Sonia Bohosiewicz
Mateusz Stankiewicz /AF Photo
Wywiady Piotra Najsztuba

Sonia Bohosiewicz: Śnię o lataniu

O „cudownej przemianie” Soni, ewentualnej zmianie męża, o tym, czy pięknej kobiecie wypada kląć. A także o damskich sztuczkach i... orgazmach. Piotr Najsztub robi, co może, by sprowokować Sonię Bohosiewicz. Ona broni się jak lwica.

– Gdyby Pani miała sobie wyobrazić Sonię Bohosiewicz jako zwierzę, to jakie by było?
Sonia Bohosiewicz:
Lwica, podoba mi się ten rodzaj siły, ale i łagodności kota, a do tego bym dołożyła skrzydła, więc latająca lwica.

– Tymczasem w Internecie lata „cudowna przemiana Bohosiewicz”, z kompletem zdjęć „przed” i „po”. Tak miało być?
Sonia Bohosiewicz:
No co pan… najwidoczniej trafiłam na taki moment, że nic się ciekawszego nie działo. A z drugiej strony jest znamienne, czym się interesują media, czyli też ludzie.

– Gwiazdy grubieją, zachodzą w ciążę, operują się plastycznie, gwałtownie chudną. Może to jest szalenie ciekawe?
Sonia Bohosiewicz:
Ja się na to gniewać nie mogę, ale mam nie zachodzić w ciążę i nie chudnąć?!

– Ale jest Pani dumna, jak czyta w Internecie: „cudowna przemiana Soni Bohosiewicz”?
Sonia Bohosiewicz:
Czy pan zwariował?!

– Z efektu zrzucania kilogramów…?
Sonia Bohosiewicz:
To rzeczywiście była niełatwa praca do wykonania.

– A po co właściwie Pani chudła?
Sonia Bohosiewicz:
Całe życie byłam w takiej wadze, jak teraz. Zamieszanie w tym, że tak zwana szersza publiczność poznała mnie w serialu „Usta Usta”, a tam rzeczywiście nosiłam większy rozmiar. Nie udało mi się nie przytyć w ciąży, a zaledwie trzy miesiące po porodzie, w tym tak zwanym większym rozmiarze, rozpoczęłam pracę na planie „Usta Usta”. To trwało półtora roku, więc musiałam po prostu „dociągnąć” serial do końca, nie mogłam zrobić im numeru i nagle po dwóch miesiącach przerwy zjawić się ze zmienioną sylwetką, czyli „niemontowalna”. Więc kiedy tylko skończyłam serial, wzięłam się za siebie, zaczęłam chodzić trzy razy w tygodniu na siłownię, wzięłam trenera.

– Rzeczywiście w serialach macie w kontraktach zakaz zmieniania kształtu?
Sonia Bohosiewicz:
Oczywiście, nie możemy drastycznie zmieniać „wizerunku”, bo potem się „nie zmontuje”!

– No dobra, ale jeśli w serialu zaczynała Pani, że się tak wyrażę, jako osoba dużo grubsza… I teraz załóżmy, że ten serial trwa 15 lat, to co? Już taka Pani by była?
Sonia Bohosiewicz:
Nie, bez przesady, jeżeli jest to serial 15-letni, to ci ludzie też się zmieniają i wpisuje się to w scenariusz. Oczywiście to mógł być z drugiej strony jakiś mój wykręt…

– Nie chciało się chudnąć?
Sonia Bohosiewicz:
Nie chciało, nie miałam też na to czasu, bo kiedy wstaje się codziennie o szóstej rano i wraca do domu o godzinie dwudziestej…

