– Powszechna opinia głosi, że aktorzy często romansują na planie.       
Moim zdaniem romanse na planie nie są wcale tak nagminne, jak się ludziom zdaje. A już na pewno nie są regułą. Ja z tym nigdy nie miałam problemu. Rozsądek z reguły włącza pomarańczowe ostrzegawcze światło. A jeśli już zaczyna dziać się coś, co mi nie odpowiada, rozmyślnie wytwarzam barierę chłodu i obojętności, dla tej drugiej strony nie do pokonania.

– A jeżeli okazuje się, że aktor z planu jest też bardzo atrakcyjnym mężczyzną po wyjściu ze studia filmowego?
Miłość można spotkać wszędzie, więc można i na planie. Jeżeli to wielkie uczucie, dlaczego się przed nim wzbraniać? Ja nie rzucam się w wir przygody, bo… taka jestem. Bardziej zachowawcza niż spontaniczna. Wolę rozciągnąć w czasie tę początkową fazę, bo w tym po pierwsze jest szalona przyjemność (jeśli oczywiście w oczach tej drugiej osoby widać iskierki wzajemności). Po drugie kontakt ze strefą wysokich napięć, jak wiadomo, grozi porażeniem. Jako osoba z natury ostrożna, wzbraniam się więc tak długo, jak to możliwe. Dużo czasu musi upłynąć, bym przekonała się do rodzącego się uczucia.

– Na szczęście wszystkiego do końca kontrolować się nie da…
…i w pewnym momencie chce się otworzyć serce na tę drugą osobę, a opór wydaje się bez sensu.

– I mówi się sobie: „Niech się stanie!” I stało się?
Stało! Leszek gra w tym samym serialu, ale nasze poznanie było ukartowane przez znajomych znacznie wcześniej, jeszcze zanim zagraliśmy wspólny wątek. W serialu „Na Wspólnej” grałam zaniedbywaną przez męża, potrzebującą męskiej adoracji kobietę, on remontował mi mieszkanie.

– Jak wywiązał się z adorowania Pańskiej bohaterki?
Tak dobrze, jak z remontem. I tak przekonująco, że scenarzyści błyskawicznie przerwali wątek. Uznali, że para: zamożna pracodawczyni i ubogi, borykający się z wieloma życiowymi kłopotami Grzegorz nie pasuje do siebie.

– Ależ nieżyciowi! A tymczasem uczucie stało się rzeczywistością, fikcja filmowa – życiem.
Nie da się ukryć.

– Więcej, zaszła Pani w ciążę i jeszcze bardziej skomplikowała życie autorów serialu.
Scenarzyści dość długo zastanawiali się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Było kilka wersji wprowadzenia mojej ciąży do historii serialowej. Ostatecznie, żeby jednak jeszcze bardziej skomplikować losy Kingi, scenarzyści sprawili, że moja bohaterka straciła dziecko.

– Podziwiam Pani odwagę. Jest tyle przesądów dotyczących kobiet w ciąży. Pewnie niejedna aktorka zwyczajnie bałaby się zagrać scenę utraty dziecka, i to pierwszego.
Ja też trochę się bałam; miałam obawy, że to wpłynie źle na stan mojego zdrowia. Aktor bowiem, aby być przekonujący, musi wyzwolić pewien nastrój, obudzić w sobie potrzebne emocje. Po każdej trudnej scenie odpędzałam złe myśli, po prostu wybiegałam myślą w przyszłość. Życie płynie, w serialu także. Następne sceny do zagrania były bardziej optymistyczne w nastroju. Scenarzyści wymyślili najpierw adopcję, potem rodzinę zastępczą..

– Jak widać, nie było powodów, by być przesądną.
Teraz, kiedy patrzę na odcinki realizowane w tamtym czasie, uśmiecham się do siebie, bo tak naprawdę w każdej niemal scenie było widać mój ogromny brzuch i żaden szalik ani obszerny płaszczyk nie był w stanie go ukryć. Scenki często rozgrywaliśmy przy stole, za którego blatem mogłam się schować. Grałam do końca ciąży.

– Czy dziecko zrewolucjonizowało życie pary młodych, bardzo zajętych aktorów?
Dziecko je dopełniło.

– Córeczka daje rodzicom pospać, odpocząć, pouczyć się roli w ciszy?
Już teraz tak. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że cztery, pięć godzin snu może wystarczyć człowiekowi do normalnego funkcjonowania. Okazuje się to możliwe! W tej chwili pięć godzin to rarytas w porównaniu z dwugodzinnym snem w pierwszych tygodniach po narodzinach. Nataszka lubi nam czasami zrobić prezent w postaci błogiej ciszy; wtedy nadrabiamy zaległości, choćby filmowe. Ale kiedy pracujemy – oboje przecież gramy nie tylko w serialach, także w teatrach poza Warszawą – niezastąpiona jest pomoc babć. Nasze kochane mamy są ogromnym wsparciem. Dzięki temu udaje się nam pogodzić ogień z wodą.

– No tak, dwoje aktorów pod jednym dachem.
Nie to mam na myśli, chodzi mi raczej o pogodzenie dużej ilości spraw i zajęć. Gdy jest małe dziecko w domu, zawsze dużo się dzieje. Pod względem charakterów raczej dobrze się dobraliśmy. Mamy do siebie zaufanie i podobne poglądy na temat życia rodzinnego. Mamy też jednak różne pasje i upodobania. Leszek uwielbia snookera – to gra podobna do bilarda, z kijem i kulami, tylko stół jest o wiele większy i zasady inne. Raz na jakiś czas musi się „wygrać” do woli, wtedy znika na kilka godzin z domu. Ja w wolnych chwilach zdecydowanie wybieram dom; wolę poleżeć i poczytać książkę, która mnie zaciekawiła. Ostatnio zauważyłam, że jestem bardzo monotematyczna w swoich zainteresowaniach, czytam niemal wyłącznie podręczniki o psychologii i wychowaniu dziecka.

– Kochający się ludzie nie powinni spędzać razem każdej wolnej chwili?
Nie, uważam, że to fantastyczne, że mamy z Leszkiem życie oddzielne i życie wspólne. Każdy na swój sposób realizuje siebie i docenia czas spędzony razem. Za to do naszych mam staramy się jeździć razem. Oboje pochodzimy z różnych stron. Leszek z Wałbrzycha, ja ze Zwartówka. Od czasu do czasu lubimy wyrwać się poza Warszawę, bo poza stolicą ładujemy akumulatory. Wtedy jedziemy do Leszka mamy w Góry Stołowe albo do mojej mamy nad morze. Samochód prowadzimy na zmianę.

– Kto jest lepszym kierowcą?
Leszek mówi, że dobrze prowadzę, ale nie zaryzykowałabym twierdzenia, że jestem w tym lepsza od niego.

– À propos Zwartówka. Pamięta Pani pierwszy dzień w Warszawie?
Ufff, było ciężko. Biegałam z castingu na casting, do filmów, do seriali, do reklam. Tak z ręką na sercu, początki były straszne. Nawet nie miałam tu dachu nad głową. Gdy mnie i moją przyjaciółkę Bogusię, też aktorkę, jeżdżenie bardzo zmęczyło…

– …wzięła Pani do ręki gazetę z ogłoszeniami „wynajmę mieszkanie”?
Raczej „studentom wynajmę pokój, stancję”. W końcu wynajęłyśmy pokój u starszej pani, ale nie układało się. Paliłyśmy w pokoiku kadzidełka i świece, żeby było ładniej, milej, ale nasza gospodyni bała się, że spalimy jej mieszkanie. Kadzidełka miały świadczyć, że jesteśmy z sekty. Nie chciałyśmy stresować starszej pani, więc się szybko wyprowadziłyśmy, zabierając ze sobą jeszcze jednego lokatora z pokoju obok. We trójkę wynajęliśmy małe mieszkanko. Ja z Pomorza, koleżanka ze Śląska, kolega z Wołomina.

– Dwie dziewczyny i chłopak? Moglibyście przekonująco zagrać w serialu „Lokatorzy”!
Niewykluczone, że jeszcze zagramy. Od razu zrobiło się wesoło. Wszyscy poczuliśmy się raźniej, nie tak samotnie, jak wtedy, gdy jest się daleko od bliskich. No i, bądźmy szczerzy, w ten sposób było nieco taniej.

– Marzyła Pani o wyrwaniu się do stolicy?
Po szkole teatralnej dostałam etat w teatrze w Bydgoszczy. Tymczasem już na początku sezonu teatralnego zaczęły się castingi do serialu „Na Wspólnej”. Dojeżdżałam do Warszawy z Bydgoszczy, ale wkrótce okazało się, że muszę się na coś zdecydować. Albo zostać w teatrze w Bydgoszczy, albo wybrać serial w Warszawie.

– Tak z ręką na sercu, nie marzyła Pani od dziecka, aby uciec z rodzinnej wsi?
Do Zwartówka – wyciszonej, smutnej wręcz miejscowości – jest z Warszawy ponad 450 kilometrów. Niestety, nie leży na wybrzeżu, „tylko” 15 kilometrów od morza i parę kilometrów od Łeby. Nie przyjeżdżają tu turyści, nie ma tam niczego interesującego. Kilka domów, dwa sklepiki, żadnych perspektyw.

– Ale wszyscy się znają?
Każdy każdego! Niestety, ja widzę więcej minusów tej sytuacji niż plusów.

– Trzeba mieć odwagę, aby ruszyć na podbój świata z paroma groszami w kieszeni?
Gdy pochodzi się z małej miejscowości, to normalne, że jest się troszkę zastraszonym i ma się mnóstwo obaw: „Jak mnie przyjmą koledzy w szkole średniej, czy dam sobie radę?” Do podstawówki chodziłam w pobliskim Zwartowie, do Technikum Rolniczego – w Lęborku. W Studium Wokalno-Aktorskim przy Teatrze Muzycznym w Gdyni im. Baduszkowej poczułam, że ciągnie mnie w kierunku dramatycznym. Pewna osoba zachęcała: „Spróbuj, dostaniesz się do szkoły aktorskiej”. Spróbowałam i dostałam się do szkoły teatralnej we Wrocławiu.

– Ta osoba mówiła: „Próbuj, bo z takimi oczami się dostaniesz?”
Jest mnóstwo dziewczyn z takimi oczami. Zwłaszcza wśród kandydatek na aktorki. Mnóstwo!

– Oprócz oczu był też talent wyssany z mlekiem matki?
Mama nie ma ani głosu, ani słuchu. Za to babcia była osobą muzykalną.

– Mama śledzi Pani karierę, ogląda serial „Na Wspólnej”?
Mama sekunduje mi we wszystkim, jest ze mną. Serial ogląda, widzi podobieństwa i różnice, komentuje je. Gdy ją czasami zaskakuję jako aktorka, mówi mi: „Nie wiedziałam, że potrafisz taka być”.

– Dlaczego zmieniła Pani kolor włosów?
Bo twórcy serialu doszli do wniosku, że jest w nim za dużo szatynek, za mało blondynek.

– Ależ poświęcenie! Na 790 odcinków serialu…
...zagrałam w większości. Moja bohaterka Kinga Brzozowska, z domu Malczyk, na początku była łamaczką męskich serc, totalną podrywaczką. Bankiety, towarzystwo, zapach pieniądza... Gdy poznała mężczyznę życia, zakochała się, wszystko się przewartościowało. Pojawiły się za to inne perypetie, bo mąż Kingi to wieczny chłopiec, od którego ona – dorosła kobieta – potrzebuje jednak wsparcia. Przeżyli cudowny okres sielanki małżeńskiej, ale także ścieranie się charakterów. Mają problemy, bo ona nie chce mieć jeszcze dziecka, a serialowy mąż – przeciwnie. Potem jednak, jak już wspomniałam, zachodzi w ciążę, stara się o adopcję, słowem: są kolejne konflikty „do zagrania”.

– Serial serialem, ale nie straciła Pani kontaktu z teatrem…
Gram w Teatrze Śląskim w Katowicach w „Panu Pawle” – sztuce Tankreda Dorsta i w farsie „Wieczór kawalerski” Hawdona. To sprawia, że ostatnio częściej byłam w Katowicach niż w Warszawie. W spektaklu „Edmond” Davida Mameta gram kilka postaci.

– Amerykańska aktorka Jennifer Jason Leigh wyznała, że zawód aktorki jest wspaniały, bo pozwala jej odczuwać emocje, jakich w życiu chciałaby uniknąć. Bo nie chciałaby być narkomanką, osobą w głębokiej depresji, na dnie, prostytutką, degeneratką.
Uwielbiam takie role! Próbowałam ich mnóstwo w szkole, na przykład tytułową rolę w „Pannie Julii” Strindberga, Warię w „Letnikach” Gorkiego. Poruszają różne struny, kosztują wiele, ale jednocześnie działają oczyszczająco. Gdy schodziłam ze sceny, czułam niewyobrażalną ulgę. Pewnie dlatego, że te uczucia nie działy się naprawdę, a moje życie jest mniej skomplikowane.

– Credo zawodowe Ilony Wrońskiej?
Lubię jedno zdanie Paulo Coelho: „Los gorąco pragnie, abyś podążał śladem swojej własnej legendy”. Ja też staram się podążać małymi kroczkami swojej legendy.

– To słowo zobowiązuje. Legenda Monroe, Brando, Deana…
Każdy je rozumie po swojemu. Nikt nas nie zwolni od budowania własnej drogi życiowej, na własny rachunek i odpowiedzialność.

– Umie Pani wyobrazić sobie Kingę w – powiedzmy – 3578 odcinku serialu?
Umiem, choć chciałabym też robić inne rzeczy. Póki co, nie narzekam. Dobrze by było, gdyby scenarzyści mnie nie zaniedbywali. Żeby mojej Kingi nie uśmiercili, nie wysłali do USA. Żebym miała jak najwięcej emocji do zagrania, także tych, o których mówiła Jennifer Jason Leigh. Nadzieja to duży plus tego zawodu.

– W Zwartówku oglądają Panią? Mieć stu przyjaznych fanów, co człowieka znają od kołyski, to chyba coś.
Owszem, ale niestety nie wszyscy mają antenę satelitarną. W Zwartówku nie każdego na nią stać. Dla nich pozostaję Iloną – córką Elżbiety.

Rozmawiała: Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Beata Wielgosz/loft
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Iga Pietrusińska
Makijaż Patrycja Dobrzeniecka
Fryzury Adam Szaro
współpraca scenograficzna Dorota Karpińska
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska

Więcej na temat Ilona Wrońska