Party Stories
Martyna Wojciechowska o dramatycznej diagnozie
Doda w zielonej marynarce
Agnieszka Woźniak Starak w białym t-shircie na konferencji Big Brothera
beata-kozidrak
„Hotel Paradise” Ata Postek rozstała się z partnerem, ale już ma nowego! Zdradziła, jak się poznali
Michał Kostrzewski i pozostali jurorzy You Can Dance
Justyna Steczkowska z fanami
Ida Nowakowska prowadzącą "You Can Dance"
Doda
Martyna Wojciechowska
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Szczere wyznania

Martyna Wojciechowska: Zakładniczka marzeń

Po zdobyciu Korony Ziemi przyszedł czas podsumowań. Kogo kocha, co straciła, czego się boi, na jakie kompromisy z życiem jest dziś gotowa?

– Mówisz: „Jestem zakładnikiem własnych marzeń”. Być zakładnikiem czegokolwiek to nie brzmi dobrze.


Martyna Wojciechowska: Kiedy w mojej głowie zamieszka jakieś marzenie, zaczynam o nim opowiadać. Nakręcam siebie i wszystkich dookoła. Aż ktoś pyta: „Jesteś już spakowana? Bilet kupiłaś?”. I to jest jak zimny prysznic: „Ups, zdaje się, że poza gadaniem nic jeszcze nie zrobiłam”. Ale ja wtedy już się nie wycofam, taka już jestem. Wszystkie moje wyprawy się tak odbyły! Cały wielki projekt „Korona Ziemi”. W międzyczasie ta korona przestała mi się zupełnie podobać. Zdałam sobie sprawę, że jest wiele gór, które o wiele bardziej mnie pociągają, ale zawsze kończę to, co zaczęłam.

– No nie! Tego jeszcze nie słyszałam.


Martyna Wojciechowska: Kiedy ponad siedem lat temu powiedziałam głośno, że zdobędę wszystkie najwyższe szczyty na siedmiu kontynentach, nie wiedziałam, na co się porywam. To był czas „Big Brothera”, sesji w „Playboyu”, płynęłam na zupełnie innej fali. Miałam wtedy 26 lat i przez chwilę sądziłam, że świat należy do mnie. Pełna byłam buty, z tym swoim: „damy radę”. Udzielałam wywiadów przez zestaw słuchawkowy pod motorowym kaskiem, nie przerywając jazdy. Oczywiście, że zdarzały się porażki, wiele rzeczy mnie bolało, ale wszystko wydawało się takie proste! Jeszcze do końca nie wiedziałam, kim jestem, ale parłam naprzód z wielką siłą. Marzyłam o wspinaczce, zawsze mnie fascynował alpinizm, ale zdanie o Koronie Ziemi rzuciłam na wyrost i byłam w tym zupełnie naiwna. Powiedziałam jednak coś sobie i całemu światu, więc musiałam to zrobić. To właśnie znaczy zostać zakładnikiem swoich marzeń.

– Stanęłaś na tym ostatnim szczycie. Spełniłaś marzenie?


Martyna Wojciechowska: Usiadłam, rozpłakałam się, poczułam, jak spływa ze mnie cały stres. Poczułam też nagle te długie siedem lat. Przez ten czas było tak wiele zmian. Zaczynałam projekt, stojąc u boku mężczyzny, z którym byłam związana przez wiele lat, i sądziłam, że to będzie związek na całe życie. Nie udało się, potrzebowałam zmiany, więc próbowałam dalej. Chyba żeby udowodnić sobie i całemu światu, że jednak będę szczęśliwa, zaręczyłam się z nowym partnerem w bazie pod Everestem... przez telefon satelitarny. Happy endu nie było, bo na kolejnej wyprawie, zaraz po ataku szczytowym na Mount McKinley, znów przez telefon się rozstaliśmy. Ja na Alasce, on w górach Iranu. Znów zaczęłam układać swoje życie i choć planowałam zrobić to bardzo powoli, to… w dniu wylotu na Elbrus dowiedziałam się, że będę mamą. I powiem ci szczerze, że macierzyństwo to najwyższa góra, na jaką przyszło mi się wspinać.

