Bogusław Linda
Lidia Popiel
Wywiady Piotra Najsztuba

Bogusław Linda: "Na cholerę mi to potrzebne!"

„Pan, żeby rozmawiać ze mną, musi mnie przyatakować, ja mogę się tylko wyluzować”, mówi Bogusław Linda. Piotr Najsztub nie przestraszył się największego macho polskiego kina. Przyatakował.

– Jak sądzę, nie chce się Panu ze mną gadać?
Bogusław Linda:
Z ust pan mi to wyjął.

– Czego mógłby Pan mnie nauczyć?
Bogusław Linda:
Pana niczego.

– To jest pytanie o to, czy Pan ma coś takiego, co innym może się przydać.
Bogusław Linda:
Może innym, ale panu... Może dystansu.

– Do czego?
Bogusław Linda:
Do życia.

– A jak daleki powinien być?
Bogusław Linda:
Jak najdalszy.

– Ale wtedy nie ma emocji.
Bogusław Linda:
Są, ale pozytywne. Bo jeżeli za emocje uznajemy zachwyt...

– Gniew też.
Bogusław Linda:
Mówię o pozytywnych, choć
w naszym narodowym charakterze jest mówienie tylko o negatywnych. Dystans pomaga żyć.

– A nie oddala tak, że człowiek zostaje sam, nie dlatego że wybrał samotność, tylko że jest już za daleko od innych?
Bogusław Linda:
Mamy trochę różne zawody, pan wypytuje innych, ja, niestety, jestem zmuszony odwoływać się do kabotyństwa, czyli odpytywania siebie ze swoich doświadczeń życiowych przy każdej roli. Więc mi ten dystans się opłaca, a panu pewnie mniej. Pan, żeby rozmawiać ze mną, musi mnie przyatakować, ja mogę się tylko wyluzować.

– Chciałbym Pana roztworzyć, nie atakować. Więc czy to Pana umiłowanie dystansu nie wypchnęło go poza świat, który – w czasie, kiedy go Bogusław Linda: Pan zwiększał – zmienił się, ukolorowił, wypłaszczył, głupiał? A Pan zdystansowany od początku lat 90. pozostał trochę jak hibernatus na jego obrzeżach. Jeżeli tak, to bardzo sobie to chwalę. Bo jeżeli miałbym się przejmować tym, co się dzieje na zewnątrz, i swoją rolą w tym świecie, tobym zwariował. Mam swój świat i myślę, że będę go pielęgnował, aż, kurwa, do samej śmierci.

– „Aż, kurwa, do samej śmierci”. A potem już nie?
Bogusław Linda:
Mój dystans nie pozwala mi sięgać aż tak daleko.

– Co się składa na ten pański świat?
Bogusław Linda:
Masę prywatnych rzeczy. O tych bardzo prywatnych nie będę opowiadał, a o tych mniej prywatnych mogę: książki, czytanie, las, dzicz, samotność – takie rzeczy lubię.

– Pan w lesie czuje się człowiekiem pierwotnym?
Bogusław Linda:
Jak najbardziej. Budzi się we mnie pierwotnik.

– Inaczej Pan chodzi w lesie, inaczej patrzy?
Bogusław Linda:
W lesie odczuwam i boleśnie, i radośnie przemijanie.

– Pytanie banał: kim Pan jest? Jaka pierwsza odruchowa odpowiedź?
Bogusław Linda:
Człowiekiem.

– Nie aktorem, postacią kultury masowej?
Bogusław Linda:
Nie myślę o sobie, jak o aktorze ani postaci kultury masowej, bo to są złudne pojęcia i dosyć chwilowe. Kiedy myślę o sobie, o mężczyźnie, o tym, co mogę dać innym, np. swoim dzieciom, to raczej jako swoisty dinozaur mogę je nauczyć poczucia honoru, poczucia pewnych wartości, prawdy i luzu.

– W jakim wieku stracił Pan megalomanię?
Bogusław Linda:
Mogłem być dosyć dobrze zapowiadającym się megalomanem, kiedy zaczynałem swoją karierę aktorską, ale potem tę megalomanię wybito mi z głowy, przez sześć lat nie puszczając na ekran niczego, w czym zagrałem. To też uczy jakiegoś dystansu, bo pokazuje, że nie jest to takie ważne, a jakże złudne.

– Może przekazując dzieciom wartości, poczucie honoru, osłabia je Pan?
Bogusław Linda:
Nie sądzę.

– Bo świat, w którym będą funkcjonowały, nie kieruje się już tymi zasadami i mogą przez to przegrać.
Bogusław Linda:
Tak może się zdarzyć, ale ja należę do tych, którzy wolą mieć podniesione czoło. Mam przyjaciół, zwykle to nie są aktorzy, tylko ludzie, którzy się kierują wartościami, bo często stają w obliczu rzeczy ostatecznych.

– Pan w momentach ostatecznych upatruje szansy na sprawdzenie się człowieka i jego prawdziwą twarz.
Bogusław Linda:
Kiedyś byłem chory na adrenalinę i człowiek się tak naprawdę z tego nie leczy. Chorować na adrenalinę, to znaczy szukać momentów, kiedy człowiek staje między choćby życiem a śmiercią. Rodzą mu się wtedy dziwne rzeczy w głowie, na przykład zaczyna wierzyć w Boga, zaczyna żałować czegoś, co zrobił, a nie musiał robić. Wraca do najprostszych rzeczy, czyli: jak jest się facetem, to trzeba postępować tak, a nie inaczej, trzeba umrzeć z godnością, zejść i tyle. Jak się skacze z pięciu kilometrów z helikoptera...

– Nie rozumiem po co, ale niech Pan opowiada.
Bogusław Linda:
To wtedy nie ma czasu na głupoty. A choćby po to, żeby powiedzieć sobie na dole: zrobiłem to, uścisnąć łapę z drugim idiotą, który zrobił to samo, przeżyć z nim wymianę spojrzeń, przeżyć ten lot, te 20 sekund, 30 bez otwarcia spadochronu. To daje strzał.

– Co to jest strzał?
Bogusław Linda:
To jest zabawa... czasami. Ale bardzo dobrze ustawia potem hierarchię. Wracam do pracy po czymś takim i mówienie mi wtedy, że ktoś mnie zwolni z pracy czy nie dostanę roli... Mnie nie dotyka, człowiek nabiera do tego dystansu.

– Ale też się boi przy tym?
Bogusław Linda:
Pewnie, że się boję, ale boję się przede wszystkim o rodzinę. Jestem w końcu tym gościem, który powinien jej coś zapewnić.

– A tutaj Pan spadnie, jak gruszka...
Bogusław Linda:
No właśnie...

– Nie sądzi Pan, że można dojść do tej samoświadomości przed kominkiem, w fotelu, pijąc wino i zastanawiając się nad sobą?
Bogusław Linda:
Myślę, że tak, i chwała Bogu, że się w tym na przykład możemy różnić, bo dzięki temu możemy porozmawiać i popatrzeć nawzajem ze zdziwieniem w oczy.

– Pan się boi siebie – starego?
Bogusław Linda:
Tak. Przede wszystkim chorób, co się nieuchronnie wiąże ze starością. Wtedy człowiek paru rzeczy nie może zrobić. Boję się też bezradności.

– A utraty siły?
Bogusław Linda:
To jest też bezradność, człowiek siedzi, wydaje mu się, że może, a już nie może. Natomiast moje dziś mówienie o adrenalinie jest lekkim samochwalstwem, ponieważ od dawna tego nie uprawiam. Ale mam już ten komfort bycia lekko zdystansowanym. No a jak to będzie wyglądało dalej? Myślę, że jak u wszystkich, w końcu życie jest żartem, który kończy się śmiercią.

– Pan już sobie wymyślił słowa, które wypowie na chwilę przed ostatnim tchnieniem?
Bogusław Linda:
Nie. Kiedyś wymyślałem sobie, bo musiałem, wyjeżdżając na kolejną ryzykowną wyprawę,  i spisywałem testamenty. Żeby było wiadomo, co zrobić z moim skomplikowanym układem majątkowym. Bo można nie wrócić. Wtedy człowiek zaczyna poważnie myśleć, co napisać.

– To ile tych testamentów Pan napisał?
Bogusław Linda:
Kilka.

– Może powinien Pan wydać zbiór własnych testamentów?
Bogusław Linda:
To dobry pomysł.

– Kiedy Pan przestał wierzyć, że będzie żył wiecznie?
Bogusław Linda:
A to się dzieje powoli, krok za krokiem, nie ma jednego momentu olśnienia. Nawet teraz, kiedy odpycham tę świadomość, lęk mnie cały czas puka w ramię, mówi: „Ej, poczekaj”.

– Nie wierzy Pan w to, że któregoś dnia japońscy naukowcy wymyślą pigułkę na długowieczność i Panu akurat starczy na nią z emerytury?
Bogusław Linda:
Dla mnie będzie za późno. A poza tym będzie wstyd przyjmować taką pigułkę, to byłaby kompromitacja na całą okolicę.

– Czyli Pan jest raczej taki XVIII-wieczny, z wmontowanym wstydem.
Bogusław Linda:
Chyba tak. Kiedy myślę o latach, w których chciałbym żyć, to zawsze wolałbym wcześniej niż później.

– Co się Panu nie podoba w naszych czasach?
Bogusław Linda:
Globalna wioska. Nie podoba mi się to, że ludzie stają się podobni do siebie, że są jednakowi. Marzyłbym o tym, żeby znaleźć się gdzieś, w jakimś kraju, który był kiedyś innym krajem, można pojechać do Mongolii i zobaczyć Mongołów, pojechać do Afryki, zobaczyć ją taką, jak kiedyś wyglądała... zobaczyć ludzi, których było stać na opłynięcie dookoła świata...

– Pan w życiu jest hedonistą używającym zabawek i podniet współczesności?
Bogusław Linda:
Tak, i właśnie tu jest pewna sprzeczność z tym, co mówię.

– A byłby Pan gotów z tego zrezygnować, żeby w tamten świat się zanurzyć i nie powrócić?
Bogusław Linda:
To jest dosyć podchwytliwe pytanie, bo od razu bym się zapytał, jako kto.

– Więc jako kto chciałby się Pan zanurzyć?
Bogusław Linda:
Naturalnie jako człowiek, który mógłby używać tamtych przyjemności.

– Stosunkowo proste, ale mocne.
Bogusław Linda:
Ale mocne, i nie mówimy tutaj o kobietach, bo to jednak nie jest takie proste.

– To zależy od fazy życia, raz mi się to wydaje strasznie proste, raz kompletnie nie do przejścia.
Bogusław Linda:
Teraz kompletnie nie do przejścia.

– W Panu, rozumiem, nie ma pogoni za kobietami?
Bogusław Linda:
W moim wieku mógłbym się potknąć. Więc staram się tak nie gonić.

– Nie żebym coś sugerował, ale „to” w mężczyźnie gaśnie, oddala się, przestaje być ważne?
Bogusław Linda:
Nie, myślę, że nie, bo jeżeli już „to” gaśnie i przestaje być ważne, to „pora umierać”. Więc nie, tylko po prostu tak już człowiek nie wariuje na ten temat. Ja myślę sobie: a co by było potem?

– Czyli po prostu świadomość: „co potem”, jest tym, co wyróżnia w pewnym wieku mężczyzn?
Bogusław Linda:
Chyba tak. Czy warto? Na cholerę mi to potrzebne, potem się będę musiał tłumaczyć.

– Czegoś ważnego dowiedział się Pan od kobiet albo dzięki nim, czegoś takiego, co Panu w życiu pomogło?
Bogusław Linda:
Przede wszystkim dały mi biologię, bo kobiety są dużo bardziej biologiczne niż my, dużo bardziej praktyczne, one w końcu muszą wychować dzieci, założyć ognisko, muszą o tym stale myśleć. Na początku trudno było mi zrozumieć, że one nie myślą tak jak mężczyźni, a potem to zaczęło mnie interesować i cieszyć.

– Pan przywiązuje bardzo dużą wagę do męskich przyjaźni zawiązanych w specjalnych, granicznych okolicznościach. To doświadczenie jest ważniejsze?
Bogusław Linda:
Bardzo ważne. Po prostu człowiek się przekonuje, że nie jest sam na świecie, że jest paru gości, którzy myślą tak samo. Mam takich przyjaciół z pięciu, sześciu. Jak się przechodzi z kimś graniczną sytuację, to poznaje się go dokładnie. Bez przejścia tej granicy człowiek się nie zaprzyjaźni, z wzajemnością oczywiście. Tutaj nie można zawieść.

– A Pan sam kiedyś zawiódł?
Bogusław Linda:
Myślę, że tak.

– Ucieka Pan w alkohol w takich sytuacjach?
Bogusław Linda:
Nie, uciekam w alkohol raczej wtedy, kiedy się bawię.

– Nie boi się Pan alkoholu?
Bogusław Linda:
Alkoholu samego w sobie nie.

– A tego, że się wtedy budzi w Panu ktoś inny?
Bogusław Linda:
Nie staję się ani agresywny, ani nadmiernie wylewny. Może kiedyś byłem nadmiernie kochliwy, w tej chwili jestem nadmiernie śpiący.

– Czasami ma Pan żal do siebie, że jeszcze żyje?
Bogusław Linda:
To ciekawe. A pan?

– Czasami tak. To takie pokłosie młodopolskiego i romantycznego przekonania, że człowiek ≠powinien żyć szybko, gwałtownie i młodo umrzeć.
Bogusław Linda:
Nie mam czegoś takiego. Wręcz odwrotnie. A umierają szybko ci, którzy nie mają strachu. Przeżywają ci, którzy się boją kalectwa, śmierci, tego, co się może zdarzyć po drodze i wykształcają w sobie taki atawistyczny patent na bycie nieśmiertelnym, budują go na tym, że się udało przeżyć, a jeszcze raz się udało i jeszcze raz. Jak patrzę na tych wszystkich ludzi, którzy zawodowo uprawiają jakieś ryzykowne rzeczy, to wszyscy mówią dokładnie to samo.

– Niech Pan coś opowie o samotności.
Bogusław Linda:
Może, żeby skrócić, powiem, że nie przeszkadza mi bycie z sobą.

– Dlatego że nie potrzebuje Pan innych?
Bogusław Linda:
Po prostu lubię być sam, może to jakaś wada genetyczna... Nigdy mi nie przeszkadzało to, że mieszkam sam w namiocie, sam pływam na rejsy czy sam idę na polowanie, czy sam siedzę gdzieś w lesie.

– Jak Pan jest sam, to rozmawia z sobą?
Bogusław Linda:
Kiedyś pływałem w październiku na Mazurach, były puste, na dużej łódce kabinowej „Super Alfa” wypożyczonej w ośrodku bankowym w Guziance. Pływałem trzy tygodnie i pamiętam, że na początku zachowywałem się rzeczywiście jak biały człowiek. Nie sposób było się samemu nie uderzyć, jeżeli się rozstawiało grota, foka i jeszcze sterowało, i cały czas człowiek obijał się o coś. Na początku kląłem. Potem się zacząłem śmiać, a po tygodniu już nie kląłem, tylko się śmiałem, a potem przestałem kompletnie reagować. Po prostu nic, bo nie było przed kim. Coś takiego jest.

– To odpoczynek też od siebie?
Bogusław Linda:
Tak.

– A jak pogodzić potrzebę samotności z rodziną, żoną, dziećmi? Jak to zrobić, żeby oni się nie czuli odtrąceni, a żeby mieć to minimum samego siebie?
Bogusław Linda:
Trzeba mieć swój gabinet.

– Z zakazem wstępu?
Bogusław Linda:
Nie, ale po pewnym czasie wygląda to jak zakaz. I tam mieć wszystkie zabawki, które człowiek lubi.

– Gabinet wygłuszony?
Bogusław Linda:
Najchętniej.

– Ale trzeba kiedyś wyjść z tego gabinetu, a wtedy oni wszyscy mają narosłe oczekiwania.
Bogusław Linda:
Nikt nie mówił, że można być pustelnikiem przez całe życie, bo to nie jest pustelnia, tylko skaza genetyczna, którą trzeba w sobie kultywować. A z bliskimi jest tak jak z kobietami. Jeżeli przyzwyczai się od początku kogoś do czegoś, to potem to się wydaje normalne. Gorzej jest, jak w trakcie...

– Zmienia się warunki gry...
Bogusław Linda:
O, to nie do przyjęcia.

– Oglądałem Pana w serialu, strasznie przerysowanym, w roli pomocy domowej. I zastanawiałem się, czy Pan się w tym nie dusi?
Bogusław Linda:
Oczywiście, to była straszna praca, ale ponieważ robiłem to dla kasy po prostu, po to, żeby zarobić i utrzymać dom, to pomagało, ale dla mnie to było przeżycie traumatyczne. Na tyle traumatyczne, że przyznam się, że gdyby teraz ktoś by mnie namawiał na coś podobnego czy kontynuację, to mimo tych pieniędzy powiedziałbym: to zbyt dla mnie kosztowne. Ale pomęczyłem się i potem mogłem posiedzieć w gabinecie.

– To był dyskomfort dla aktora czy dla człowieka?
Bogusław Linda:
Dla człowieka.

– Żałował Pan tej decyzji?
Bogusław Linda:
Broń Boże, ponieważ ta decyzja dała mi pewien komfort. Przez dwa lata, w ciągu dwóch miesięcy ciężkiej pracy, po 14 godzin, zarabiałem na resztę roku, więc nie mogłem tego żałować.

– Pan będzie musiał pracować do końca życia?
Bogusław Linda:
Obawiam się, że tak. Przepraszam pana i wszystkich tych, którzy mnie oglądają, niestety. Wolałbym już jakieś 10 lat temu absolutnie z tym skończyć, staram się jak mogę to realizować, ale czasami muszę coś zarobić.

– Gra Pan w totolotka?
Bogusław Linda:
Nie. Zagrałem trzy razy w życiu. Niedokładnie wiem, na czym to polega, ale nigdy nie wygrałem, więc zrozumiałem, że nie mam szans.

– To będzie musiał Pan pracować do końca życia.
Bogusław Linda:
Właśnie, ale cały czas chodzi za mną ten totolotek, zwłaszcza jak teraz mamy wejść do strefy euro i słyszę o sumach, które na Słowacji ostatnio można było wygrać... Usiadłem niedawno w gabinecie i pomyślałem sobie, że wygrałbym te pieniądze od razu dałbym pokój swojej widowni, naprawdę, momentalnie zacząłbym robić coś innego.

– Pan nie wierzy, że oni Pana lubią?
Bogusław Linda:
Pewno tak, z wzajemnością oczywiście, ale człowiek powinien mieć odrobinę wolności, jeśli sobie na nią zapracował, a mnie się wydaje, że chyba zapracowałem. Jakoś dosyć niesprawiedliwie mnie los potraktował, jakbym zrobił coś takiego w innym kraju, tobym żył z tego.

– Ale tu jest Polska i zostaje totolotek.
Bogusław Linda:
Dokładnie. Choć bez dokładnej znajomości liczb.

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Lidia Popiel

Bogusław Linda ocenił grę aktorską Julii Wieniawy. Czy jego zdaniem potrzebuje szkoły aktorskiej?

Jerzy Radziwiłowicz
Tomek Kordek/Viva!
Newsy
Jerzy Radziwiłowicz: "Ja dziadka mam grać?!"
O próżności, zazdrości i starzeniu się rozmawia Piotr Najsztub

- Jest Pan chyba jednym z ostatnich tak strasznie poważnych aktorów. Dlaczego „strasznie poważnych”? – Rozmawia Pan tylko o rolach, o reżyserach, historii, a o sobie nie. W tę nowoczesność nie chce Pan wejść. Na czym ona polega? – Na sprzedawaniu siebie. Na eksponowaniu „ja”. Ale ja sprzedaję siebie, wychodzę na scenę przed ludzi za pieniądze. – Jako aktor, ale jaki jest człowiek Radziwiłowicz? Nie musimy się wszyscy temu poddawać i mnie nie interesuje dzielenie się rzeczami, które są wyłącznie moje. – Bo jest Pan ponurakiem? Tak siebie nie widzę. Jestem normalny, w miarę. A pan jaki jest? – … Długo czekam na odpowiedź. Pan nie wie. – Jestem ironicznie wycofany. To znaczy? – Staram się nie podpadać pod żadną kategorię. Więc może dobre byłoby określenie, że coś nas łączy. – Podrążmy podobieństwa. Wstyd jest mi obcy. A Pan się czegoś wstydzi aktorsko? Zdarzyło się parę słabych spektakli, ale musiały się zdarzyć, skoro tyle lat je robię. – I jak jest po słabym spektaklu? Pojawia się nieprzyjemne poczucie, że trzeba będzie to jednak przed widzami jeszcze parę razy wykonać. – Tak samo źle? Jak spektakl jest słaby, to już się z nim nic więcej nie da zrobić. Wtedy czekam, aż spektakl wreszcie zejdzie z afisza. – W filmie też się to Panu zdarzyło? Film polega na tym, że już pana tam nie ma, widzowie może ze wstrętem patrzą na ekran, ale pan jest gdzie indziej. Ale nie pamiętam takiego filmu, który bym ze wstrętem wspominał. – Pan na siebie do kina chodzi? Tak, oglądam to, co robię, to dosyć normalne, że się ogląda własną pracę, żeby zobaczyć… – Nie ma takiego skurczu...

Newsy
Piotr Galiński jakiego nie znamy
Po zakończeniu piątej edycji „Tańca z gwiazdami” Piotr Galiński wraca do siebie, na mazurską wieś. Nigdzie nie czuje się równie szczęśliwy. Od śmierci mamy marzył o stworzeniu takiego domu. To marzenie się spełniło, podobnie jak wszystkie inne.

– Podobno ma Pan pomysł na ten wywiad? Chciałem, żeby pani napisała, że ludzie muszą mieć marzenia. – Bo…? Jak masz marzenie, to intensywnie o nim myślisz, więc dajesz pomysłowi energię. Potem ta energia działa, czyni cuda... To dzięki niej w klasie maturalnej miałem już swoją grupę taneczną, która po dwóch latach zdobyła mistrzostwo Polski, a pięć lat później zostałem okrzyknięty najlepszym choreografem w kraju. – Może pomogło Panu szczęście albo talent? Inni marzą i nic z tego nie mają. Bo boją się podjąć rękawicę rzuconą przez życie. Nic po prostu nie robią. I to jest najgorsze, bo wtedy rodzą się frustracje. – Pana marzenia się spełniły? Wszystkie! Właśnie siedzi pani tu u mnie na wsi, przy przaśnym drewnianym kuchennym stole. Za oknem wiosna. Kury, kozy, konie. Je pani jajecznicę z jaj od moich kur. Na kuchni stoi gar z rosołem. Stworzenie takiego domu to było marzenie od momentu, kiedy umarła moja mama. – Jaki był Pana dom z dzieciństwa? Pamiętam na przykład, że jako siedmiolatek wdrapałem się na dach stodoły, by zobaczyć, co mają bociany w gnieździe. To było na wsi u mojej babci. Najfajniejszy okres w moim życiu... Kiedy masz pięć, siedem lat i nie czujesz niczego, oprócz przepełniającej cię radości... Szczęśliwy byłem właśnie w plenerach wiejskich. A fakt ten wpisał się w mój mózg tak mocno, że teraz szczęście kojarzy mi się tylko ze wsią. – Dziś żyje Pan między Warszawą a Mazurami. Gdzie tak naprawdę jest Pana dom? Na wsi. Tutaj mieszkam, stąd od dziesięciu lat wyruszam w podróże. W Warszawie wynajmuję pokój od babci jednego z moich uczniów. Pani Maria Chmielewska, babcia Krzysia, przygarnęła mnie, gdy okazało się, że muszę bywać w Warszawie częściej niż raz w...

Michał Żebrowski
Viva!
Newsy
Boski Żebrowski zdradza grzechy młodości
I receptę na udany związek

Piotr Najsztub znów prowokuje! Przeszedł sam siebie. Pyta Michała Żebrowskiego, czy jest wiernym mężem. Jeśli tak, to po co? Zastanawia się, czy może nie jest „cieniasem”, który boi się nowych wyzwań (cokolwiek to znaczy). Wypomina mu, że kiedyś był „lodowym bałwanem”. Bez cienia skrępowania wypytuje o... „kopulodrom”. Teraz możemy oglądać Żebrowskiego w roli twardego policjanta w thrillerze „Sęp” i charyzmatycznego lekarza w serialu telewizyjnej Dwójki „Na dobre i na złe”. - Podobno jest Pan wiernym małżonkiem? Dlaczego podobno? – Bo pewność może mieć tylko Pan. Słusznie, trudno, żeby Pan coś o tym wiedział. – Po co być wiernym? Albo ktoś ma ochotę być wiernym, albo nie. Nie szukam powodów. – Wiernym łatwiej się żyje? Nie mam wrażenia, że żyje mi się trudniej. Ale chyba nie o to chodzi. Niewierność może być skutkiem tego, że komuś przestaje być łatwo albo że coś nam się przestaje podobać… – Albo że się komuś właśnie ktoś spodobał. Może, ale nie musi. To kwestia przede wszystkim woli, jak sobie z tym poradzimy. Niewierność równie dobrze może być tych i innych przykrości powodem. – Życie jest generalnie przykre. No to po co je jeszcze bardziej komplikować? – Wierność ma coś wspólnego z wolnością? Jestem raczej zwolennikiem teorii, że wolność tkwi w ograniczeniu. – To znaczy? Taka zupełna wolność nie jest wolnością, tylko według mnie chaosem. To nie znaczy, że ktoś, komu narzucono ograniczenia, będzie szczęśliwy. Ale uważam, że człowiek, który świadomie mówi: „Chciałbym ograniczyć się do tego”, może znaleźć pole do popisu i poczuć się naprawdę wolnym. Poza tym...

Nasze akcje
Gwiazdy
Newsy
Chcesz dobrze czuć się we własnej skórze tak, jak największe gwiazdy? Działaj metodą małych kroków!
Partner
Skuteczny trening bez wysiłku? Teraz to możliwe!
Newsy
Skuteczny trening to nie tylko siłownia!
Partner
Weleda
Newsy
Kosmetyki, które łączą tradycję z nowoczesnością. Poznaj je!
Partner
Nowości
PartyExtra
Małgorzata Rozenek-Majdan uśmiechnięta
Newsy
Małgorzata Rozenek-Majdan
BZ
Julia Wieniawa w neonowej sukience na lato
Newsy
Julia Wieniawa
BZ
Katarzyna Cichopek na 59 Festiwalu w Opolu
Newsy
Katarzyna Cichopek
BZ
Klaudia El Dursi na plaży
TV-Show
Hotel Paradise
BZ
Ślub od pierwszego wejrzenia x-news
TV-Show
Ślub od pierwszego wejrzenia
BZ
Versace wiosna-lato 2022
Fleszstyle
Trendy w koloryzacji włosów na wiosnę i lato 2022. Te odcienie robią mocne wrażenie
Marcelina Zielnik
Gorący trend: Dopamine dressing
Fleszstyle
Dopamine dressing to najgorętszy trend sezonu. Obłędną koszulę w stylu Małgorzaty Rozenek-Majdan kupisz w Sinsay za 39,99
Anna Kusiak
Klaudia Halejcio w najmodniejszych spodniach tego lata. Niemal identyczne kupisz w Sinsay za 35 zł
Newsy
Klaudia Halejcio w najmodniejszych spodniach tego lata. Podobne kupisz w Sinsay za 35 zł
Urszula Jagłowska-Jędrejek
Anna Lewandowska w swetrze za ponad tysiąc złotych
Newsy
Anna Lewandowska w modnym swetrze ponad tysiąc złotych. W Sinsay kupisz podobny za 50 złotych!
Aleksandra Skwarczyńska-Bergiel
Moda uliczna wiosna-lato 2022
Fleszstyle
Najmodniejsze buty na wiosenno-letni sezon. Te modele ma w szafie każda it-girl
Marcelina Zielnik