Szczere wyznania

Agnieszka Grochowska: "Jestem dobra, jestem zła"

Aktorka w szczerej rozmowie opowiada, jak pracowała na sukces i dlaczego nie rzuci domu dla Hollywood

Nie bałaś się zagrać Danuty Wałęsy? Musiałaś się zmierzyć z żywą postacią, a do tego legendą.

Na początku wydało mi się to trudne. Ale wyzwanie było tak ciekawe, że głupio byłoby go nie podjąć. Gdyby ktoś powiedział mi 10 lat temu, że zagram u Wajdy Danutę Wałęsę, pomyślałabym: Dobry żart. Potem ogarnął mnie strach. Ale dobrze się stało, że się zmierzyłam z tą rolą. W innej sytuacji nigdy nie spotkałabym się z panią Danutą…

…która już wcześniej Cię namaściła, mówiąc, że masz podobny charakter jak ona. Jesteś silna i zdeterminowana.

Miałam wrażenie, że mnie zaakceptowała, co mi ułatwiło zadanie. Jestem ciekawa teraz reakcji widzów.

Film został już zgłoszony jako polski kandydat do Oscara. Trudniej było wczuć się w rolę matki ośmiorga dzieci czy kobiety u boku mężczyzny igrającego ze śmiercią?

Nie analizowałam tego. Za każdym razem coś trzeba sobie wyobrazić i postawić się w sytuacji osoby, którą się gra. Ale w przypadku pani Danuty nie było to tak trudne, bo jej motywacje wydawały mi się klarowne. Jawiła się osobą, z której można by brać przykład. Miała też niezwykle ciekawe życie. Zachowały się niesamowite filmy archiwalne, choćby z wizyty u Wałęsów Joan Baez, która śpiewała u nich w domu, akompaniując sobie na gitarze.  Mówiła: „Wierzę w ludzi, w jednostki. Bo nigdy nie wiadomo, co narodzi się na zgliszczach”. A tam zmieniał się bieg historii. Dzięki takim ludziom, jak Wałęsa, z ogromnym poczuciem wolności. Tyle że stała przy nim kobieta, która mu na to pozwalała, nie zatrzymywała w domu, więc nie musiał uciekać przez okno. Współtworzyła ten sukces. Zajmowała się domem i dziećmi, wzięła na siebie pracę jak na dziesięciu etatach. Pomyślałam, że w swojej grze muszę się na tym skupić. Jeżeli mam się opiekować dziećmi, to się nimi opiekuję, jeśli mam kroić chleb, to kroję, jeśli mam prać, to piorę. Po dłuższych ujęciach zastanawiałam się: Boże, gdzie ja jestem! Bogdan się ubrał, Sławek wziął książki, trzeba zmyć podłogę… Nie miałam czasu na myślenie, jak się ustawić w tej sytuacji. Trzeba było działać i okazało się, że to jest dobry kierunek, bo prawdziwy. Pani Danuta też nie miała czasu na dywagacje.

Jak przygotowywałaś się do tych scen? Rano, przed lustrem, mówiłaś sobie: „Teraz jestem Danką Wałęsą”?

Nie aż tak. Zwykle robię to poza domem (śmiech). Bardzo mi w tym pomogło obcięcie włosów.

Płakałaś?

Nie, choć opadały aż do połowy pleców. Ale uznałam, że warto to zrobić dla takiego filmu i z takim reżyserem. Kiedy Waldemar Pokromski i Tomek Matraszek  mi je obcięli, a potem jeszcze wycieniowali, przeszłam kompletną  metamorfozę – od razu ustawiło to całą sytuację.

Zagrałaś już matki, uciekinierki, kobiety zbuntowane. Jest jeszcze jakaś rola, na którą czekasz?

Chciałabym zagrać współczesną kobietę uwikłaną w skomplikowaną sytuację. Kogoś, kto ma trzydzieści kilka lat, jak ja. Ma własne zainteresowania, pracę, jest w miarę niezależny i co dalej? Ale to powinno być trochę przewrotne. Miałam okazję nieco się z tym zmierzyć w najnowszym filmie Krzysztofa Zanussiego „Obce ciało”, gdzie wcielam się w kobietę z korporacji, której ulubionym zajęciem jest manipulowanie ludźmi. Przeczytałam scenariusz i pomyślałam: Kurczę, może nie o tę rolę reżyserowi chodziło. Ale o tę. Po zagraniu w takich filmach, jak „W ciemności”, „Bez wstydu”, a potem w „Wałęsie…”, to jest to, czego w jakimś sensie szukam. To są naprawdę różne role i w tę stronę miło byłoby podążać.