– A to ciekawe.


Martyna Wojciechowska: Na wyprawie, w pracy, nawet w relacji z mężczyzną – mam poczucie, że to wszystko ma swój początek i może mieć albo ma koniec. Dopuszczam możliwość, że ludzie spotykają się na krętej drodze życia, by coś sobie dać, czegoś się nauczyć i potem, bywa, że się rozchodzą. Jedynym „projektem”, który nie ma ostatecznego terminu zakończenia, jest macierzyństwo. Nigdy nie stawiałam jakoś bardzo na życie osobiste, kocham swoją pracę, ale Marysia i to sprowadzenie mnie na ziemię do roli matki, podzielenie losów miliardów kobiet sprawiło, że tyleż samo się przestraszyłam, co jestem tym zafascynowana.

– Jesteś szczęśliwa?


Martyna Wojciechowska: Dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pusta. Słyszę głośniej, co zrobiłam źle, niż to, co dobrze. Ale da się z tym żyć. To niespełnienie, nieustanny głód sprawiają, że ciągle dalej przesuwam swój horyzont. Inaczej może nie czułabym takiej potrzeby? Jak widzisz, nie podcina mi to skrzydeł, bo wciąż potrafię latać dość wysoko. Czy jestem szczęśliwa? Nie jestem minimalistką, do szczęścia, niestety, potrzebuję dość dużo. Kiedy wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze, jak to w życiu, coś się zmienia i znów tracę kawałek stałego gruntu pod nogami. Chyba poza moimi rodzicami nie mam się na kim oprzeć. Nie mogę tak po prostu być spokojna, bezpieczna i wzrastać. Codziennie walczę o swoje. Najlepszą odpowiedzią na twoje pytanie będzie to: największe sukcesy zawodowe i wyprawowe osiągałam zawsze wtedy, kiedy nie układało mi się w życiu osobistym. Tak jakbym wtedy koncentrowała się wyłącznie na sukcesie, a utrzymanie się na powierzchni było sprawą życia i śmierci. Bo skoro nic innego nie masz, to inwestujesz w realizację marzeń.

– I to ma być rekompensata?


Martyna Wojciechowska: Nie można zrekompensować życia osobistego – zawodowym. Siedem lat temu wydawało mi się, że jeśli zdobędę Koronę Ziemi, będę się z tym czuła spełniona i może nawet to jakoś zagłuszy inne braki. Dziś jestem po prostu zadowolona. Dałam dowód ogromnej konsekwencji, wytrwałości i determinacji. Z tego akurat jestem dumna. Nie jestem wyczynową alpinistką, w pracy mam trzy etaty, jestem mamą, a mimo wszystko zrobiłam to.

– Godzisz się z tym, że nie można mieć wszystkiego?


Martyna Wojciechowska: Nie godzę się. Chciałabym mieć… przynajmniej dużo. Jestem zachłanna. Krótko cieszę się sukcesami. Ale to właśnie wciąż pcha mnie do przodu. Mam ambicje, żeby sprawdzać się zawodowo, być świetną matką, kochanką, żoną… Akurat to ostatnie najsłabiej mi wychodzi. Jeśli mam z czegoś zrezygnować, to chyba rezygnuję z bycia dobrą żoną i z dbania o swój wygląd, bo wszystkiego nie da się zrobić. Na tych polach odpuszczam, na innych nie potrafię.

– Bycie żoną i swój wygląd odpuszczasz? Dobrze usłyszałam?


Martyna Wojciechowska: Po prostu mi to nie wychodzi. Nie będę trzymać diety i trenować po to, żeby dobrze wyglądać! Moje ciało ma mi służyć, pomóc zdobyć górę, więc pracuję nad nim głównie przed wyprawami. Moje zdjęcia z wypraw bez retuszu? Proszę bardzo! Rozczochrana (Elbrus), zapuchnięta (Mt. Everest). Akceptuję to, że życie wyprawowe sprawia, że czasem wyglądam fatalnie. Góry odzierają z intymności. Nigdy nie pojechałabym na wspinaczkę ze swoim partnerem. Człowiek chory na chorobę wysokościową nie stanowi ładnego obrazka i może nie potrafiłabym się od tego odciąć w sytuacji intymnej. Dla mnie góry są największym sprawdzianem. To one najmocniej – nie rajdy, wyprawy w nieznane, nurkowanie – kształtują mój charakter. Uczą pokory i cierpliwości, których tak bardzo mi czasem brakuje…

– A mężczyźni? Czy Ty wiesz, jak bardzo ich onieśmielasz?


Martyna Wojciechowska: Chyba nie potrafię flirtować. Spotkałam niedawno znajomego – uroczy, bardzo przystojny. Zaczęliśmy rozmawiać. Właściwie to on peroruje: był tu, tam, coś robił. No, po prostu Indiana Jones! Słucham i zaczynam czuć, że to okropnie denerwujące i że on po prostu gada bzdury, bo byłam w tych miejscach i znam tamte realia. „Hm, będzie sobie moim kosztem humor poprawiał?” – i mówię, co o tym sądzę. I on nagle robi się całkiem malutki. A ja się zastanawiam: dlaczego nie dałaś mu się pochwalić? Nie możesz raz wykrztusić: „Och, to naprawdę niesamowite, podziwiam cię!”.

– A nie możesz?


Martyna Wojciechowska: Najczęściej słyszałam od mężczyzn, którym podobałam się z wzajemnością, a mimo to nie odważyli się na nic: „A co ja ci mogłem zaoferować?”. Sama chyba też sprawy nie ułatwiam.

– Nie ułatwiasz. „W zasadzie nie znam facetów, którzy są uczciwi i wierni. I nie chodzi mi o wierność fizyczną – to byłoby zbyt trywialne. Chodzi o lojalność w stosunku do kobiety, partnerki, żony. Mam problem, żeby zaufać mężczyźnie”, tym wyznaniem rozpętałaś burzę.


Martyna Wojciechowska: Koledzy odsądzali mnie od czci i wiary. „Jak sądzisz, jak ja się teraz czuję, kiedy wracam do domu i patrzę w oczy żonie, która to przeczytała?”. Być może przez to, że spędziłam tyle czasu z mężczyznami na stopie przyjacielskiej, straciłam wiarę w pewne rzeczy. I nie pojawił się nikt, kto by mi tę wiarę przywrócił.

–  O jakim mężczyźnie marzysz?


Martyna Wojciechowska: O kimś, kto daje kobiecie opiekę i wie, dokąd zmierza. Takim, który ma dystans do świata, ludzi, do siebie. Tymczasem męska labilność to coś, co mnie przeraża. Jeden ma depresję, drugi nie wie, czego chce, a ja potrzebuję w domu samca alfa.

– Jak już się taki znajdzie, czego się może po Tobie spodziewać?


Martyna Wojciechowska: W ogóle nie podnoszę głosu, nie ponoszą mnie emocje. Po prostu patrzę. Na wyprawach akurat to, że się nie odzywam, pomaga. Często znajdowałam się w sytuacji, która mnie uwierała, i milczałam, bo wiedziałam, że to się niedługo skończy. A skoro nie będę się z tymi ludźmi więcej widzieć, to po co robić aferę? W życiu osobistym mam jednak taką fatalną cechę, że wycofuję się, robię parę kroków do tyłu.

– A potem żałujesz?


Martyna Wojciechowska: A potem nikt nie wie, o co mi chodzi, bo przecież nic nie mówiłam. Nie awanturowałam się, tylko nagle powiedziałam: „Odchodzę”.

– Boisz się czasem, że będziesz sama?


Martyna Wojciechowska: O różne rzeczy, ale o to nie. Często jednak odczuwam innego rodzaju lęk. Zbierając materiały do książki, którą chcę napisać, czytam jeszcze raz pamiętniki z wypraw. Nie zdawałam sobie sprawy, że moje spotkania z górami były tak mocno podszyte niepewnością…

– Lękiem o co?


