Reklama

Sylwia Peretii w książce "Niepożegnani. Historia o życiu i śmierci" opowiedziała o tym, co działo się w pierwszych dniach po śmierci jej syna. W dniach, kiedy musiała czekać na identyfikację ciała Patryka, w chwilach, w których jej życie straciło sens.

Sylwia Peretti o pierwszych dniach po śmierci syna

Sylwia Peretti w książce "Niepożegnani. Historia o życiu i śmierci" opowiedziała o ostatnim spotkaniu z ukochanym synem, o tym jak wyglądał wieczór przed dramatem, który dopiero miał się rozegrać, o tym, jak dostała znak od losu a także od trudnych momentach, w których przyszło jej jak i jej mężowi odebrać tragiczny telefon z wieściami o śmierci Patryka Perettiego.

W jednym z fragmentów poruszającej rozmowy, Sylwia Peretii opowiedziała o tym, jak wyglądały pierwsze dni tuż po śmierci jej jedynego syna:

Dni, których prawie nie pamiętam. Sobota, niedziela. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Tylko wymiotowałam, słabłam, wyłam. To nie był płacz, to było tak, jakby wydzierano ze mnie wszystko, co jeszcze zostało. Mówili, że zasypiałam z otwartymi oczami, że nie reagowałam. To nie był sen, to było odrętwienie.

Sylwia Peretti o identyfikacji ciała syna

Sylwia Peretii i jej mąż musieli czekać aż trzy dni, by zidentyfikować ciało Patryka.

Przyjechali rodzice Łukasza, przyjechała moja mama. Patrzyli na mnie i się bali. (...) W poniedziałek trzeba było zidentyfikować ciało. Oczywiście powiedziałam, że jadę. Jakby jedno ''jadę'' wystarczyło, żeby ciało posłuchało. (...) Nie mogłam sama podnieść się z łóżka. Każdy ruch kończył się zawrotami głowy, mdłościami, utratą przytomności. Wymiotowałam z bólu, z szoku, z bezradności. Moje ciało odmawiało mi współpracy, jakby wiedziało coś, czego jeszcze nie dopuszczałam do świadomości.

Mąż Sylwii Peretti postanowił ją zapytać, czy chciałaby, by to on sam zidentyfikował ciało jej syna:

''Gdyby to była odwrotna sytuacja, gdybyś to ty miała wypadek, czy chciałabyś, żeby Patryk ze mną pojechał zidentyfikować twoje ciało? Czy wolałabyś, żebym pojechał sam?''. Popatrzyłam na niego i powiedziałam tak, jak czułam: ''Wolałabym, abyś pojechał sam''.

Sylwia Peretti wspomina też okrutny moment:

Chociaż wiedziałam, co jest właściwe, wszystko we mnie krzyczało, że chcę jechać. Że muszę. (...) Próbowałam wstać, przewracałam się. (...) Moje ciało było słabsze niż miłość. Patrzyli na mnie i wiedzieli, że moje ciało i dusza nie wytrzymają tego widoku. Łukasz powiedział wtedy cicho: ''Zostań, proszę. Patryk by nie chciał''. Błagałam, sprzeciwiałam się, krzyczałam! Walczyłam z nimi, ze sobą, bo byłam matką, a matka powinna być przy dziecku nawet w najokrutniejszej chwili.
Poddałam się i dałam mu zgodę. Oddałam ten obowiązek na ręce Łukasza. Patryk był nie tylko ciałem do zidentyfikowania. Był moim jedynym, ukochanym synem, który jeszcze kilka dni wcześniej śmiał się przy stole.

W rozmowie z Wiktorem Słojkowskim, na łamach książki "Niepożegnani. Historia o życiu i śmierci", Sylwia Peretti zapytana, czy dziś podjęłaby taką samą decyzję ws. identyfikacji syna, odpowiedziała:

Byłam przekonana, że on nie chciał, żebym go takiego zobaczyła. To była pewność, którą miałam w sercu. (...) A jednak jestem mamą i przychodzą takie dni, kiedy tęsknota rozdziera mnie na kawałki. Dni, kiedy myślę: ''Mogłam jeszcze raz go przytulić, spojrzeć w jego twarz, poczuć, że naprawdę był''. Wiem, że chciałby, abym nosiła w sobie wspomnienie jego uśmiechu i głosu. Jednocześnie moje ramiona nigdy nie pogodzą się tym, że nie mogły go ostatni raz objąć.

Zobacz także:

Sylwia Peretti z synem
fot. Instagram @sylwia_peretti
Reklama
Reklama
Reklama