nie schodzę ze sceny. Do tego grałem inne spektakle. Poprowadziłem też telewizyjny „Ranking gwiazd”. Nagrałem dwa dubbingi do filmów.

– Czekaj, czekaj, bo się pogubię. Nie nudzisz się, niezła wyliczanka.


Borys Szyc: Sam się zdziwiłem, że tyle można. Dzieje się. Siedzę w domu, dostaję mail od agenta z Niemiec, że pewien pan polskiego pochodzenia zna moje filmy i ma propozycję. Chętnie wysłucham jaką. Alessandro Leone obejrzał „Vinci”, bo film dostał nagrodę na festiwalu w Courmayeur. Spotykamy się w Warszawie, a on mówi: „Potrzebuję takiego blondyna. Będziesz u mnie grał. W Rzymie. W thrillerze”. No czemu nie? Zobaczymy. Niedawno przyjechała do Polski belgijska reżyserka Vanja d’Alcantara. Poszedłem na zdjęcia próbne i dostałem rolę. W „Stepach”, historii inspirowanej autentycznymi wydarzeniami z czasu drugiej wojny światowej, gram razem z Agnieszką Grochowską. Zdjęcia już ruszyły. W czerwcu zaczynam „Śluby panieńskie” u Filipa Bajona. Będą kostiumy z epoki, pojedynki w plenerze, konie. Gigantyczną mam przyjemność z tej pracy. Choć i zmęczenie. We wszystko wkładam całego siebie. Spalam się, nie umiem się zdystansować. Zagrać czegoś z marginesem – nie potrafię. Ekshibicjonizm emocjonalny – to mój styl. Zawsze czułem, że tylko przez pokazanie prawdziwych uczuć można na innych zadziałać.

– Na zawołanie zapłaczesz? Nawet nie skończyłam pytania, a tu łzy. Borys, nie płacz.


Borys Szyc: To mój warsztat (śmiech). Ale w życiu też dziś już płaczę i nie gram. Wczoraj słuchałem Caetano Veloso – cudnie śpiewa „Palomę” w filmie Almodovara „Porozmawiaj z nią”. To mój ukochany film i ukochana scena, w której główny bohater płacze. Nie ma dla mnie nic niemęskiego w tym, że się przy niej wzruszam. Facet nie może? Może. Śmieszą mnie dziś ci wszyscy chojracy, koguciki. Co mam powiedzieć, sam byłem taki. Wierzysz mi? To dobrze, bo byłem z tobą cholernie szczery.

Rozmawiała: Monika Kotowska
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Stylizacja Pola Madej-Lubera
Asystent stylistki Mateusz Farenholc
Makijaż Agnieszka Jańczyk
Fryzury Piotr Wasiński
Produkcja sesji Anna Wierzbicka

Więcej na temat Borys Szyc
Przeładuj

Natasza Urbańska będzie pracować z córką?! Znamy ich plany!

zobacz 01:16