Ale jak Janusz Głowacki, który napisał scenariusz do „Wałęsy…”, powiedział o Tobie: „aktorka brzydko-ładna”, zabolało?

To chyba był komplement (śmiech). Chodziło mu zapewne o to, że jestem aktorką, która może się przeobrażać. Bardzo lubię pracować z Januszem Głowackim. Robiliśmy kiedyś razem spektakl w Teatrze Narodowym na podstawie jego sztuki „Kopciuch” i miło to wspominam.  

Powiedziałaś kiedyś, że Agnieszkę Holland tak cenisz, że zagrałabyś u niej nawet kamień. Ale Spielbergowi odmówiłaś?

Nie do końca. Zaprosił mnie na spotkanie, ponieważ bardzo mu się spodobała moja rola w filmie Janusza Kamińskiego. Zapytał, czy chciałabym grać w Stanach w serialach. Na co powiedziałam, że nie, bo gram w Polsce i chciałabym grać w filmach, a poza tym nie przeprowadzam się do Stanów.

Bardzo się zdziwił?

Chyba nie. To człowiek, który nie obraża się, kiedy ktoś mówi jasno. Poza tym to była luźna rozmowa.

Można odrzucać takie propozycje, jak ma się męża reżysera, takiego jak Darek Gajewski?

U Darka zagrałam dobrych 10 lat temu. Żałuję  zresztą, że tak dawno. Ale z tego obliczenia widać, że przez ostatnie lata grywam u innych.

Czy Wasze love story zaczęło się na planie jego filmu „Warszawa”, gdzie zadebiutowałaś jako aktorka?

Niestety, nie było tak romantycznie. Spotkaliśmy się wcześniej. A potem zaczęliśmy robić ten film.

Próbuję sobie wyobrazić Wasz związek: Ty – ocean łagodności, on – twardy facet?

To bardzo mylące, bo w sumie jestem ostra. Szybko działam, nie czekam, aż ktoś za mnie coś zrobi. Jestem stanowcza i po męsku podejmuję decyzje. Myślę, że „ocean łagodności” jest we mnie na jakimś poziomie, ale to nie są te dwa słowa, które najlepiej mnie charakteryzują. O to jednak trzeba by zapytać moich bliskich.

To mężowi reżyserowi nie jest z Tobą łatwo?

Pewnie czasem jest niełatwo. Ale oboje mamy dobrą cechę potrzebną w każdym związku – potrafimy pójść na kompromis. Mamy dobrą wolę. Chcemy się zrozumieć. W domu też się dogadujemy: zmywam ja, sprząta on. Nie, ja też sprzątam! (śmiech). Za to Darek gotuje świetnie. Robi to tak dobrze, że straciłam motywację, żeby się nauczyć czegoś w kuchni. Ale ja z kolei prowadzę samochód i robię za kierowcę. Darek nie prowadzi w ogóle, więc to się wyrównuje.

Danuta Wałęsa po rozmowie z Tobą, jeszcze przed nakręceniem filmu, powiedziała, że bardzo pragniesz dziecka. Potem żartowała, że ta rozmowa chyba pomogła, bo wkrótce zostałaś szczęśliwą mamą. Narodziny synka zburzyły już dobrze ułożone życie?

Trudno powiedzieć, że zburzyły. To jest totalna zmiana, jakby się weszło do innej rzeki. Ale w wielu sytuacjach mi to pomaga. Miałam pewne problemy z asertywnością, nie potrafiłam czasem powiedzieć: „nie”. A odkąd jest ten mały człowiek, stało się to dużo łatwiejsze, ponieważ inaczej ustawiają się priorytety.

Teraz możesz powiedzieć reżyserowi: „Znikam z planu, bo to czas na karmienie dziecka”?

