Irena Santor
Krzysztof Opaliński
Tylko u nas

Irena Santor - Chwilo, trwaj

Irena Santor
Krzysztof Opaliński

– Pani Ireno, jak  Pani się czuje w rozrywkowym telewizyjnym show? Udział w „Tylko nas dwoje” to była dobra decyzja?
Irena Santor:
Bałam się, ale doświadczanie w moim wieku czegoś po raz pierwszy jest jednak bardzo ponętne. Trudność sprawia mi rzetelna ocena uczestników w tak krótkim czasie, bo to nawet nie cała piosenka, tylko dwie minuty. Jak ocenić potencjał piosenkarza, czy ma osobowość, czy rokuje rozwój muzyczny, czy jest osłuchany z muzyką?

– Jurorowanie jest najtrudniejsze?
Irena Santor:
Nadal się go boję. Na szczęście jest jeszcze publiczność, która swoimi SMS-ami przesądza o losie uczestników. Czasami ludzie tak okropnie głosują, żebym ich skrzyczała. Ale vox populi… Jak ktoś ma wielkie grono znajomych, dostaje więcej głosów, choć może wcale nie zasługuje na poparcie. Bo zaśpiewać nuty to za mało. Trzeba wyśpiewać swoje wnętrze, przemyślenia, to, co jest dla mnie prawdą. Jestem inną osobowością, inaczej myślę, więc inaczej śpiewam. Slogany? Może, ale ja nie umiem tego inaczej wyrazić. A co do programu... Tak się przejmowałam, aż w końcu powiedziano mi, że to także trochę zabawa.

– A nie sprawa życia i śmierci?
Irena Santor:
Nie. Gdyby to miał być egzamin na serio – nie podjęłabym się. Wiele razy to obserwowałam, jak ze zwyczajnych ludzi wyrastali giganci. W zawodzie artystycznym ktoś dzisiaj średni jutro może być wielki. I na odwrót, niestety. Dlatego w zabawie chętnie biorę udział, zwłaszcza że sama przy okazji wiele się uczę.

– Panią zawsze sprawiedliwie oceniano, czyli wysoko. Jak Władysław Szpilman w Polskim Radiu.
Irena Santor:
Szpilman miał wielką muzyczną intuicję, osłuchany, wykształcony.

– A Tadeusz Sygietyński – szef zespołu Mazowsze, którego była Pani najświetniejszą solistką? Przyjął Panią do zespołu po usłyszeniu jednej piosenki. Co to było?
Irena Santor:
Ludowa piosenka: „Na co ześ mnie, matulińku, za mąz dawała, kiedy ja się (...) w gospodarstwie nie rozumiała.(...) A ja teraz robić muse, mało kiedy ustroje sie, matulu moja, matulu moja...”. Rzeczywiście, miałam szczęście do szczęśliwych przypadków, do spotykania na swojej drodze ludzi, którzy cali „byli z muzyki”. Z wykształcenia, wychowania i z praktyki, jak Sygietyński, Szpilman, Rachoń. Tak było w moim pokoleniu.

– Jak wygląda teraz Pani dzień, gdy  po całym szaleństwie estradowego życia ma Pani więcej czasu i tylko czasami przyjmuje propozycję  „koncercików” – jak je Pani nazywa?
Irena Santor:
Nareszcie mogę nadrobić wszystkie zaległości w czytaniu, sięgnąć po latami odkładane lektury. A przede wszystkim przywiązuję tak wielką wagę do życia, do istnienia na ziemi, że cieszę się każdym dniem. Każda chwila jest darem, w takim przekonaniu żyję od 10 lat. Może dlatego jestem optymistką? I jestem szczęśliwa. Nie przywiązuję wagi do dat imienin, urodzin i mam z tego powodu duże komplikacje towarzyskie, ale wiem, że 3 maja 2010 roku minie dziesięć lat od mojej operacji rakowej. Dziesięć lat temu, w Wielki Czwartek, odbierałam wynik.

– Co mówił?
Irena Santor:
Diagnoza była niekorzystna. Guz, maleńki, 0,6 centymetra, ale jest. W Wielki Piątek w Instytucie Onkologii narobiłam rabanu, że umieram. Czas przedświąteczny, mało ludzi, mało obsługi. Złapałam lekarkę, córkę moich przyjaciół estradowych: „Błagam, od razu proszę na stół”, a ona: „Cicho, pani Ireno, cicho”. Z pierwszej biopsji wynikało, że nic mi nie jest. Dopiero po operacji i drugiej biopsji okazało się, że to jedna z najbardziej złośliwych odmian raka. W drugiej operacji wycięto mi węzły chłonne, ale były czyściutkie i skończyło się radioterapią. Od tego czasu liczę dni.

– Gdy wtedy, 10 lat temu, udzielała Pani wywiadu VIVIE!, pamiętam, że miała Pani dylemat, czy należy mówić na głos o chorobie.
Irena Santor:
Ale uznałam, że rozsądne jest ostrzeżenie kobiet. Niech się badają, sprawdzają, kontrolują, interesują swoim zdrowiem. Że to potrzebne. Krysi Kofcie, która coś tam u siebie wyczuła, cały czas gadałam: „Jak nie pójdziesz, to ja ciebie tam osobiście zaprowadzę na sznurku”. „No, dobrze, to już pójdę”. Teraz mówi do mnie: „A wiesz, że uratowałaś mi życie?”. Druga przyjaciółka w identycznej sytuacji mówiła: „A bo ja się boję iść do lekarza”. Boję? Zmusiłam, poszła, zoperowała się szybko w Anglii, wyszła z tego. Widzi pani, z moich bliskich przyjaciółek dwóm pomogło moje gadanie. Ale też usłyszałam zarzut znajomej: „Ty chyba chcesz zrobić karierę na raku”. Przełknęłam tę gorzką pigułkę, pomyślałam sobie: niech gadają, co chcą.

– Na głupotę nie ma rady.
Irena Santor:
Mnie tak strasznie to zatkało, choć było pół żartem, pół serio. „Obyś nie musiała tego w życiu sprawdzać”, powiedziałam i poszłam, ale byłam zdruzgotana.

– Zweryfikowała Pani listę przyjaciół?
Irena Santor:
Zweryfikowałam, ale nie przy tej okazji. Bo mimo mego optymizmu naturę mam nieufną.

– Nie jest łatwo zostać serdecznym znajomym Ireny Santor?
Irena Santor:
To jest tak – uwielbiam ludzi, kocham ludzi, jestem im przyjazna, jeśli mogę służyć pomocą, ale jeśli ktoś chce się zbliżyć do mnie zbyt szybko, obcesowo, na skróty – stawiam rogi. Bo już się kilka razy sparzyłam na mojej dziecięcej naiwności. Przez ten etap też przeszłam. Ale nadal wierzę w dobre intencje ludzi. Mam kumy, serdeczne przyjaciółki, z którymi się od czasu do czasu spotykam z radością. Ten pęk tulipanów kupiłam właśnie dla nich, bo się spotykamy po południu.

– Kim są te wybranki – z liceum, z Mazowsza, z radia?
Irena Santor:
Pozbierane i stąd, i zowąd, niekoniecznie z zawodowego kręgu i z dawnych czasów. Na każdym etapie życia można poznać kogoś fajnego. Spotykamy się, gadamy, nawet mówimy sobie przykre rzeczy.

– To ciekawe. A po co?
Irena Santor:
A po to, żeby coś dobrego z tego wynikło: zrób coś z sobą albo nie mów tego, bo... W ramach dobrych intencji i życzliwości wielkiej wszystko jest do przyjęcia.

– Od kogo mam się dowiedzieć, że mi się spódnica podwinęła, makijaż rozmazał?
Irena Santor:
Właśnie – od kogo, jak nie od kogoś bliskiego i życzliwego? Krytyka jest do przyjęcia, lubię ją nawet, jeśli nie kryje się za nią złośliwość dla złośliwości, a na domiar złe intencje. Przecież to się wyczuwa natychmiast.