Martyna Wojciechowska: Pierwszy szczyt, górka właściwie – Kilimandżaro. Boję się zwyczajnie czegoś nowego. Jestem też okropnie podekscytowana i zupełnie nieświadoma tego, co wysokość może zrobić z człowiekiem. Ze mną, o dziwo, obchodzi się łagodnie, ale wciąż pamiętam zaskoczenie, że wielki chłop może paść jak mucha. Dociera też do mnie, że brak mi techniki. Jeszcze dużo będę musiała się nauczyć. Potem mam wypadek przy kręceniu programu „Misja Martyna”. Łamię kręgosłup, mam długą przerwę, rok rehabilitacji, ale nie rezygnuję. W końcu – wyjazd na Aconcaguę. I panicznie boję się tej góry. Nie dlatego, że jest taka trudna, choć ma prawie 7 tysięcy metrów n.p.m., ale to ma być próba generalna, chcę się dowiedzieć, czy mam szansę na zdobycie Everestu. Trenowałam wcześniej jak wściekła. Dzień w dzień. Bieg, pływanie, rower, siłownia. Na wyprawę jadę z zapaleniem stawów kolanowych. Tabletki przeciwbólowe łykam garściami. Czuję, że nie mogę się poddać, bo zawali się cały plan zdobycia Everestu. Czy dam radę iść pod górę z 20-kilogramowym plecakiem. Sama nie wiem…

– Dwa miesiące później stajesz na Dachu Świata.


Martyna Wojciechowska: Od złamania kręgosłupa minęło wtedy zaledwie półtora roku. To był niezwykle ciężki czas, straciłam w wypadkach trzech bliskich przyjaciół. Jadę odmieniona. Boję się jednak, bo to najwyższa góra świata. Czy się nie przeliczę? Przecież jak coś się tam wysoko stanie, to nawet mnie nie zniosą. Kiedy stanęłam na szczycie, powiedziałam: „Jestem taka szczęśliwa – nie da się tego opisać!”, dziś, po latach nie powiem nic innego. Potem zostałam naczelną „National Geographic”. Jakoś tak spokojnie, bez emocji zdobyłam Mc Kinley, choć akurat rozstawałam się z partnerem. Po powrocie znów buduję życie osobiste. A kiedy przed wylotem na Elbrus dowiaduję się, że jestem w ciąży, zaczynam się bać na dobre. Z jednej strony zmiany w życiu. Ale też wspinaczka podszyta jest już strachem o dziecko. Schodząc ze szczytu, mam takie uczucie, że je z siebie wytrzęsę. Stawiam każdy krok niezwykle ostrożnie, czuję się fatalnie. Przez parę miesięcy potem jestem wręcz podszyta niepokojem, robię miliony badań prenatalnych. Wszystko jest jednak w porządku. Zostaję mamą. I nagle czuję obezwładniający lęk, dwa tygodnie nie śpię. W ogóle! Siedzę wtedy tylko nad Marysią i patrzę, czy oddycha.

– A kiedy ten lęk minął, jak odnalazłaś się jako matka?


Martyna Wojciechowska: Kobiety przeżywają bardzo różne emocje po urodzeniu dziecka. Ale jest też pewien etos – mówienia, że wszystko, co czują, jest cudowne. Otóż zapalenie piersi nie jest. Bycie mamą sprawiło mi na początku wiele trudności. Myślałam: to koniec życia podróżniczki. Słuchałam: „Zobaczysz, teraz wszystko się zmieni”, mówionego z takim okropnym uśmiechem satysfakcji, że teraz dziecko zatrzyma mnie w domu i skończą się moje wyprawy. A we mnie rósł bunt. Musiałam sobie udowodnić, że to nie oznacza końca mojej pasji. Po ośmiu miesiącach pojechałam w góry spotkać się z samą sobą. Zrobiłam jednak wszystko, żeby moje dziecko jak najmniej to odczuło. Dziś już wiem, że najtrudniejsze są rozłąki z córką.

– Pozwolisz mi zacytować swój SMS? „Siedzę w jakiejś d… i wciąż czekam na odlot na Antarktydę. Moje dziecko zaczęło wstawać i robi siusiu do nocnika, a mnie tam nie ma… Morale mi spada”.


Martyna Wojciechowska: Bo spadało. Nie spodziewałam się, że można tak za kimś tęsknić. Tak bardzo czuć się przytłoczonym przeciwnościami losu, pogody. Miałam wtedy duży kryzys.

– Wstydzisz się tych matczynych emocji?


Martyna Wojciechowska: Kiedyś wydawało mi się to infantylne i śmiałam się z rozmów o zupce i kupce. Dziś sama takie prowadzę. Ale w gazecie nie chcę opowiadać o swoich zachwytach nad dzieckiem. Bezpieczniej mi być Larą Croft, to też jedna z moich twarzy.

– O nie, chcę znać tę inną. Czym Cię Marysia ostatnio rozczuliła?


Martyna Wojciechowska: Największe motyle w brzuchu to ona. Nikt nawet przez pięć minut nie sprawił, że czułam się tak wyjątkowo, jak wtedy, gdy patrzę na nią.

– Kiedy wróciłaś, co Ci powiedziała Twoja prawie już dwuletnia córka?


Martyna Wojciechowska: „Mama rulez! – Mama rządzi!”. Mówi też: „Oh, my God! – O mój Boże!”, bo ja wciąż, łapiąc się za głowę, to powtarzam.

– Jak jest? Rządzisz? Czy częściej łapiesz się za głowę?


Martyna Wojciechowska: W moim domu zawsze było cicho i uwielbiałam to! Nie oglądam TV, nie słucham radia ani muzyki. Lubiłam tak siedzieć i pisać, kiedy miałam wenę. Zawsze byłam samotnym wilkiem, miałam specyficzne związki. Moi mężczyźni też mieli mnóstwo pasji, pracy. Rzadko siedzieliśmy we dwoje w domu, spędzając czas „tradycyjnie”, więc dom miałam taki, jak chciałam. W tej chwili pełen jest ludzi, dźwięków, piszczących kaczuszek, o które się w kółko potykam. Mam wrażenie, że bez przerwy ktoś wchodzi i wychodzi. Liczba pretekstów, które potrafi wymyślić mój kochany tata, żeby do nas przyjść, jest zaskakująca. Dziś 7.30 rano: „A może furtka ci się zacięła? A może śnieg ci odrzucę?”. I nagle ton mu się zmienia: „Cześć, Marysiu, dziadzia przyszedł”, mój poważny tata się rozpływa. Nie narzekam, nareszcie sama mam trochę odpuszczone (śmiech). Mam nowoczesnych rodziców, ale nie da się ukryć – byliby spokojniejsi, gdybym żyła bardziej standardowo.

– Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w tej „opcji standardowej”?


Martyna Wojciechowska: Powinnam powiedzieć: „Wstaję, patrzę, jak świeci słońce. Cieszą mnie małe rzeczy”. Dlaczego tak nie jest? Codzienność i rutyna to coś, co mnie zabija. Jak nie ma fajerwerków, jestem nieszczęśliwa. Najtrudniejsze jest życie tu, na nizinach. Kiedy po wyprawie słyszę: „Wow, ale pani jest dzielna”, uśmiecham się w duchu, bo tam, w górach wszystko jest prostsze. Znam wiele osób, głównie mężczyzn, którzy uciekają w podróże. Najpierw to tylko wentyl. A potem? Już tylko tam się sprawdzają. Wraca taki i jest herosem, bo zdobył górę. A czym to, do cholery, jest w porównaniu z byciem dobrym ojcem?! Szanuję ich i podziwiam, ale zdania nie zmienię. W normalnym życiu się nie sprawdzają. A ja? No cóż. Mam takie marzenie, aby umieć żyć zwyczajnie. Więc chyba nie mogę się z tego wycofać…

Rozmawiała: Monika Kotowska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Agnieszka Dębska
Współpraca Pola Madej
Makijaż  Izabela Wójcik
Fryzury Piotr Wasiński
Scenografia Ewa Iwańczuk i Tomek Felczyński
Stunt & Rigging Effects: Tomek Lipski, Andrzej Słomiński
Modele: Emmanuel F. i Patryk B. /MANGO MODELS
Produkcja Elżbieta Czaja

Newsy
Martyna i Jakub Przebindowscy. Związek pesymistki z optymistą. Oczarowanych sobą mimo wszystko
Ona zamyka oczy, gdy on jako Karol w „Na Wspólnej” namiętnie całuje kobiety. Za to jego trafia szlag, kiedy ona kokietuje innych facetów. Ona w ciągu 20 minut wymodliła na Jasnej Górze córeczkę, on zaplanował godzinę porodu. Gdyby według ich historii ktoś chciał napisać scenariusz komedii romantycznej, wyglądałby mniej więcej tak.

Część I - Proszę, ożeń się ze mną To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Martyna i Jakub chodzili do tej samej szkoły teatralnej w Krakowie. Gdy on był na trzecim roku, ona zaczęła studia na pierwszym. Mieszkali w akademiku, ale długo nie zwracali na siebie uwagi. Jakub: Mieliśmy swoje towarzystwo, swoje życie. Tuż po skończeniu studiów przez Martynę Mikołaj Grabowski, u którego robiła dyplom, zaproponował kilku młodym aktorom wyjazd do Łodzi, do Teatru Nowego, gdzie obejmował dyrekcję. W tej grupie znalazła się Martyna i ja. W Łodzi zaprzyjaźniliśmy się całą drużyną, przebywaliśmy ze sobą non stop. Martyna: Wszyscy razem byliśmy blisko siebie. Mieszkaliśmy w hotelu przy teatrze, każdy z naszej „jedenastki” miał osobny pokój, ale wspólną łazienkę. Jedliśmy razem śniadania, potem próby, obiad całą bandą, znów wszyscy do teatru. Niesamowita atmosfera, genialna praca zespołowa. Jakub: Jak w teatralnym laboratorium, bardzo intensywny czas poszukiwań. Żyliśmy tylko sceną i próbami. Miłość narodziła się dwa lata później. Zawsze szukam wokół siebie ludzi, którzy mają poczucie humoru, a Martyna je ma. Tak, poczucie humoru to była pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę. Martyna: Pamiętasz jedno z naszych pierwszych spotkań? Tak strasznie mnie rozśmieszałeś… Ledwo się znaliśmy, a ja powiedziałam nagle: „Proszę, ożeń się ze mną, bo chcę do końca życia tak się śmiać”. Mówiłam żartem, przez myśl mi nie przeszło, że to może stać się prawdą. Jakub: Patrzyliśmy na siebie, chodziliśmy razem po Łodzi i pewnego dnia zrozumiałem, że to jest właśnie to. Dokładnie z tą kobietą chcę żyć, z nią czuję się fantastycznie. Jestem w niej zakochany. Część II - Pocałowałeś mnie w filharmonii Było takie spotkanie, że...

Katarzyna Grochola, Aleksandra Kwaśniewska
Iza Grzybowska/MAKATA
Newsy
Katarzyna Grochola: "Jestem... happy endem"
Choć ma za sobą kilka nieudanych małżeństw i rozpadł się jej kolejny związek, wierzy w szczęśliwe zakończenia. Katarzyna Grochola w rozmowie z Olą Kwaśniewską.

– Czy nasza rozmowa ma sens, skoro całe Pani życie jest w najnowszej książce? Katarzyna Grochola: Niecałe, na szczęście. – Jaki był klucz? Katarzyna Grochola: Wdzięczności. – Wobec losu czy ludzi? Katarzyna Grochola: Losu i ludzi. Skorzystałam z okazji, żeby przypomnieć sobie o dobrych rzeczach, które mi się przydarzyły. Nad złymi przechodzę do porządku dziennego dwoma zdaniami. Zresztą gdybym napisała o złych rzeczach, książka liczyłaby 2855 stron maczkiem (śmiech). – To jest z jakiegoś powodu szczególny moment w Pani życiu? Katarzyna Grochola: Miałam taki dwuletni moment. Niełatwy. Związany z cierpieniem ludzi obok mnie. Wcześniej dużo rzeczy mi się pospełniało i myślałam już, że moje życie jest stałą. Tymczasem los, ilekroć pomyślę, że jest coś stałego, płata mi figle. Zawęziłam sobie strasznie perspektywę przez te dwa lata i to była próba odzyskania właściwego spojrzenia. – Zakończona sukcesem? Katarzyna Grochola: Tak, choć ja jestem przestraszona, jak mi się spełniają marzenia. Jako dziewczynka marzyłam, żeby być jak Liza Minnelli w „Kabarecie” – mieć zielone paznokcie, wyjść na scenę, zaśpiewać i zatańczyć. I teraz w „Tańcu z gwiazdami” dostałam piosenkę z filmu „Kabaret” i myślę sobie: Boże, jaki jest sens po 30 latach? Nawet nie mogę jej udawać. Jedyne, co mogę, to kupić zielony lakier do paznokci, ale on też wygląda lepiej na młodych dłoniach. – Jednak twierdzi Pani, że marzenia spełniać jest łatwo. Katarzyna Grochola: O tym, że łatwo spełniać własne marzenia, przekonują mnie ludzie, którzy biorą 10 dolarów i jadą w podróż. I jakoś nie umierają z głodu. Ja tego nigdy nie zrobiłam, bo zawsze się bałam. Własne marzenia zaczęłam spełniać, jak znalazłam się na dnie, czyli w wieku...

Newsy
Weronika Rosati w "Vivie!" po raz pierwszy opowiedziała o wypadku
Co aktorka straciła przez złamaną nogę?

Wszystko dzieje się po coś. I mój wypadek też widocznie był po coś. Od kilku miesięcy mam nogę w gipsie, po raz pierwszy nie mogę żyć tak, jak dotychczas żyłam. Nie mogę grać, podróżować… Ale może taki moment wyciszenia był mi potrzebny, by dobrze przemyśleć swoje życie”. Weronika Rosati o tym, co naprawdę stało się tamtej nocy, dlaczego cieszy się z nadchodzącej trzydziestki i co sprawiło, że zmieniła priorytety.  - Od Twojego wypadku minęło kilka miesięcy. Zniknęłaś na ten czas. Już widzę, jak dzień po ukazaniu się naszej rozmowy brukowce i portale napiszą: „Weronika Rosati przerywa milczenie”… Staram się udzielać wywiadów jedynie przy okazji zawodowych przedsięwzięć. To jest moja pierwsza rozmowa od przynajmniej pół roku. Chciałam, żeby to VIVA! przeprowadziła tę rozmowę, bo dotychczas udało nam się zrobić fajne wywiady, a to dzięki waszej uczciwości zawodowej i profesjonalizmowi, poza tym wydaje mi się, że mnie dobrze rozumiecie. Mam świadomość, że wielu ludziom moja obecność w mediach w ostatnich miesiącach może się wydać bardzo intensywna, a to za sprawą tych tabloidów i portali, o których wspomniałaś, które karmią czytelników nigdy niekończącą się telenowelą na temat życia prywatnego. Nie mam na to wpływu i staram się tego nie komentować, ale, niestety, zaczęło to negatywnie wpływać na moje sprawy zawodowe. I ze względu na skalę przekłamania zaczęło mnie i moich najbliższych męczyć. Nie miałam zamiaru wypowiadać się na temat stanu mojego zdrowia w momencie, kiedy poważnie o to zdrowie walczyłam. To był wtedy mój priorytet. Dziś sytuacja się ustabilizowała.  – Dlatego zgodziłaś się mówić? Zgodziłam się na rozmowę, ale mam nadzieję, że nie będziemy mówić tylko o wypadku, choć wiem, że niestety ta sprawa...

Nasze akcje
Delia My Cream
Styl życia

Krem idealnie dopasowany? Zrób go sama, z Delią to łatwe!

Partner
Macchia marki Tubądzin - wystrój we włoskim stylu
Styl życia

Mieszkanie inspirowane słoneczną Italią. Styl, który pokochały gwiazdy!

Partner
lenor-fresh-air-efect
Fleszstyle

Jak urządzić wnętrze, by zawsze zachwycało świeżością?

Partner
dax-cashmere-podklad-moon-blink
Fleszstyle

Klaudia El Dursi i Marcelina Zawadzka pokochały ten drogeryjny podkład i bazy pod makijaż!

Partner
Motorola moto g100
Styl życia

Uwielbiasz spędzać czas z przyjaciółmi? Wiemy, co zrobić, żeby te spotkania dawały ci jeszcze więcej radości!

Partner