Rodzinne opowieści

Rosyjski romans Karoliny Malinowskiej i Oliviera Janiaka

Czy można się zakochać w sobie drugi raz? W Moskwie wszystko jest możliwe! Właśnie tu wybrali się w niezwykłą podróż Karolina i Olivier, by wspominać swoje pierwsze spotkanie, oświadczyny, ślub, pierwsze wspólne wakacje.

Wyjechali oczarowani miastem i sobą. I z decyzjami, o których po raz pierwszy opowiedzieli Izie Bartosz. Sasza, chodź do mamy! Nie idź tam – tak młoda dziewczyna po rosyjsku krzyczy do kilkuletniego chłopczyka ubranego w białą koszulkę i czarne spodenki. Dziecko ma minę łobuza, mruży oczy, uśmiecha się i idzie w naszym kierunku, coraz bardziej oddalając się od wołającej go kobiety. „Fajnie byłoby mieć takiego synka, co Karol?” Olivier patrzy na dziecko, a potem na swoją żonę, Karolinę Malinowską. Siedzimy na tarasie restauracji na placu Czerwonym w samym centrum Moskwy. Mimo późnej pory świeci słońce i jest ciepło, dużo cieplej niż w Warszawie. Przed nami widok na legendarną cerkiew z sześcioma wieżami, strażnicy obok pilnują długiego budynku z czerwonej cegły. To Mauzoleum Lenina. Bruk na placu Czerwonym lśni w słońcu. To nasz ostatni dzień w Moskwie. „Wiecie, co najmilej wspominam z tego miasta? Te parę godzin, kiedy Olivier zajęty był swoją pracą, a ja z mapą wyruszyłam w miasto. Bo najlepiej poznaje się miejsce, kiedy zwiedza się je na własną rękę”. Karolina mruży oczy w słońcu. Żałuje, że nazajutrz trzeba będzie wracać do Polski. „Chciałabym tu jeszcze kiedyś przyjechać. Choć kiedy coś robi się po raz pierwszy, wtedy najbardziej się to odczuwa, prawda Oli?”, pyta męża i puszcza do mnie oczko. „A jakie swoje pierwsze razy pamiętacie najbardziej”, pytam. Karolina i Olivier poprawiają się na krzesłach. Zaczynają się przekrzykiwać, mówić jednocześnie. Zanim nad placem Czerwonym zachodzi słońce, wiem już o najważniejszych dziesięciu wydarzeniach z ich wspólnego życia. Ale opowieść zaczyna się od Moskwy.

Moskwa po raz pierwszy
„Moskwa mnie trochę przytłoczyła. Gdzie się nie obejrzałem, tam stała straż z karabinami. Nawet w sklepach” – wspomina Olivier. „A kiedy nagrywałem z placu Czerwonego mały fragment mojego programu »Co za tydzień«, natychmiast pojawili się przy mnie tajniacy. Wyrośli, nie wiadomo skąd, ubrani po cywilnemu i zaczęli mnie wypytywać, co ja tu robię. Nie było to specjalnie miłe. Nigdzie indziej nie spotkałem się z taką inwigilacją jak w Rosji”. A Karolina Moskwę nazywa Disneylandem Europy Wschodniej. Marzyła, żeby tu przyjechać już wtedy, gdy była małą dziewczynką. „Mama zabierała mnie w Łodzi na Górniak, taki targ, gdzie Rosjanie sprzedawali matrioszki i pamiątki z Moskwy. Te wszystkie  rzeczy bardzo mi się podobały, byłam nimi zachwycona. A potem, kiedy zaczęłam pracę jako modelka, często na świecie myślano, że jestem Rosjanką. Zawsze traktowałam to jak duży komplement”, wspomina Karolina. „Nic dziwnego. Rosjanki to jedne z najpiękniejszych kobiet. Szyja mnie w tej Moskwie rozbolała od odwracania się za nimi”, żartuje Olivier. Dla niego wizyta w stolicy Rosji to także rozliczenie się ze strachami z dzieciństwa. Bo Olivier był kiedyś przekonany, że zostanie porwany przez tajemniczych mężczyzn podróżujących czarną wołgą.