– Kiedy ktoś skrytykował Panią konstruktywnie i z sensem?
Irena Santor:
Niedawno, przyjaciółka: „Co to za fryzura, pół twarzy zasłania? Nie powinnaś tak się nosić, poza tym dlaczego ty się nie malujesz?”. Co jest prawdą.

– Widzę, wiem, potwierdzam. Na co dzień się Pani w ogóle nie maluje, choć podejrzewam, że trzy minuty przed lustrem dałyby efekt spektakularny.
Irena Santor:
Mówi pani jak ona. Więc powiem, co powiedziałam jej: „Nie maluję się, bo na moim osiedlu wszyscy się przyzwyczaili”. Ona na to: „Ale poza osiedle też wychodzisz”. Co prawda to prawda. Zauważyłam, że ludzie przyglądają się i jednak widzą różnicę: „O cholera, w telewizji jednak lepiej wygląda, a tutaj tak zwyczajnie”. Ja im wtedy mówię, że po to istnieje makijaż telewizyjny, światło zmiękczające, Photoshopy, żeby była różnica. Kiedyś miałam takie zdarzenie podczas sesji zdjęciowej, że z ust córki mojej koleżanki usłyszałam: „Biorą starą babę, wymalują, uczeszą, ubiorą, sfotografują, a potem są nieprawdziwe zdjęcia”. Jej mama zareagowała: „Nie powinnaś tego mówić w tej chwili”. Zaprotestowałam: „Ale nie, dlaczego, wszystko prawda: stara baba, ubiorą, umalują, zgadza się”. Młoda osoba: „No i co?”. Ja na to: „To przyczynek, byś nie wierzyła we wszystkie obrazki ani w to, co podpisują pod obrazkiem. Musisz się nauczyć dystansu i selekcji”.

– Oj, chyba zabrakło lekcji kindersztuby u tej młodej osoby.
Irena Santor:
Niestety. Ale czegoś zasadniczego się nauczyła.

– Ale dlaczego Pani kosztem?
Irena Santor:
Dlatego, że się nie maluję (śmiech).

– Na próby polsatowskiego programu, w którym Pani juroruje, Karolak i Doda też przychodzą sauté, bez makijażu?
Irena Santor:
Do kamery wszyscy się muszą pudrować. Nie ma rady. A Doda, ślicznie ukształtowana, ma tak piękną cerę, ładną figurę, że jakby była nieumalowana, może dopiero byłaby atrakcyjna?

– Dziesięć lat temu wyznała Pani: „Jest u mojego boku mężczyzna, na którego zawsze mogę liczyć, ale jego nazwisko pozostanie moją tajemnicą”. Niedawno przeczytałam, że wyszła Pani za mąż.
Irena Santor:
Nie, nie wyszłam za mąż i nie wyjdę, ale to jest ciągle ten sam mężczyzna. A że ciągle mogę na niego liczyć? Sprawdził się właśnie 10 lat temu, a choroba była tym właśnie papierkiem lakmusowym. Często dowiaduję się, ilu mężczyzn nie zdaje egzaminu w takiej sytuacji, boi się, ucieka. A ja naprawdę miałam się na kim oprzeć, niezależnie do tego, co i jak się stanie. Co nie znaczy, że my jesteśmy gołąbkami, które tylko gruchają. Okropnie się kłócimy. O wszystko.

– Jakoś nie dowierzam, bo dla mnie Irena Santor to siła spokoju...
Irena Santor:
Kiedy to prawda. Mam inne zdanie na wiele tematów, ścieramy się. O miejsce w tym stadle chodzi też, ale nie o to, kto dominuje. Tu jest równo.

– Parytet?
Irena Santor:
Idealny, pół na pół. Prowadzimy zadziorne dyskusje nad porządkiem tego świata, ale on – prawnik, wykształcony, inteligentny z natury, myślący racjonalnie, ustawia te wszystkie klocki racjonalnie,  często wie więcej, jest mądrzejszy. To mnie denerwuje, bo nie chcę, żeby świat się składał wyłącznie z klocków porządnie ułożonych. Chcę, żeby było też miejsce na nieporządki, kwiatuszki, uwielbiam improwizację. Na dodatek ma charakter choleryka, jest nieustępliwy, a po czasie okazuje się, że miał rację. To mnie tak denerwuje... Jest złośliwy, niestety, i bystry bardzo, jak to mówią Niemcy – jest „schlagfestig”. Ma refleks, potrafi odparować dowcipem, dotknąć, nawet ośmieszyć. Tuptam za tą jego mądrością, tup, tup, tup, staram się nadążyć.

– Co jest najfajniejsze w tym związku?
Irena Santor:
W naszym stadle najbardziej lubię śniadania. To moment, gdy do porannych smakołyków dochodzi ciekawa rozmowa o książkach, filmach, osobach. I śniadanie trwa długo, w nieskończoność.

– Ale nie mówimy o śniadaniach podawanych do łóżka? Aż tak dobrze chyba nie jest?
Irena Santor:
Ależ jest, oczywiście! To ja jestem „księżniczką czardasza”, to ja mówię: „Bardzo proszę, bardzo by mi się przydała kawka”. Gorzej, że z kawką trzeba czasem chodzić po schodach, bo Zbyszek mieszka w Nadarzynie, ja w środku miasta – a śniadania raz są tam, raz tu.

– W tym związku dostała Pani Kasię Korpolewską – gotową córeczkę całkiem dorosłą?
Irena Santor:
Jestem z Kasią w przyjaźni, z jej córką – też. Kiedyś miałam chorobową zapaść. Zapisano mi lekarstwo, które tak źle na mnie działało, że schudłam w ciągu miesiąca 12 kilogramów. „Kasiu, przyjedź, bardzo źle się czuję”. Na takie hasło była w pół minuty. „Pokaż, co bierzesz”. Przeanalizowała skład: „Aplikują ci codzienną dawkę dla schizofrenika, odstaw to natychmiast. Będziesz się przez miesiąc odtruwała”. Miała rację, bo Kasia, psycholog, się zna. Uratowała mnie. Do tamtej lekarki już nigdy nie poszłam. Jestem dzieckiem szczęścia. Naprawdę. To, co w życiu przeszłam, to przeszłam. Bo przeszłam swoje. Nie mówię, że łatwo było, ale do jednego wniosku szczęśliwie doszłam wcześnie – że naprawdę życie jest jedno.

– Wcześniej niż Agnieszka Osiecka napisała w piosence „Bal”: „drugi raz nie zaproszą nas wcale”?
Irena Santor:
O, tak… Jakkolwiek by to banalnie brzmiało, chcę moje życie przeżyć dłużej niż krócej. Może tam gdzieś jest lepiej, ale nie wiem, zdążę się przekonać. Jedno, co jest nieuchronne, to że musimy się wszyscy kiedyś nieuchronnie znaleźć po drugiej stronie.

– Dołączyć do milczącej większości, jak mawiał Zygmunt Kałużyński.
Irena Santor:
Zdążymy… Ale ja chcę być jak najdłużej na ziemi. Mało tego, żeby w życiu spotkać właściwych ludzi na swojej drodze, do tego serdecznych. Takich jak ci, którzy mi pomogli na mojej drodze muzycznej. Bo niekoniecznie musimy kogoś lubić, żeby komuś pomóc. Zmarnowanie talentu uważam za zbrodnię. Gdybym teraz zobaczyła kogoś, kto ma wielki talent, wylazłabym ze skóry, żeby mu pomóc. „A on potem może nie pamiętać o pani?”. A to niech nie pamięta. Nie w tym jest rzecz. Dlaczego? Dlatego że będzie zdobił świat. Świat będzie piękniejszy.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Krzysztof Opaliński
Stylizacja Andrzej Sobolewski
Współpraca Sylwia Brzezińska
Makijaż Joanna Pettit/D’VISION ART
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION ART
Produkcja Maciej Bieliński
Współpraca Szymon Machnikowski

Więcej na temat Irena Santor
Przeładuj

Klaudia El Dursi jest faworyzowana w "Top Model"? Jurorka show odpowiada na zarzuty internautów

zobacz 01:04