Anna Komorowska
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Pyta Monika Olejnik

Anna Komorowska: "Mam dystans"

Anna Komorowska
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek

Uśmiechnięta. Rzeczowa. W spodniach. Mocny uścisk dłoni. Lubi spotkania w domu. Widać, że czuje się w nim dobrze, mimo że od kiedy oficjalnie ogłoszono kandydaturę Bronisława Komorowskiego na prezydenta, pod kamienicą na Rozbrat, gdzie mieszkają, nieustannie kręcą się paparazzi. O sobie: po pierwsze, matka Zofii, Marii, Eli, Tadeusza i Piotra. Po drugie, żona i kobieta spełniona. Wiele lat temu uczyła łaciny w liceum, potem wychowywała dzieci, wspomagała męża w działalności opozycyjnej, a po latach wróciła do pracy i próbowała odnaleźć się w biznesie. Dziś zakochana we wnuczku Stasiu, pasjami czytająca książki, pielęgnująca rodzinne tradycje. Zawsze ma własne zdanie. I nie boi się głośno go wypowiadać.

– Czy jest Pani psiarą czy kociarą?
Anna Komorowska:
Po prostu lubię zwierzęta.

– Wszystkie?
Anna Komorowska:
Wszystkie. Ale w domu mamy tylko cocker-spanielkę, a czasami, tak jak dzisiaj, syn przywozi swojego wyżła weimarskiego.

– Skoro lubi Pani wszystkie zwierzęta, to jak może być Pani żoną myśliwego?
Anna Komorowska:
A dlaczego nie? Myśliwy to nie tylko ten, co strzela, ale przede wszystkim ten, co przeżywa przyrodę i łaknie kontaktu z naturą. Prawdziwy myśliwy to nie tylko strzelec, ale i opiekun zwierzyny. Zresztą nie znam większych psiarzy od myśliwych... Ale zacznę od tego, że mąż obiecał zawiesić swoje myślistwo. Teraz będzie polował na zwierzęta z aparatem fotograficznym. A inna sprawa, że dziczyzna jest zdrowa.

– Dziczyzna jest zdrowa?
Anna Komorowska:
Oczywiście. Jest chuda i bez chemii. Na pewno jest zdrowsza od mięsa wszelkich zwierząt hodowlanych.

– Żadne z Państwa dzieci nie jest wegetarianinem?
Anna Komorowska:
Jedna z córek była, ale znów je mięso. Jej decyzja nie miała powodów ideologicznych. Po prostu pewnego dnia tak postanowiła.

– A dzieci nie buntowały się, że tata jest myśliwym?
Anna Komorowska:
Nie... Polowanie to pewien styl życia. Wstawanie o czwartej rano, wieczory w lesie, obcowanie z przyrodą, zatopienie się w niej, nasłuchiwanie tego, co się w lesie dzieje...

– A potem strzał w jelonka.
Anna Komorowska:
Niekoniecznie, czasami do dzika, a często tylko wiersz lub zdjęcie. Pani je mięso?

– Nie.
Anna Komorowska:
To już rozumiem pani pytania i niepokoje. Jest pani konsekwentna. Ja też.

– Chce Pani być Pierwszą Damą?
Anna Komorowska:
Mój mąż chce być prezydentem i uważam, że ma do tego kwalifikacje jak mało kto w naszym kraju. A moje miejsce jest przy nim.

– Jaką byłaby Pani Pierwszą Damą?
Anna Komorowska:
Nie wiem... Zobaczymy, jaką będę, jeśli zostanę. Mam zasadę, że nigdy nie zajmuję się gdybaniem. Najpierw mój mąż musi wygrać wybory.

– Jak patrzy Pani na dotychczasowe Pierwsze Damy?
Anna Komorowska:
Każda miała lepsze i gorsze strony, ale wierzę, że każda starała się być jak najlepszą prezydentową.

– Chciałaby się Pani zająć publicznie jakąś działalnością czy raczej...
Anna Komorowska:
...zobaczę, poczekajmy... Chciałabym uniknąć pytań, co ja bym zrobiła, zanim zadecydują wyborcy.

– Tak od razu zgodziła się Pani, żeby mąż kandydował?
Anna Komorowska:
Długo na ten temat rozmawialiśmy. Decyzja była, oczywiście, wspólna, bo przecież rzutująca na życie całej rodziny. I każdy z nas musiał się w tej kwestii wypowiedzieć, jakoś się do tego przymierzyć.

– Było zebranie rodzinne?
Anna Komorowska:
O, niejedno.

– I w sposób demokratyczny zadecydowano, że...
Anna Komorowska:
Nie będę opowiadała, jak wyglądały te rozmowy (śmiech), ale ostatecznie każdy powiedział, co myśli. Decyzja jednak należała do męża. I każdy z nas miał takie przekonanie, że jeśli mąż zdecyduje się kandydować, będziemy go wspierać.

– Kto jest głową rodziny w domu, mąż czy Pani?
Anna Komorowska:
U nas głową rodziny jest każdy. Nie powiem, że to jest smok siedmiogłowy, teraz może czwórgłowy, bo troje z naszych pięciorga dzieci już się wyprowadziło z domu, ale każdy ma swoje obszary, w których decyduje. I każdy ma taki mocny charakter i cechy przywódcze, co wymaga ustaleń, a nie dyktatu.

– Konsensusu! Trzydzieści trzy lata małżeństwa...
Anna Komorowska:
I czterdzieści lat znajomości.

– To była miłość od pierwszego wejrzenia?
Anna Komorowska:
Od pewnego momentu, nie od razu.

– Poznaliście się Państwo na obozie harcerskim.
Anna Komorowska:
Na rajdzie w Puszczy Kampinoskiej.

– I czym zafascynował Panią Bronisław Komorowski?
Anna Komorowska:
Charakterem, postawą, ciepłem, odpowiedzialnością, dojrzałością, rzetelnością... On ma dużo pozytywnych cech.

– Ale trudno chyba być żoną polityka i żoną przede wszystkim człowieka, który był w opozycji, który znikał, który siedział w więzieniu, o którego bała się Pani?
Anna Komorowska:
A kto powiedział, że zawsze ma być łatwo? Było w naszym życiu wiele trudnych momentów, ale nie mogę narzekać.

– Ale były takie, w których bała się Pani o męża?
Anna Komorowska:
Co to znaczy „bała się”? Nie jestem strachliwa. Mam czasem lęk, taki lęk o najbliższych, że coś się może zdarzyć złego, z powodu choroby czy z powodu problemów w pracy, czy w działalności politycznej... Ale żebym siedziała w kącie i nerwowo gryzła paznokcie? Nie. To nie ja.

– W każdym razie w latach 70. i 80. dom Komorowskich był pełen ludzi, którzy wpadali pokonspirować i coś zjeść.
Anna Komorowska:
Mieszkaliśmy w bardzo dobrym punkcie, na obrzeżu Pola Mokotowskiego. Gości było mnóstwo.

– Pamięta Pani te rozmowy polityczne?
Anna Komorowska:
Rozmowy, wykłady, prelekcje, ustalenia redakcyjne. Mieszkaliśmy na 37 metrach, a razem z nami powielacze i kopioramki.

– Nie bała się Pani o dzieci?
Anna Komorowska:
Ten najbardziej intensywny okres działalności był wtedy, gdy dzieci jeszcze nie było. Pierwsze urodziło się dwa lata po ślubie. Jak już się pojawiły, ograniczaliśmy wizyty, tak by mogły chociaż trochę pospać.

– Ja mówię w kontekście tamtych czasów, esbecji itd.
Anna Komorowska:
Wiem, o co pani pyta, ale naprawdę można było sobie poradzić. Przecież większość opozycjonistów miała dzieci. Na pewno to nie było najłatwiejsze doświadczenie w naszym życiu rodzinnym. Ale czy tego żałuję? Absolutnie nie.

– A jak czyta Pani krytyczne artykuły i komentarze na temat męża, to szlag Panią trafia?
Anna Komorowska:
W niektórych sprawach trafia, a w niektórych, jak widzę, że to wyssane z palca, myślę, że czasami złe intencje zaciemniają ludziom możliwość obiektywnego spojrzenia.

