Jedni twierdzą, że Natasza Urbańska nie ma charyzmy, inni, że jest zbyt idealna, by ją można było polubić. Rok na topie i na okładkach był najcięższą lekcją jej życia.

– Zastanawiałaś się, za co Cię nie lubią?
Natasza Urbańska:
Zastanówmy się razem. Kiedy nagrywałam „Przebojową noc”, podeszła do mnie pewna pani redaktor: „Natasza, ty to jesteś za idealna”, usłyszałam. Co? Jaka? Zaskoczyła mnie. „Przewróć się, popłacz albo niech ci coś przed kamerami nie wyjdzie”. Obruszyłam się: „Mam być żałosna, mam być niedołęgą, żeby mnie polubili? Chory pomysł. Śmieszny i straszny. Dostałam wyjątkową szansę, żeby się pokazać. I nie jestem idealna, do tego mi jeszcze naprawdę daleko”.

– Ścigałaś ideały. I wysoko postawiłaś sobie poprzeczkę. Już jako kilkuletnia dziewczynka trenowałaś akrobatykę. Potem dostałaś się do elitarnego teatru. Potrafisz zagryźć zęby i wbrew wszystkiemu iść do przodu?
Natasza Urbańska:
Więcej, wydawało mi się, że wszyscy są tacy. Mają cel i bezgranicznie mu się oddają. Jako dziecko żyłam w rygorze. Rodzice bardzo mnie wspierali. Dzięki nim wytrwałam. Tatuś szykował mi śniadania, zawoził do szkoły, wieczorami odbierał z treningów.

– I naprawdę nigdy nie miałaś ochoty rzucić wszystkiego? Pożyć beztrosko?
Natasza Urbańska:
Pamiętam jeden kryzys, kiedy po raz pierwszy przejrzałam na oczy i zobaczyłam, że poza szkołą, moim klubem – Legią – i domem, są też inne ścieżki, inny świat. Jako trzynastolatka startowałam w eliminacjach do „Metra”. Przeszłam daleko, już niemal byłam w grupie szczęśliwców, kiedy usłyszałam: „Za młoda jesteś, dziewczynko. Idź do domu i wróć za parę lat”. I pokornie wróciłam do trenowania, ale zawiedzione emocje musiały znaleźć ujście. Przefarbowałam włosy, ścięłam, chyba byłam nieznośna. Rodzice ten mój bunt przeczekali.

– Lubisz dać sobie w kość?
Natasza Urbańska:
Mam chyba jakieś skłonności sadomasochistyczne (śmiech). Ostatnio usłyszałam pytanie: „Kto cię zmuszał do zajęć, na których trenerki biły cię po karku?”. Nikt. Sama się na to zgadzałam. Więcej, uważam, że to jest droga do sukcesu.

– I ta droga musi być bolesna?
Natasza Urbańska:
Pamiętam, że trudno było mi zaakceptować, że zmienia się moje ciało. Wstydziłam się, kiedy zaczęły rosnąć mi piersi. Wystrzeliłam w górę. Najbliższa koleżanka z jednego rocznika nie sięgała mi nawet do ramienia. Ona wciąż była dzieckiem, ja kobietą. Wbicie się w kostium i wyjście w nim na matę – paraliżowało. Ale patrzyłam z zachwytem na mistrzynie świata i chciałam być w kadrze olimpijskiej. Nigdy do niej nie trafiłam. Ale trenując, myślałam: Dam radę. Boli, ale przecież trenerka musi mnie jeszcze bardziej rozciągnąć. Zaciskałam zęby, myśląc: Przecierpię, uda mi się.

– Jak małe chińskie gimnastyczki na zdjęciach, które zapłakane siedzą z nogami zaplecionymi za głowę.
Natasza Urbańska:
Wiem, co one czują, tak siedząc.

– Za tobą dziesięć lat morderczych treningów i zgoda na bycie „dziewczynką do bicia”. Czy to zostaje w głowie?
Natasza Urbańska:
Rzeczywiście nie potrafię słuchać komplementów. Nie mobilizują mnie. Kiedy coś mi dobrze wychodzi, czuję to. Ale wiem, że natychmiast muszę dostać delikatnie bacikiem, by pójść dalej. Może to i dobrze, że w moim życiu ostatnio dzieje się, jak się dzieje? Inaczej osiadłabym na laurach i powiedziała: „To już wygrałam i tamto też. Co teraz?”. A ja przegrywam i dostaję kopa do działania.

– Przegrywanie naprawdę napędza Cię do działania? Nie masz ochoty wtedy ukryć się przed światem?
Natasza Urbańska:
Nie z powodu przegranych. W „Jak oni śpiewają” przeszłam szkołę przetrwania. Bywały momenty, kiedy marzyłam, by zniknąć. Wydawało mi się, że gram w jakiejś strasznej zabawie: „Przewróć ją i zniszcz, zanim się podniesie”. W tej zabawie pojawia się piękna dziewczyna, która tańczy, śpiewa, jest zwyczajnie dobra, i trzeba szybko pokazać, gdzie jest jej miejsce. Broń Boże nie pomagać w niczym. Poznałam moc czarnego PR-u. Wiem, co mówię. Do tamtego programu nagrywane były króciutkie filmiki. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam taki gotowy materiał. Byłam w szoku. Bo wcześniej pytano mnie o to, jak uczyłam się śpiewu. Opowiadałam o swoich doświadczeniach. O tym, że od podśpiewywania pod nosem do prawdziwego śpiewu daleka droga. I co widzę? Próbującą coś tam sobie pod nosem do mikrofonu Edytę Herbuś, a jako komentarz moje słowa. Wyszło na to, że się z niej wyśmiewam. Próbowałam się tłumaczyć, ale Edyta i tak patrzyła już na mnie z wyrzutem. Aż kiedyś doświadczyła sama tego co ja. Przyszła i powiedziała: „Natasza, dopiero teraz widzę, na jak wiele nie mamy tu wpływu”. Przyznam, pilnowałam się przy kolejnych nagraniach, by znów nie przeżywać niemiłego zaskoczenia. Odpowiedzi tak montowano, umiejętnie stawiano znaki zapytania, że zawsze byłam tą „czarną” i „be”.

– Nikt Ci nie radził, by pójść na wódkę z montażystą?
Natasza Urbańska:
O nie, układziki w moim przypadku nie wchodzą w grę.

– Jak to wszystko znosiłaś?
Natasza Urbańska:
„Patrzyłam, z jakim zapałem i ogniem w oczach występowałaś niedawno, i widzę, jak inaczej uśmiechasz się dziś. To nie ty. Już cię dopadli. Nie daj się”, tak powiedziała do mnie przyjaciółka, która pracowała przy produkcji programu. Agnieszka przygotowuje kostiumy i zna mnie od lat. Wtedy ostro zaprzeczyłam. „Nie wiem, o czym mówisz”, rzuciłam. Ale w końcu musiałam się przyznać. Miała rację. Myślałam, że jestem twarda, a emocji po mnie nie widać. Było inaczej. Dopadli mnie. Nie poddałam się dzięki Januszowi.

– Kiedy przegrałaś z Agnieszką Włodarczyk, Twój mężczyzna rozpętał prawdziwą medialną burzę.
Natasza Urbańska:
Taki właśnie jest Janusz, staje za mną. I on jeden zawsze widzi, kiedy coś złego się ze mną dzieje. „Porozmawiajmy”, takiej prośby nigdy ode mnie nie usłyszy. Sam mówi: „Porozmawiajmy”. I nie zważając na to, że się blokuję, wyciąga słowo po słowie.

– Powiesz mi, co robisz, by odreagować porażki?
Natasza Urbańska:
Uciekam w pracę. Tak było po przegranej w „Jak oni śpiewają”. Pamiętam, ogłoszono wyniki. Z całą rodziną, mamą, tatą, wszystkimi ciotkami, pojechaliśmy do nas do domu. Nie było radośnie, ale czułam spokój. Wypiliśmy szampana, pogadaliśmy. A jednak, kiedy obudziłam się następnego dnia, poczułam, jak moje serce wali ciężko: bum, bum. Na szczęście miałam koncert, musiałam nauczyć się nowych piosenek, to pozwoliło mi oderwać głowę od wspomnień.

– Kiedy przepadłaś w eliminacjach do Eurowizji, nie byłaś taka spokojna, pozwoliłaś sobie na komentarz: „Obcy nie powinni brać udziału w konkursie”.
Natasza Urbańska:
Miałam na myśli osoby innych narodowości. To niepoprawne słowa, ale tak myślę. Wytłumacz mi, dlaczego na Eurowizji ma nas reprezentować nikomu nieznana dziewczyna ze Szwecji? To mnie uraziło. Kiedy zapytano: „Jak w twoich oczach ostatnimi laty radzili sobie Polacy?”, wypaliłam: „Jacy Polacy?”. Bo rok temu reprezentowała nas Rosjanka, a teraz Amerykanka. Nie mam nic przeciwko Isis. Ale, o jakich Polakach mówimy?

– Żałujesz dziś swoich mocnych słów?
Natasza Urbańska:
Może powinnam je wyjaśnić. Poniosły mnie emocje. Fani Isis zagłuszali mój występ buczeniem. Był taki huk i wrzawa jak na stadionie. Wciąż pokazywałam reżyserowi, że nic nie słyszę. Zaśpiewałam najlepiej, jak mogłam w tamtych żenujących warunkach.

– Wracasz do domu i słyszysz: „A nie mówiłem, po co Ci to było?”.
Natasza Urbańska:
Od Janusza nigdy nie usłyszałam: „I po co ci to było?”, choć potrafi być ostry. Pamiętam, jak lata temu wystawialiśmy „Metro” i koleżance gardło odmówiło posłuszeństwa. Znałam teksty. To właśnie na jej roli uczyłam się śpiewać. Z początku nie bardzo przychylnie na to patrzono. Słyszałam: „Dziewczyno, jak tańczysz, to tańcz, wokalistki już mamy”. I wtedy w kryzysowej sytuacji Stokłosa z Józefowiczem zaryzykowali: „Grasz Ankę, masz główną rolę”. Nic z tych pierwszych występów nie pamiętam. Tak wielki był to stres. Ale udało się. Mijały miesiące, kiedy nagle zostałam odsunięta od roli. Janusz stwierdził, że nie robię postępów.

– Byliście już wtedy parą?
Natasza Urbańska:
Tak i było mi podwójnie ciężko. Mocno przeżyłam całą sytuację. Byłam zła, że nie wykorzystałam szansy. Janusz, widząc, jak szaleję, spokojnie powiedział: „Kiedy nauczysz się śpiewać, przyjdziesz i się pokażesz”. Okrutne, ale dziś cieszę się, że mi to zrobił. A pierwsze wejścia do studia nagrań? Tragedia. Stojąc na scenie, masz przed sobą widownię, ona cię rozgrzewa. W studiu jest cicho, pusto.  Zamiast śpiewać, wszystko się we mnie zacinało, a gdy próbowałam, Janusz krzyczał: „Nie, stop, nie”.

– Józefowicz jest despotą?
Natasza Urbańska:
Janusz jest bardzo emocjonalny. Nie każdy potrafi z nim pracować. Sama musiałam nauczyć się akceptować, że podnosi głos. Ale ufam mu bez granic. I już wiem, że kiedy zwraca komuś uwagę, znaczy, że widzi jego potencjał. Gdy nic nie mówi, to koniec. Fakt, że Janusz budzi respekt. Musi być ostry, zachować rygor, utrzymać w ryzach zespół, w którym każdy ma swoje zdanie. Ale ma charyzmę, jest uczciwy wobec nas i tego, co robi, jest perfekcjonistą. Ludzie go słuchają. Ja go słucham.

– Wiesz o tym, że Wasz związek nie przysparza Ci popularności? „To ta, co rozbiła małżeństwo”, mówią, przyznasz, atrakcyjny temat do plotek. Chcieliście go kiedyś uciąć? Słyszałam, że Janusz Józefowicz oświadczał Ci się już trzy razy. I co?
Natasza Urbańska:
I za każdym razem mówiłam: „tak”. Za każdym razem robiłam to we Florencji. Parę lat temu chodziliśmy tam z Januszem po antykwariatach. Pamiętam, że wzięłam do ręki korale, potem piękny, delikatny pierścionek. A już za chwilę Janusz na kolanach z nim właśnie prosił mnie o rękę. Dziś mam trzy misterne cuda, po jednym z każdej podróży.

– Dlaczego nie nosisz żadnego?
Natasza Urbańska:
Nie noszę pierścionka na co dzień, bo wciąż musiałabym zdejmować go w teatrze. Czy to coś zmienia? Jesteśmy ze sobą wiele lat. Nasz związek nie jest chwilowym romansem. Myślisz, że muszę kogoś do tego przekonywać? Wyznaczyć datę ślubu, przybić pieczątkę na tę miłość?

– Twoi rodzice nie naciskają, są wyrozumiali?
Natasza Urbańska:
Mama bez dwóch zdań kocha Janusza. Śmieję się czasami, że gdy moi rodzice dzwonią, pierwsze pytanie nie brzmi: „Co słychać, córeczko?”, tylko: „Co u Janusza?”.

– Rzuciłaś: „Przekonuję się do dzieci”. Czy to oznacza zmiany?
Natasza Urbańska:
Przygotowując spektakl „Piotruś Pan”, pracowałam z dzieciakami z drugiej, trzeciej klasy podstawówki. Świetnie się z nimi gada, żartuje. Ale takie małe? W wózku? Te ciągłe krzyki, rosnące zęby, kolki… Trochę jestem tym wszystkim przerażona. Ale w moim życiu z pewnością jest miejsce na dziecko. Kariera, będzie albo i nie. Wiem, że trzeba mieć miejsce, do którego chce się wracać. I przynajmniej dwie ukochane osoby, by mieć do kogo uciec.

– Myślisz, że to miejsce na dziecko jest również w życiu Twojego partnera? Jest od Ciebie starszy i ma już dwoje dzieci.
Natasza Urbańska:
Znajdzie to miejsce. Zrobi to dla mnie.

– Nie kryłaś, że przegrywasz z nim w dyskusjach. Ale wygrywasz czasem?
Natasza Urbańska:
Czasem. Janusz miał garnitur z grubej wełny, właściwie to już chyba z filcu. W paski. Patrzyłam na przykrótkie spodenki i kombinowałam, jak się tego pozbyć. Obrzydzałam, a Janusz słuchał, wyciągał kuse rękawki i niezmiennie swój garnitur uwielbiał. W końcu powiedziałam: „Kochany, niech jeszcze ktoś się nim nacieszy”, zadziałało. To moje największe zwycięstwo (śmiech). Janusz przyzwyczaja się do rzeczy, miejsc, zapachów. Kiedy kupuję mu nowe perfumy, słyszę: „Nieładne”. Ale w końcu je akceptuje. Dbam o niego, a on mi na to pozwala. Umówiliśmy się, że na zakupy idzie tylko ze mną, nigdy sam, i wtedy mnie słucha.

– Marzysz o czymś?
Natasza Urbańska: O własnej płycie. Ale nie czuję się jeszcze na siłach, by powstała. Nie pisałam nigdy muzyki. A przy Januszu Stokłosie nie złożyłabym dwóch dźwięków. Wstydziłabym się. Wolę kogoś poprosić, by skomponował dla mnie piosenkę. Wiem, co mi się podoba. Pewnie cię zdziwię, ale „Bad”, jedna z pierwszych płyt Michaela Jacksona, to dla mnie absolutna klasyka, która nigdy się nie zestarzeje. To moja inspiracja. Takie rzeczy chcę robić.

– Sama czy z Januszem? To prawda, że zrezygnowałaś z prowadzenia programu, bo postawiono warunek: bez Józefowicza, a Ty odmówiłaś?
Natasza Urbańska:
Tego jeszcze nie słyszałam. Mam to szczęście, że pracuję z najlepszym reżyserem i choreografem w Polsce. Każdy, kto z nim pracował, wie, że to prawda. A Telewizja Polska nie miała dla mnie żadnej ciekawej propozycji od czasu „Przebojowej nocy”, było to jeszcze za rządów pani Małgorzaty Raczyńskiej.

– Twoje publiczne podziękowania dla niej za to, że pomagała Ci w karierze były szeroko komentowane.
Natasza Urbańska:
Czułam, że jej rzeczywiście podoba się to, co robię, i wspiera mnie nie jak prezes czy dyrektor, lecz jako człowiek. Bardzo się zaangażowała. A to w naszym świecie niespotykane. Szkoda, że tak została zbrukana w mediach. Przyznam, dziwię się, że w telewizji mnie nie wykorzystują, choć podpisali ze mną kontrakt i wciąż jestem „twarzą” Jedynki. A płyta tak czy inaczej powstanie bez Janusza. Nietrudno to zrozumieć. Kiedy jedziemy samochodem i puszczam swoją muzykę, natychmiast ją wyłącza, mówiąc: „Nie podoba mi się”. Gdy proszę: „To posłuchaj”, on mówi, że woli słuchać ciszy.  Janusz powiedział mi: „A rób tę swoją muzykę beze mnie, mamy inne gusta”. Poprosiłam go tylko, by pomógł mi poszukać autorów tekstów. Nie będzie mi łatwo, ale staram się cieszyć tym, co przede mną. Ostatnie miesiące to była kolejna lekcja od życia. Ale przecież wszystko jest po coś. Otrząsam się z niepowodzeń. Mam swoje małe radości. Choćby to, że nie siedzę wieczorem sama z kieliszkiem wina. Mam w czyje ramię wypłakać się w kinie, jak to było, kiedy niedawno we troje z Kubą poszliśmy na „Wszystko za życie” Seana Penna. A rano zwykle nie muszę zrywać się z łóżka, tylko mogę spać do dziesiątej. Ostatnio Janusz pojechał gdzieś wcześnie. Obiecał, że wróci i jeszcze się na moment obok mnie położy. Ale wrócił i zaczął mnie budzić. „Wstań, proszę”, powtarzał w kółko i ciągnął mnie za rękę. Nie byłam zadowolona. Do kuchni szłam z zamkniętymi oczami. Rozejrzałam się zaspana, na stole pachniały świeże bułki, Janusz zrobił dla nas cudowne śniadanie. Jestem szczęśliwa. Myślisz, że za to też można mnie nie lubić? No, powiedz?

Rozmawiała Monika Kotowska
Zdjęcia Marek Straszewski
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Karolina Gruszecka
Makijaż Agata Kalbarczyk
Fryzury Robert Kupisz
Scenografia Anna Tyślerowicz
Produkcja sesji Elżbieta Czaja
Asystent Tomasz Czmuda

Więcej na temat Natasza Urbańska