To oczywiste rzeczy. Zdarzyła się sytuacja, która mi bardzo schlebia. Krzysztof Zanussi miał zacząć zdjęcia dużo wcześniej, ale powiedziałam: „Bardzo mi przykro, ale dopóki moje dziecko nie skończy pół roku, nie wyjdę na plan”. I pan Krzysztof przełożył dla mnie zdjęcia o kilka miesięcy. Dziękuję mu w tym miejscu, bo to się nieczęsto zdarza, żeby reżyser czekał na aktorkę.

A mąż nie poczuł się zazdrosny o małego? Zwykle po narodzinach dziecka mężczyzna schodzi z epicentrum zainteresowania kobiety.

Mieliśmy dużo czasu, żeby się do tego przygotować. A z racji, że mamy wolne zawody i wolny czas w dziwnych czasem momentach, wciąż możemy razem dokądś wyjechać.

I jak dawniej pośpiewać cygańskie pieśni?

Teraz przeszliśmy na reggae, bo się małemu podoba (śmiech).

W kinie wzruszacie się na tych samych filmach?

Często. Odkąd kupiliśmy projektor, w domu mamy małe kino. Płaczemy na zmianę. Jedno płacze, a drugie pociesza. Ostatnio wyremontowaliśmy dom na Podlasiu. Żartuję, że za kilka lat pewnie zaczniemy znów coś stawiać, bo faktycznie polubiliśmy działalność budowlaną. Dużo rzeczy sami zaprojektowaliśmy. Dom był ze starych drewnianych bali i właściwie został przez nas na nowo stworzony.

Stał się oazą, w której możecie się zaszyć i odpocząć?

W ogóle żyć, bo już sobie nie wyobrażam ciągłego życia w mieście. To jest naprawdę nasz drugi dom. Nie wiem, co bym robiła, gdybym tam nie jeździła. Wystarczy, że przejadę 230 kilometrów i jestem na Podlasiu. Genialnie się tam odpoczywa. W Warszawie mamy wygodne mieszkanie, ale tu jest inne życie. W mieście jest praca, park i pies, którego trzeba wyprowadzać na spacer. A tam otwiera się drzwi i aż po horyzont jest „kazachstan”. Po prostu niesamowita przestrzeń. I jakoś jest w ogóle inaczej.

Mąż łowi ryby?

Nie! Tam nie ma ani jezior, ani rzek. Można zbierać grzyby, chodzić na spacery, jeździć konno. W sumie nie ma wielkich atrakcji, ale jest pięknie. Są pola, na których rośnie kukurydza albo jęczmień, albo żyto. I mamy bardzo fajnych sąsiadów w naszej wsi.

Wiedzą, że jesteś słynną aktorką?

Tak. Ale mam wrażenie, że jesteśmy supertraktowani, bez niepotrzebnego dystansu. Normalnie chodzę do mojej sąsiadki, razem popijamy herbatę, rozmawiamy o wszystkim i jest bardzo miło.

Odstajesz od innych, nie gonisz ani za modą, ani na spędy celebrytów. Nie odcinasz kuponów od „tortu”, na który zapracowałaś? 

Nie wiem, co miałoby wynikać z takiego odcinania. Nie widzę tego tortu ani tych korzyści. Świat show-biznesu nigdy mnie nie pociągał. Rozumiem jednak, że fajnie pójść na dobrą imprezę. Najlepiej bawiłam się trzy lata temu na Malcie, na „Silent disco”. Tańczyliśmy ze słuchawkami na uszach. Na parkiecie tłum tańczył w ciszy. Genialne.

Szybko mówisz, jeszcze szybciej chodzisz…

Mam to po dziadku, człowieku o niebywałej wyobraźni. W sylwestra zabierał mnie z młodszą siostrą na spacer po Warszawie. Ulice były jeszcze puste, bo wszyscy się szykowali na bale, a myśmy rzucali konfetti z kolorowych papierków. Dziadek chodził krokiem sprężystym i szybkim, musiałam za nim biec, żeby nadążyć. Śpiewał czerniakowskie piosenki i na pamięć znał „Pana Tadeusza”. Miał duszę artysty bardziej niż ja. Kiedy przyznałam się, że dostałam się do szkoły aktorskiej, powiedział: „Wdałaś się we mnie”. 

Tata chyba miał dla Ciebie inny scenariusz na życie?  

Tata jest zawsze moim dobrym krytykiem. Szczerze mówi to, co myśli, co dla mnie jest bezcenne. Chyba jednak przeraziła go perspektywa, że mogłabym stracić rok, gdyby nie przyjęli mnie do szkoły aktorskiej. Zaproponował więc równoległe zdawanie na dziennikarstwo. Ale pokrzyżowałam te plany, bo na studia się dostałam i nie było już planu B.

Mama była bardziej wymagająca, słyszałaś: „Rób, co chcesz, jesteś dorosła”?

Nie. Mam szczęście, że oboje rodzice bardzo mnie wspierali. Ale, tak jak w większości rodzin, to kobieta musi ogarnąć dom, więc byłyśmy z siostrą bliżej mamy. Była zawsze i jest pozytywną osobą, dla której nie istnieją żadne przeciwności. Nie było problemu, żeby wyciągnąć ją zimą na sanki o 10 w nocy lub żeby pozwoliła nam wytarzać się w pierwszym śniegu. I to było ekstra. Miałam wrażenie, że ją również to bawiło.

Przynajmniej miałaś fajne dzieciństwo. Lubisz dzisiejszy świat?

Lubię, bo nie mam innego wyjścia. Ale jakbym miała porównać go do małego świata, który próbuję sobie zbudować, to mój bardziej mi się podoba. Staram się tak go tworzyć, żebym mogła robić ciekawe rzeczy. Zagrałam teraz niedużą rolę w filmie Ridleya Scotta. Miałam okazję pracować ze światowej klasy aktorami: Tomem Hardym i Noomi Rapace, która znakomita była w szwedzkiej wersji „Dziewczyny z tatuażem”. To są wieczne spotkania z ludźmi, a przy okazji można się czegoś nauczyć, coś w sobie odkryć. Ja żyję tym, mówiąc szczerze.

Bardzo dużo grasz, co roku pojawiasz się w kilku nowych filmach. Jesteś aż tak dobra czy po prostu masz świetnego agenta?

Trudno mi na to odpowiedzieć. Jestem tak dobra i tak zła, jak te role, które grałam. To jest okrutne, nie da się niczego ukryć. Kamera filmuje i to jest albo nie.

U Janusza Kamińskiego zagrałaś w „American Dream” rolę kobiety, która zmienia swoje życie. A Twój prywatny american dream się spełnił?

Nie wiem, nie miałam planu, który musiał się spełnić. Janusz zaprosił mnie do Stanów, a jemu się nie odmawia, bo jest wybitnym artystą i wspaniałym człowiekiem. Czasem sobie marzę, żeby zagrać jedną scenę z wybitnym aktorem. Nie wiem, dlaczego od razu myślę o Meryl Streep. Siedzimy sobie w amerykańskim motelu na kanapach i rozmawiamy. Tak sobie wyobrażam tę scenę. Nie chodzi mi o czerwony dywan, statuetki i flesze, tylko o tę obłędnie fascynującą sytuację, w której mogłabym się znaleźć. Pobyć z kimś tak fantastycznym, jak ona przez kilka sekund. Zobaczyć, jak pracuje i potraktować to jak przygodę.

Niespełnione marzenie spełnionej kobiety?

Może tak, chociaż tym nie żyję. Myślę, że trzeba być przygotowanym na różne rzeczy. Jak mają przyjść, to niech przyjdą. Byłoby jednak fajnie, gdyby to były dobre rzeczy. A bywa różnie, bo takie jest życie.

Ale Tobie wszystko w życiu wychodzi!

Nie wszystko.

Znalazłoby się kilka utalentowanych aktorek zazdroszczących Ci sukcesów.  

Sukces jest względny. Po prostu staram się dobrze pracować. Cieszę się, kiedy idę o szóstej rano do pracy i staję na planie. Lubię to. Tak naprawdę lubię proste rzeczy – usiąść gdzieś w kawiarni czy na ławce, popatrzeć na ludzi. Czasem irytujemy się na innych, bo wkurzają nas, przeszkadzają nam w realizacji naszych celów. Wtedy staram się usiąść, popatrzeć na nich i ich polubić.

Czego byś nie wybaczyła innemu człowiekowi?

Nie cierpię manipulacji. To oszustwo, które wciąga cię w od początku przegraną grę. A potem już nigdy się nie dowiesz, co było prawdą, a co kłamstwem.

Życiowe motto?

Nie mam. Staram się nie okłamywać siebie i innych.

Najbardziej szczera polska aktorka, jak ktoś o Tobie powiedział?

Nie wiem. Bo kto miałby to oceniać? Znam wiele szczerych osób w tym zawodzie.

Jaki masz plan na najbliższy rok?

Mam nadzieję, że zaczniemy zdjęcia z Darkiem do jego nowego filmu. Współczesny temat, więc bardzo jestem tej pracy ciekawa. Cieszę się, że po długiej przerwie znowu spotkamy się na planie.

 

Rozmawiała Elżbieta Pawełek

Anna Dymna
Robert Wolański/Viva!
Newsy
Anna Dymna: "Nie jestem żadną świętą!"
Szczery wywiad z aktorką dla "Vivy!"

– Powiedziała Pani, że szczęście jest wtedy, kiedy człowiek się budzi i wie, że jest komuś potrzebny. Nie wyobrażam sobie, że żyję sama dla siebie. Nawet gdy widzę coś wspaniałego i nie mogę się z nikim podzielić tym obrazem, to tak, jak bym widziała dużo mniej. Teraz czuję się bardzo szczęśliwa, bo mam mnóstwo „dzieci”. Niektóre co prawda są starsze ode mnie. Gdy przyjeżdżam do ośrodka w Radwanowicach, słyszę okrzyk: „Mamo, mamo!” wydobywający się z ust nawet 60-letnich facetów. To właśnie moje dzieci. – Kiedy zakładała Pani Fundację „Mimo Wszystko”, nie wszystkim się to podobało. Niektórzy w Krakowie żartowali: „Święta Anna od Downa” i pukali się w głowę. Niech się pukają, to też zdrowo. Staram się tak żyć, żeby to miało sens. W tym, co robię, nie ma żadnej świętości. Jak umiem, próbuję poprawić czyjś los. To zwykły odruch. I sprawia mi to przyjemność i już. Gdy słyszę: „Matka Teresa, anioł, święta”… myślę, że ktoś ze mnie kpi. Nie jestem żadną świętą. Dobrym człowiekiem może być każdy, bez względu na to, w co wierzy i w jakiej jest partii. Ktoś do mnie pisze: „Też pomagam, ale tak jak pani się nie chwalę”. Nie rozumie, że jak prowadzę fundację, muszę informować, na co wydaję społeczne pieniądze. Niektórzy mówią: „Starzeje się, jest gruba i musi gdzieś zarabiać szmal”. Wiedzą już jednak, że pracuję w fundacji jako wolontariuszka i nie biorę za to ani grosza, więc podejrzewają, że coś się za tym musi kryć. – Dymna pałacyk sobie buduje? Pałaców to ja mam tyle, że trudno zliczyć! A pod Krakowem to w każdej wiosce (śmiech). Niczego nie dementuję, bo to bez sensu. Do Internetu już nie zaglądam, bo cokolwiek by się zrobiło, znajdą się tacy, co...

Borys Szyc i Paweł Małaszyński, VIVA! wrzesień 2013
Krzysztof Opaliński/Melon
Newsy
Borys Szyc: "Ale super! Nareszcie jestem ładny!". Paweł Małaszyński: "No, wariat! Ale fajny"
Najgorętsze nazwiska polskiego filmu. Wrogowie w „Oficerach” i „Tajemnicy twierdzy szyfrów”. Mogli zostać rywalami, stali się kumplami, choć dzieli ich naprawdę dużo.

Krążą plotki, że jesteście w konflikcie, że się nie lubicie, konkurujecie… Paweł: Tak? To może dlatego, że gramy antagonistów. Ale to nieprawda, że się nie lubimy. Do niedawna przecież nawet się nie znaliśmy. Zakumplowaliśmy się dopiero na planie „Tajemnicy twierdzy szyfrów”, czyli kilka miesięcy temu. Borys: Jak ja mogę z nim konkurować, skoro to on wygrał VIVA! Najpiękniejsi??? (Śmiech). A tak serio, to poznajemy się dopiero. Trochę sobie mówimy, ale o rzeczach prywatnych raczej półsłówkami. Nie wiem o życiu Pawła wszystkiego, ale szanuję to. To jest męskie, że faceci nie plotkują o wszystkim. Paweł: Raczej wyczuwamy swoje nastroje. Patrzę na minę Borysa i widzę, czy jest dobrze, czy coś nie gra. Borys: Obaj z Pawłem mamy na przykład tę samą pasję – kolekcjonujemy DVD z dodatkami, w których pokazywane są kulisy powstawania filmów. Dużo o tym rozmawiamy,  chcielibyśmy tak pracować, jak na Zachodzie. Paweł: Dziś omawialiśmy „Grę” Davida Finchera. Te rozmowy to nasze marzenia o profesjonalnej pracy. – Uważacie, że można naprawdę poznać się na planie filmowym? Czego dowiedzieliście się o sobie nawzajem? Borys: Paweł zaskoczył mnie pozytywnie tym, że jednak ma poczucie humoru (śmiech). Kiedyś myślałem, że nie ma go wcale. Tak się jakoś spinał na początku. Może przy mnie? (Śmiech, Paweł też się śmieje). – Jak wyglądało przełamanie lodów? Borys: Powiedzieć wprost? (Śmiech). No, jak zwykle, napiliśmy się. Paweł: (W przeciwieństwie do Borysa na poważnie). Pierwszego wieczoru na planie „Twierdzy” usiedliśmy razem i gadaliśmy do rana. To był pierwszy raz, kiedy omówiliśmy naszą pracę w „Oficerze”. Ale mówisz, że niby ścigamy się z Borysem? – Tak myślę. W drodze do podium z napisem...

Katarzyna Grochola, Aleksandra Kwaśniewska
Iza Grzybowska/MAKATA
Newsy
Katarzyna Grochola: "Jestem... happy endem"
Choć ma za sobą kilka nieudanych małżeństw i rozpadł się jej kolejny związek, wierzy w szczęśliwe zakończenia. Katarzyna Grochola w rozmowie z Olą Kwaśniewską.

– Czy nasza rozmowa ma sens, skoro całe Pani życie jest w najnowszej książce? Katarzyna Grochola: Niecałe, na szczęście. – Jaki był klucz? Katarzyna Grochola: Wdzięczności. – Wobec losu czy ludzi? Katarzyna Grochola: Losu i ludzi. Skorzystałam z okazji, żeby przypomnieć sobie o dobrych rzeczach, które mi się przydarzyły. Nad złymi przechodzę do porządku dziennego dwoma zdaniami. Zresztą gdybym napisała o złych rzeczach, książka liczyłaby 2855 stron maczkiem (śmiech). – To jest z jakiegoś powodu szczególny moment w Pani życiu? Katarzyna Grochola: Miałam taki dwuletni moment. Niełatwy. Związany z cierpieniem ludzi obok mnie. Wcześniej dużo rzeczy mi się pospełniało i myślałam już, że moje życie jest stałą. Tymczasem los, ilekroć pomyślę, że jest coś stałego, płata mi figle. Zawęziłam sobie strasznie perspektywę przez te dwa lata i to była próba odzyskania właściwego spojrzenia. – Zakończona sukcesem? Katarzyna Grochola: Tak, choć ja jestem przestraszona, jak mi się spełniają marzenia. Jako dziewczynka marzyłam, żeby być jak Liza Minnelli w „Kabarecie” – mieć zielone paznokcie, wyjść na scenę, zaśpiewać i zatańczyć. I teraz w „Tańcu z gwiazdami” dostałam piosenkę z filmu „Kabaret” i myślę sobie: Boże, jaki jest sens po 30 latach? Nawet nie mogę jej udawać. Jedyne, co mogę, to kupić zielony lakier do paznokci, ale on też wygląda lepiej na młodych dłoniach. – Jednak twierdzi Pani, że marzenia spełniać jest łatwo. Katarzyna Grochola: O tym, że łatwo spełniać własne marzenia, przekonują mnie ludzie, którzy biorą 10 dolarów i jadą w podróż. I jakoś nie umierają z głodu. Ja tego nigdy nie zrobiłam, bo zawsze się bałam. Własne marzenia zaczęłam spełniać, jak znalazłam się na dnie, czyli w wieku...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner