Wojciech Łuszczykiewicz w szpitalu
1/6
Wojciech Łuszczykiewicz w szpitalu

Wojtek Łuszczykiewicz udzielił wywiadu magazynowi "Party". Juror "Idola" opowiedział w nim wiele o sobie i show... Przewidział, że Karolina Artymowicz i Jakub Krystyan będą finale "Idola". Ale zdradził też wiele o sobie. Zawsze uśmiechnięty, fantazyjnie ubrany, wyluzowany i sypiący ironicznymi metaforami. Lidera zespołu Video i zarazem jurora nowej edycji „Idola” Wojciecha Łuszczykiewicza (38) nie da się nie lubić. Jeśli nawet kogoś skrytykuje w programie, to zrobi to tak, że można mu za to podziękować. Wszyscy spodziewali się, że będzie jurorem a`la Kuba Wojewódzki. On jednak ma swój niepowtarzalny styl. „Widzowie oczekują krwi, a ja mam swoje sposoby”, twierdzi. I opowiada nam o swoim pokręconym poczuciu humoru i cudownych córkach…

Przeczytajcie cały wywiad z Wojtkiem Łuszczykiewiczem bo warto!

Co według ciebie powinien mieć prawdziwy zwycięzca „Idola”?

– To banalne. Charyzmę! Ale taką, która wywoła u słuchaczy gęsią skórkę. Głos według mnie jest mniej ważny w dzisiejszych czasach. Słuchamy Muńka Staszczyka czy Kuby Sienkiewicza nie dlatego, że są wybitnymi wokalistami, ale dlatego, że potrafią nas porwać. Ludzi, którzy mają kawał głosu, jest mnóstwo, a brak im repertuaru. Zapytajmy Edytę Górniak, co u niej słychać. Bardzo panią Edytę szanuję, ale okazuje się, że Fryderyki dostaje nie ona, a ktoś z gitarą, kto gra sobie trzy akordy i mruczy pod nosem, czyli na przykład taki Kortez. Wszyscy kupują bilety na jego koncerty i biegną podekscytowani, aby go posłuchać. Ja sam będę miał taką okazję już niebawem na Polsat SuperHit Festiwal.

 

Ty jesteś idolem?

– Nie, raczej jestem elementem muzycznego krajobrazu, który ma sprawiać ludziom przyjemność. W show bardziej stawiałeś na freaków niż umiejących śpiewać.

Udało ci się przepchnąć ich dalej?

– Miałem kilku takich kosmitów, ale moje zachwyty nie zawsze spotykały się ze zrozumieniem (śmiech). Dlatego jeśli będzie druga edycja, to będę naciskał, żeby nie było klasycznego podejścia do szukania zwycięzcy „Idola”. Wystarczy spojrzeć na YouTube. Najwięcej odsłon nie mają tam wcale ci, co ładnie śpiewają, tylko psychośpiewacy, którzy kręcą szalone teledyski i śpiewają od czapy. Dlatego powinniśmy się zastanowić, kto w dzisiejszych czasach jest idolem? Czy ktoś, kto śpiewa klasycznie, czy ktoś, kto robi zaskakujące rzeczy, sprawiające, że masz ochotę go oglądać? Bo czasem masz chęć iść na koncert Beaty Kozidrak, którą notabene bardzo lubię, a czasem zobaczyć psychopatę, który gra na grzebieniu i śpiewa, że jego mama ma urodziny, a on nie kupił prezentu.

Dalszy ciąg wywiadu na następnej stronie.

Zobacz także: Wojciech Łuszczykiewicz w szpitalu po pierwszym odcinku "Idola" na żywo! Co się stało?!

2/6
Wojtek Łuszczykiewicz będzie ostrzejszy niż Wojewódzki w "Idolu"? Poznajcie nowego jurora!
ONS/EastNews/Instagram/inne

Masz wrażenie, że mierzysz się z legendą „Idola”? Tamten skład jurorski pamięta cała Polska.

– Miałem spokój z porównaniami, bo o wiele częściej zastanawiano się, co ja w ogóle tutaj robię. Ale tak, wiem, że wszyscy oczekiwali, że zostanę drugim Kubą Wojewódzkim. Co to byłby jednak za ubaw, gdybym był kolejnym ostrym jurorem z setką wyrafinowanych wypowiedzi? To już jest trochę passé! A poza tym jestem taki, że nawet gdy daję kary swoim dzieciom, to i tak dbam, żeby były przy tym szczęśliwe. Wiadomo, że mogę uprawiać żonglerkę słowną, ale po co? Żeby kogoś dobić? Od dobijania uczestników mamy Elę Zapendowską.

Czuję, że właśnie z nią masz najlepsze relacje…

– Zdecydowanie tak! Ela ma wszystkie cechy, które cenię u innych osób. Lubi czarny humor, łapie sarkazm, abstrakcję. Pamiętam też, jak sam byłem u niej na audiencji, żeby oceniła mój śpiew. Wypuściliśmy pierwszy singiel. Wcześniej pracowałem jako dziennikarz i wahałem się, czy mam śpiewać. Pomyślałem: „Dobra, pójdę do Eli. Jak powie, że jestem do bani, to wrócę do domu i zapomnę o temacie!”. Ela sieje taką grozę, że zanim przed nią zaśpiewałem, wypaliłem ze dwie paczki fajek.

Dalszy ciąg na następnej stronie.

3/6
Wojtek Łuszczykiewicz

I co ci powiedziała?

– „Dobrze, że choć jesteś przystojny”. Wziąwszy pod uwagę, że Ela prawie nic nie widzi, boję się, że to mogło nie być szczere. A tak serio, to powiedziała, że mam dać sobie szansę. U Eli na audiencji to nie przelewki, ona siedzi jak papież, całuje się ją w pierścień i patrzy dookoła na trzęsących się ludzi oraz na rozmazaną po ścianach krew tych, których już oceniła… A czas pokazuje, że jeśli Ela kogoś zmasakruje, jak choćby Gosię Andrzejewicz, to z reguły się nie myli…

Lubisz pożartować z show-biznesowych ikon. Ostatnio wyczytałam, że „zatrudnili cię w Polsacie, bo Doda nie przeszła castingu”. Kiedyś zarzucałeś jej, że bije ludzi, ale z drugiej strony twój były kolega z zespołu teraz nagrał z nią płytę…

– Droczyłem się i nie zawsze wychodziło to dobrze. Rozumiem, że ktoś poczuł się urażony. Pracować z Dodą nie mam zamiaru, emocjonalnie i estetycznie jesteśmy od siebie daleko, ale noże już nie fruwają w powietrzu. Nasza znajomość była burzliwa, ale już się uspokoiło.

Dalszy ciąg na następnej stronie.

4/6
Wojtek Łuszczykiewicz

Wróćmy do przyjemniejszych rzeczy. Kto z finalistów zostanie zwycięzcą „Idola”?

– Rozum mi podpowiada, że wygra Karolina Artymowicz, bo jej płytę można wydać choćby i jutro. Ma takie emocje w głosie, swobodę interpretacji, że myślę, że to gotowy materiał na gwiazdę. Ale serce podpowiada mi Jakuba Krystyana. To ulubiony pacjent kardiochirurgów. Przynosi serce na dłoni. Ale będę szczęśliwy z każdej wygranej.

Czy uważasz, że osobę, która zostanie zwycięzcą „Idola”, może dosięgnąć klątwa tego programu? Tylko Monika Brodka jest teraz na fali. A pierwsza zwyciężczyni tego programu, Ala Janosz, do tej pory żałuje nagrania pierwszej płyty.

– Bo była ofiarą oczekiwań. Ten program cieszył się wtedy taką popularnością, że Alicja nie miała swobody tworzenia. Chyba lepiej mają ci, którzy nie wygrywają.

Powiedziałeś kiedyś, że muzyka to fajna rzecz, ale „show-biznes jest jak folwark zwierzęcy, czyli są i świnie, i barany”. Jak się w tym odnajdujesz?

– Przede wszystkim nie można wierzyć, że będzie się w show-biznesie przez całe życie. Znam ludzi, którzy, gdy znikają z telewizji, wpadają w depresję, bo uważają, że już się skończyli. A show-biznes nie powinien być sensem życia. To bardziej jak wyjście na imprezę. Dobrze się bawisz, ale w końcu musisz wrócić do domu, włożyć kapcie, przebrać się w dres i wyrzucić śmieci.

Dalszy ciąg na następnej stronie.

5/6
Wojciech Łuszczykiewicz w szpitalu. Co sie stało?

Są chwile, kiedy bywasz poważny?

– Bawię się w pewną kreację bycia niepoważnym. Gdy oglądamy komedie Woody’ego Allena, to śmiejemy się przez łzy. Podoba mi się, kiedy o smutnych rzeczach mówi się w sposób na pozór żartobliwy. Jestem jednostką mocno depresyjną, czego nie widać, ale wystarczy zapytać o to moją żonę. Bywa, że siedzę na łóżku i przeżywam bóle świata. Dlatego lubię żartobliwe podejście do życia, bo jakbym miał śpiewać jak Artur Rojek o moich emocjach, bólach i troskach, to pod koniec koncertu bym się powiesił.

A skoro mówimy o kreacji… Powiedziałeś, że ubierasz się w rzeczy od żony. Widzę, że masz zegarek z Myszką Miki. To z kolei od córki?

– To jest prawdziwy męski zegarek kupiony w Disneylandzie. Noszę ubrania żony, to prawda. Powód? Lenistwo wrodzone, pójście na zakupy jest dla mnie nie do przeżycia. A w dodatku moje córki dorastają. Zakupy z trzema kobietami to dopiero będzie dramat. Dlatego powoli już symuluję kłopoty z kręgosłupem.

W domu też jesteś kolorowym ptakiem? Odblaskowa marynarka, pomarańczowa czapka?

– Młodsza córa powiedziała niedawno do przedszkolanki: „A pani wie, że mój tata nosi różowe majtki?”. Moja ekstrawagancja w ubieraniu się wynika z tego, że mamy tendencje do definiowania kogoś przez ubiór. Od małego mnie to irytowało, brzydziłem się tym strasznie. Garnitur to pieniądz, powaga i estyma. Brudne spodnie i podarte trampki to lekkoduch. Uciekam od tego! To, jak się noszę, jest moim małym manifestem. Ubrania i buty wymyślono po to, żeby nam nie było zimno, a nie by pokazywać je na Instagramie.

Dalszy ciąg na następnej stronie.

6/6
Rodzina Wojciecha Łuszczykiewicza

Twoje córki zostaną artystkami?

– Być może. Starsza ma dziewięć lat, jeździ z nami na koncerty. Czasem występuje na scenie, czuję, że to moja następczyni. Młodszej na razie to nie obchodzi i może dobrze. Myślę, że szykuje się duet jak mój z żoną: jedna będzie śpiewać, druga zostanie menedżerką. Na razie nie będę nic nagrywał z córką. Wiem, jak to by się skończyło: pozwoliłbym jej nie chodzić do szkoły.

Bywasz też groźnym tatą? Budzisz respekt?

– Próbuję czasem zrobić groźną minę i widzę, że działa to tylko na mojego psa. Jak chcę coś osiągnąć, to straszę dzieci mamą. Działam jak mój tata, który nigdy mnie nie uderzył, ale gdy czułem, że jest mną zawiedziony, to bardziej mnie to bolało niż niejedna awantura. Za kilkanaście lat będę wiedział, czy postąpiłem dobrze. Mój brat ma już dorosłą córkę i powiedział mi, że popełnił chyba wszystkie błędy wychowawcze, jakie można, a ona wyrosła na cudowną dziewczynę, więc ja na wszelki wypadek też popełniam wszystkie błędy wychowawcze.

Teraz to córki tatusia, ale zbliża się okres buntu…

– Mam to już zaplanowane. Jak zaczną się buntować, to oddam je do zakonu na przechowanie i wypuszczę, gdy osiągną odpowiedni wiek, czyli jakieś 42 lata. Zapowiedziałem im to wprost. Stanie się to wtedy, gdy zauważę, że mają zbyt intensywne życie towarzyskie. Moja żona na spotkania ze mną uciekała przez okno, więc kraty w oknach też zamontuję. Nie, żartuję… Zamknę tylko jedną. Dlaczego mają cierpieć obie?

Wspomniałeś, że żona jest twoją menedżerką. Taki układ się sprawdza?

– Zaczęło się już na studiach, na polonistyce. Błagałem ją o notatki. Bardzo chciałem ją poznać i mieć u niej korepetycje. Od początku mieliśmy ten układ, bo zadbała, żebym te studia skończył. Pierwszy teledysk mojego zespołu, który wtedy nazywał się Superpuder, też zawdzięczam żonie. Pożyczyła na niego pieniądze od swojej koleżanki. Trzy tysiące. A historia też jest śmieszna, bo piosenka „Rasiak song” zaistniała dzięki internetowi. Dziś to normalne. Nie byliśmy znani, a tu nagle w Opolu dostaliśmy Superjedynkę. A wszystko dzięki piosence, która miała być żartem.  Sukces z Żanetą nas połączył i to się idealnie sprawdza. Oddaję jej wszystkie pieniądze i o nic nie muszę się martwić. A jak mam jakieś kłopoty, to też nie muszę dzwonić do menedżera, bo mam go w sąsiednim pokoju. Słucham żony i wszystkim to polecam.

Co będziesz robił po „Idolu”?

– Pewnie coś nagramy. Presja teraz będzie większa i musimy pokazać, że wiemy, jak to się robi. Więc tak sobie myślę, że najlepiej teraz byłoby ponieść jakąś spektakularną klęskę!

Rozmawiała: Joanna Rutkowska