Paulina Młynarska i Dorota Wellman
Viva! (12/2013)
Newsy

Młynarska i Wellman. Samice alfa w jednej klatce?

Dziennikarki zdradzają przepis na prawdziwą przyjaźń pomiędzy kobietami

Podobno nie lubiłyście się na początku?

Dorota: Od dawna nas swatano. Ale jednocześnie o każdej z nas wypuszczano plotki, że jesteśmy trudne we współpracy. Że bezlitośnie będziemy się niszczyć.

Paulina: Samice alfa w jednej klatce.

Dorota: Echa korytarzowe. Takie pierdoły, które rosną jak kula śniegowa. Ktoś coś powiedział, ktoś dopowiedział i wychodziło na to, że wzajemnie miałyśmy się zjeść. A my, idiotki, zamiast się spotkać i normalnie pogadać, słuchałyśmy tych głosów. To był wielki błąd.

Co się stało, że jednak stanęłyście razem przed kamerą?

Dorota: Szantaż i terror TVN-u.

Dyrektor Miszczak siekierą pogroził?

Paulina: Nie musiał grozić. Cztery razy odchodziłam z TVN-u i cztery razy wracałam. Ostatnim razem poszłam pracować do Polsatu i zadzwoniła do mnie ówczesna szefowa TVN Style Yvette Żółtowska-Darska, czy rozważyłabym, żeby wrócić? A ja właśnie rozważałam!

I co, teraz przyjaźń?

Dorota: Tak, chociaż dużych słów nie używamy.

Paulina: Odkąd pracujemy razem, mam poczucie, że mogę się na Dorocie oprzeć. Mogę liczyć na nią w robocie i poza. Wiem, że mogę jej szczerze powiedzieć, bez ściemy, jaka jest sprawa, i nie zostanę osądzona.

Dorota: Pary telewizyjne zazwyczaj się nie udają, bo ktoś chce być lepszy, na pierwszym planie. Tutaj tego nie ma. Jest jeden wóz i dwa konie.

Paulina: Mamy podobne poczucie humoru. Podobne rzeczy nas śmieszą, nawet po bandzie. Pamiętam jedno z pierwszych nagrań. To był temat zazdrości. W studiu były szalenie zazdrosne osoby. Dorota wymyśliła sobie wstęp, że gdyby ona chciała być zazdrosna, to musiałaby oszaleć, ponieważ jej mąż, Krzysztof Wellman, sfotografował na golasa wszystkie polskie piękne aktorki. Nawet tu obecną redaktor Młynarską. Minął cały program, kończymy z gośćmi i Dorota puentuje: „A tak w ogóle to przeleciałaś mojego męża?”.

Rzeczywiście po bandzie!

Paulina: Ja na to: „Po koleżance? Nigdy!”. Umierałyśmy ze śmiechu. Kiedyś zdarzyło mi się zażartować z koleżanki – przysięgam, że o wiele łagodniej – i to był koniec współpracy. Mamy na siebie dużą tolerancję.

Lubicie się nie zgadzać?

Dorota: Bardzo. Nie lubię, jak Paulina rozwija na całe studio swój feministyczny sztandar. Wtedy sobie dogryzamy.

Ty bronisz patriarchatu?

Dorota: Nie lubię słowa „feminizm” i stąd nasze dyskusje.

Dorota, jeżeli Ty nie jesteś feministką, to kto jest?

Paulina: Jest feministką. W książce „Kalendarzyk niemałżeński”, którą razem napisałyśmy, przyznała się, zmusiłam ją do tego.

Dorota: Kiedy przytoczyła wszystkie argumenty i zapytała mnie, czy jestem, nie miałam wyjścia. Może jestem. Ale tego sztandaru rozwiniętego dalej nie lubię.

Po co Wam ta wspólna książka?

Dorota: Mamy związek partnerski, który nie pozwala nam spotkać się na dłużej. Ja mieszkam w Warszawie, Paulina w Zakopanem. Ciągle jesteśmy w różnych sprawach niedogadane. Ciągną się za nami tematy, które pojawiły się w naszych programach albo prywatnych rozmowach. Dlatego postanowiłyśmy pisać do siebie listy – e-maile.

Paulina: Kiedy zdarza się, że nocuję u Doroty, mogłybyśmy gadać do rana. To nasze gadanie jest dziennikarskie, zgłębiamy sprawy, które nas interesują. Jesteśmy babkami, które z niejednego pieca chleb jadły, mamy swoje lata. Poczułyśmy, że możemy wydać nasze e-mailowe rozmowy w formie książki.

Dorota: Brakuje nam kontaktu z publicznością, która nas ogląda. Książka to próba nawiązania dialogu, bo może da nam szansę spotkać się z żywymi ludźmi, czytelnikami, widzami.

Paulina: Obie mamy potrzebę, żeby wypowiadać się w ważnych dla kobiet sprawach. W Polsce nie mamy pełnego równouprawnienia. Są badania, że Polki wciąż zarabiają mniej na tych samych stanowiskach. Buduje się stadiony, nie buduje żłobków i przedszkoli. Mamy restrykcyjną ustawę regulującą dopuszczalność przerywania ciąży.

Dorota: A nie mamy refundowanej antykoncepcji. Nie ma edukacji seksualnej. Jest o czym mówić. W programie spotykamy się z ofiarami tych problemów. Ze zgwałconymi nastolatkami, które urodziły. Z kobietami, które dokonywały nielegalnych aborcji. Nasze pisanie to nie jest celebryckie ecie-pecie. Wypowiadamy się jako dziennikarki, które miały to szczęście, że przeprowadziły bardzo dużo rozmów z kobietami.

Paulina: Zależało nam, żeby nie pokazywać lakierowanego świata pań z telewizji. Piszemy o tym, na co same się nadziałyśmy, gdzie nas zabolało. Osobiste rzeczy nie dla ekshibicjonizmu, ale dla wiarygodności.

Któraś z Was pisze nawet w książce, że tabloidy Was rozszarpią.

Paulina: To ja piszę.

Dorota: Niech szarpią. Tak naprawdę spodziewamy się jakiegoś ataku. Kto ma mówić w imieniu kobiet? W polityce nie mamy mocnych przedstawicielek. Kongres Kobiet się rozpada. Gdzieś musi być społeczny głos kobiet, które walczą o swoje sprawy.

I dlatego proponujesz, żeby dać w mordę posłowi Arturowi Górskiemu za jego wypowiedź, że kazałby rodzić nawet zgwałconej żonie?

Dorota: Powiem szczerze, że dałabym. A myślę, że mam mocną rękę, poczułby. Nie powinniśmy sobie pozwalać na to, żeby osoba publiczna wygłaszała takie poglądy. To odrażające.

Z tego, co mówicie, wynika, że to poważna, drętwa książka, a przecież tak nie jest.

Dorota: Bo i my nie jesteśmy drętwe. Jest tam wiele poważnych tekstów, ale jest dużo śmiesznych. O starzeniu się, o mężczyznach w naszym życiu.

Gdy piszesz, że mężczyźni starzeją się jak kapcie, piszesz o swoim mężu?

Dorota: Nie. Mój mąż jest tak przeze mnie goniony, że nie ma szans zestarzeć się w tak nieprzyjemny sposób. Biedny ma nieustanną terapię, bo ja mam czujność, żeby nie zdziadzieć. Nie zaniedbać się. Żeby pielęgnować naszą relację. I warto ruszyć dupę z kanapy, żeby pojechać z tej mojej wsi do Warszawy na 15-minutowy film o starej Warszawie. Więc Wellman się nie zestarzeje. Będzie wieczny, jak Lenin. Ale jak patrzę na mężczyzn dookoła, ręce mi opadają. Mężczyźni kapcanieją. Kobiety mają nowe zadanie: żeby do tego nie dopuścić.

Paulina: Baby mają ich pilnować? Niech się sami pilnują!

Dorota: To też. Ale myślę, że bodziec od swoich kobiet jest ważny.

Piszecie też o swoich przygodach z botoksem. Dorota, stosujesz?

Dorota: Nie, bo nie mam głębokich zmarszczek. A Paulina stosuje w określonym miejscu. Jak myśli, to jej się na czole robi harmonijka.

Paulina: Jak prowadzę samochód, też mi się robi zmarszczka. Botoks paraliżuje ten mięsień i zmarszczka znika. Za nic nie zbotoksowałabym sobie twarzy tak, żeby nie mieć mimiki.

Pracujecie urodą, a ta przemija.

Paulina: Nie myślę, że pracuję urodą. Myślę, że przyjdą młodsze, bo taka jest kolej rzeczy. Dlatego coraz więcej piszę, żeby z telewizji przerzucić się na pisanie. Żeby nie musieć wyglądać. Nienawidzę wyglądać.

Dorota: Nie mogę tego gadania słuchać. Paulina jest piękną osobą. Piękny nie musi kochać wyglądać. On to ma z natury. Wygląd to rzecz ważna, ale nie tak istotna, jak osobowość. Osobowość się nie starzeje.

Osobowości Wam nie brakuje. O swojej przyszłości w telewizji myślicie ze spokojem?

Dorota: Zawsze znajdziemy sobie miejsce. Internet jest szeroki jak ocean. Jeszcze trochę pociągnę.

Paulina: Ja też ze spokojem myślę o swojej przyszłości. Umiemy pewną rzecz, którą niewiele osób umie. Prowadzenie takiego programu to nie jest hop-siup. Dlatego kiedy się pojawią takie, co umieją, zaczniemy się martwić.

Wasza książka to zapis pewnego miejsca w życiu. Jakie to miejsce?

Dorota: Przeżyłam pół wieku, a czuję się, jakbym miała 25 lat. I bardzo dobrze mi z tym. Nie pozwolę sobie wmawiać, że jestem już stara.

Paulina: Mam odwrotnie. Przeżyłam 42 lata, a czuję się, jakbym miała 342. Czuję się potwornie stara. Miałam tyle zawiłych historii, emigracji, powrotów. Gdy zaczynam sobie to wszystko przypominać, nie mogę uwierzyć, że to wszystko przeżyłam.

Dorota: Chrzanisz. Masz takie doświadczenie, że mogłabyś pisać powieści.

Paulina: Tylko nie mam talentu.

Dorota: Zawsze znajdziesz dziurę w całym. Jest młoda i oszukuje. Ma w sobie dużo szczeniactwa. Robi różne ryzykowne rzeczy w życiu emocjonalnym.

A Ty, Doroto, masz jednego faceta na całe życie. Nie zazdrościsz Paulinie jej czterech mężów?

Dorota: Zazdroszczę, ale nie dlatego, że ona miała tyle doświadczeń. Po pierwsze, nie wiesz, ile miałam doświadczeń przed moim mężem. Zazdroszczę jej z innego powodu – że ona potem ma o czym opowiadać.

Paulina: Ale ja nie chcę o tym opowiadać.

Dorota: Tego nie rozumiem.

Paulina: Wiesz, dlaczego? Bo nie ma o czym. To ja tobie zazdroszczę.

Dorota: Grubego męża?

Paulina: Zazdroszczę, że masz stabilną, szczęśliwą rodzinę. Ja jestem singlem. Nigdy nie umiałam stworzyć trwałego związku. I nie wiem, czy kiedykolwiek mi się uda. Bo jeśli nawet buńczucznie stwierdzę, że to na pewno wina moich byłych partnerów, to do tanga trzeba dwojga. Ja też ponoszę za to odpowiedzialność. Może byłam nie do zniesienia. Nie wiem, nie byłam nimi.

Marzysz o miłości, szczęśliwym byciu z mężczyzną?

Paulina: Tak.

Dorota: Znowu?

Paulina: Chciałabym tego się nauczyć, poznać, jak się tworzy silną więź opartą na zdrowej relacji. To jest coś, czego nie znam.

Z Dorotą stworzyłaś.

Dorota: Tylko w naszej relacji seksu brak.

Zaintrygowała mnie Twoja, Doroto, historia z przyjacielem. Piszesz, że powiedziałaś mężowi, że jeżeli go nie zaakceptuje, nici ze ślubu.

Dorota: Tak powiedziałam. Mam przyjaciela jak brata. To niezwykła historia, że można tyle lat się przyjaźnić, że można przejść ze sobą całe życie. Że można wszystko o sobie wiedzieć. Że obcy człowiek stał mi się tak bliski. I nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie mieć kontaktu. Choć mieszka w innym kraju, co jakiś czas musimy się spotkać, nagadać i napić wódki.

Spotykacie się w Krakowie na trzy dni. Cytat: „Jak balanga i spowiedź”. Jak Twój mąż to znosi?

Dorota: Krzysztof zna Zygmunta, też się z nim zaprzyjaźnił. Widzi, jaka to postać. Jakbym miała powierzyć Paulinę Zygmuntowi, wiem, że oddaję w dobre ręce. Że będzie bezpieczna jak rzadko z kim.

W „Kalendarzyku niemałżeńskim” jest sporo o Waszych dzieciach. O tym, że coś się kończy.

Paulina: Musiałam się z tym zmierzyć w ubiegłe wakacje. Moja córka, Ala, studiuje w Krakowie, wyprowadziła się z domu. Wydawało mi się to naturalne. Pojechałam sama na wakacje do Grecji z lekkim plecaczkiem. Taka szczęśliwa, że nic mnie nie obciąża. Ale gdy popiłam recinę, najadłam się dobrych rzeczy, nagle się okazało, że przywlokłam cały wór wspomnień. Bardzo dużo jeździłyśmy pod namiot, gdy Ala była mała. Była fantastyczna. Podjeżdżałam samochodem gdzieś pod kemping we Włoszech i potwornie zmęczona zasypiałam. Ala budziła mnie po godzinie i mówiła: „Mamo, już”. Sama rozstawiała namiot, a była w czwartej klasie podstawówki. Nocą zasypiała koło mnie, gdy czytałam książki, i trzymałam ją wtedy za małą stopę. I to się skończyło. Jest już dorosłą kobietą, która idzie swoją drogą. Musiałam to wszystko wypłakać. Rozstać się. Uważam, że nie wolno kisić w sobie tego smutku. Nie wolno pozwolić, żeby poczucie straty towarzyszyło nam długo.

Dorota: Ja szykuję się do tego momentu. Kuba studiuje, ale jeszcze mieszka z nami. Jednak staje się coraz bardziej samodzielny. Myślę, że – podobnie jak moi rodzice – zrobię radykalny ruch. Gdy miałam 18 lat, zamieszkałam sama. Dużo mi to dało. Zrozumiałam, że jak nie ugotuję, to nie zjem. I że wracanie późno w nocy wcale nie jest takie fajne, gdy nikt nie czeka. Myślę, że Kuba też się wyprowadzi i będzie sam decydował o własnym życiu.

Macie pomysł na siebie po odcięciu pępowiny?

Dorota: Trzeba mieć dużo zajęć, żeby człowiekowi głupie myśli nie przychodziły do głowy.

Paulina: Już to robię. Kiedy Ala poszła na studia, niepostrzeżenie napisałam dwie książki, byłam w Australii, Indiach, Nepalu, zjechałam całą Europę. To wszystko w ciągu jednego roku. Oprócz tego robię jeszcze inne rzeczy i wcale nie mam poczucia, że jestem zajeżdżona robotą. Odblokowały się ogromne pokłady czasu. Byłam matką kwoką. Odwoziłam i przywoziłam ze szkoły, pichciłam obiadki. Starałam się, a to zabiera energię i czas.

Dorota: Ja też mama kwoka.

My, feministki, tak mamy.

Dorota: Ale za to obie jesteśmy zaprzyjaźnione z naszymi dziećmi. Najbardziej cenię sobie, że mam fajne relacje z Kubą. Że dobrze nam się gada, że wiem, co u niego słychać. Że tyle rzeczy nas kręci, że lubimy się przytulić. W dobie, kiedy rozpadają się wszelkie więzi rodzinne i ludzie się od siebie oddalają, my się przysuwamy.

Paulina: I to jest super.

Oprócz programu i dobrej relacji z dziećmi jeszcze jedna rzecz Was łączy. Obie zagrałyście u tego samego reżysera – Andrzeja Wajdy.

Dorota: Tylko ja się nie rozbierałam!

Dla Pauliny przed laty to było bardzo traumatyczne doświadczenie.

Paulina: Dlatego nie chciałabym już o tym mówić.

Jasne. Ale czy nie masz żalu, że Dorota stanęła przed kamerą Twojego dręczyciela?

Paulina: Nie uważam Wajdy za swojego dręczyciela. Uważam, że cały system był wtedy taki, że dopuszczał rozebranie 14-latki przed kamerą. Myślę, że nikt się wtedy nie zastanawiał, że robi mi krzywdę. Nie mam żalu ani do Doroty, ani do innych moich przyjaciół, którzy zagrali u Wajdy.

Dorota: Powiem, dlaczego mi zezwoliła. Po pierwsze, mam 52 lata. Po drugie, nie rozbierałam się tam w ogóle. Po trzecie, ona jest profesjonalna, ja jestem amatorką. Nie czuła oddechu konkurencji.

Paulina: Byłam bardzo podniecona. Mówiłam: to niesamowita przygoda, spróbuj.

Dorota: Prawda, była przygoda. Kolejne wyzwanie w moim życiu i daj Boże więcej takich. Teraz bardzo bym chciała zagrać wściekłego psa u Tarantino.

 

Rozmawiał: Roman Praszyński

Dorota Zawadzka, Robert Myśliski
Radek Polak
Newsy
Dorota Zawadzka i Robert Myśliński. Superniania znalazła sposób na superfaceta
Ona jest wybuchowa i emocjonalna, on to „człowiek nadzwyczaj spokojny”. Ale od pięciu lat wszystko robią razem. Superniania znalazła sposób na superfaceta.

– Kiedy ostatnio razem Państwo tańczyli i kto prowadził? Dorota Zawadzka: Całkiem niedawno. Na jakiejś wieczornej imprezie... Robert Myśliński: Dorota prowadziła tam warsztaty dla rodziców. Potem w tańcu też prowadziła. Liczyłem na to, że Czarek, jej partner w „Tańcu z gwiazdami”, trochę to zmieni. Nie udało się. Ja jestem tancerzem nieobliczalnym. Nie potrafię przewidzieć swojego następnego kroku. Dorota Zawadzka: Kiedy zobaczyłam mojego męża w tańcu, powiedziałam, że nie ma prawa tańczyć z żadną inną kobietą. Jest... wirującym seksem. – A propos tańca, to po co Pani ten cały „Taniec z gwiazdami”? Dorota Zawadzka: Chciałam zobaczyć, jak to jest, ale już zaspokoiłam ciekawość, już mi się trochę nudzi. Cały tydzień treningi, potem występ. I tak w koło. Jak usłyszałam panie w moim wieku, albo starsze, mówiące: „To był najcudowniejszy okres w moim życiu”, to im współczułam. Miałam milion cudowniejszych chwil. Są plusy: nie mam zadyszki, wchodząc na drugie piętro, umiem skakać na skakance. Przedtem bardzo bolał mnie kręgosłup. Na mój udział w programie musiał się zgodzić lekarz. Teraz jest lepiej, bo mięśnie mi się wzmocniły. Mówiono mi też: „Tancerki nie tańczą w okularach”. Ale ja nie jestem tancerką i nie toleruję szkieł kontaktowych. Robert Myśliński: Nie chcę, nie lubię, nie potrafię – brzmi prawidłowa odpowiedź. Dorota Zawadzka: Ale też nie mogę. Miliony ludzi chodzą w okularach. Dlaczego mam je zdejmować do tańca, jak ich nie zdejmuję do łóżka? Czasem zasypiam w okularach i Robert mi je zdejmuje. Robert Myśliński: Jak nie usnę wcześniej. Dorota Zawadzka: Dlatego mam pięć par, bo je często łamię. – No i w tańcu się chudnie… Robert Myśliński: Teraz nie gubimy kilogramów, tylko...

Krystyna Janda
Robert Wolański
Newsy
Krystyna Janda: "Muszę o nim opowiedzieć"
„Dlaczego zagrałam w »Tataraku«, dlaczego oddałam do tego filmu moje życie? Sprzedałam prywatność? Zrobiłam to, bo jestem artystką. A dlaczego to zrobiłam? Z miłości. Z interesu. Żeby powstało coś więcej, coś wyżej niż tylko zwykłe wspomnienia. I koszty moje osobiste nie grają w tym wypadku roli”

O chorobie i śmierci swojego męża Edwarda Kłosińskiego nie opowiedziała nikomu. Nie potrafiła. Nie chciała. Są sprawy bardziej i mniej prywatne. Bardziej i mniej intymne. Śmierć kogoś, kogo kocha się nad życie nie mieści się w żadnej kategorii. Dlaczego więc zdecydowała się historię umierania opowiedzieć w filmie? Dlaczego zgodziła się „Tatarak” Andrzeja Wajdy, na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza zamienić w bolesną wiwisekcję? We wstrząsający monolog? – Dlaczego to Pani zrobiła? Krystyna Janda: Ach, więc rozumiem, mam się tłumaczyć jak z przestępstwa, czegoś złego. Dlaczego zagrałam w tym filmie czy dlaczego oddałam do tego filmu moje życie? Sprzedałam prywatność? Zrobiłam to, bo jestem artystką. A dlaczego to zrobiłam? Z miłości. Z interesu. Interesownie. Żeby zostało. Żeby zapamiętano. Zrozumiano. Żeby powstało coś więcej, coś wyżej niż zwykłe wspomnienie. To dla mnie więcej niż rola, niż film, niż praca. Zrobiłam to, bo spotkanie z Andrzejem Wajdą po latach było dla mnie czymś najważniejszym, a Andrzej to sprowokował, umożliwił, wyniósł na poziom, przeniósł do innego wymiaru, wreszcie „podpisał”. Bo stało się to czymś więcej dla mnie niż wszystko, co mogłam przewidzieć, wymyślić, niż przygoda zawodowa mogła ofiarować. Zadałam sobie, i zresztą Andrzej Wajda zadał mi to pytanie jako pierwszy, czy tego chcę i czy jestem gotowa na koszty z tym związane. – ? Krystyna Janda: I pomyślałam, że bardzo chcę, bo wiem, jaki prezent mi ofiarowuje los, i że koszty moje osobiste nie grają w tym wypadku roli. – Koszty, czyli wejście w Pani prywatność? Krystyna Janda: No nie, dużo więcej. Tego się nie bałam. Jestem dużą dziewczynką. Jestem świadoma, pragmatyczna, konsekwentna i dorosła....

Newsy
Monika Jaruzelska rozmawia z Aleksandrą Kwaśniewską: Pytania bez odpowiedzi
Szczera rozmowa o ojcu, rodzicach i książce

– Twoja druga książka rozpoczyna się rozdziałem, w którym opisujesz swoją próbę samobójczą. Kończysz go zdaniem, że rodzice nie wchodzą do Twojego pokoju i nikt nie pyta: „Dlaczego?”. Mam wrażenie, że reszta książki jest odpowiedzią na to pytanie i próbą zrozumienia, dlaczego Ci tego pytania nie zadali. Trafnie to zauważyłaś. Książka w ogóle na pewnym etapie pisania miała mieć tytuł „Dlaczego?”. Nie tylko jako odwołanie do tego pierwszego rozdziału, ale też dlatego, że jest to pytanie najważniejsze. Kluczowe. Tylko ono pozwala nam zrozumieć innych. Ten pierwszy rozdział był świadomym zabiegiem narracyjnym. Chciałam zacząć książkę od mocnego akordu. Jednocześnie wiedziałam, że nieuniknione będą pytania dziennikarzy o ten epizod. Jednak jak z łatwością ten rozdział napisałam, tak mam duży opór, żeby o tym mówić w mediach. Kiedy pisze się książkę, jest to rodzaj pewnej intymnej rozmowy z czytelnikiem. Kiedy jednak coś znajdzie się w prasie kolorowej, a potem trafi do tabloidów i zaczyna żyć swoim życiem, jest już odczepione od tej intymności, która towarzyszyła na początku pisania. – Ten temat jest jednak wyeksponowany już na pierwszej stronie, co czyni go oczywistym kąskiem dla tabloidów. Pisząc, nie myślę o sobie jako kimś, kto jest bohaterką książki i osobą publiczną. Traktuję siebie i rodzinę jako materiał do publicystyki, nawet beletrystyki. Jest tu więc dystans do własnych emocji i pragmatyczne myślenie o tym, co jest atrakcyjne dla czytelnika. Z pełnym przeświadczeniem, że jest to również prawdziwe. – Ta książka była dla Ciebie autoterapią? Ten etap dawno mam za sobą. Terapeutyczną rolę odegrała najpierw praca, ale przede wszystkim macierzyństwo. W tej chwili, kiedy myślę: rodzina, to jestem ja, mój...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner