Party Stories
Doda z mężem Emilem Stępniem
Krystian Ferretti z "Hotel Paradise 3"
Anna Nehrebecka
ONS.pl
Matka, żona, aktorka, radna Warszawy

Legenda polskiego kina. Anna Nehrebecka: "Warto żyć"

Wspaniały wywiad z aktorką!

Legenda polskiego kina. Niezapomniana Anka z „Ziemi obiecanej” i Marynia z „Rodziny Połanieckich”. Anna Nehrebecka wielokrotnie zmieniała skórę. Była aktorką, żoną ambasadora i konspiratorką. Kim czuje się dziś? O różnicy między kochaniem a zakochaniem, dlaczego nie widujemy jej często w telewizji oraz o tym, jak żyje z mężem na odległość, opowiada Romanowi Praszyńskiemu.

 

Kim Pani dziś się czuje?

 

Matką, żoną, aktorką, radną Warszawy. Kolejność dowolna. Przede wszystkim jestem sobą, Anną Nehrebecką. Za parę dni wracam do męża, ambasadora RP w Tunezji. Pomogę mu przygotować festiwal filmowy, liczę, że uda się zaprosić któregoś z polskich reżyserów. W sierpniu przyjeżdżam do Warszawy, na sesję Rady Miasta. A jesienią w Teatrze Polskim wznawiamy „Końcówkę” Becketta. Wiosną dostałam nagrodę Orła za rolę w filmie Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”. Moja pierwsza nagroda! Do dzisiaj dostaję bardzo miłe listy z gratulacjami. To wszystko ubarwia życie. Jest kolorowo.

– Wciąż zmienia Pani życiowe role. Dla aktorki to chyba łatwe zadanie?


W teatrze czy filmie łatwo wejść z roli w rolę. W życiu to nie takie proste. Życie bywa brutalne, ma swoją wagę. Zwłaszcza że wszystko staram się robić najlepiej, jak potrafię. Angażuję się i wszystkim przejmuję, więc odbywa się to dużym kosztem.

– Jaki był Pani dom rodzinny?


Miałam cudownych rodziców. To byli skromni, prawi ludzie. Nieraz było trudno. Ważne, że wszyscy byliśmy razem. Po wojnie trafiliśmy na Pragę, na ulicę Dąbrowszczaków. Rodzice mieszkali tam do końca życia. Tato był ekonomistą, mama zajmowała się nami – trójką rodzeństwa. Dzieciństwo było biedne, pierwszego banana zobaczyłam w 1956 roku.

– Duży wstrząs?


Opowiem, jak do niego doszło. Po wojnie rodzina mamy była w Londynie. Matka, brat i siostra. Nie mogli wrócić. Pracowali w BBC.

– Niedobrze. W Polsce byli wrogami ludu?


Oczywiście. Ojciec miał problemy ze znalezieniem pracy. Powiedziano mu, że dostanie lepszą, jak się rozwiedzie z żoną. Po październiku ’56, w czasie tak zwanej odwilży, stało się możliwe odwiedzenie rodziny w Londynie. Nie widzieli się od początku wojny. Zadecydowano, że mama pojedzie z najmłodszym dzieckiem, czyli ze mną. Miałam dziewięć lat. Do końca życia nie zapomnę tego lotu samolotem KLM-u. Przesiadałyśmy się w Amsterdamie. Leciałyśmy nocą, nagle ujrzałam dywan świateł, oświetlone miasto. Niezwykłe. A w samolocie stewardesa roznosiła owoce na tacy, mogłam wziąć pomarańczę. Dziecięcą łapką chwyciłam, szczęśliwa. W Polsce pomarańczę jadłam raz w roku – tata przynosił z pracy po jednej na dziecko. Ale mama mówi: „Wiesz, córeńko, tu jest taki pyszny owoc – banan. Spróbuj”. Posłuchałam i wzięłam. I wciąż pamiętam potworne rozczarowanie i żal, że mogłam zjeść całą pomarańczę, a mama kazała mi jeść słodkiego kartofla

– A kim był Mario Alma?


To mój dziadek. Ojciec mamy, Władysław Kiersnowski. Osobowość, legenda w rodzinie. Przez 12 lat śpiewał we Włoszech, w La Scali. Ale to były takie czasy, że nie wypadało śpiewać dla pieniędzy. Więc dziadek śpiewał, a jego majątek rozszarpali ekonomowie. Zmarł wcześnie, po pierwszej wojnie światowej.

– Utracjusz?


Dla niektórych pewnie tak. Artysta w rodzinie – to było coś wstydliwego. Kiedyś artystów chowano pod płotem, nie byli godni. W naszym domu tak nie uważano. Ale w rodzinie dziadka do tej pory nie rozmawia się o przodku śpiewaku.

– Majątek miał na Białorusi?


Na Nowogródczyźnie. W 1992 roku odnalazłam tam dzięki pomocy życzliwych ludzi rodzinne groby. Pojechałam razem z mamą. Mama była tam po raz pierwszy od śmierci swojego ojca. Weszłyśmy na cmentarz i ona nagle mi znikła. Szukam jej i widzę, że siedzi na grobach. Trafiła jak po sznurku, choć tak wiele się zmieniło. Grób był w strasznym stanie. Otwarty, połamany krzyż. Szczątki trumny dziadka i brata mojej mamy. Bardzo bolesne. Ale też wzruszające. Podróż w przeszłość. Poznałam chłopów, którzy pamiętali mojego dziadka. Chciałam dotrzeć do każdego miejsca, każdego człowieka. Ale dla mamy było to za dużo. Kiedy dotarłyśmy do wioski, gdzie po śmierci jej taty był pogrzeb, powiedziała: „Chodźmy stąd”. Była szczęśliwa, ale ta podróż przywołała też dużo bolesnych wspomnień.

– Niesamowite te polskie losy.


Ojciec urodził się w Monachium, przed pierwszą wojną światową. Jego rodzina pochodziła z Bydgoszczy i tam też wrócili, kiedy był małym chłopcem. Przed wojną studiował w Warszawie. W czasie wojny poznali się z mamą. I tak jestem ja.

 

 

 

Rozmawiał: Roman Praszyński


... więcej w magazyne Viva! 21/2014

 

Komentarze
Zapraszamy do dyskusji
Czekamy na Twoją opinię w tym temacie. Dołącz do dyskusji!
Newsy
Katarzyna Dowbor – nowy dom z miłości do córki
Zobaczcie nowy dom jednej z najpopularniejszych polskich prezenterek. To azyl, który stworzyła z miłości do swojej siedmioletniej córki. Katarzyna Dowbor opowiedziała o swoich pasjach, pielęgnowaniu rodzinnych tradycji i zdradziła, dlaczego, choć sama wychowuje dziecko, nie jest samotną matką.

Podwarszawski Konstancin, wieczór w nowym domu Katarzyny Dowbor. Widać, że właścicielka lubi stare meble – wierzy, że jest w nich energia dawnych właścicieli. Wygodne kanapy w ciepłych kolorach, kominek, stara maszyna do pisania. Niemal wszędzie zdjęcia. Siedmioletnia Marysia bawi się z koleżankami w ogrodzie. Siadamy na tarasie. – Przeprowadziła się Pani do tego domu w marcu, a mam wrażenie, że mieszka tu Pani od dawna. Wczoraj byli u mnie znajomi, mieli takie samo wrażenie. Jedna z koleżanek weszła do ogrodu i mówi: „Jakie ty miałaś szczęście. Wszyscy mają takie łyse działki, a tobie się trafiła z drzewami”. Rozbawiła mnie do łez. – Kiedy byłam niedawno, nie było jeszcze ogrodu... Pan Przemek, ogrodnik, dokonał cudu. Przywiózł całą ciężarówkę roślin i sprawił, że wyglądają, jakby tu rosły od dawna. To drzewo przy wejściu ma już 15 lat. Naprawdę jestem z siebie dumna. Miło jest siedzieć w czymś, co od początku do końca samemu się wymyśliło. – Wypatrzyła Pani to miejsce, przejeżdżając samochodem. Co Panią urzekło? Spodobało mi się osiedle. Blisko Warszawy. Pastelowe kolory domów, jak na południu Francji. Człowiek ma lepszy humor, kiedy budzi się w takim miejscu. Pomyślałam: nie stać mnie na taki dom. Na szczęście okazało się, że ceny były takie same, jak w apartamentowcu w Warszawie. Ale główny powód przeprowadzki to towarzystwo innych dzieci dla mojej Marysi. Poprzednio mieszkałyśmy na wsi w domu z ogrodem. Wiem, jak bardzo brakowało jej koleżanek. Tu ma je codziennie. – To tak jak Pani. Śmieję się, że mam bardzo dużo porcelany, talerzy, kieliszków tak zwanych gościnnych. Dla mnie dom jest takim miejscem, w którym powinno się spotykać z ludźmi. – Kim są osoby z portretów w salonie? Moi pradziadkowie. To...

Newsy
Jak Stuhrowie Kraków zdobywali
Jerzy Stuhr zdecydował się spisać „Historie rodzinne”. Nie tylko dlatego, że – jak mówi – jest to winien swoim dzieciom.

Pradziadek, który święcie wierzył, że jego marzenia ziszczą się tylko w mieście nad Wisłą. Dziadek, którego ulubioną rozrywką była zabawa we własny pogrzeb. Ciotka, która mawiała, że kobieta jest tyle warta, ile portki mężczyzny, które wiesza na sznurze. „Mrożek pomieszany z Gombrowiczem”, śmieje się Jerzy Stuhr. Gabinet Jerzego Stuhra wygląda jak przed laty kancelaria jego ukochanego stryjecznego dziadka Oskara. Na ścianie zresztą wisi jego okazały portret. W gablotce Wojskowy Krzyż Zasługi, który Oskar otrzymał za bohaterską walkę pod Przemyślem w 1914 roku. Obok biblioteczka wypełniona książkami. Część z nich należała do dziadka, resztę kupił Jerzy. Teraz, patrząc na nie, zastanawia się, kto będzie czytał te wszystkie zbiory. „Pamiętam, jak ojciec zaczytywał się w Słowackim. Ale kto to ma teraz czas na Słowackiego”, zastanawia się. On sam zajęty jest od 40 lat. Właściwie od czasu, gdy zdał do szkoły teatralnej. Szybko posypały się propozycje filmowe. Potem zaczął reżyserować i pisać scenariusze. Najbardziej lubi, kiedy w głowie zaczyna mu kiełkować pomysł na film. Wtedy siada w gabinecie i tępo patrzy w ścianę. Kilka miesięcy temu odebrał telefon z wydawnictwa: „Nie napisałby pan książki o swojej rodzinie?”, usłyszał. „A kogo to może obchodzić?”, pomyślał. A potem doszedł do wniosku, że taką książkę jest winien swoim rodzicom, dziadkom, pradziadkom. A wnuczka Matylda? Taka książka to będzie dla niej kopalnia wiedzy o tym, z jakiego świata pochodzi. „Zabieram się do pracy”, postanowił.   Początki pisania były żmudne. Na szczęście okazało się, że jedna z krewnych jest od lat zafascynowana historią rodziny. Można było porównać wiadomości, uzupełnić luki pamięci i tak po ludzku powspominać. „W każdym z nas znajdują się...

Newsy
Ola Kwaśniewska królewną się stała i...
Babcia chciała bym mieszkała w pałacu. I tak się stało. Ale rzeczywistość okazała się nie tak piękna jak babcine marzenia. Prawdziwe bajkowe życie miało dopiero nadejść. Najpierw „Taniec z gwiazdami”, potem „Dzień Dobry TVN”, a teraz film. W „Shreku 3” Ola Kwaśniewska użyczyła głosu Śpiącej Królewnie. W VIVIE! królewną się stała i po raz pierwszy opowiedziała o swoim dzieciństwie.

- Kiedy byłaś małą dziewczynką, marzyłaś, że jesteś królewną?   Nigdy. Jakoś, szczerze mówiąc, te wszystkie bajkowe królewny zawsze wydawały mi się nudne. Może Królewna Śnieżka była najciekawsza, bo podobało mi się, jak się sprytnie dogaduje z krasnoludkami i zwierzętami. Irytowało mnie jednak to, że zjada jabłko, które podaje jej paskudną dłonią czarownica. Kiedy oglądałam to w telewizji, krzyczałam: „Nie bierz tego! Nie bierz!”. – To może marzyłaś, że – jak Kopciuszek – ze zwykłej dziewczynki zmienisz się w piękną żonę królewicza? Coś ty! Kopciuszek był przecież strasznie biedny. Współczułam mu, że musi tak dużo sprzątać. Dla mnie to zawsze była najgorsza kara.    – No to kim chciałaś zostać, jak byłaś mała? Chciałam być detektywem. Pewnie dlatego wartości umysłu wydawały mi się zawsze atrakcyjniejsze od piękna ciała. No bo po co detektywowi ładna buzia? Za to mózg miał znaczenie pierwszorzędne. – Jakie masz najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa? Pamiętam naszą kawalerkę na Ursynowie. Mieszkałam tam z rodzicami do jakiegoś czwartego roku życia. No i pamiętam, że kiedy jeszcze byłam za mała na chodzenie do państwowego przedszkola, rodzice wozili mnie do takiej pani, która w domu prowadziła coś na kształt przedszkola prywatnego. Ja chyba się tej pani bałam, bo strasznie nie lubiłam tam chodzić. Na szczęście potem, kiedy już zaczęłam chodzić do zwykłego przedszkola, byłam przeszczęśliwa, chyba głównie za sprawą ilości dzieci i zabawek. Czułam się jak w wesołym miasteczku. Tylko to leżakowanie… – A jaki masz obraz przed oczami, kiedy myślisz „dzieciństwo”? Automatycznie przenoszę się do domu moich dziadków, rodziców taty, do Białogardu....

Nasze akcje
Jenny Fairy Midday Coctail
Newsy

Ten stylowy dodatek przeniesie cię w świat wakacji i słodkiego lenistwa!

Partner
piekna-kobieta-bella
Fleszstyle

Jak się czuć pewnie i wygodnie przez cały dzień? Stawiaj na jakość

Partner
huawei-6-band-opaska
Fleszstyle

Asystent i trener personalny w jednym?

Partner
Kolekcja-wiosna-lato-CCC-2021
Fleszstyle

Czy zdrowe i wygodne dziecięce buty nie mogą być modne?

Partner
Kolekcja-wiosna-lato-CCC-2021
Fleszstyle

O tych butach marzy twoje dziecko!

Partner
catering-tajm
Fleszstyle

Pyszne, zdrowe i niebanalne dania z dostawą pod twoje drzwi?

Partner