– To idealny system, żeby schudnąć.
Sonia Bohosiewicz:
Nie, nie umiem chudnąć w pracy. Głód mnie szalenie dekoncentruje. Poza tym na planie je się przypadkowe, często niezdrowe jedzenie, a takie odchudzanie trzeba przeprowadzić systematycznie i zdrowo. Do tej pracy zmusiły mnie role. W „Wojnie żeńsko-męskiej” moja postać miała przejść przemianę, czyli z grubszej babki ma się stać chudszą, więc wiadomo, że nie da się mnie ściągnąć tak gorsetem… Tylko muszę być chudsza, żeby dało się mnie pogrubić, żebym tego samego dnia mogła zagrać i chudą, i grubą. Więc pierwszą część kilogramów schudłam do „Wojny żeńsko-męskiej”, a potem drugą do „Syberiady”. To część mojego zawodu. Nikt nie obraża się na Małysza, że jest w niedowadze, na zawodnika sumo, że jest w nadwadze, a na pianistę wirtuoza, że nie pomaga żonie wbijać gwoździ. Gdybym nie była aktorką, to przypuszczam, że byłabym 15 kilo grubsza i bym się tym nie przejmowała, bo to nie jest dla mnie najważniejsza rzecz w życiu.

– I może by Pani handlowała, bo czytałem, że jest Ormianką?
Sonia Bohosiewicz:
Jestem.

– A Ormianie, obok Żydów, to najbardziej kupiecki naród na świecie, niektórzy nawet mówią, że są lepsi od Żydów.
Sonia Bohosiewicz:
Ale to też i bibliotekarze, księgarze.

– A to coś dla Pani znaczy, że jest Ormianką?
Sonia Bohosiewicz:
Trochę tak, to dodaje mi o jakąś „poduszkę więcej” na tym moim życiowym krześle.

– Co jest w tej poduszce?
Sonia Bohosiewicz:
Przyjemności z tego, że pochodzi się z narodu szalenie uzdolnionego i wartościowego. Ale bardziej czuję się Ślązaczką.

– Co to znaczy czuć się Ślązaczką?
Sonia Bohosiewicz:
Utożsamiam się z tymi wartościami, które są ważne na Śląsku, czyli: Bóg, praca, dom. I to są ludzie z silnymi charakterami, dla których najważniejsza jest rodzina, którzy się nie pysznią i bardzo solidnie pracują.

– Zaczynała Pani być aktorką i chciała nią być w czasach, kiedy nie było Pudelka, paparazzich, a była pani Anna Polony. Dobrze Pani w tym nowym świecie?
Sonia Bohosiewicz:
Nie jestem z tego powodu szczęśliwa, ale czy mamy inne wyjście?

– Dlaczego? To taka zabawa z gwiazd.
Sonia Bohosiewicz:
Wydaje mi się, że u nas to nie jest tylko zabawa, wszyscy traktują to szalenie serio. Widzę to wokół siebie. Oczywiście mój najbliższy krąg znajomych i rodzina wiedzą naprawdę, co się u mnie dzieje, ale już ten drugi krąg jest niepewny, nie mówiąc już o trzecim, czwartym, piątym, który wierzy święcie w te bzdury. Niezależnie od tego, ile bym się zarzekała, że jest inaczej, to i tak „za 22 tysiące zrobiłam operacje plastyczne” i „jest kryzys w moim małżeństwie”.

– A jest kryzys?
Sonia Bohosiewicz:
Błagam…

– A za ile zrobiła Pani operacje plastyczne?
Sonia Bohosiewicz:
Błagam…

– Próbuję dotrzeć do faktów.
Sonia Bohosiewicz:
Błagam, nie dyskutujmy o takich bzdurach.

