Jacek Piotrowski
Pasjonująca rozmowa z nietuzinkowym człowiekiem

Jan Kulczyk w "Vivie!". Najbogatszy Polak tłumaczył, dlaczego jest najbogatszy. I czym jest bogactwo

Jacek Piotrowski

W nocy z wtorku na środę w Wiedniu, w wyniku powikłań pooperacyjnych, zmarł Jan Kulczyk, jeden z największych polskich przedsiębiorców i najbogatszy Polak, którego majątek jest wyceniany na 15,1 mld zł. Miał 65 lat.

 

W 2001 roku biznesmen udzielił głośnego wywiadu "VIVIE!" i sfotografował się w swoim biurze w Warszawie. Po raz pierwszy opowiedział o życiu prywatnym, nie tylko o interesach. Piotrowi Najsztubowi tłumaczył też, dlaczego jest najbogatszy. I po co jest najbogatszy. I czym jest bogactwo. Przeczytajcie pasjonującą rozmowę z nietuzinkowym człowiekiem.

 

– Praw­da jest ważna?    
Na fałszu niczego się nie zbuduje.    
– A mó­wie­nie praw­dy jest ważne?
Absolutnie, absolutnie. Chociaż nie wszystko trzeba mówić. Milczenie jest jedną z form wyrażania prawdy.
– W in­te­re­sach praw­do­mów­ność pomaga?
Prawdomówność jest domeną słów. Więc nie zawsze jest pomocna. Po co mówić prawdę tam, gdzie ona nic nie zmienia? Czy powiedzenie pacjentowi prawdy prowadzi do wyleczenia? Nie wiem.
Natomiast prawda w działaniu jest rzeczą podstawową. Słowa są ulotne.
– Przyj­mij­my, że mam po­mysł na du­ży interes...
To najlepiej o tym nie mówić.  Ale budować go na prawdzie, na prawdziwych, rzetelnych, solidnych podstawach.
– A skąd wziąć ta­kie pod­sta­wy, kie­dy chce­my do­brać się ko­muś do skó­ry i prze­jąć je­go klien­tów? Oczy­wiście dla ich do­bra.
Nie zajmuję się interesami, gdzie są ofiary. Zajmuję się kreowaniem czegoś nowego, gdzie nikomu niczego nie trzeba zabierać, żadnych interesów nie trzeba naruszać.
– Nie wi­dzi Pan żad­nych ofiar na swo­jej dro­dze?
To są ofiary własnego lenistwa, braku wyobraźni, czasem własnej nieuczciwości, oszustwa. Tego prawdziwy biznes nie toleruje.
– To do­syć ide­ali­stycz­na wi­zja.
Ja w ogóle jestem idealistą.
– Można być ide­ali­stą, a rzad­ko uda­je się ide­al­nie żyć.
Ale należy chociaż próbować. Bo wie pan, jeżeli się nie spróbuje, to na pewno się nie uda.
– Skąd bie­rze się prze­ko­na­nie, że „Kul­czy­ko­wi za­dzi­wia­ją­co często uda­je się ro­bić do­bre in­te­re­sy z państwem”?
Ci co tak mówią, niech podadzą jeden przykład na to, że państwo w momencie transakcji ze mną traciło. Jeden. Nie żądam dziesięciu.
Wiem, że wiele osób w ten sposób o mnie mówi. Często jest tak, że mówiąc źle o bliźnich, wybielamy siebie. Ale ta metoda ma krótkie nogi. Życie weryfikuje nas wszystkich.
Buduję swoje interesy na zdrowej podstawie i pewnej równowadze. Równowaga musi istnieć w człowieku, musi istnieć w przyrodzie i musi istnieć w biznesie. W tej ostatniej dziedzinie oznacza zadowolenie obu stron. Po jednym kontrakcie chcą wracać do siebie, chcą ze sobą dalej pracować. Dotyczy to też Ministerstwa Skarbu.
– Prze­pła­ca Pan?
Kiedyśmy kupowali w zeszłym roku Telekomunikację Polską SA, to płaciliśmy za akcję 38 złotych. W tym czasie na giełdzie kosztowała 24 złote. Oczywiście wszyscy mają tę świadomość, że te 24, 25, czy nawet 38 nie jest ceną wygórowaną, przeliczając to na głowę jednego abonenta. Na świecie płaci się więcej. Ale na świecie jest inna sytuacja, inna płynność finansowa firm, większe są rachunki pojedynczego abonenta. I na pewno, gdyby Skarb Państwa miał możliwość pięcioletniej zwłoki w sprzedaży, to ja, jako doradca finansowy, bym tę zwłokę ministerstwu doradzał. Tylko, że Ministerstwo Skarbu miało lukę budżetową i musiało Telekomunikację sprzedać w tym roku. I na ten moment nikt nie zaproponował lepszej ceny.

 


– Mó­wił Pan o po­dob­nej rów­no­wa­dze w przy­ro­dzie. Zwie­rzę­ta na przy­kład...
Wybierają na swojego króla najsilniejsze zwierzę, a nie to, które ma największe znajomości.
– Ale spryt też cza­sa­mi wy­gry­wa.
Powiedziałem najsilniejsze. Ale to jest siła całkowita, spryt może być jednym z elementów tej siły. Ludzie oceniają, zwierzęta oceniają, rośliny oceniają, przyroda ocenia. I wskazuje jednostki najsilniejsze. I tym jednostkom pozwala prowadzić resztę.
– No tak, ale kie­dy lew zo­stał już kró­lem zwie­rząt, to już nie mu­si po­stępo­wać etycz­nie, już mu wszyst­ko wol­no. Czy Pan cza­sem nie jest w ta­kim mo­men­cie swo­je­go ży­cia?
Panie redaktorze, zdecydowanie łatwiej zdobyć, trudniej utrzymać.
Póki robimy małe interesy, to nie wszystkie nasze cechy widać, nie wszystko jest transparentne. Stając na świeczniku, jesteśmy już nadzy.  I już nie ma miejsca na fałsz. Ten wcześniej, czy później wyjdzie i przegramy.
– Pan się czu­je na­gi?
Ostatnio Andrzej Olechowski powiedział, że im wyżej wchodzi się na drzewo, tym bardziej się odsłania pewną część ciała. Ja wszedłem stosunkowo wysoko. I tej nagości się nie wstydzę. Wstydzą się ci, którzy mają coś do ukrycia.
– A Pan ma dużo do ukry­cia?
Nie. Staram się żyć w wewnętrznej równowadze z samym sobą. Mogę rozmawiać otwarcie o wszystkim.
– Nie ma Pan ta­jem­nic, któ­rych się Pan wsty­dzi? Na przy­kład mężczyź­ni mie­wa­ją sza­lo­ne i dziw­ne fan­ta­zje ero­tycz­ne, któ­ry­mi bo­ją się po­dzie­lić.
Każdy ma, czy miewał fantazje erotyczne, ja też. Czy szalone i dziwne? Raczej normalne. Nie wiem, czy to jest powód do wstydu. Wstydzić trzeba się rzeczy powszechnie nieakceptowalnych.
– A nie wsty­dzi się Pan, że jest pedan­tem?
Nie jestem.
– Na pew­no?
To nie jest pedanteria. Uważam, że diabeł tkwi w szczegółach i dlatego, jeżeli coś się przygotowuje, to trzeba porządnie dopilnować początku, środka, a przede wszystkim końca.
– Czy­li uwa­ża Pan, że sku­tecz­ne działa­nie za­wie­ra pe­wien ro­dzaj pe­dan­te­rii?
Czasami wielkie sprawy kładzie się przez szczegóły.
– Chciał­by Pan za­słu­żyć so­bie na mia­no ar­ty­sty biz­ne­su?
Nie pracuję dla „mian”. Pracuję dla własnej satysfakcji. Oczywiście, każdy z nas jest na pewno trochę próżny, więc miło jest, jak się o nas dobrze myśli, dobrze mówi.
– A na co Pa­nu wła­sna sa­tys­fak­cja?
Podstawà dobrego funkcjonowania jest samozadowolenie. Nie można być zgorzkniałym, niezadowolonym, z problemami w domu, z dziećmi, w pracy – sukces wtedy nie przyjdzie.
– Ale można spo­cząć na lau­rach i też być sa­mo­za­do­wo­lo­nym.
Ten, który myśli o spoczęciu na laurach, nigdy do nich nie dojdzie.
Chociaż przypomniała mi się taka anegdota: Na jakiejś egzotycznej wyspie spędzał zasłużone wakacje biznesmen z sukcesem. Wypoczywał na plaży i całymi dniami widywał Murzyna siedzącego pod palmą. Murzyn siedział pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego dnia. I w końcu biznesmen podszedł do niego i mówi: „Czemu pan tak siedzi, wziąłby pan wędkę, połowił”. A Murzyn na to: „No i co?” „Złapałby pan parę ryb, sprzedał, kupiłby łódkę, złowił następne parę ryb”. „A co potem?”, pyta Murzyn.  „No, a potem kupiłby pan jakiś kuter, zatrudniłby parę osób, dobrze by szły połowy”. „No i co dalej?”, dopytuje Murzyn. „Dalej, wie pan, może jakiś trawler, przedsiębiorstwo by się rozwinęło”. „No i co dalej?” „Dalej? Panie, miałby pan tyle pieniędzy, żeby pan siedział i nic by pan nie robił!” A on na to biznesmenowi: „A co ja teraz robię?”
Jedno jest pewne: ten kto ciągle tylko marzy o laurach, nigdy ich nie zdobędzie. Podobnie jest z pieniędzmi.
– Po co Pan jesz­cze pra­cu­je? Prze­cież mógł­by Pan już nic nie ro­bić, żyć jak mi­liar­der, z ka­pi­ta­łu...
Gdybym tak myślał, to bym dzisiaj nadal pracował w Instytucie Zachodnim, może byłbym docentem, a może już profesorem. Większość ludzi sukcesu pracuje nie dla kogoś, nie dla pieniędzy, tylko dla samych siebie, żeby rano przy goleniu spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Jeszcze jeden udany dzień”.
– Prze­cież nie bę­dzie Pan żył wiecz­nie. I mo­że to jest ta­ki ostat­ni mo­ment na za­mia­nę w Mu­rzy­na, któ­ry sie­dzi pod pal­mą.
Mówi pan, że nie będę żył wiecznie... Żyjemy też w pamięci ludzi, żyjemy w historii.
– Zaj­mu­je to Pa­na, czy będzie żył w ludz­kiej pa­mię­ci?
Tak. I moje dzieci to będzie  interesowało, będzie im miło, że o ojcu dobrze się mówi, myśli. Wierzę w trwanie ducha.
– Jest jesz­cze cia­ło dok­to­ra Kul­czy­ka i ono nie jest wiecz­ne. To Pa­na nie nie­po­koi?
Myślę, że składamy się nie tylko z ciała, ale i z duszy.
– Pan jest re­li­gij­ny?
Tak. Obojętnie czy nazwiemy to energią, czy nazwiemy duszą, to to „coś” pcha nas do przodu. Ciało jest tylko i wyłącznie instrumentem.
– I ten in­stru­ment Pana nie ku­si: „Ja­siu! Za­sza­lej­my!!!”
Nie.
– Ży­cie od suk­ce­su do suk­ce­su jest mo­no­ton­ne. Mo­że przy­da­ła­by się ja­kaś po­rażka dla od­mia­ny?
One są. Tylko o nich staram się nie mówić. Sukces to wypadkowa talentu, determinacji i wysiłku. I niezbędny jest ktoś, kto to zauważy. Samo doświadczenie nie jest niczym innym, jak sumą porażek i sukcesów. A doświadczenie z kolei przekłada się na sukces. Doświadczenie i trochę szczęścia. To sfera metafizyczna, o której też trzeba pamiętać. Poza tym ważne jest pozytywne podejście do świata. Co pan daje, to pan zbiera. Jeżeli przekazuję uśmiech, to mam szansę odebrać również uśmiech. Jak ciska pan gromy, to na pewno te gromy za chwileczkę do pana wrócą.
– Mó­wi te­ra­peu­ta, a nie biz­nes­men. A te­ra­peu­ta nie chciał­by się na chwi­lę za­po­mnieć? Cięż­ko się ży­je z pięt­nem czło­wie­ka, któ­ry jest ca­ły czas na wi­do­ku.
Tak żyję, bo ludzie patrzą – to fakt. Ale jest mi z tym do-brze, bo ja nie muszę grać. Gdyby na mnie nie patrzono, to tak samo bym się zachowywał. To samo bym jadł,  tak samo ubierał i tak samo uśmiechnąłbym się do pięknej, napotkanej dziewczyny. Dyskomfort przeżywają ci, którzy chcieliby się inaczej zachowywać, a publiczna sytuacja im na to nie pozwala.  Jeżeli ktoś buduje siebie rzeczywiście na tym, co lubi, na tym, co szanuje, na tym, na czym się zna, to tego nie musi się wstydzić. I nie zna niczego innego.
– Czy­li nie sie­dzi w Pa­nu in­ny Kulczyk?
Nie. Jestem sobą w domu, jestem sobą w stosunkach z żoną, z dziećmi, z przyjaciółmi. Nadal pielęgnuję przyjaźnie ze szkoły średniej, czy studiów.

 


– Jak Pan znaj­du­je przy­ja­ciół? Trud­no Pa­nu oce­nić in­ten­cje no­wych zna­jo­mych, bo oni mo­gą na Pa­na patrzeć przez pry­zmat Pań­skie­go bo­gac­twa.
Ale ja nie chce tego wiedzieć. Jest mi miło, jeśli ich ocena  mojej osoby jest pozytywna. Choć to niczego we mnie nie zmienia. Dla mnie, to, że ja się z nimi dobrze czuję, jest wystarczające. Jeżeli są zakłamani, no to trudno, mam pecha. Przez życie można iść dwiema drogami: albo się zakłada, że każdy to wróg, ale daleko się tak nie zajdzie, bo rozgląda się tylko człowiek, zza którego drzewa padnie strzał. I błądzi. Albo się mówi: wszyscy są moimi przyjaciółmi, choć gdzieś tam padają strzały, z których część chybi, a część nas porani. Mimo to idzie się prosto. I najlepiej nie iść samemu. Tylko i wyłącznie drużyna jest w stanie z sukcesem przeżyć.
– Gdzie Pan znaj­du­je człon­ków dru­ży­ny?
Ci, którzy lubią dobrą muzykę, odnajdują siebie szybciej w filharmonii. Ci, którzy lubią dobre malarstwo, odnajdują się w galerii. W takich miejscach.
– Zna Pan wiel­kich te­go świa­ta?
Znam Billa Gatesa, prezydenta Stanów Zjednoczonych też znam. Ale myślę, że to nie jest najważniejsze.
– To Pa­nu nie po­chle­bia?
Nie. To są tacy sami ludzie, jak inni.
– Chy­ba jed­nak nie. Je­den jest pre­zy­den­tem mo­car­stwa, a dru­gi jest naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem na świe­cie.
Ale w gruncie rzeczy są to tacy sami ludzie jak my,  z takimi samymi problemami, z takim samym bagażem doświadczeń. To w gruncie rzeczy życie, historia, tysiące różnych warunków akurat umieściły ich tam, gdzie są. Czasem przypadek, bo takie rzeczy też się zdarzają. To, że ktoś stoi w miejscu, na które akurat pada światło jupiterów wcale nie znaczy, że to jest ktoś wyjątkowy. Tylko, być może, stoi w wyjątkowym miejscu. Dla mnie znajomość z Billem Gatesem ma zdecydowanie, ale to zdecydowanie, mniejsze znaczenie niż na przykład moja znajomość z księdzem Józefem Tischnerem.
– Za­zdro­ścił Pan Ti­sch­ne­ro­wi?
To jest nieodpowiednie słowo, właściwszym byłby podziw. Bo jeśli czegoś ludziom zazdroszczę, to wiedzy, takiej głębokiej wiedzy, inteligencji, znajomości języków. Umiejętności gry na fortepianie. Mam parę takich pięt achillesowych.
– Nie mógłby się Pan na­uczyć grać na for­te­pia­nie?
Pewnie bym mógł, ale nie grałbym tak jak na przykład Makowicz i by mnie to bolało. Jestem perfekcjonistą – chciałbym tak grać, żeby wszystkie oczy i usta były otwarte.
– Mo­że jest Pan na­zbyt am­bit­ny?
Nie wiem, czy to jest ambicja. To jest dążenie do doskonałości.
– A co Pan ro­bi do­brze, bar­dzo dobrze?
Nic. Wszystko mogę poprawić. To jest powód, dla którego nie spocznę na laurach.
– No do­brze, nic Pan nie ro­bi per­fek­cyj­nie. A co Pan ro­bi naj­le­piej?
Kiedyś chciałem być architektem. Może to brzmi śmiesznie, ale czułem powołanie do takiego kreowania rzeczywistości. I nie udało mi się, rodzice mnie namówili, żebym rozpoczął od prawa, a potem już trudno było wracać do architektury.  Zająłem się więc kreowaniem rzeczywistości gospodarczej. Widzę, chyba ostrzej niż inni, przyszłe ograniczenia i możliwości, a to daje biznesmenowi szansę.
– A z pro­za­icz­nych czyn­no­ści, to któ­re spra­wia­ją Pa­nu przy­jem­ność?
Ubieram się sam.
– My­je się Pan też sam?
Oczywiście.
– Mógł­by Pan ko­goś wy­na­jąć, że­by Pa­na mył. To się zda­rza­ło w hi­sto­rii.
Ale zamierzchłej.
– Go­tu­je Pan?
Nie potrafię. Niestety.
– Pro­wa­dzi Pan sa­mo­chód?
Tak, czasami, na urlopie. Lubię prowadzić samochód. Mam nawet z tym związaną teorię na temat poznawania ludzi. Uważam, że najlepszą metodą poznania człowieka jest przejechanie z nim w roli kierowcy 15–30 minut i po tych 30 minutach ja o tym człowieku wiem wszystko. Od razu wiem, czy jest szybki, czy jest decyzyjny, czy jest inteligentny, czy jest grzeczny, czy chamski, czy jest pedantem czy nie. Proszę mi wierzyć. I mało kiedy się mylę.
– A li­czy Pan cza­sem swo­je pie­niądze?
Nie.
– Nie wie Pan, ile ich ma?
Przypuszczam, że tego w ogóle nikt nie wie. Łącznie ze mną. Bo nie wiem, jaki jest dzisiaj kurs moich akcji. Ten kto liczy pieniądze, już nie ma czasu na cokolwiek innego.
Nie przywiązuję do tego wagi. Na przykład w Warszawie mieszkam od 15 lat w hotelu. Mógłbym kupić tu dom, ale nie przywiązuję do tego wagi. Oczywiście lubię się otaczać...
– Zbyt­kiem?
To nie jest zbytek. Dlaczego pan mówi „zbytkiem”?
– Wie­le rze­czy w Pa­na ga­bi­ne­cie jest po­zła­ca­nych.
Nie, nie są pozłacane, tylko takie udają. Czy to jest zbytek? Zbytkiem byłoby, gdyby tutaj stało 60 kanap, a siadałbym tylko na dwóch. A to, czy te kanapy tak, lub inaczej wyglądają, jest tylko kwestią gustu, nie zbytku.
– Zwy­kli lu­dzie ma­ją swo­je po­wie­dze­nia o pie­niądzach i bo­ga­czach. Jak by Pan sko­men­to­wał zda­nie, że „pie­nią­dze da­ją szczęście”?
To prawda. Pod jednym warunkiem, że są dopełnieniem tych wszystkich elementów, które naprawdę dają szczęście.
– A ta­kim ele­men­tem jest uda­ne ży­cie oso­bi­ste?
To podstawa. Nie znam ludzi, którzy są zadowoleni, szczęśliwi, robią karierę przy połamanym  życiu osobistym.
Nie wyobrażam sobie „budowania” bez oparcia w silnej szczęściem rodzinie.
– Nie mógłby Pan być mi­liar­de­rem i ka­wa­le­rem?
Na pewno nie byłbym dzisiaj, tu gdzie jestem.
– Dla­cze­go?
Może jeszcze jedna rzecz, zanim odpowiem. Uważam, że prawdziwą oceną ludzi, jest to, jak wychowają swoje dzieci.
– Ale nie wszy­scy ma­ją dzie­ci.
Tak, ale to jest coś sprzecznego z naturą. Bo w gruncie rzeczy jesteśmy tym elementem natury mającym przedłużać ludzkoÊść. To jest naszym  prawdziwym obowiązkiem. Dbanie o istnienie.
– Pan w to wie­rzy, czy tak tyl­ko się Pa­nu po­wie­dzia­ło?
Tak. Wierzę w to.
– Ta­kie zda­nia można prze­czy­tać w książkach.
Tak. Słowo daję, wierzę w to. Dla mnie największą satysfakcją jest, jak mój syn zda egzaminy. Większą niż wtedy, gdy akcje idą w górę. Większą? To w ogóle nie na tych samych szalach stoi. Albo kiedy córka może popisać się znajomością chińskiego. To jest ważniejsze od tego, czy jakaś firma X jeszcze do mnie należy. Jeśli ktoś nie potrafi uporządkować sobie swojego życia wewnętrznego, domowego, to nie jest w stanie porządkować życia firmy, organizacji, czy państwa.
Znam środowisko biznesmenów... U tych, którzy zaczynają mieć problemy w domu, nagle to się zaczyna w dziwny sposób wiązać  z ich problemami w firmach. Pojawia się brak równowagi i momentalnie sypią się rzeczy wielkie.
Musi pan mieć plecy. Nie da się walczyć na wszystkich frontach.
– A co z oso­ba­mi sa­mot­ny­mi?
Ambicje ich zjadają. Chociaż może ja widzę to trochę przesadnie? Niektórzy nawet mówią, że jestem pantoflarzem.
– Sły­sza­łem ta­ką opi­nię: „Kul­czyk nie uży­wa ży­cia, bo żo­na trzy­ma go pod pan­to­flem”.
A może – po prostu – nie muszę niczego szukać na zewnątrz, skoro mam wszystko w domu.
– Ale nie czu­je się Pan pan­to­fla­rzem?
Pytanie, co to jest „pantofel”. Czy to znaczy, że dominuje żona? Ja tak ryzykownej tezy bym nie postawił. Natomiast, z tym co jest, jest  mi dobrze, i nie muszę niczego nowego szukać. Niech nawet nazywa się to pantoflarstwem. Mnie z tym dobrze.
– Ko­cha ją Pan?
Tak. I nie wstydzę się o tym mówić.
– Ile lat je­ste­ście Pań­stwo małżeństwem?
28 lat.
– Można ko­chać po 28 la­tach?
Jeszcze bardziej niż na początku. Odkrywa się takie rzeczy, o których się nie miało pojęcia!
– Co Pan od­krył ostat­nio?
Na przykład to, że żona jest tak  bardzo przedsiębiorcza, aż mi imponuje.
– To jest po­wód do ko­cha­nia?
Nie, do szacunku. Takich cech, które lubię, nagle odkrywam w niej coraz więcej. Jak jest ktoś przedsiębiorczy, to jest cecha, którą bardzo lubię. Po wielu latach stwierdzam, że na przykład solidność, lojalność, rzetelność, uczciwość nabierają prawdziwego znaczenia, są sprawdzone.
– Co Pan ce­ni so­bie naj­bar­dziej z jej cech czy­sto ko­bie­cych?
Całość. Równie ważna jest uroda, zgrabne pęciny, piękne oczy, jak i uczciwość, dowcip, czy zaradność. Nie bylibyśmy szczęśliwym małżeństwem po 28 latach, gdyby nie ta sama fascynacja sobą.
– Nie zda­rzy­ło się Pa­nu przez te 28 lat, że ja­kaś ko­bie­ta bar­dziej się Pa­nu po­do­ba­ła?
Z perspektywy 28 lat nie. A to jest prawdziwa perspektywa.
– A jak Pan so­bie ra­dzi w krót­szych per­spek­ty­wach?
Radzę sobie, proszę pana, radzę.
– A mo­że ra­dzi Pan so­bie ze stra­chu, że­by nie ze­psuć wszyst­kie­go?
Strach jest zawsze najgorszym doradcą. Myślę, że nie mam takich dylematów, bo mając doświadczenie wiem, że nie wystarcza „ten” błysk w oku, zgrabne nogi i coś tam jeszcze. Nie warto ważyć na szali tego, co jest sprawdzone, dobre, doskonałe, z jakąś niewiadomą.

 


– Cze­goś Pa­nu bra­ku­je?
Chciałbym znać język francuski, włoski. Chciałbym się lepiej znać na muzyce. Chciałbym być bardziej cierpliwym, czasami mnie ponosi. Chciałbym  być bardziej wyspany, bo bywa, że noce są zbyt krótkie.
– Nie chciał­by Pan być cza­ro­dzie­jem?
Nie.
– Dla­cze­go?
Przyjemnie jest dążyć do czegoś. Większą przyjemnością jest dążenie niż zdobywanie. Zdobywanie jest tylko tym ostatnim elementem.
– Ma­gicz­na różdż­ka ze­psu­ła­by Pa­nu za­ba­wę?
Ja się nie bawię, bo trudno to nazwać zabawą, ale by przeszkadzała. Nie spotkałbym po pierwsze tylu wspaniałych ludzi, nie znalazłbym się  w tylu wspaniałych sytuacjach. Ludzi się poznaje w trudnych sytuacjach, nie na wakacjach. Nie miałbym tego doświadczenia.
– A nie chciałby Pan być nie­wi­dzial­ny?
Nie, broń Boże. Jeszcze by mnie korciło podsłuchać, co na mój temat mówią ludzie. Nie, nigdy w życiu.
– W ja­kim wie­ku chciał­by Pan umrzeć?
Och, mam nadzieję, że niedługo zostanie wymyślony eliksir młodości, jeszcze mam tyle pomysłów!
– A gdy­by rze­czy­wi­ście za 10 lat wy­my­ślo­no ta­ki elik­sir mło­do­ści i on by kosz­to­wał wszyst­kie Pa­na pieniądze, ku­pił­by Pan?
Jeżeli zostałoby mi po jego wypiciu całe doświadczenie, które mam, to nie jest wykluczone, że bym kupił. Pod warunkiem, że byłoby mnie stać na porcję dla dwóch osób. Nie chciałbym eksperymentować od nowa.
– Bliższa na­uko­wo per­spek­ty­wa jest związa­na z  ba­da­nia­mi ge­ne­tycz­ny­mi, ho­dow­la­mi ge­ne­tycz­ny­mi ludzkich or­ga­nów, „części za­mien­nych”. Będzie Pan so­bie wy­mie­niał?
Jeżeli byłaby to jedyna szansa na przeżycie, to myślę, że nikt na świecie nie wahałby się coś tam u siebie wymienić.
– Za­czy­na Pan ły­sieć. Dla­cze­go nie zro­bi Pan so­bie ope­ra­cji pla­stycz­nej, prze­cież stać Pa­na na nią?
Nie myślałem o tym. W pewnym momencie poprawianie swojej zewnętrzności jest rzeczą nienaturalną.
– Lu­bi Pan ku­po­wać?
Lubię kupować rzeczy, które sprawiają przyjemność nie tylko mnie. To znaczy nie kupię sobie cukierka i sam go zjem, ale z przyjemnością zaproszę na kolację przyjaciół. Nasz dom na wakacje jest na tyle duży, żeby móc je spędzać razem z przyjaciółmi. Gdybym siedział w nim sam, byłbym nieszczęśliwy.
– Źle Pan zno­si sa­mot­ność?
Bardzo źle.
– Boi się Pan sa­mot­no­ści?
Chyba każdy się boi.
– Co ta­kie­go strasz­ne­go jest w sa­mot­no­ści?
Nie wiem, bo nigdy nie byłem samotny. Uważam, że tak dalece jesteśmy, jak dalece istniejemy w świadomości innych.
– Czy­li Jan Kul­czyk na bez­lud­nej wy­spie ry­czał­by jak bóbr?
Na pewno nie jak lew.
– Czy­li wła­ści­wie jest Pan prze­cięt­nym czło­wie­kiem?
Tak. Zawsze to mówię.
– I ta­ka świa­do­mość Pa­na nie bo­li?
Wręcz przeciwnie, dobrze się z tym czuję. Uważam, że jestem częścią tego świata, najlepiej czuję się jako element natury, a nie jako tej natury wypadek przy pracy. Choć ona próbuje mnie wepchnąć na cokół, na szczyt.
– Ale pcha się Pan na ten szczyt?
Każdy się pcha, taka jest natura przeciętnego człowieka. Tak długo się pcham, póki mi powietrza starcza.
– I pó­ki jest jesz­cze ktoś obok?
Tak. Nie po to, żeby mnie nieść, tylko dlatego, żeby być razem. Bo być na szczycie samemu i nie móc powiedzieć przyjacielowi: „Zobacz, jaki stąd piękny widok!” Bo co z tego, że samotny popatrzę na inne szczyty i pomyślę: „Może tam też ktoś stoi i ma ten sam dylemat, co ja?” Nie chciałbym tego przeżywać.
– Ma Pan spi­sa­ny te­sta­ment?
Nie.
– Dla­cze­go?
Mam wszystkie rzeczy poukładane. Spisują testament ci, którzy mają to niepoukładane i muszą potem działać z zaskoczenia.
– Nie boi się Pan, że żo­na, dzie­ci po­kłó­ci­li­by się o ma­ją­tek?
Nie boję się. Uważałam, że smutne by to było, gdybym ja musiał w testamencie dzielić majątek, który po mnie by pozostał.
– Bo?
To by  świadczyło, że źle wychowałem dzieci i kochałem nie tę kobietę.
– Śpi Pan w jed­nym łóżku z żo­ną?
Tak. Nawet pod jedną kołdrą.
– Kie­dy za­sy­pia­cie, zda­rza­ją się Panu chwi­le bło­gie­go szczęścia?
Wtedy, kiedy pojawia się myśl, że zbyt wielu błędów nie popełniłem w życiu.
– A lu­bi Pan sie­bie?
Tak. Lubię być z sobą. Poza tym jestem niekonfliktowy, a to w życiu jest ważna cecha dla obcowania z innymi.
– I za to Pan sie­bie lu­bi?
Tak.
– A za in­te­li­gen­cję?
Nie. Są inteligentniejsi.
– Za dow­cip?
Są dowcipniejsi.
– Czy roz­ma­wiam z prze­cięt­nym czło­wie­kiem, któ­ry od­niósł nie­by­wa­ły suk­ces w biz­ne­sie?
Miałem trochę szczęścia. Na przykład wielu moich kolegów, z którymi kiedyś chodziłem do szkoły lub  studiowałem, okazują się wielkimi szefami firm, czy dostojnikami państwowymi. Nigdy bym nie przypuszczał, pracując na uczelni z Hanią Suchocką,  że zostanie premierem. Kto by przypuszczał, że Mietek Wachowski, z którym byłem w szkole podstawowej, zostanie sekretarzem Kancelarii Prezydenta. Mogę mnożyć te przykłady. Czy to szczęście? Jakieś na pewno. Gdybym skończył Harvard, to pewnie mógłbym przypuszczać, że paru moich kolegów zostanie  szefami dużych korporacji. Ale skończyć Szkołę Podstawową nr 24 w Bydgoszczy i mieć takie nadzieje?
– Więc jed­nak lew ze zna­jo­mo­ściami?
Między innymi. Lubiący ludzi. A przede wszystkim wiedzący, że życie można zrozumieć, oglądając się za siebie, ale żyć można tylko patrząc przed siebie.

Więcej na temat Jan Kulczyk
Przeładuj

Kto pierwszy powiedział "kocham"? Oliwia czy Łukasz ze "Ślubu od pierwszego wejrzenia"? Zdradzili, jak wyglądała ta wyjątkowa chwila

zobacz 01:32