– Ale czasami i Pani mąż ma wpadki. Na przykład kiedy dostał szalik od Donalda Tuska, stwierdził: „Widać, Donaldzie, że nie jesteś ani z Krakowa, ani z Poznania, ani ze Szkocji”.
Anna Komorowska:
Ale to jest żart. Można powiedzieć: lepszy, gorszy, ale trzeba mieć trochę poczucia humoru. Przecież te słowa nie były przeciwko ludziom wywodzącym się z Krakowa czy też z Poznania, w którym zresztą mąż spędził część życia. Nikt z naszych znajomych z Poznania czy Krakowa nie poczuł się urażony.

– Śmieszył Panią profesor Bartoszewski, który powiedział, że „woli człowieka, który ma pięcioro dzieci, od hodowcy zwierząt futerkowych”?
Anna Komorowska:
A czy wymienił jakieś nazwisko?

– Ale wiemy, kogo miał na myśli.
Anna Komorowska:
A ja nie wiem, nie pytałam pana profesora Bartoszewskiego.

– Powiedział w jednej z gazet, że chodziło mu o Jarosława Kaczyńskiego.
Anna Komorowska:
Aha, no to panu profesorowi wolno jest woleć. Żyjemy w wolnym kraju i może jedni wolą kanarki, drudzy papugi, trzeci hodują gołębie.

– Czy to nie jest dyskryminacja osób, które nie mają dzieci?
Anna Komorowska:
Ja to odebrałam jako chęć powiedzenia, że osoba, która żyje w dużej rodzinie, zdobywa pewne doświadczenia – tak zrozumiałam pana profesora – przydatne w kierowaniu państwem i innymi ludźmi.

– Czy jest Pani feministką?
Anna Komorowska:
Co to znaczy?

– Feministki to są kobiety, które walczą o równouprawnienie kobiet, o emancypację kobiet.
Anna Komorowska:
Jestem za równouprawnieniem, ale nie za walką, gdyż akurat w Polsce kobiety bez walki, ale w wyniku własnej aktywności na różnych polach, uzyskały szybciej pełnię praw obywatelskich od na przykład Francuzek czy Szwajcarek. Zawsze uważałam, że płeć nie determinuje, kto jest lepszy w jakichś zadaniach.

– Ale kobiety są dyskryminowane w Polsce. Są dyskryminowane ze względu na płeć, na przykład przy awansie, przy wynagrodzeniu.
Anna Komorowska:
Tak nie powinno być. Powinno się oceniać  kwalifikacje i efekty w pracy, a nie płeć.

– Czyli uważa Pani, że ta dyskusja na temat parytetów jest niepotrzebna i gdyby były parytety, to więcej kobiet i tak w parlamencie nie będzie?
Anna Komorowska:
Nie. Uważam, że to dyskusja na temat istoty. Ale liczę na poprawę polskiego parlamentu, bez przekonania, że parytet 50-procentowy jest najlepszy. Też chciałabym, żeby w parlamencie było więcej pań, ale pań dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji politycznych. Warto również dostrzec fakt, iż w klubie Platformy Obywatelskiej i bez ustawowych parytetów znalazło się relatywnie dużo kobiet. Jeszcze raz powtórzę: o kompetencjach nie decyduje płeć.

– Wysłałaby Pani kiedyś męża albo dziś syna na urlop tacierzyński?
Anna Komorowska:
Jestem za tym, żeby mężczyźni brali udział w wychowaniu dzieci, żeby byli bardziej związani uczuciowo z dziećmi. Ale też trudno mężczyzn do tego nakłaniać siłą czy ustawowo. Prawo powinno pozwalać i dawać ludziom wybór.

– Czy pięcioro dzieci pozwalało Pani być czynną zawodowo?
Anna Komorowska:
Pracowałam, mając już piątkę dzieci, przez sześć lat. Jednak uznałam, że chcę z tej pracy zrezygnować. Dla dzieci. Żeby być z nimi więcej czasu. Nigdy z tego powodu nie czułam się gorsza. Wiele czołowych polskich feministek uważa, że jeżeli kobieta nie pracuje zawodowo, jest drugiego gatunku. Nie przejmuję się tym. Dzieci dorosły, a ja wróciłam do pracy. Nauczyłam się nowego zawodu. Miałam satysfakcję, że się sprawdzam nie tylko w domowych pracach.

– Lubi Pani gotować?
Anna Komorowska:
Lubię.

– A co najbardziej?
Anna Komorowska: A różne rzeczy, chociażby dziczyznę (śmiech).

– Piec?
Anna Komorowska:
Kiedyś piekłam więcej.

– Córki lubią gotować?
Anna Komorowska:
Potrafią przede wszystkim. I synowie też potrafią.

– Czy opowiada się Pani za metodą in vitro?
Anna Komorowska:
Jako matka pięciorga chyba nie miałabym sumienia pozbawić kogoś radości, którą niesie macierzyństwo. Nie wiem, czy gdybym nie mogła mieć dzieci, nie skorzystałabym z metody in vitro.

– Jest Pani katoliczką?
Anna Komorowska:
Jestem.

– I jak słyszy Pani wypowiedzi księży, którzy mówią, że prawdziwy katolik musi się opowiedzieć przeciwko in vitro, prawdziwy katolik nie ma prawa przystąpić do komunii, jeżeli się zgadza na metodę in vitro, co Pani myśli?
Anna Komorowska:
To cieszę się, że nigdy nie stałam przed takim wyborem, że nie musiałam rozważać tych kwestii w praktyce życia rodzinnego. I chętnie powtórzę za prymasem Kowalczykiem, że potrzebny jest wzajemny szacunek i autonomia pomiędzy Kościołem i państwem. A państwo to przecież także system prawa.

– Czy są Państwo konserwatywną rodziną?
Anna Komorowska:
W pewnych sprawach tak. Na pewno nie jest to konserwatyzm XIX-wieczny. Nasze dzieci nigdy nie mówiły do nas po imieniu, ale zawsze mogły o wszystko spytać, wszystko skrytykować i wszystko wiedzieć. I choć przeżywały momenty buntu, z domu nie uciekały.

– Ale klapsa dostawały?
Anna Komorowska:
Nie będę ukrywała, czasami dostawały. Były chwile, że trudno było nad naszą piątką zapanować. Choć klaps to porażka wychowawcza, to mam nadzieję, że nie czuły się z tego powodu niekochane.

– Mają zmysł społecznikowski?
Anna Komorowska:
Silnie rozwinięty. Każde było w grupach rówieśniczych, w Przymierzu Rodzin lub w Klubie Inteligencji Katolickiej. Będąc uczestnikiem takiej grupy, podlega się procesowi wychowania przez starszą młodzież, taki rodzaj harcerstwa. A potem każde z nich przechodziło do kadry i też zajmowało się młodszymi dziećmi. To naprawdę kształtuje charakter, rozwija umiejętności funkcjonowania w większej grupie.

– W domu siadaliście wieczorami i czytaliście wspólnie?
Anna Komorowska:
Różnie to było... Proszę sobie wyobrazić piątkę dzieci... Położyć spać to całe towarzystwo...

– A jak Państwo dawali radę finansowo?
Anna Komorowska:
Kosztem dużych wyrzeczeń. Dom prowadziliśmy oszczędnie. Żyliśmy za tyle, ile mieliśmy, wakacje spędzaliśmy tak, jak mogliśmy, to znaczy skromnie. Mąż na szczęście zawsze miał pracę. Pracował nawet w tych najtrudniejszych czasach, kiedy o pracę dla opozycjonistów było trudno. Przez parę lat uczył historii w niższym seminarium duchownym w Niepokalanowie.

– Byłam na uroczystości, na której Władysław Bartoszewski wspominał młodego historyka Komorowskiego.
Anna Komorowska:
Razem siedzieli w internacie w Jaworzu.

– Jak Pani dawała sobie radę, gdy mąż był w internacie?
Anna Komorowska:
Nie powiem, że było lekko, łatwo i przyjemnie. Ale obecność dzieci wymusza dyscyplinę. Trzeba było rano wstać, pójść z nimi na spacer, dać im jeść. A gdy jechałam raz w miesiącu w odwiedziny do męża, zawsze ktoś życzliwy z rodziny czy przyjaciół zostawał z dziećmi. Miałam bardzo duże wsparcie.

– A teraz ci ludzie, którzy przed 1980 rokiem przychodzili do Państwa, są dalej przyjaciółmi?
Anna Komorowska:
Główny trzon naszych przyjaciół to są znajomości sprzed 1989 roku. Kiedyś było dużo więcej czasu i można było te przyjaźnie pielęgnować. Teraz staramy się przynajmniej raz albo dwa razy w roku spotkać z większym gronem, bo na indywidualne kontakty, niestety, brak czasu. A szkoda, bo to świetni ludzie.

– A czy pamięta Pani, że mąż był przeciwnikiem Okrągłego Stołu?
Anna Komorowska:
I ja też.

– Naprawdę?
Anna Komorowska:
Tak.

– Dlaczego?
Anna Komorowska:
Dlatego, że 20 lat temu człowiek był 20 lat młodszy i wydaje się, że mniej mądry. Żałuję, że nie poszłam na pierwsze wolne wybory i nie uczestniczyłam w tym święcie. A nie poszłam dlatego, że nie zgadzałam się na kompromis „Solidarności” z komunistyczną władzą. Myślałam wtedy: Albo wszystko, albo nic. Ale po 20 latach wiem, że nie było to mądre, bo życie, a szczególnie polityka, składa się z kompromisów. Ten z 4 czerwca 1989 roku był dla Polski zbawienny.

– A w ogóle lubi Pani politykę?
Anna Komorowska:
Bywa ciekawa, gdy jest prowadzona z klasą. Zbyt często jednak zawstydza.

– Czy Panią by drażniło, gdyby Marta Kaczyńska zaangażowała się w kampanię swojego stryja?
Anna Komorowska:
To jest decyzja pani Marty Kaczyńskiej i pana Jarosława Kaczyńskiego.

– Jak Pani ocenia prezydenturę Lecha Kaczyńskiego?
Anna Komorowska:
Powstała atmosfera, że w ogóle nie wolno o tym mówić lub można mówić tylko dobrze. Nie oceniam go jako człowieka, tylko jako prezydenta. Nie byłam zwolenniczką jego prezydentury, nie zmieniłam zdania w tej sprawie.

– A jak Pani oceniała Marię Kaczyńską jako Pierwszą Damę?
Anna Komorowska:
Myślę, że poradziła sobie bardzo dobrze. A początki miała trudne. Ilość złośliwości, z którymi się spotkała, była bardzo duża. Ale udźwignęła to.

– Czy trzeba mieć silny charakter, żeby wytrzymywać te złośliwości, które teraz i Pani dotyczą? Co Pani czuje, gdy widzi tabloidy ze swoimi zdjęciami?
Anna Komorowska:
Trzeba mieć dystans. Tyle. Są pewnie różne szkoły. Można czasami czytać bzdury na swój temat, można ich nie czytać. Można przeczytać i mieć refleksję, że jeżeli jest choć odrobinę racji w komentarzu, nawet najbardziej kąśliwym, należałoby spróbować coś zmienić. A może się tym nie przejmować? I tak nie mamy na to wpływu.

– A Pani jak robi?
Anna Komorowska:
Staram się tym bardzo nie przejmować.

– Którą z kobiet w rządzie Pani podziwia?
Anna Komorowska:
Ostatnio zaimponowała mi pani Ewa Kopacz. Bardzo. Po katastrofie pod Smoleńskiem wykazała się niezwykłą kompetencją, wrażliwością i pełnym zawodowstwem.

– A którego z premierów najlepiej Pani ocenia w ostatnim 20-leciu?
Anna Komorowska:
Mam wielki szacunek i sympatię dla premiera Tadeusza Mazowieckiego. W dniu, w którym miał słynne exposé, urodziłam piąte dziecko (uśmiecha się).

– Jakie atuty ma Pani mąż, których nie ma Jarosław Kaczyński albo których nie ma Andrzej Olechowski?
Anna Komorowska:
Pana Jarosława Kaczyńskiego znam tylko z ekranu. Nie wiem tylko, o którego pani pyta. O tego sprzed 10 kwietnia czy tego po 10 kwietnia?

– A Pani mąż jest człowiekiem ugodowym, spokojnym czy raptusem?
Anna Komorowska:
Kiedy trzeba, jest spokojny, ale kiedy trzeba, potrafi pokazać pazur. Jest człowiekiem pełnokrwistym, ale nie krwiożerczym, że nawiążę do tych zwierząt, od których zaczęła pani rozmowę.

– A mówi się o nim, że jest bez charyzmy.
Anna Komorowska:
Co to w ogóle znaczy: charyzma?

– Charyzma to jest coś takiego, co porywa tłumy, to jest coś takiego, co ma Jarosław Kaczyński, a czego nie ma Bronisław Komorowski.
Anna Komorowska:
Pani zdaniem?

– Zdaniem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, zdaniem Jadwigi Staniszkis.
Anna Komorowska:
To wszystko wyjaśnia, bo obie panie są zaangażowane w kampanię pana Jarosława Kaczyńskiego. A poza tym to są sprawy niemierzalne... Charyzma, gdybyśmy sięgnęły do słownika, z greckiego charis, to urok osobisty, wdzięk, miła powierzchowność. Ale tu już zahaczamy o gusty, o których, jak wiadomo, się nie dyskutuje. Jeżeli pani pyta, czy mój mąż ma cechy przywódcze, odpowiadam zdecydowanie: tak. Potwierdzić to mogą jego znajomi z liceum, z harcerstwa i z opozycji, jego współpracownicy z MON i z Sejmu. Kiedy
poznałam Bronisława, zobaczyłam, że człowiek, który przyszedł w zhierarchizowaną grupę w naszym szczepie harcerskim, natychmiast wyrobił sobie autorytet i mimo że formalnie żadnych funkcji nie pełnił, zyskał ogromny szacunek i pseudonim „Szef”. Zawsze potrafił wszystko zorganizować. Poza tym uważam, że ma dużą umiejętność gromadzenia zespołu wokół siebie, że ludzie do niego lgną. Ma w sobie jakiś magnes.

– Czyli nie bez osobowości i nie plastikowy?
Anna Komorowska:
Takie słowa to chyba nie o moim mężu? On plastikowym człowiekiem? Nie, absolutnie nie.

– Wielu osobom przeszkadzają wąsy Pani męża.
Anna Komorowska:
A dlaczego miałby ich nie mieć? Na świecie jest miejsce dla szczupłych, grubych, wysokich, niskich i wąsatych, brodatych.

– Ja się pytam tych, co się czepiają, bo dlaczego im nie przeszkadzają wąsy Andrzeja Olechowskiego?
Anna Komorowska:
Jeżeli chce się kogoś uderzyć, to i kij się znajdzie. Tylko po co to robić?

– Więc jeśli Pani mąż zostanie prezydentem, nie będzie to prezydentura pod żyrandolem?
Anna Komorowska:
Żyrandol i w domu mamy nie najgorszy (śmiech). Prezydentura to wielki zaszczyt, ale przede wszystkim możliwość zrobienia dobrych rzeczy dla ludzi, oboje tak o tym myślimy.

Rozmawiała Monika Olejnik
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Viola Lee
Makijaż Julita Jaskółka/ISADORA
Fryzury Sylwia Kiliś/Metaluna
Rekwizyty Basia Dereń-Marzec i Piotr Czaja
Produkcja Elżbieta Czaja
Współpraca Anna Wierzbicka

Przeładuj

Pierwsza scena filmu "Artyści przeciw nienawiści" zaczyna się od... przekleństw Dody! Artystka zdradza kulisy tej sytuacji

zobacz 00:49