– Niby bzdury… Ale ludzie z marketingu w telewizjach, którzy zaczęli wpływać na obsady seriali, filmów, czytają Pudelka i kierują się w swoich wyborach takimi kryteriami, czy o kimś jest tam głośno.
Sonia Bohosiewicz:
Są oczywiście produkcje komercyjne, na które mają wpływ ludzie z marketingu, jak to pan ujął, i rzeczywiście tam bierze się osoby, które są na pierwszych stronach Pudla, nazwiska tak zwane topowe, które sprzedadzą komedię romantyczną. I nie ma kompletnie znaczenia, czy ktoś będzie dobrze, czy źle grał, ważne, żeby był na plakacie. Ale trzeba się zdecydować, czy o takie kino mi chodzi. Jeśli tak, to trzeba iść na 700 bankietów, sprowokować jakieś skandale, umówić się z „paparem” w parku i zrobić sobie „ustawkę” z mężem… To jest w miarę proste, ale ten kij ma dwa końce. Kiedy Krzysztof Krauze robi film o Papuszy, to on nie chce osoby „zgranej”, nie tylko serialowo, ale i internetowo. A mnie bardziej takie filmy interesują. A nie rola, w której jest głównie jazda na rowerze w kolorowych ubraniach przez park z koszykiem, w którym są warzywa.

– Czyli nie traci Pani nadziei, że w nowych czasach będzie Anną Polony?
Sonia Bohosiewicz:
Nie tracę. Staram się z całych sił nie tracić.

– A skąd pomysł, żeby mieć restaurację? Bo siedzimy w sushi, o którym Pani mówi: „u mnie”.
Sonia Bohosiewicz:
Żebym nie musiała brać udziału w rzeczach, w których nie chcę.

– I taka mała restauracja pozwala na to? Śmiem wątpić.
Sonia Bohosiewicz:
To jest nasza czwarta restauracja.

– Nasza, czyli z mężem. Mąż też ma hotel, a więc usługi dla ludności. Coś Pani przy tym robi, dogląda?
Sonia Bohosiewicz:
Doglądam.

– Liczy Pani wieczorem utargi?
Sonia Bohosiewicz:
Nie, tym się zajmuje mąż.

– A jak przyjdzie sanepid, to Panią wzywają czy męża?
Sonia Bohosiewicz:
Przypuszczam, że jakby przyszedł sanepid, to mąż by mnie wezwał.

– Czyli właściwie mogłaby Pani nie być aktorką. Nie ma przymusu finansowego?
Sonia Bohosiewicz:
Rzeczywiście nie ma.

– To czemu nie chce Pani tak leżeć, mieć dużo czasu, ładnie pachnieć?
Sonia Bohosiewicz:
Zwariował pan! To znaczy, ja bym zwariowała najprawdopodobniej, uwielbiam swój zawód!

– No to byłaby Pani taką lekko zwariowaną, pachnącą żoną, leżącą na kanapie.
Sonia Bohosiewicz:
Dostałabym szału, ja bardzo lubię pracować!

– No i Pani pracuje, a portale nie próżnują. Zarejestrowała Pani ten moment, w którym poczuła, że przestała już być tylko aktorką i stała się dodatkowo celebrytką?
Sonia Bohosiewicz:
Chyba od kiedy ostatnio jest to wzmożone zainteresowanie moim schudnięciem, podciągnięte do jakiegoś wydarzenia wręcz roku.

– No to skoro jest Pani teraz cudownie odchudzoną celebrytką, to może czas na zmianę męża?
Sonia Bohosiewicz:
Przecież ja mam świeżego męża! I jesteśmy tylko cztery lata po ślubie!

– To już jest bardzo stary mąż, według norm portalowych. Przestaną pisać.
Sonia Bohosiewicz:
Niech przestaną. Sama już na te strony nie zaglądam, zrobiłam sobie detoks. Bo to jest pozornie nieszkodliwe i gdzieś tam wpada, przelatuje i zostaje na dnie. Pozornie woda zostaje czysta, jeżeli człowiek się czuje szczęśliwy. Ale kiedy przyjdzie jakiś moment zawirowania, zmęczenie, coś się zadzieje w rodzinie, to te bzdury wracają ze zdwojoną siłą i wcale nie jest to takie proste utrzymać dystans to tego, co się przeczytało. Teraz nie czytam, nie interesuje mnie to, zarobiona jestem!

– A mąż jak to znosi, bo jest przecież z innej bajki?
Sonia Bohosiewicz:
Spokojnie… Może z tego powodu, że jest przyzwyczajony przez rodziców do tego, że taki zwariowany świat się wokół niego dzieje. Jego tata to reżyser Janusz Majewski, a mama to fotografka Zofia Nasierowska, więc u nich w domu bywały Kaliny Jędrusik i aktorzy, i były plany filmowe, i tak dalej…

– Czyli dla niego żona aktorka to bułka z masłem?
Sonia Bohosiewicz:
Tak. Myślę, że to taki najszczęśliwszy układ dla mnie, bo z jednej strony on się mnie nie bał, jak by się bał może zwykły „cywil” , który bierze aktorkę za żonę, a z drugiej strony ja zawsze pragnęłam „cywila”.

– Czemu „cywile” sobie nie dają rady z aktorkami? Jesteście trudniejsze niż zwykłe kobiety?
Sonia Bohosiewicz:
To chodzi o trudność zawodu, czyli nieprzewidywalność tego, kiedy ktoś jest w domu, a kiedy go nie ma. Niektórzy mężczyźni mogą sobie też nie radzić z zazdrością, ze scenami miłosnymi, z obnażaniem się żony. Popularność, rozpoznawalność też może przysparzać kłopotów drugiej stronie. Paweł ma tego świadomość. I był przyzwyczajony, że jego rodzice są na świeczniku, choć jest osobą, która absolutnie nie chce brać w tym udziału…

– Na bankiety chodzicie osobno?
Sonia Bohosiewicz:
Paweł nie chodzi na bankiety, nie przychodzi nawet na moje premiery!

– To smutne?
Sonia Bohosiewicz:
Nie, dlaczego? Ja tam nie chodzę dla przyjemności, tylko do pracy, więc dlaczego miałby chodzić ze mną do pracy. Pytał pan, co się zmieniło, kiedy poczułam się tak zwanym celebrytem... Jakieś dwa lata temu poczułam, że pewne sfery naszego życia już nie są takie, jakie były wcześniej. Nie mamy już specjalnej ochoty pójść z dzieckiem do Fikolandu, bo wiem, że zaraz się ktoś przypałęta z aparatem. Zamiast iść do restauracji, wolę zaprosić przyjaciół do nas i śmiać się tak głośno, jak ja bym chciała, i zachowywać się tak, jak chcę, a uwielbiam kląć.

– Piękna kobieto, czemu przeklinasz?!
Sonia Bohosiewicz:
Bo lubię.

– Co w tym jest takiego fajnego?
Sonia Bohosiewicz:
Jest! I nie chcę być na kolacji bigbrotherowej, tylko na normalnej.

– Ale też może jest Pani od tego lepsza, bo wie, że jest obserwowana, oceniana?
Sonia Bohosiewicz:
Nie, to nieprawda. Nieobserwowana nie jestem gorsza. Lubię to, że jestem żywiołowa, energetyczna, że lubię rozśmieszać ludzi, a w sytuacji tak zwanej publicznej zaczynam się krępować.

– Żywiołowa… To znaczy, że potrafi Pani wpaść we wściekłość?
Sonia Bohosiewicz:
Nie, jestem osobą kontrolującą swoje emocje.

– A damskie sztuczki? Żeby na mężu coś wymóc, „strzelić focha” i „trzymać” go półtora dnia…
Sonia Bohosiewicz:
Nie, w ogóle się z mężem nie kłócę.

– Raj…
Sonia Bohosiewicz:
Takie akurat mamy charaktery i zawsze dążę do zgody, jestem osobą układną. On też.

– A zawodowo miała Pani takie propozycje, o których, mimo układności, pomyślała: Nigdy się na to nie zgodzę!?
Sonia Bohosiewicz:
Tak. To były rzeczy, które uznałam za mało wartościowe.

– Że coś głupiego miała Pani robić czy tylko się rozbierać?
Sonia Bohosiewicz:
Na przykład.

– Bez przerwy?
Sonia Bohosiewicz:
Tak, i bez sensu. Nie mam problemów z obnażaniem się na ekranie, ale czasami uważam, że to jest tylko ku uciesze reżysera, i wtedy się nie zgadzam.

– A jeżeli on znajduje podniecenie wyłącznie na planie filmowym?
Sonia Bohosiewicz:
Trudno. Jutro zatrudni kogoś innego i jakoś da radę.

– Jest Pani w jakimś newralgicznym dla polskiej aktorki wieku? O takim wieku „bez ról” mówiła w swoim czasie Krystyna Janda.
Sonia Bohosiewicz:
Teraz jestem w bardzo dobrym wieku. Oczywiście jeżeli mówimy o tak zwanych komediach romantycznych, to rzeczywiście jest to dość trudny moment, bo albo potrzebują 24-letniej Żmudy Trzebiatowskiej, żeby biegła po rynku w Krakowie, albo już pani Tyszkiewicz, która będzie ćmiła papierosa w jakiejś krakowskiej kamienicy i przyjmowała Adamczyka.

– A nie jest Pani ani Tyszkiewicz, ani Żmudą.
Sonia Bohosiewicz:
No nie, jestem pośrodku. Ale na przykład 40-letnie bizneswoman są prawie w każdym filmie. Kiedyś rozmawiałam z moim kolegą, który zajmuje się dystrybucją filmów, i mówię mu: „Słuchaj, może ja zacznę pisać scenariusze?!”. Zaczęliśmy tak z głupia frant rozmawiać i on mówi: „Powiem ci od razu, o czym powinien być scenariusz, a ty wymyśl historię. Musi się dziać w dużym mieście, musi być biedna dziewczyna, która zrobi karierę i zarobi duże pieniądze, może być jakaś bogata, starsza pani…

– Która jej przeszkadza…
Sonia Bohosiewicz:
Która jej przeszkadza, taka suka, musi być przystojny chłopiec, muszą być ładne auta, ładne wnętrza, jeżeli ona jest z biednego środowiska, to trochę zdjęć z tej biedoty może być, ale nie za dużo, żeby widza nie przytłumić. Poza tym ma być kolorowo jak w IKEI.

– Czyli filmy proste jak sny. A Pani co się najczęściej śni?
Sonia Bohosiewicz:
Najczęściej śnię o lataniu. To są przedziwne, bardzo intensywne sny.

– I jak Pani lata?
Sonia Bohosiewicz:
Idę i w pewnym momencie odbijam się i lecę. Czasami jest trochę tak, jak w matriksie, że jeżeli zwątpię, to zaczynam spadać, ale to nigdy nie kończy się źle. To bardzo przyjemne sny. Czasem nawet udaje mi się ten sen kontrolować, reżyserować, ale tylko czasem.

– Niektóre kobiety mówią, że orgazm jest jak latanie. Pani się zdarza śnić o sobie jako o postaci z filmu albo z serialu, w których gra?
Sonia Bohosiewicz:
Nie. Chociaż kiedyś miałam taki dość intensywny czas, bo robiłam film z Jackiem Bławutem „Jeszcze nie wieczór”, a do tego Teatr Telewizji. Wtedy kładłam się spać, a tuż przed zaśnięciem, kiedy już zaczyna cię dotykać to skrzydełko snu, już zaczynasz odpływać, mój mąż mnie przytulił, już miałam przekręcić się na drugą stronę… wtedy powiedziałam ze strachem: „O, nie! Przecież nie mogę zmienić pozycji, bo z tej strony mam światło i kamery!”. To już było przedziwne. Ale to był jedyny moment, kiedy aktorstwo przebiło się do naszego świata.

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz /AF Photo
Stylizacja Anna Zeman
Asystentki stylisty Klaudia Nejbauer,
Małgorzata Murza-Mucha
Makijaż Ela Mazurek
Fryzury Klaudia Jaspińska
Producent Piotr Wojtasik

Halinka Mlynkova
Marlena Bielińska/Move
Newsy
Halina Mlynkova: "Ja się uwielbiam dołować!"
Na pytanie, czy na pewno się z mężem kochali i jak to jest, kiedy miłość mija, odpowiada: „Nie wiem”. Ale Piotr Najsztub nie daje się zbyć!

– Podobno nie możemy rozmawiać o Pani rozwodzie? Halina Mlynkova: Nie tyle nie możemy, tylko to jest pozamiatane, nudny temat. – Zazwyczaj rozwodząc się, ludzie się kłócą, płaczą, oskarżają… Halina Mlynkova: A my nie. – To rzeczywiście nuda. Ale skoro taki nudny ten rozwód, to może żeście się nigdy nie kochali? Halina Mlynkova: To nie tak. Mogę mówić tylko za siebie, a ja uważam, że nie może być czegoś takiego, że uczucie może jest, a może nie ma. – A gdzie takie polskie, właściwie peerelowskie „dziecko musi mieć ojca i matkę”? Halina Mlynkova: Przecież ma! Takie myślenie powoduje, że te następne pokolenia właśnie z tego powodu szybciej się rozstają, bo mówią: „Moja matka z ojcem się gryźli całe życie dla naszego dobra, a myśmy na to nie mogli patrzeć, więc teraz wolimy się rozstać, żeby nasze dzieci nie miały tego samego. I pokutują kolejne pokolenia. Zresztą powodów takiego myślenia jest więcej. Kilka lat temu jechałam w Krakowie taksówką i taksówkarz mówił cały czas, że już ma dosyć swojej żony. Ja mu na to: „To niech się pan rozwiedzie”. A on na to: „Nie stać mnie, 400 złotych to kosztuje, więc mieszkam z kochanką, żona z kochankiem, dalej w naszym mieszkaniu, tylko we czwórkę”. – Ludzie o stalowych nerwach. A jak mija miłość? Halina Mlynkova: Nie wiem. Mam wrażenie, że jakieś nagromadzenie sytuacji powoduje, że człowiek pewnego dnia się budzi i dalej nie może. Czytałam o takim przypadku w Chinach, gdzie jest chyba najwyższy na świecie procent samobójstw. Małżeństwo miało kawałek ziemi, mąż pokłócił się z żoną o to, co na niej posadzić. Ona chciała kukurydzę, on – pszenicę. Po kłótni ona popełnia samobójstwo. Przecież nie z powodu kukurydzy,...

Jerzy Radziwiłowicz
Tomek Kordek/Viva!
Newsy
Jerzy Radziwiłowicz: "Ja dziadka mam grać?!"
O próżności, zazdrości i starzeniu się rozmawia Piotr Najsztub

- Jest Pan chyba jednym z ostatnich tak strasznie poważnych aktorów. Dlaczego „strasznie poważnych”? – Rozmawia Pan tylko o rolach, o reżyserach, historii, a o sobie nie. W tę nowoczesność nie chce Pan wejść. Na czym ona polega? – Na sprzedawaniu siebie. Na eksponowaniu „ja”. Ale ja sprzedaję siebie, wychodzę na scenę przed ludzi za pieniądze. – Jako aktor, ale jaki jest człowiek Radziwiłowicz? Nie musimy się wszyscy temu poddawać i mnie nie interesuje dzielenie się rzeczami, które są wyłącznie moje. – Bo jest Pan ponurakiem? Tak siebie nie widzę. Jestem normalny, w miarę. A pan jaki jest? – … Długo czekam na odpowiedź. Pan nie wie. – Jestem ironicznie wycofany. To znaczy? – Staram się nie podpadać pod żadną kategorię. Więc może dobre byłoby określenie, że coś nas łączy. – Podrążmy podobieństwa. Wstyd jest mi obcy. A Pan się czegoś wstydzi aktorsko? Zdarzyło się parę słabych spektakli, ale musiały się zdarzyć, skoro tyle lat je robię. – I jak jest po słabym spektaklu? Pojawia się nieprzyjemne poczucie, że trzeba będzie to jednak przed widzami jeszcze parę razy wykonać. – Tak samo źle? Jak spektakl jest słaby, to już się z nim nic więcej nie da zrobić. Wtedy czekam, aż spektakl wreszcie zejdzie z afisza. – W filmie też się to Panu zdarzyło? Film polega na tym, że już pana tam nie ma, widzowie może ze wstrętem patrzą na ekran, ale pan jest gdzie indziej. Ale nie pamiętam takiego filmu, który bym ze wstrętem wspominał. – Pan na siebie do kina chodzi? Tak, oglądam to, co robię, to dosyć normalne, że się ogląda własną pracę, żeby zobaczyć… – Nie ma takiego skurczu...

Newsy
Nina Terentiew wyznaje, że chce być kochana. Przez wszystkich. Ale…
„Już nikt nie napisze, że byłam w Dwójce, bo ten mnie poparł, a ten do mnie mrugnął okiem”, mówi Piotrowi Najsztubowi Nina Terentiew rok po odejściu z TVP. W Polsacie pokazała, że umie robić telewizję. Wyjątkowa rozmowa z wyjątkową kobietą, która wyznaje, że chce być kochana. Przez wszystkich. Ale…

- Czyli nikt Pani nie wierzy, że jest szczęśliwa? Nie tyle nie wierzą, że jestem szczęśliwa – niektórzy zauważają, że nie mam stresu na twarzy. Nie wierzą mi, że nie tęsknię, że mi się Dwójka nie śni po nocach, że nie patrzę, ilu tam widzów ubyło i z jakiego programu. – Nie cieszy się Pani spadającą oglądalnością Dwójki, nie wbija szpileczek w  kukiełkę voodoo? Mam taką cechę charakteru, że przeszłość zostawiam za sobą, interesuje mnie dzisiaj i jutro. – A kiedy Pani miała okazję ćwiczyć tę cechę charakteru? Przecież siedziała Pani w Dwójce tyle lat... Chciał pan powiedzieć, że siedziałam w niej całe życie, to niech pan powie, natomiast proszę mi nie wyliczać, ile lat. – I nie miała Pani kiedy nauczyć się zostawiania przeszłości za sobą. Delikatnie przypomnę, że w życiu kończy się nie tylko jakaś praca, ale też miłość, przyjaźń. I jak się kończą, to się kończą. I wtedy się dopiero zaczyna. – Co się zaczyna? Co najmniej jedna ze stron nie może tego przeżyć, śni się jej ta druga osoba, śledzi jej życie. Zostawianie tego, co było, za sobą to męska cecha charakteru. A widzę, że pan jako facet w ogóle mnie nie rozumie. – Doskonale rozumiem i dlatego, mając przed sobą kobietę, nie bardzo chce mi się w to łagodne rozstanie wierzyć. Jak czegoś nie ma, no to nie ma. W Dwójce nie oceniam ani swoich następców, ani swoich poprzedników. Publiczność ich ocenia, ona ma pilota, mnie to już w ogóle nie obchodzi. Oczywiście cieszy, że te wszystkie moje dzieci, od „Szansy na sukces”, po „M jak miłość” wciąż się podobają. Ale mnie teraz obchodzi to, co jest i będzie w Polsacie. – Wysłała Pani dyrektorowi Dwójki kartkę na święta Wielkanocne i życzyła mu Pani udanego...

Nasze akcje
Zmysłowy i uwodzicielski czy delikatny i czarujący – jaki jest twój zapach?
Newsy

Ponadczasowy czy zaskakujący? Ten zapach ma jedno i drugie!

Partner
Weleda
Newsy

Kosmetyki, które łączą tradycję z nowoczesnością. Poznaj je!

Partner
Sprawdź, jak skutecznie „cofnąć zegar” i odmłodzić spojrzenie!

Spektakularny i jednocześnie naturalny wygląd? Sprawdź, jak odmłodzić spojrzenie!

Partner
Eva Longoria

Wymarzona sylwetka bez wyrzeczeń? To możliwe!

Partner

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner