Wywiady Aleksandry Kwaśniewskiej

Monika Jaruzelska rozmawia z Aleksandrą Kwaśniewską: Pytania bez odpowiedzi

– Twoja druga książka rozpoczyna się rozdziałem, w którym opisujesz swoją próbę samobójczą. Kończysz go zdaniem, że rodzice nie wchodzą do Twojego pokoju i nikt nie pyta: „Dlaczego?”. Mam wrażenie, że reszta książki jest odpowiedzią na to pytanie i próbą zrozumienia, dlaczego Ci tego pytania nie zadali.


Trafnie to zauważyłaś. Książka w ogóle na pewnym etapie pisania miała mieć tytuł „Dlaczego?”. Nie tylko jako odwołanie do tego pierwszego rozdziału, ale też dlatego, że jest to pytanie najważniejsze. Kluczowe. Tylko ono pozwala nam zrozumieć innych. Ten pierwszy rozdział był świadomym zabiegiem narracyjnym. Chciałam zacząć książkę od mocnego akordu. Jednocześnie wiedziałam, że nieuniknione będą pytania dziennikarzy o ten epizod. Jednak jak z łatwością ten rozdział napisałam, tak mam duży opór, żeby o tym mówić w mediach. Kiedy pisze się książkę, jest to rodzaj pewnej intymnej rozmowy z czytelnikiem. Kiedy jednak coś znajdzie się w prasie kolorowej, a potem trafi do tabloidów i zaczyna żyć swoim życiem, jest już odczepione od tej intymności, która towarzyszyła na początku pisania.

– Ten temat jest jednak wyeksponowany już na pierwszej stronie, co czyni go oczywistym kąskiem dla tabloidów.


Pisząc, nie myślę o sobie jako kimś, kto jest bohaterką książki i osobą publiczną. Traktuję siebie i rodzinę jako materiał do publicystyki, nawet beletrystyki. Jest tu więc dystans do własnych emocji i pragmatyczne myślenie o tym, co jest atrakcyjne dla czytelnika. Z pełnym przeświadczeniem, że jest to również prawdziwe.

– Ta książka była dla Ciebie autoterapią?


Ten etap dawno mam za sobą. Terapeutyczną rolę odegrała najpierw praca, ale przede wszystkim macierzyństwo. W tej chwili, kiedy myślę: rodzina, to jestem ja, mój syn i mój partner. I to jest moja terapia.

– Publiczne przyznanie się do słabości nie wymagało przełamania?


Nie bałam się pokazać swoich słabości, bo już się czuję silna.

– Co Ci dało tę siłę?


Życie. Z każdym rokiem zakładam coraz cięższą zbroję. Umacniają mnie relacje z ludźmi. Składam się z wielu niedoskonałości, słabości, deficytów, ale one mają bardzo silne spoiwo. Jest nim samoakceptacja i zaufanie do siebie. Mogę na siebie liczyć. Trzeba być silnym, żeby pokazać swoją słabość.

– Nie było momentu przełomowego?


Poniekąd był. Urodziłam się jako dziecko kogoś, kto był osobą publiczną, i to mi całe życie towarzyszyło. Ojciec jest jednym z tych żyjących polityków, którzy budzą najsilniejsze emocje. Nie uciekam przed tym. W 30. rocznicę stanu wojennego udzieliłam wywiadu jednemu z portali. Po kilku godzinach zadzwoniono do mnie, że już jest milion wejść. Siadłam z papierosem przed komputerem, wzięłam notatnik…

– I czytałaś komentarze?


Kilka tysięcy komentarzy, które sobie dzieliłam na to, co najbardziej drażni, co się podoba. Podeszłam do tego tak, jakby to robił socjolog. To, co wywoływało emocje, było dla mnie najbardziej interesujące. A największe emocje wywołało zdanie, że wyobrażam sobie, jak za ileś lat, w idealnej Polsce, Marta Kaczyńska z Moniką Jaruzelską będą mogły stworzyć Polską Partię Pojednania, żeby naszym dzieciom żyło się lepiej. Żeby zakopać dawne podziały. Wydawało mi się, że gest takiego otwarcia powinien być przyjęty pozytywnie. A to było przyjęte negatywnie i to mnie zaskoczyło.

– Nie wolno się jednoczyć.


Nie wolno. Trzeba się dzielić i kłócić. Te komentarze dzieliły się na głosy w rodzaju: „Jak ty, komusze ścierwo, możesz myśleć o córce prezydenta Kaczyńskiego, że ona w ogóle będzie chciała mieć z tobą coś wspólnego?”. I z drugiej strony: „Jest pani córką wielkiego Polaka, może być pani dumna, Marta nie sięga pani do pięt”. I tu jakieś inwektywy pod adresem Marty Kaczyńskiej. Pomyślałam, że to jest interesujące i to był przełom w myśleniu o książce i o sobie. Nie dać się zalać emocjami, tylko analizować.

– No nie żartuj. To Cię zachęciło?


Nie tyle zachęciło, co nie przeraziło. Zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata życia zawodowego chowałam się. Weszłam w świat mody, bo był bezpieczny i zapewniał mi jako taką nietykalność. Ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że bezpieczeństwo powinno być symetryczne z poczuciem wolności. A kiedy siedzimy schowani i czujemy się nawet bezpiecznie, ale nie możemy wyjść, bo na zewnątrz jest groźnie, to nie jesteśmy wolni. Żeby być wolnym, trzeba się zmierzyć z niebezpieczeństwami. Dlatego postanowiłam napisać tę pierwszą książkę i wyjść z szafy.

– No i to brzmi terapeutycznie.


Może. Albo może już w tej szafie zakończyłam swoją terapię i dlatego byłam w stanie z niej wyjść.

– Bardzo dużo piszesz o swoich rodzicach, co cieszy się dużym zainteresowaniem mediów. Niekoniecznie zdrowym.


Przede wszystkim nieuczciwym.

– Nie myślałaś żeby poczekać z wydaniem tej książki?


Aż wszyscy przestaną się tym interesować?

– Nie. Aż nie będziesz mogła zranić tym rodziców.


Zaskoczyłaś mnie. Większość dziennikarzy pyta, dlaczego próbuję wybielić generała Jaruzelskiego. Całe życie byłam w stosunku do rodziców lojalna i nigdy nie wystąpiłam przeciwko nim. Moi rodzice nie byli doskonali, ja też nie jestem ideałem i pewnie nie byłam taką córką, jaką by sobie wymarzyli. Pokazuję rodziców z ich zaletami i wadami. W stosunku do siebie też bywam krytyczna. Ta książka jest w jakiś sposób wybiciem się na niepodległość. Oderwaniem się właśnie od takiego myślenia: „Co ludzie powiedzą czy jak to zostanie odebrane przez rodziców?”.

– Nie boisz się, że opisując ich rodzicielskie braki, wpędzisz ich w poczucie winy?


Bynajmniej. Raczej oni mnie będą wpędzać. Niezależnie od tego, jak będą to widzieli moi rodzice, starałam się sprostać ich oczekiwaniom przez tyle lat, że teraz staram się bardziej sprostać własnym oczekiwaniom. Mam 51 lat. To jest moje życie i nie mam wielu umiejętności, ale jedną z rzeczy, które potrafię robić, to mówić i pisać. Traktuję to jako swój zawód. Wymyślanie jakichś historii beletrystycznych byłoby strasznie sztuczne, ponieważ mam materiał do pisania, który jest znacznie bardziej prawdziwy, ciekawy, gęsty, wręcz krwisty…

– Nie wiem, czy pamiętasz, ale jak rozmawiałyśmy poprzednim razem, zasugerowałam, że może powinnaś pisać książki. I odpowiedziałaś mi na to, że…


…za dobrze znam się na literaturze, żeby pisać książki.

– Tak.


(Śmiech). I nadal tak uważam. Wydaje mi się strasznym nadużyciem mówienie, że zostałam pisarką. Absolutnie nie. Powiedziałabym, że te moje książki mają charakter bardziej publicystyki, trochę beletryzowanej, bo pisanej takim językiem.

– W rozmowach z rodzicami zamieszczonymi w książce nie zadałaś im tego pytania z jej początku: Dlaczego Cię nie zapytali o powody próby samobójczej?


Mimo że to się w tej książce nie znalazło, to była pobrzmiewająca melodia. Tak jak w tej rozmowie z ojcem na pomoście, którą przytaczam w książce. Zapytałam go, czy pamięta, jak mnie znalazł nieprzytomną, kiedy próbowałam się zabić. I jak potem nawet nie spytał, dlaczego to zrobiłam. A on powiedział, że wie od mamy, że się zezłościłam, bo mnie nie puściła pod namiot. W lutym! I właściwie kiedy ten temat powraca, a powraca rzadko, to ja dalej słyszę o tym namiocie. Bardzo dobrze ilustruje to też zamieszczony w książce wywiad Teresy Torańskiej z moim ojcem. Całą sytuację rodzinną. Tam jest taki ostatni fragment o tym, że ludzka pamięć jest selektywna i zostawia takie momenty, które nie bolą. Tu dzieje się to samo. Ta książka nie jest czymś, co ma naprawiać jakieś moje relacje, coś wyjaśniać czy rozliczać. Ja wiedziałam, że pewne pytania, które zadaję, pozostaną bez odpowiedzi, ponieważ zostawały bez odpowiedzi przez kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat. Czasami brak odpowiedzi jest jednak równie dobrą odpowiedzią. Bywa znaczący.

– Piszesz, że mama była największą miłością Twojego dzieciństwa i wtedy największym autorytetem. Z drugiej strony cechy, które postrzegasz jako cnoty u różnych osób, to powściągliwość, spokój, stonowanie. Jej odwrotność.


To prawda. Ale coś muszę mieć z mojej mamy, bo inaczej bym nie wydała książek (śmiech).

– Kształtowałaś się na kontrze wobec niej?


Myślę, że w jakiś sposób tak.

– A ona na kontrze wobec własnej matki.


Bardzo słuszna uwaga. Chociaż ja je odbierałam jako podobne, przynajmniej fizycznie. Babcia była cierpliwa, ofiarna, spokojna, niekoniecznie ciepła, raczej szorstka, ale dawała ogromne poczucie bezpieczeństwa. Natomiast mama sama mi umyka z odpowiedzią na pytanie, jaką była matką, i mówi: „Nierówną”.

– Przyznaje jednak, że chyba nie umiała okazywać miłości.


No tak. Jej się wydawało, że miłość to dawanie, a więc materialne zabezpieczenie. Mama była niezwykle piękna i kobieca. Była wręcz koncentratem estrogenów. Ja natomiast miałam identyfikację „chłopacką”. Do tej pory dobrze się czuję w towarzystwie mężczyzn. Lubię to poczucie humoru, lubię to bycie osobą niegrzeczną, chociaż publicznie raczej jestem powściągliwa i stonowana.

– Ta „chłopackość” nie była formą ucieczki od rywalizacji z matką?


Na pewno to było ucieczkowe, tylko nie powiedziałabym, że to była rywalizacja. Bo ja startowałam z innego poziomu kobiecości. Najpierw to było po prostu szukanie osób, o które można się oprzeć i z nimi pobyć. Taką rodziną zastępczą byli chłopcy z ochrony. Zresztą pamiętam, że jak czytałam jakiś wywiad z tobą, to też mówiłaś, że byli dla ciebie jak bracia. To jest coś takiego, czego nie da się z niczym innym porównać. Ja siedziałam z tymi chłopakami na dyżurce od dziecka. Zwierzałam im się, oni też ze mną chętnie rozmawiali, bo siedzieli sami po kilka godzin. Budowałam swoją kobiecość na relacjach z mężczyznami i na tym, żeby oni się w moim towarzystwie dobrze czuli. To na tym zawsze polegała moja atrakcyjność. Nie na kobiecości czy urodzie, a bardziej na poczuciu humoru, rozumieniu mężczyzny. Dlatego z mamą nie było rywalizacji. Nie miałam potrzeby, żeby być piękna. Przy takiej mamie nie było na to szans, więc oddałam to walkowerem.

– Nie miałaś kompleksów?


Jako dziecko rzeczywiście miałam. Szczególnie, kiedy nosiłam okulary pryzmatyczne, bo miałam zeza. Kiedyś poszłam z mamą do uzdrowiciela, który akurat przyjechał do Polski. I nagle, jako kilkunastoletnia dziewczynka, znalazłam się w otoczeniu ludzi kalekich, zniekształconych przez chorobę. Wtedy byłam na takim etapie emocjonalnego rozwoju, że nie czułam empatii, tylko przerażenie. Miałam poczucie, że skoro ja jestem tu z nimi, to znaczy, że we mnie też jest coś ułomnego. A obok była ta zjawiskowa mama. Na obcasach, umalowana. No w ogóle nie ta liga…

– Ojciec też Cię nie podbudowywał?


No nie. Te uwagi: „Pani Krysiu, jak pani pięknie wygląda. Moniczko, może dowiedz się od pani, co zrobić, żeby też ładnie wyglądać”.

– Powiedziałaś rodzicom o tych emocjach, które znalazły się w książce?


Większość rzeczy mówiłam, ale są też tematy niedotknięte przez lata, albo dotykane wiele razy, ale nic to nie zmieniło. Jestem już jednak na takim etapie, że nie ma we mnie właściwie żadnego żalu. Idę ku temu, co jest teraźniejszością. Mimo że wciąż walczę o ich godność w mediach, rodzice są moim światem związanym z przeszłością, który emocjonalnie już się dla mnie domyka. To jest sytuacja dość nowa. Jeszcze parę lat temu, kiedy zabierałam Gucia do dziadków, zachowywał się w stosunku do dziadka arogancko. Po którejś wizycie, gdy nie mogłam już nad nim zapanować, zabrałam go stamtąd. Wsiedliśmy do samochodu, no i pytam go, dlaczego był tak niegrzeczny. Na co on mi odpowiedział: „Bo ty dziadka kochasz bardziej ode mnie. I jak z dziadkiem rozmawiasz, to tak, jakbym nie istniał. A jak oglądasz dziadka w telewizji, to nie można się do ciebie odezwać. A potem jesteś smutna”. Zrozumiałam, że owszem, jestem córką, ale jestem też matką i mam obowiązek przede wszystkim w stosunku do swojego syna. Rodzice mają siebie, swój świat, a on ma tylko mnie i swojego tatę.

– Syn zrekompensował Ci braki emocjonalne w rodzinie?


Tak. Ja dotąd próbowałam przekształcać te braki w coś innego. Prześmiewałam złe emocje czy zbierałam bezdomne kotki i opiekowałam się nimi w taki sposób, w jaki ja bym chciała być zaopiekowana. Szukałam tego też w przyjaźniach, bo przyjaźniłam się głównie z osobami samotnymi, które miały podobne deficyty. Gucio daje mi dużo dobrej energii. Nawet ostatnio ktoś, kto oglądał książkę, zwrócił mi uwagę, że na wszystkich zdjęciach z Guciem się śmieję. I rzeczywiście tak jest. Dlatego on mi mówi, że jestem optymistką. A ja przecież zawsze widzę wszędzie czarne chmury…

– A jednak mówisz, że „jeszcze z 10 lat rodzinnej odsiadki” i wracasz do singielstwa. Co Ci się nie podoba?


Oscar Wilde zażartował kiedyś, że pierwszą część życia zatruwają nam rodzice, a drugą część dzieci. W dzisiejszych czasach dzieje się to często jednocześnie. Tak jest w moim przypadku. Jestem rozerwana pomiędzy opieką nad synem a opieką nad chorymi rodzicami. Uwięziona w ciągle tych samych czynnościach. I mało jest tej przestrzeni emocjonalno-intelektualnej dla mnie. Wyobrażam sobie, że przyjdzie taki moment, gdy znów będę mogła robić to, co chcę.

– Będzie kolejna książka?


Nie wiem. Kiedy dałam się namówić na pierwszą, myślałam, że na tym się zakończy. Książka została jednak dobrze przyjęta. Nie mam tu na myśli, że została bestsellerem, bo jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy, nie przypisywałam sobie zasług. Ludzie chcieli zaspokoić ciekawość. Jednak reakcje na spotkaniach autorskich sprawiły, że poczułam bliskość z czytelnikiem. Mogłam go sobie już wyobrazić. A ponieważ wiele osób mówiło, że czują niedosyt i chcieliby więcej, pomyślałam, że może to jest mój nowy zawód na jakiś czas. Jeśli książka się nie spodoba, poszukam innego zajęcia.

– Jakiego? Polityka wchodziłaby w grę?


Być może. Choć za dużo w niej ostatnio ignorantów celebrytów. Nie chciałabym być jednym z nich za pieniądze podatników. Jeśli jednak poczuję się już merytorycznie gotowa, to kto wie…

Rozmawiała: Aleksandra Kwaśniewska
Zdjęcia Piotr Porebsky/Metaluna
Stylizacja Monika Jaruzelska
Makijaż Tomasz Kocewiak
Fryzury Kacper Rączkowski/
D’vision Art
Kot Rudolf
Produkcja Ewa Fiwek/Metaluna

Przeładuj

Czy Marlena i Seweryn z "Rolnik szuka żony" naprawdę się rozstali? Zobacz ich historię miłości

zobacz 02:12