W Moskwie takim samochodem jechał parokrotnie i szczęśliwie nic mu się złego w nim nie przydarzyło. „Tutaj też zrozumiałem po raz pierwszy, jak bezsilny jest człowiek, który nie zna języka. Bo porozumiewam się po angielsku i niemiecku i te języki na całym świecie świetnie zdają egzamin. Wszędzie, tylko nie tutaj. A ja kilka lat uczyłem się rosyjskiego, ale kompletnie nic nie pamiętam. Nie mogłem się dogadać z taksówkarzem. Mówiłem jedno, a on słyszał zupełnie co innego. To było straszne”, wspomina. I jeszcze kontrast między tym, co w Warszawie, a tym, co w Moskwie jest niezwykły. „Warszawa ma Pałac Kultury, pozostałość po zażyłej przyjaźni z Rosją. Wystarczy jednak chwilę przejść się po naszym mieście i już człowiek czuje, że z dawnego ustroju wyszedł, że komunizm to przeszłość. A tutaj wcale się tego nie czuje. To trochę smutne. Ale dla mnie Moskwa to egzotyka, dumne i piękne miasto”, mówi Karolina.

Pierwsze spotkanie
Kiedy Olivier spotkał Karolinę, był na początku swojej dziennikarskiej drogi. Podszedł do niej podczas jednego z pokazów mody. Karolina była wtedy malowana do pokazu i Olivier był przekonany, że oto ma przed sobą jedną z tysiąca ładnych dziewczyn, która ma niewiele do powiedzenia. Podszedł trochę od niechcenia. I spotkała go niespodzianka. Karolina każdą z odpowiedzi miała przemyślaną. Nie była typem głupiutkiej ślicznotki i była już wtedy sławna. Robiła wielką karierę za granicą. „Agent Karoliny, widząc, że coraz bardziej się jej przyglądam, powiedział wtedy do mnie: »Co, nieznany prezenter lansuje się przy sławnej modelce?«. Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Nie przejąłem się tymi słowami wcale. Bardziej interesowało mnie, kim jest ta tajemnicza dziewczyna z wielkimi oczami”. Wymienili się telefonami, ale nikt nie zadzwonił pierwszy. Kilka miesięcy później Karolina pomyliła się i wysłała do Oliviera SMS-a. „To był SMS do mojej koleżanki Oli, ale palec mi się omsknął i wiadomość dotarła do Oliego”, wspomina. A Oli uśmiecha się: „Nie wierzę w to do końca. Wy macie swoje kobiece sztuczki na zdobycie mężczyzny”.

Pierwsza randka
Hotel Grand w Łodzi. Zima. Dzień Wigilii cztery lata temu. Olivier przyjechał do Łodzi odwiedzić babcię. Wcześniej dowiedział się, że Karolina też spędza święta ze swoją rodziną w Polsce. Zadzwonił, umówił się. „Czekałem na nią w hotelowej restauracji. Pamiętam nawet, jak była ubrana. Miała...” „Oli, nie opowiadaj tego”, przerywa mu Karolina. „Tak strasznie wtedy wyglądałam”. „Na głowie miała jakiś straszny brązowy beret, do tego biały golf, czarna spódniczka i białe rajstopy. Patrząc na nią, pomyślałem sobie: Cóż, kolego, to wróciliśmy do czasów liceum”. Na pierwszej randce zamówili herbatę, która była tak słodka i zawiesista, że smakowała jak kisiel. Dziś Karolina mówi, że wtedy zaczęło się coś magicznego.

Pierwsze spotkania z teściami
„Nigdy nie zapomnę wzroku swojej teściowej, kiedy powiedziałem jej, że postanowiliśmy z Karoliną się pobrać”. Olivierowi na samo wspomnienie tego spotkania cierpnie skóra. Wcześniej uzgodnili z Karoliną, że nie będą nikomu opowiadać o swoich planach, a rodziców postawią już przed faktem dokonanym. Bo o czym tu debatować, skoro to i tak ich życie i ich decyzje. Olivier któregoś dnia przyjechał do Łodzi i zaprosił mamę i babcię Karoliny do jednej z restauracji na Piotrkowskiej. Karolina powiedziała im wcześniej tylko tyle, że chce im przedstawić swojego mężczyznę. Olivier był bardzo zdenerwowany i kiedy został na chwilę sam z mamą i babcią powiedział: „Chciałem paniom powiedzieć, że oświadczyłem się Karolinie i niebawem planujemy ślub”. „Mama Karoliny zaniemówiła. Widziałem, że po prostu nie wie, co ma powiedzieć. W końcu wydusiła: »Ale przecież prasa donosiła niedawno, że pan ma narzeczoną«. »Ale już nie mam«, odparłem. „Ale najtrudniejszy był moment, gdy mama zapytała, kiedy mamy zamiar się pobrać, a ja spokojnie odparłam: »W przyszłą sobotę«. Mama i babcia długo nie mogły ochłonąć ze zdumienia. A potem przyszła młoda para pojechała do Krotoszyna, do rodziców Oliviera. Jego tata, dawny wojskowy, powiedział tylko: »Znacie się tylko trzy miesiące. Czy to wystarczy, synu, żeby poznać drugą osobę na tyle, żeby się żenić?«. »A ty tato długo znałeś mamę? Nie, a jesteście  wspaniałym małżeństwem więc podtrzymam rodzinną tradycję«”.

Pierwszy ślub
Do łódzkiego stanu cywilnego jechali z Warszawy pożyczonym samochodem. I wszystko było na ostatnią chwilę. Rodzice poznali się dopiero przed wejściem do sali ślubów, a młoda para nawet nie miała gdzie się przebrać. Oliwier był już wtedy kojarzonym prezenterem i pracownik urzędu, kiedy zobaczył, że wpadł tam z Karoliną jak po ogień, zapytał: »A pan na ślub przyjaciela?«. »Na swój własny«, odparł Olivier. I wtedy pracownik wpuścił ich do swego pokoju, żeby spokojnie przygotowali się do uroczystości. A potem był ślub kościelny w romańskiej kaplicy w Tumie. „To był najpiękniejszy dzień w naszym życiu”, wspomina Olivier. Od tamtej uroczystości minęły cztery lata.

Pierwsze mieszkanie
Praga to dla wielu warszawiaków dzielnica zakazana. A Olivier i Karolina tutaj odnaleźli swoje miejsce. Na samej górze jednego z luksusowych apartamentowców rozciąga się ich mieszkanie. Jasne kanapy, ciemny parkiet, przytulne kotary w oknach. Wystrój domu to dzieło Oliviera. Aranżacja wnętrz to jego konik. „Kiedy Oli ma wolny dzień, zamiast spokojnie posiedzieć, od razu zaczyna coś kombinować. A to pomaluje ściany, to przestawi meble. On nigdy nie może usiedzieć spokojnie”. Na ścianie salonu wisi oszklona czarna szafka. W środku Olivier zamontował legendarne zdjęcie Audrey Hepburn ze „Śniadania u Tiffany’ego”. Wieczorem portret można podświetlić. To prezent urodzinowy dla Karoliny. „Teraz, kiedy już nie pracuję za granicą jako modelka, więcej czasu spędzam w naszym mieszkaniu. Jestem na drugim roku studiów i tutaj zakuwam wieczorami. Poza  tym nie lubię, jak Oli, bywać na imprezach i na szczęście, w odróżnieniu do niego, nie muszę.  Wo-lę pobyć w domu, poczytać. Domatorka ze mnie. Ale i Olivier coraz więcej czasu spędza w domu”, opowiada Karola.

Pierwsze maleństwo
To Karolina chciała psa. Olivier długo się wzbraniał. Ale kiedy on pracował, ona siedziała sama w domu i czuła się samotna. „Któregoś razu oglądałam »Seks w wielkim mieście«. Tam Charlotte nosiła ze sobą takiego słodkiego małego psiaka. Zakochałam się w nim”, wspomina Karolina. Hodowlę psów rasy  cavalier king charles spaniel odnalazła w Czerwoniaku pod Poznaniem i namówiła Oliviera, żeby tam pojechać obejrzeć szczeniaki. „I pamiętam, że od razu, kiedy spojrzałam w mordkę Funny, wiedziałam, że musi być moja”. Funny otrzymała imię na cześć musicalu „Funny Face” z Barbrą Streisand, ale przez przyjaciół nazywana jest „Dzbankiem”. „Kiedy przywieźliśmy ją do domu, sikała, gdzie popadnie. Lało się z niej jak z dzbana, stąd to imię.  Ale potem Karolina ją wychowała i teraz jest niesamowicie grzeczna. Moja żona ma zdecydowany charakter, kiedy chce, zawsze postawi na swoim. A ten mądry pies od razu zrozumiał, że z panią lepiej żyć w zgodzie”, mówi Olivier.

Pierwsza wspólna praca
Olivier długo wzbraniał się przed wspólną pracą, ale pewnego razu postanowił spróbować i razem z żoną poprowadził imprezę. „Kiedy zobaczyłem ją na scenie, osłupiałem. Bo nagle okazało się, że kiedy zaczyna mówić, ludzie cichną i zaczynają jej słuchać. To wielki dar”, opowiada Olivier. A Karolina jest dumna, bo jej mąż rzadko ją chwali publicznie. Częściej słyszy od niego krytykę niż pochwały. A Olivier mówi, że mimo talentów Karoliny nie przepada za pracą z nią. Bo wtedy denerwuje się i za nią i za siebie. Za to, kiedy Karola imprezę prowadzi sama, jest z niej dumny jak paw. W minione wakacje oboje razem wystąpili w programie TVN „Projekt plaża”. „Olivier zaimponował mi wtedy bardzo. Bo okazało się, że on nigdy nie traci głowy, zawsze jest perfekcyjnie przygotowany, wie, co trzeba zrobić. I jeszcze w dodatku jest skromny. Doprowadza mnie tym czasem do szału”, mówi Karolina.

Pierwsze wakacje
Długo na nie czekali. Już następnego dnia po ślubie Olivier miał nagranie w telewizji, a Karolina wkrótce wyjechała do pracy za granicę. Musieli się nieźle nagimnastykować, żeby znaleźć czas na bycie razem, a co dopiero na wakacje. Olivier najmilej wspomina pierwsze wolne dni, które razem spędzili w Nowym Jorku. On wyjechał tam na wywiad z Bradem Pittem. Ona od kilku tygodni już mieszkała w wynajętym mieszkanku przy Central Parku i chodziła w pokazach mody. Olivier był tak szczęśliwy, że zaraz się z nią zobaczy, że na wet Bradowi Pittowi na koniec wywiadu powiedział, że zaraz ma randkę z żoną. Leciał na nią jak na skrzydłach. A w tym roku, cztery lata po ślubie, wyjechali z grupą przyjaciół na dwutygodniowy odpoczynek po raz pierwszy. Wybrali Tajlandię. I wrócili oczarowani. Zwiedzili Bangkok, byli na niebiańskich plażach wyspy Phuket. Teraz Karolina z roziskrzonymi oczami planuje, kiedy znowu będą mogli tam wrócić.

Pierwsze dziecko
Jeszcze go nie ma, ale kiedyś będzie. Może nie jedno, a dwoje, może troje. Jedno jest pewne – każde będzie pierwsze, bo życie składa się z pierwszych momentów i dlatego jest takie piękne.

