Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
Z tancerza fryzjer

Robert Kupisz: "Anonimowość nie leży w mojej naturze"

Dwadzieścia dwa lata tańczył. Na mistrzowskim poziomie. Potem przyszedł czas na zmiany i został... fryzjerem. Jednym z najlepszych, docenianym na świecie. W tym roku obchodzi 10-lecie pracy.

Stylizuje największe gwiazdy i współpracuje z Operą Paryską. Jest także modelem i twarzą produktów dla mężczyzn L’Oréal Professionnel Homme. Robert Kupisz udowodnił, że świat należy do odważnych. Czym nas jeszcze zaskoczy?

- Jesteś... tańczącym fryzjerem.
Robert
: Jestem też plastykiem i pedagogiem. Ale moją największą pasją zawsze był taniec. W Gackach, gdzie się urodziłem, moja mama była kierownikiem domu kultury, a tata – dyrygentem orkiestry dętej. Dzięki nim brałem udział we wszystkich kółkach zainteresowań. Gdy miałem 11 lat, sprowadziliśmy się do Kielc. Sam sobie znalazłem szkołę tańca. Byłem mistrzem Polski w formacji tańca towarzyskiego, trzeci na świecie. Gdy po studiach na pedagogice założyłem szkołę, była jedną z najlepszych w Europie.

– Dlaczego więc z tego zrezygnowałeś?
Robert:
Ponieważ w tej dziedzinie osiągnąłem już wszystko, co mogłem. Tańczyłem 22 lata. To dość długo jak na jedno życie. Nie chciałem być nauczycielem tańca, bo wtedy pracuje się na czyjś rozwój, a nie na swój. Miałem 32 lata i wydawało mi się, że to nie jest dobry moment, żeby kończyć życie...

– ...i zacząłeś wszystko od nowa.
Robert:
Byłem zmęczony kieleckim środowiskiem. Moi znajomi powyjeżdżali. Zostałem sam. Zastanawiałem się, czy zająć się projektowaniem mody, czy robieniem make-upu, może włosami. Stwierdziłem, że będę robił włosy, bo jeśli nie dostanę się od razu do mody, to pójdę „przezimować” w salonie fryzjerskim.

– Miałeś jakiekolwiek pojęcie o zawodzie fryzjera?
Robert:
Żadnego! Sprzedałem mieszkanie, rzuciłem Kielce, wyrejestrowałem szkołę tańca i pojechałem do Londynu, do Akademii Tony & Guy. Miałem pieniądze tylko na 15 dni nauki. Potem przyjechałem do Warszawy i szukałem pracy.

– Znałeś tu kogoś, kto mógłby Ci pomóc?
Robert:
Nikogo. Nie wiedziałem, czy po tych dwóch tygodniach w Londynie będę w stanie w Warszawie zarabiać na życie.

– Nie bałeś się?
Robert:
Bardzo! Tam miałem wszystko, tu zaczynałem od zera. Tam miałem jedną z najlepszych w Europie szkół tańca, tutaj nikt mnie nie znał.

– Pamiętasz swój pierwszy dzień w Warszawie?
Robert
: Za resztę pieniędzy kupiłem w Londynie jakieś ubrania, żeby w stolicy ładnie wyglądać. W tej londyńskiej szkole ucharakteryzowali mnie, wystrzygli. Wyglądałem ciekawie. Byłem taki nakręcony, że wyszedłem na spacer na Nowy Świat. Ludzie się za mną oglądali, zagadywali. Ktoś mnie zatrzymał i powiedział, że ładnie pachnę, ktoś inny, że mam coś tam ładnego. Wydawało mi się, że jestem panem sytuacji.

– I chyba nieźle się z tym czułeś?
Robert:
Tego pozytywnego myślenia starczyło mi na jeden dzień. Nie wiedziałem, do kogo mam zadzwonić, gdzie iść. Trochę się podłamałem. Pierwszego dnia szkolenia w Londynie okazało się, że nic nie potrafię. Mogłem albo rozpłakać się i wrócić do domu, albo wziąć do roboty. No to się wziąłem. Zacisnąłem zęby, po nocach strzygłem znajomych i skończyłem kurs. Wiem, że to było ryzykowne, ale ja już tak mam. I coś mi mówiło, że to jest dobra decyzja, dlatego uparcie się jej trzymałem. W Warszawie zadzwoniłem do Moniki Smolicz, która miała agencję fryzjerów. Ponieważ nie miałem portfolio ze swoimi pracami, musiałem przejść test. Na drugi dzień dostałem pierwsze zlecenie. A potem Monika zadzwoniła i powiedziała, że mam bardzo duży talent i złote ręce i że ona mi gwarantuje, że zrobię karierę.

– I wszystko poszło jak z płatka?
Robert:
Potoczyło się szybko. Po dwóch miesiącach pracowałem przy sesjach okładkowych, modowych, najważniejszych pokazach. Wiele osób zastanawiało się, w jaki sposób w takim tempie udało mi się osiągnąć to, co osiągnąłem.

– Sugerowali Ci, że „przez łóżko”?
Robert:
(Śmiech). Niemalże. Uważano, że to niemożliwe, żeby tak szybko się wybić bez jakichś superukładów. A chyba wynikało to z tego mojego perfekcjonizmu i z tego, że nie chciałem być nikim. Jeden sukces miałem. Byłem kimś. Musiałem osiągnąć to samo w innej dziedzinie. Nie chciałem być anonimowy. To nie leży w mojej naturze. Lubię być doceniany, dowartościowany i zadowolony z tego, co robię.

– A jesteś?
Robert:
Jestem. Zacząłem wyjeżdżać za granicę. Moje prace są na okładkach „Vogue’a”, „Vanity Fair”, „Officiela”. I paryskie agencje same do mnie dzwoniły i proponowały współpracę. To jest fajne, że nie musiałem latać z portfolio, a oni i tak dzwonili, że mnie chcą. Duża w tym zasługa fotografa Marcina Tyszki, który bardzo mnie promował za granicą.

– Pracowałeś też dla Opery Paryskiej.
Robert:
Przydały mi się umiejętności nabyte w liceum plastycznym. I taneczne też. Wiem, jak należy przygotować fryzurę, żeby się nie rozleciała w ruchu. Uczestniczyłem w wielkich wydarzeniach na skalę światową. Pokazałem, że we wszystkim, co się robi, można być inspirującym dla innych. Po prostu najlepszym.

– Jesteś też najlepszym polskim modelem.
Robert:
(Śmiech). Moje spotkanie z wybiegiem było przypadkowe. Tomek Ossoliński zaproponował mi wzięcie udziału w pokazie. Na początku bałem się tego, ale strasznie mnie to kręciło, bo lubię się pokazywać. Skorzystałem więc z okazji. Poza tym kojarzyło mi się to trochę z turniejami tańca. A jako stylista fryzur ciągle siedziałem na backstage’u. Kiedy wyszedłem na tym pokazie, dostałem gromkie brawa. Poczułem się doceniony przez ludzi, akceptowany, szanowany i lubiany.

– Potem były kolejne pokazy...
Robert:
...i oczywiście współpraca z marką L’Oréal Professionnel Homme, która zaproponowała mi promowanie kosmetyków do włosów dla mężczyzn. Już wtedy, kiedy miałem jakiś dorobek, mogłem się pokazać. Byłem już stylistą fryzur, „tym” Robertem Kupiszem, który ma jakieś osiągnięcia na koncie. To było w tamtym roku. Nie mówię, że jestem modelem, ale poznaję ten zawód od podszewki. I znowu taniec mi pomógł. Trzeba umiejętnie układać ciało, grać twarzą. Taniec daje mi świadomość ciała. A modeling daje mi bodziec do tego, żeby utrzymać kondycję. Mam świadomość, że muszę się wcisnąć w te same ubranka, co 18-letni chłopcy, i że muszę trochę bardziej niż oni nad sobą popracować.

– To co jadłeś we Florencji, z której właśnie wróciłeś?
Robert:
Pizzę i steki. Ale teraz już tylko warzywka. Od pół roku staram się nie łączyć węglowodanów z białkiem. Chodzę na siłownię i jeżdżę na rolkach, nawet do pracy. Jeżeli za coś się biorę, to musi być to zrobione najlepiej, jak mogę.

– Zostałeś uznany za najlepiej ubranego mężczyznę w świecie mody.
Robert:
To było bardzo miłe. Wydaje mi się, że mam lekkość w dobieraniu stroju. Poza tym prawie każdą rzecz, którą kupuję, przerabiam. Styliści czasem wypożyczają moje przerobione rzeczy na sesje.

– Może więc zostaniesz projektantem?
Robert:
Może? Mam kilka pomysłów, ale czy już czas na zmiany? Sam nie wiem.

Rozmawiała Katarzyna Zwolińska
Zdjęcia: Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek /Photo-shop.pl

Joanna Krupa, Honey, Marta Wierzbicka, Aneta Kręglicka pozują do zdjęć na pokazie mody
ONS
Fleszstyle
Gwiazdy poszły w TANGO na pokazie Roberta Kupisza: Kręglicka, Krupa, Wierzbicka, Honey ZDJĘCIA
Gwiazdy poszły w TANGO na pokazie Roberta Kupisza: Kręglicka, Krupa, Wierzbicka, Honey ZDJĘCIA
Robert Kozyra
Marlena Bielińska
Newsy
Robert Kozyra: "Uciekłem z więzienia"
W niezwykle szczerej rozmowie zdradza, ile lat nie spał, jak uniknął paraliżu i dlaczego wciąż czeka na miłość…

– Mówią do Pana „misiu”? Robert Kozyra: Nie. Dlaczego? – Wszyscy spodziewali się krwiożerczego prezesa na fotelu jurora „Mam talent!”. A siadł tam słodki misio przytulanka. Robert Kozyra: Chce pan być złośliwy czy oryginalny? Nie ma sensu, żebym kogoś łoił publicznie tylko dla taniego efektu. Gdy mi się coś podoba, po prostu to mówię. A jeśli chce pan się przekonać, jaki mogę być ostry, niech się pan zgłosi do „Mam talent!”. Nie jestem ani misiem przytulanką, ani facetem, który biega po Warszawie z siekierą. To media doprawiły mi gębę. A mnie szkoda czasu, by z nią walczyć. Zamiast przejmować się tym, co kto o mnie mówi, wolę się dobrze bawić. – Tańcząc na rurze? Prezesie, to nie wypada! Robert Kozyra: Bez przesady. Jest pan zbyt konserwatywny. To jest show. Robiłem w życiu zabawniejsze rzeczy. Poza tym nie uważam, bym w ten sposób nadwyrężał swój wizerunek. Odwiedziłem niedawno jedną z najlepszych kancelarii w Warszawie. Adwokat, którego znam ponad 15 lat, po raz pierwszy nie rozmawiał ze mną tylko o biznesie. Ożywił się, mówiąc: „Oglądaliśmy z żoną, jak pan tańczył na rurze. To było świetne!”. 30-sekundowy numer na rurze bardziej go poruszył niż kontrakt z CNN-em, przy wynegocjowaniu którego mi pomagał. Ludzie mnie ciągle zaskakują. – Pan potrzebuje być w centrum uwagi? Robert Kozyra: Niespecjalnie. – I dlatego poszedł Pan do programu z wielomilionową widownią? Robert Kozyra: Nie. Chcę po prostu fajnie żyć. Program jest hitem TVN-u i udział w nim sprawia mi dużą przyjemność. – A w tym fajnym życiu chce Pan być celebrytą? Robert Kozyra: Broń Boże! To nie dla mnie. –...

Robert Janowski
Piotr Porębski/Metaluna
Newsy
Robert Janowski: "Znów jestem szczęśliwy"
W rozmowie z Romanem Praszyńskim szczerze rozlicza się ze swoim życiem. I mówi, co go kręci. To jego najnowsza płyta z polskimi przebojami – „osiemdziesiąte.pl”.

– Gdy odszedłem od żony, budziłem się rano i bolał mnie brzuch ze strachu. A Pan jak przeżył rozwód? Robert Janowski: Miałem dwie żony. Pierwszego rozstania nie pamiętam, minęło już 18 lat. A teraz? Wyprowadziłem się dwa lata temu, rozwód wzięliśmy w lipcu. To porażka. Nie wchodzimy w związki ze swymi ukochanymi kobietami, nie budujemy rodziny po to, żeby się rozwodzić. Nie przypuszczałem, że tak się potoczy. Myślałem, że to już na zawsze. Ale okazało się po latach, że dorośli nie stanęli na wysokości zadania. Nie ochronili tego, co najważniejsze w życiu. To smutne. – Emocjonalnie podobno przeżywamy rozwód jak śmierć najbliższej osoby. Robert Janowski: Bardzo możliwe. Myślę, że dorosły człowiek ogarnie się po jakimś czasie. Ale dzieciaki będą miały traumę do końca życia, że nie było taty i mamy razem. I potem trzeba to nieść, niestety. – Pan się zastanawia, dlaczego znów się Panu to przytrafiło? Robert Janowski: Trudno odpowiedzieć, bo to pytanie porusza setki wątków. Wiem, że jestem idealistą. Zawsze chciałem, żeby moja rodzina była wyjątkowa, doskonała. Żeby była jak z książek, filmów. Amerykański sen: szczęśliwe dzieci, uśmiechnięta żona, zadowolony mężczyzna. – Taki obrazek Pan budował. Robert Janowski: Tak, budowałem. Ale jak panu źle, to nie pójdzie pan do gazety, nie powie: „Proszę napisać, że mi źle”. Wolę mówić, że jest dobrze. To idealizowanie związku powodowało, że rozkładałem czerwony dywan… Usiądź, kochanie, ja to zrobię, wyprowadzę psa, pobawię się z dziećmi, zrobię zakupy… Numerologicznie jestem szóstką. To typ dawcy. Dba o innych. O siebie na końcu. Taki człowiek mnóstwo ofiaruje, a sam nie śmie oczekiwać. Więc rozciągałem ten czerwony dywan aż po horyzont. A sam dreptałem obok polną...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner