Marta Chyczewska pojawiła się 3 lipca w programie „Pytanie na śniadanie” na antenie TVP i opowiedziała o leczeniu kilkuletniego syna Leona. Chłopiec choruje na białaczkę limfoblastyczną typu B, a terapia wiąże się z chemią i częstymi pobytami w szpitalu. Aktorka nie ukrywała emocji, a w rozmowie wskazała konkretną datę najbliższego pobrania szpiku, które ma pokazać, jak organizm reaguje na leczenie.
WIDEO…
Marta Chyczewska opowiedziała o chorobie syna
Chyczewska już na początku maja mówiła publicznie, że 20 kwietnia usłyszała diagnozę, która w jednej chwili zmieniła wszystko w jej domu. Teraz, wracając do tych tygodni, pokazała, jak wygląda codzienność rodziny, gdy każdy dzień podporządkowany jest planowi leczenia i kolejnym kontrolom. Podkreśliła, że rodzice dzieci leczonych onkologicznie funkcjonują na wysokich obrotach, choć prywatnie płaczą po nocach, nie mają apetytu i nie dosypiają.
Najgorszy dzień w moim życiu
- wspomniała o dniu, w którym usłyszała diagnozę
Warto przypomnieć, że niedawno Marta Chyczewska zaapelowała ws. chorego dziecka i założyła zbiórkę na leczenie Leona, przy okazji nagłaśniając trudną sytuację rodzinną.
Na pierwszym planie jest jednak Leon i to, by w całym chaosie czuł się możliwie bezpiecznie. Aktorka przyznała, że rodzina korzysta ze wsparcia psychologa, bo w tej sytuacji liczą się nie tylko wyniki badań, ale też to, jak dziecko rozumie chorobę. Tłumaczenie, że to nie jego wina, ma pomóc oswoić lęk i poczucie niesprawiedliwości. Do tego dochodzą codzienne ograniczenia: w czasie leczenia nie zawsze jest przestrzeń na spotkania z rówieśnikami, a takie decyzje bywają trudne do wytłumaczenia kilkulatkowi.
Mamy pomoc psychologa, który powiedział, że ważne, żeby tłumaczyć dziecku, że to nie jest jego wina. Bo dzieci w tym wieku potrafią pomyśleć, że były niegrzeczne i dlatego spotkała ich kara. Więc tłumaczysz, że to nie jest jego wina i przede wszystkim, że to nie będzie trwało zawsze. Bardzo ważne jest, żeby im powtarzać, że teraz jesteś chory i nie możesz widzieć się z innymi dziećmi
- przyznała Chyczewska.
Maja Chyczewska mówi o szansach na wyleczenie syna
Najbliższe tygodnie mają przynieść kolejną odpowiedź na pytanie, jak skutecznie działa terapia. Chyczewska poinformowała, że 20 lipca zaplanowano pobranie szpiku. To badanie ma pokazać, czy komórki nowotworowe zostały wyeliminowane.
Aktorka opowiedziała też o wcześniejszym pobraniu, po którym w wynikach pojawiły się jeszcze ślady choroby. To szczególnie stresujące w momencie, gdy widać odpowiedź na chemię, ale nie jest ona pełna. W kontekście samopoczucia Leona przekazała, że chłopiec, poza nudnościami i wymiotami, czuje się w miarę dobrze - a każdy taki dzień jest dla bliskich małym oddechem i sygnałem, że warto trzymać się planu.
Na ostatnim pobraniu szpiku wyszło, że są jeszcze ślady choroby, podczas gdy tak naprawdę mogłoby już jej w ogóle nie być. Więc jest to stresujące, że jest odpowiedź na chemię, ale nie stuprocentowa (...) Oprócz nudności, wymiotów w porównaniu z tą pierwszą fazą, czuje się w miarę dobrze
- przekazała Chyczewska.
Chyczewska zwróciła uwagę, że leczenie to nie sprint. Mówiła o co najmniej dwóch latach terapii, z ryzykiem wydłużenia, jeśli pojawią się infekcje i konieczność przesuwania chemii. Po tym etapie mają nastąpić trzy lata obserwacji i regularnych badań. Jeśli w tym czasie białaczka nie wróci, Leon ma zostać ogłoszony zdrowym dzieckiem.
Co najmniej dwa lata leczenia, bo przy każdej infekcji ta chemia się przesuwa, więc to może potrwać dłużej. (...) Później są trzy lata obserwowania badań regularnych. Jeżeli przez trzy lata ta białaczka nie wróci, Leon będzie ogłoszony zdrowym dzieckiem. Rokowania są dobre, jest ok. 90 proc. szans
- powiedziała aktorka.
W tej historii mocno wybrzmiewa też temat logistyki, o której rzadko myśli się, dopóki życie nie postawi pod ścianą. Po dwóch miesiącach choroby, chemii i regularnych pobytów w szpitalu rodzina uznała, że nie jest w stanie dalej normalnie pracować. Chyczewska uruchomiła w sieci zbiórkę pieniędzy, bo - jak wyjaśniła - długie leczenie nie może zostać dodatkowo obciążone strachem o finanse i utrzymanie domu.
Po dwóch miesiącach choroby, chemii, ciągłych pobytów w szpitalu, zrozumieliśmy, że po prostu nie jesteśmy w stanie kontynuować naszych aktywności zawodowych. Nie jest możliwe utrzymanie rodziny przy tak poważnej chorobie, przy tak długim leczeniu, więc chciałabym po prostu, żeby ta część, ten aspekt finansowy nie stanowił dla nas dodatkowego problemu
- wyjaśniła w "Pytaniu na śniadanie".
My, rodzice dzieci leczonych onkologicznie, nie jesteśmy silni. Jesteśmy tylko dlatego, że musimy. Nie mamy wyjścia, ale płaczemy po nocach, nie jemy, nie śpimy. (...) Nawet nie mogę położyć się do łóżka i wpaść w depresję, wydrzeć się. Muszę być uśmiechnięta, muszę się trzymać. Więc na zewnątrz może się wydawać, że jesteśmy niesamowicie silni
- dodała.
Zobacz także:
- Anita ze "ŚOPW" nagle wyjawiła prawdę ws. Adriana i całej rodziny: "Były łzy, ale..."
- Gamou Fall przeżył chwile grozy. Niewiele brakowało by doszło do tragedii


