Tekst Iza Bartosz
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/PHOT-SHOP.PL
Stylizacja Gisele Mobella
Asystentka Zuza Mierzejewska
Makijaż Julita Jaskółka/ISA DORA
Fryzury Kacper Rączkowski/ D’VISION ART
Produkcja Elżbieta Czaja
Asystent Tomasz Czmuda
Współpraca w Moskwie Larisa Vlassova/ EST - QUEST FILMS

 

 

Newsy
Karolina Malinowska i Olivier Janiak: Najpiękniejsze słowo świata "MY"
Para o szczęściu, miłości i rodzinie

Praga. Dochodzi 22. W drzwiach salonu połączonego z kuchnią wita mnie Karolina i cavalierka Fany. Z miękkiego światła wyłaniają się książki, obrazy, bibeloty, wygodny fotel, kwiaty i mnóstwo dziecięcych zabawek. Olivier jest na piętrze, usypia dzieci: pięcioletniego Fryderyka, trzyipółletniego Christiana i rocznego Juliana. Dziś wyręcza żonę, bo Karola miała lekki macierzyński kryzys. „Od rana byłam z chłopakami sama – tłumaczy się speszona – co chwilę: mamci, mami, mama… albo płacz. Pod wieczór ogarnęło mnie totalne wyczerpanie, nawet nie fizyczne, tylko psychiczne”. Kiedy Olivier dołączy do nas po półgodzinie, powie: „Opieka nad tyloma dziećmi to hardcore. W pierwszych latach kobieta rezygnuje z 90 procent siebie, a te 10, co jej zostaje, to na sen. Dlatego tak was podziwiam, drogie panie. Bo choć wydaje mi się, że potrafię być zaangażowanym ojcem, to nigdy nie będę tak dobrym ojcem, jak moja żona potrafi być matką”. Byłam pod wrażeniem. Vespa i urodziny Niedawno pan domu świętował 40. urodziny. „Trudno jest coś fajnego ofiarować mężczyźnie, który teoretycznie ma wszystko, a jak nie ma, to może kupić”, opowiada Karolina, nalewając mi zimnej wody do szklanki. Niegazowanej, innej nie piją. „Dlatego wymyślenie prezentu na 40. urodziny dla Oliviera było wyzwaniem. Skuter, czarna vespa, najnowszy model, przyjechał w sobotę rano, w dniu urodzin. Wyglądał imponująco do momentu, kiedy nagle zamknęła się na nim brama garażowa, bo dostawca… się zagadał. Zmiażdżona vespa odjechała do wymiany. Oli dostał tylko kluczyki i kask. Powiedziałam: »Kochanie, reszta w poniedziałek, żeby cię nie kusiło«, bo wieczorem organizował imprezę urodzinową na 250 osób”. Korzystam z tego, że jesteśmy same: „Czułaś lęk, kiedy myślałaś, że mąż...

Newsy
Karolina Kozak: Obmyśliłam dobry plan
Dredy i piegi, mężczyzna i muzyka. Karolina Kozak opowiada o miłości swego życia, producencie muzycznym Bogdanie Kondrackim. To z nim chciałaby się zestarzeć.

Nie udzielała w życiu zbyt wielu wywiadów. Wcześniej to raczej ona zadawała pytania. Jako prezenterka MTV jeździła na koncerty i rozmawiała z artystami, prowadziła imprezy muzyczne. Dzięki swojej żywiołowości, a także charakterystycznym piegom i dredom szybko stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek muzycznych. A potem słuch o niej zaginął. Wszystko wyjaśniło się 14 września. Tego dnia na rynku pojawiła się płyta „Tak zwyczajny dzień”. Karolina opracowała ją od początku do końca sama. Napisała teksty, w większości także muzykę. Spełniło się jej największe marzenie – zaczęła śpiewać. Siedzimy w przytulnym domu na Saskiej Kępie, tu mieści się wytwórnia Jazzyboy, która zdecydowała się wydać jej pierwszą płytę. Pijemy herbatę i jemy sernik w polewie czekoladowej. Po tarasie biegają wiewiórki, a Karolina mówi, że nigdy wcześniej nie czuła się tak spełnioną i szczęśliwą kobietą jak teraz. W lutym skończyła 30 lat. To były magiczne urodziny. Jakby rozpoczął się nowy etap jej życia. Zamknęła przeszłość. „Nie ma tego złego” Kiedy Karolina wspomina swoje 30 przeżytych lat, to najbardziej wdzięczna losowi jest za to, że dał jej zdecydowany charakter. Zawsze wiedziała, czego chce, i nigdy nie schodziła z raz obranej drogi. Od kiedy pamięta, marzyła o aktorstwie. Szkołę teatralną skończył jej tata, przyrodnia siostra, szwagier i wujek – Marian Kociniak. W teatrach spędzała całe dnie i z roku na rok nabierała przekonania, że tylko jako aktorka będzie szczęśliwa. A potem przyszedł wielki zawód – oblała egzaminy do szkoły teatralnej. „Byłam zszokowana. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Wydawało mi się, że moje życie się skończyło, bo nie miałam żadnej alternatywy”, opowiada dziś. I wtedy ktoś jej podpowiedział, że na...

Newsy
Marcin Wrona. Witaj Ameryko!
Co niedziela elektryzował telewidzów, prowadząc „Pod napięciem” w TVN. Emocje budził i program, i on sam. Psychopata planował zamach na jego życie. Dziennikarz z rodziną odnalazł spokój w Stanach Zjednoczonych i choć tam niemal na oczach dziennikarki VIVY! padł ofiarą przestępstwa, cieszy się każdym dniem w roli korespondenta TVN w Waszyngtonie.

Uwielbiam Stany! To miejsce, gdzie człowiek może naprawdę wszystko – z rozmarzeniem opowiada Marcin Wrona, korespondent TVN-owskich „Faktów”, spacerując wzdłuż Pensylvania Avenue w Waszyngtonie. „To miejsce jest... jest... O rany, nie, to niemożliwe! Ukradli mi samochód”. Tak zaczęła się nasza przygoda z Marcinem Wroną w Ameryce. Wrona stał przy pustym miejscu po starym, ale ukochanym aucie i z niedowierzaniem powtarzał, że to niemożliwe, nie w jego Ameryce. Ponad godzinę czekaliśmy na siarczystym mrozie na policjanta, a Marcin pytał sam siebie, czemu zdarzyło się to akurat teraz. „I co?”, pyta. „Będziesz miała niezły początek?” Witaj, Ameryko! Wrona przyjechał do Waszyngtonu przed Bożym Narodzeniem. Po kilku tygodniach sprowadził żonę Olę i córeczkę Marysię. Pierwsze dni na obczyźnie były trudne, trzeba było jak najszybciej znaleźć dom, sprowadzić rzeczy, znaleźć przedszkole dla Marysi. Okazało się, że korespondent nie jest osobą, która dostaje wszystko na tacy. Jeśli chce coś zdobyć, musi to zrobić sam. Równolegle z układaniem sobie życia w Ameryce musiał pracować, nagrywać pierwsze newsy, śledzić sprawę tarczy rakietowej i wiz dla Polaków. „W Polsce, jak robisz temat do »Faktów«, to umawiasz rozmówców na rano, jedziesz od jednego do drugiego i przygotowujesz materiał”, opowiada Wrona. „Tutaj zajmuje to co najmniej trzy dni”. Ale Wrona nie zraża się do Ameryki. Najważniejsze, że jest w centrum świata. I że jest tu z ukochanymi kobietami. Koresponduje i gotuje Ola, żona Marcina, zapisała się w Waszyngtonie na studia z projektowania wnętrz. Na razie nie ma pozwolenia na pracę, a nie nadaje się do roli „zdesperowanej gospodyni domowej”. Ich mała córeczka właściwie nie potrzebuje niani,...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner