Kasia Tusk
Robert Wolański
Dziewczyna z sąsiedztwa

Kasia Tusk: Po prostu Kasia

Kasia Tusk
Robert Wolański

O Boże, jak ja panią zobaczyłam, myślałam że pani to Kasia Tusk! Wie pani, córka premiera. Pani taka podobna!”.

Starsza pani wbiega do sopockiego butiku, w którym Kasia od półtora roku pracuje trzy razy w tygodniu. Wcześniej chwilę jej się przygląda przez szybę. Potem kręci głową z niedowierzaniem.

„Ten sam nos! Te włosy! No, można powiedzieć: Taka sama! Identyczna! Pewnie ciągle panią z nią mylą!”.

***

Och, jak to dobrze, że ludzie jednak rzadko ją rozpoznają. Może spokojnie iść sopockim Monciakiem. Zwyczajna dziewczyna. Szczuplutka, rozmiar 32, zgrabne nogi w rurkach, podkoszulek, przeciwsłoneczne okulary. Włosy niedbale spięte gumką, duża torba na ramieniu.

Czasem tylko ktoś się uśmiechnie. Skinie głową. Dłużej zatrzyma wzrok. Przeciwnik Platformy krzywo spojrzy. Czasem jakiś zaplątany w Trójmieście paparazzi zrobi zdjęcie, kiedy wychodzi od kosmetyczki. Potem czołówki brukowców krzyczą: „Córka premiera wydaje pieniądze na urodę!”. Dzwoni wtedy do taty. Ten mówi: „Nie przejmuj się! Plotka żyje jeden dzień”.

A zresztą jakie to ma znaczenie wobec wszechświata?

Przemyśli to potem. Rzeczywiście. O wiele ważniejsze są badania, które jako studentka psychologii w sopockiej Wyższej Szkole Psychologii robi na koniec roku w którymś z trójmiejskich liceów. Stresują się tym wszyscy na wydziale. Temat Kasi: „Różnice między płciami”. To ma wyjść w badaniach. Wychodzi, super, cieszą się jak z wyjątkowego prezentu. Po zdanych egzaminach studenci oddychają głęboko: No, wreszcie wolni! Trzeba uczcić zaliczony rok! Z indeksem biegnie do domu. Ulica Syrokomli w Sopocie jest spokojna. Kilkanaście domów, drzewa. Dom, w którym mieszkanie mają Tuskowie, niczym się nie wyróżnia. Beżowa elewacja, tylko tuje rosną wysoko i gęsto, zasłaniając wejście do budynku. I jeszcze jeden szczegół. Przed domem zawsze stoi radiowóz.

***

Kiedy zrozumiała, że jest nie Kasią, tylko Kasią Tusk?

Polityka w domu Tusków była za drzwiami tak długo, jak tylko się dało. Dopiero w trakcie kampanii prezydenckiej w 2005 tata podczas rozmowy, do której długo się zbierał, spytał: „Pomożecie?”. Mówił: „Jesteście moim największym atutem”. Dodał: „Jak odmówicie – zrozumiem”. Powiedzieli: „Tata, jeśli ma ci to w jakikolwiek sposób pomóc, jesteśmy z tobą. Pomagałeś nam jak mogłeś, jak możemy odmówić?”.

To chyba w tamtej chwili Kasia przestała być tylko Kasią. Została Kasią Tusk. Nierozerwalnie.

Donald Tusk mówił wtedy: „Proszę się nie dziwić, że się zastanawiam, czy kandydować. Bo co to oznacza dla moich dzieci? Raczej kłopot. Nie chcę, żeby przeze mnie były ustawione na wieki wieków”.

Dorastała ze świadomością, że tata jest politykiem. Przywykła, że ludzie na ulicy podchodzą, pytają, gadają o polityce. Zawsze mówili jej w domu, że tata zajmuje się „naprawianiem państwa”. Długo nie rozumiała. Pytała: „Dobrze, dobrze, ale co tak naprawdę robi? Możecie mi to w końcu wytłumaczyć?”.

Córka polityka łatwo nie ma. Kasia: „Nie, proszę, nie pisz tak, bo ktoś pomyśli, że się skarżę. A ja jestem dumna z taty, uważam, że to najlepszy człowiek na swoim miejscu”.
 
Ale kilka rzeczy, o których wolałaby zapomnieć, było.

„Wszystko masz w życiu, bo masz tatę premiera”. Słyszy to za uchem non stop. I wtedy, gdy świetnie pisze maturę, i kiedy dostaje się na kilka kierunków studiów jednocześnie. I wtedy, kiedy kelner jej pierwszej przyniesie kawę.

I jeszcze te gazety. Kasia: „Raz na dwa tygodnie, pomyślę, kurczę – znów ten »Super Express« się uaktywnił. Jest tyle ciekawszych osób i zdarzeń. Mogliby dać mi spokój”. A potem taka myśl: „Może któregoś dnia nikt już nie będzie polował na moje zdjęcia na plaży z chłopakiem. Będę wolna”.
 
***

Jeśli Donald Tusk za rok zostanie prezydentem, ulica Polanki w Gdańsku przejdzie do historii jako ta, przy której mieszkało dwóch polskich prezydentów. Hotel asystencki, gdzie przez kilka lat żyli Tuskowie, jest tuż obok wielkiego i okazałego domu Lecha Wałęsy.

Kasia Tusk: „Stare, skromne, czteropiętrowe akademiki. Z kimkolwiek nie jadę, pokazuję: »Patrz, tu mieszkałam, tu był hotel asystencki, trzeci blok od ulicy, przy karuzeli«. Im jestem starsza, tym budynki wydają się mniejsze i bardziej niepozorne. Gdy byłam mała, były gigantyczne”.

Jak jest się małym, wszystko wydaje się duże. Ale właśnie tam spędziła dzieciństwo. „Najpiękniejsze, jakie mogłam wymarzyć”, mówi.

Kilkanaście metrów. Dwa pokoiki. W jednym ona z pięć lat starszym bratem Michałem, w drugim sypialnia rodziców, pokój dzienny i kuchnia. Wszystko razem. Rozkładana kanapa, mnóstwo książek. Stary regał z książkami do dziś stoi w obecnym mieszkaniu Tusków. Kasia z mamą któregoś dnia oszlifowały go i przemalowały. Ale jest historyczny. Kuchnia to był palnik podłączany do kontaktu, taki jak bierze się w podróże. Kasia: „Było bardzo skromnie, ale nie miałam poczucia, żeby to miejsce było smutne. Było mnóstwo małych dzieci. Po długim korytarzu lataliśmy jak oszalali. Michał, najstarszy z piętra, zaganiał nas, byśmy bawili się w tramwaj. Pamiętam, jak uczyłam się robić balony z gumy do żucia i jak mnie któregoś dnia pogryzł pekińczyk na trzecim piętrze.

Najwcześniejsze wspomnienie. Rodzice kupili 60-metrowe mieszkanie, w starym budynku, w Sopocie. Kasia: „Miałam cztery latka. Tata położył mnie spać i powiedział, żebym zasnęła, bo teraz będą przewozić meble, a potem obudzę się już w nowym domu. Pokój, który miałam dzielić razem z bratem, a który był tak duży, jak całe nasze stare mieszkanie. I w tym pokoju stało okropne łóżko po poprzednich lokatorach. Krzyczałam do brata: »Michał, Michał, ja chcę spać od ściany!«”.

***

Kasia jest dziś rok starsza niż jej rodzice, gdy się pobrali. Mieli po 21 lat. Kasia: „Tata mówił, że nie mieli wyboru. Mieszkał w Gdańsku, mama w Gdyni, jeździł kolejką do niej wieczorami, wracał nocą, na piątą szedł dorabiać. Wiecznie niewyspany. Miał dość. A że czasy były takie, że nie wypadało młodym mieszkać bez ślubu, zapadła decyzja: trzeba się pobrać”. Kasia nie wyobraża sobie podobnego scenariusza. „Ja żoną? Dziś?”. Zastanawia się. „Za wcześnie”.

Nigdy się nie zbuntowała. Nie przekłuła nosa ani pępka. Papierosem się nie zaciągnęła, nie upiła, nie uciekła z domu na festiwal do Jarocina. „Grzeczne dziecko. Bezproblemowe”, mówili rodzice. I że limit cierpliwości do niej wyczerpali w dzieciństwie.

Gdy była malutka, tata przeklinał, że dużo płakała. Spała w koszu. Tata położył sobie kosz koło łóżka i opatentował machinę, która kijem bujała kosz. Ale i tak po kilku dniach spokoju wszystko wróciło do normy. Darła się wniebogłosy i trzeba było znów brać ją na ręce. Potem była cichym dzieckiem, zdominowanym przez brata. To Michał a to piwnicę podpalił, a to spadł ze schodów. Kasia siedziała cicho w szafie i go podglądała.

Mama, Małgorzata Tusk, zrezygnowała z pracy po urodzeniu Kasi. Kasia miała złamany staw biodrowy przy porodzie, przez pół roku leżała w szynach. Plastikowe szyny rozpierały nóżki. Na szczęście nie pamięta, czy bolało. Potem okazało się, że ma celiakię, nietolerancję na gluten. Gluten jest w produktach zbożowych: w ciastkach, chlebie. W tamtych czasach to był problem. Kasia: „Było ciężko. Nie można było mnie posłać do przedszkola, bo tam na śniadanie kanapki, a na obiad zupy zagęszczane mąką. Mama miała ze mną krzyż pański. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że ma nie jeść chleba czy ciastka?”.

Mama zawsze była w domu. Czekała z obiadem. Tata pięć dni w tygodniu w Warszawie. Więc mama miała ciężką rolę. Jest tą, co każe odrabiać lekcje. Mówi: „Tego nie można! Tego nie rób! Wyłącz telewizor!”. A tata wraca i zabiera do kina. A mama idzie na wywiadówkę i musi pokrzyczeć za dwóje z matmy.

Małgorzata Tusk wiele lat później mówi: „Mając 20 lat, nie można zaplanować życia i kariery. Jeśli kobieta zostaje matką, wszystkie plany biorą w łeb”.

I Kasia te słowa bierze sobie do serca.

***

Ludziom się wydaje, że córka premiera ma wszystko. Rozbija się po świecie i kupuje markowe torebki. Kasia: „Przecież wiesz, ile zarabia premier. To jest jawna informacja. Mama nie pracuje. We troje jesteśmy na utrzymaniu taty. To wystarczy na dobre i dostatnie życie, nie mogę narzekać, ale wiele rzeczy jest poza moim zasięgiem”.

Od kilku miesięcy sprzedaje ubrania w sopockim butiku przy Monte Cassino. Tak sobie ułożyła zajęcia na studiach, by móc dorabiać. Kiedy zimą jest mały ruch, czyta książki. Zarabia niewiele, ale i tak jedna trzecia musi być odłożona. Bo kto wie, może trzeba będzie zapłacić więcej za szkołę, wyjechać? Nie lubi prosić rodziców.

Cztery lata temu zatrudniła się w sopockiej klubosmażalni „Pirat”. Na ścianie wisiał telebim. Akurat były mistrzostwa świata w piłce nożnej. 80 mężczyzn i ona sama za barem. „Byłam kelnerką, barmanką, sprzątaczką od mycia toalet. Pracowałam po 12 godzin dziennie. Nieźle mnie to zaprawiło”.

Ale było na buty. I sukienkę.

Ubiera się w niedrogich sklepach. Jak coś znajdzie, musi przemyśleć. Nawet skarpet nie kupi, jeśli nie pójdzie do domu i nie przeanalizuje, czy to aby na pewno potrzebne. I czy nie za drogie?

Kiedy słyszy lub czyta, że się u nich w domu nie przelewało, myśli: „Nie rozumiem. Mam wrażenie, że całe życie miałam dokładnie to, czego potrzebuję. Jak byłam dzieckiem, ilość zabawek nie była dla mnie najważniejsza”. Czerwony hipopotam Hipeusz, którego dostała na Gwiazdkę przed laty, jest z nią do dziś. A w zasadzie był. Przywłaszczył go sobie sześciomiesięczny bratanek Mikołaj, syn Michała. Kiedyś dostała zieloną pozytywkę: Krokodeusza. I Krokodeusz do dziś żyje. I była taka kurtka... Puchowa. Czerwono-granatowa. Można ją było nosić na dwie strony. Donald Tusk przywiózł ją z Norwegii, gdzie na kilka miesięcy pojechał do pracy. Kasia i Michał nosili ją na zmianę przez następne 10 lat. Była ciepła i fajna. Zginęła gdzieś podczas porządków. Szkoda.

Kasia Tusk: „Rodzice nigdy nie przywiązywali wagi do pieniędzy. Tata dostaje pensję i oddaje mamie. Mama świetnie gospodaruje. Zdarza się, że tata ma 10 złotych w portfelu i nic więcej. I wcale mu to nie przeszkadza. Ja jestem taka sama”.

Może trudno sobie to wyobrazić, ale pieniądze, które zarobiła w „Tańcu z gwiazdami”, wciąż leżą na koncie. Nie ruszyła ani złotówki.

***

„Zaprzedałam swoje życie diabłu”. Kasia śmieje się z tego sformułowania, ale prawdy w nim trochę jest.

Jest taka scena w filmie „Adwokat diabła”. Gdy Keanu Reeves zgadza się na kolejny wywiad, w którym ma chwalić się, jakim jest wspaniałym adwokatem, diabeł, czyli Al Pacino, podchodzi do niego i mówi: „Próżność jest moim ulubionym grzechem”. Właśnie... Gdyby nie zgodziła się na występ w „Tańcu z gwiazdami”... Kasia: „...miałabym większy arsenał do walki z brukowcami”.

Ale nie żałuje. W psychologii jest taka zasada: Lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się czegoś nie zrobiło.

Styczeń 2007. Telefon. „Czy zatańczy pani w »Tańcu z gwiazdami«”?

„Ja?”, pyta z niedowierzaniem. „Nie, nie”. Ale potem się rozmyśla.

Jedzie więc do Warszawy i jeszcze w pociągu porządnicka w niej mówi: „Wyjeżdżam na cztery, pięć miesięcy. To jest przygoda. Nie chcę nic dalej. Nie ma żadnego »ale«. Wracam do Trójmiasta, do swojego życia, bo to ono ma prawdziwą wartość. Nie zostaję w show-biznesie. Tata powiedział: »Rób, jak uważasz. Ale ja uważam, że to będzie straszne«.

Potem jednak, kiedy w prasie pojawiają się zdjęcia Kasi z podniesioną w tańcu spódnicą, nie mówi: „Ostrzegałem”. Za to pociesza: „Daj spokój! To nieważne. Nie bądź beksą”.
Mama przed programem: „Uważaj na to, w co cię tam ubiorą, jak uczeszą. I bądź sobą”.

A Kasia ma szkołę życia. Mieszka najpierw z przyjaciółką, potem w hotelu poselskim z tatą. Zawrót głowy. Osiem godzin treningów, spotkania ze stylistką. Cała sobota w studio, cała niedziela – przygotowanie do programu, potem program. Gwiazdy. Oszołomienie. Na początku trochę samotność, potem coraz więcej przyjaźni. I coraz więcej zdjęć w brukowcach i głupich plotek.

Kasia Tusk: „Czy mnie to nie pociągnęło? Pociągnęło. Co tydzień jest taka adrenalina, jak przed maturą do kwadratu. A adrenalina to narkotyk. Jak się kończy, bardzo brakuje”.

Kiedy skończyła się kampania prezydencka, następnego dnia Kasia z mamą i bratem wrócili jak gdyby nigdy nic do Trójmiasta i życie toczyło się dalej. Tak samo było po „Tańcu z gwiazdami”. Ostatni program zakończył się o północy, a o dziewiątej rano w pociągu do domu Kasia przysypia nad podręcznikiem do biologii.

Więc przez parę tygodni po powrocie jest ciężko. Myśli: „Muszę się uczyć, a jeszcze tydzień temu miałam tyle wrażeń”. Tłumaczy sobie: „Jeśli ten świat mnie wciągnie, nie będzie dobrze. Nie jestem piosenkarką ani aktorką. Więc kim miałam być? Znana z tego, że znana? Udawać, że się spełniam? Przecież to nie dla mnie”.

***

Nie dla niej. Realistka. Przesadna. Poukładana. Przesadnie. Na spotkania przychodzi 15 minut przed czasem. „Nie jestem w stanie się w niczym zatracić”, mówi. Ciągłe planowanie w głowie. Wiwisekcja przeszłości. Niekiedy czarne sny o przyszłości. Czasem się boi, że wciągnie się w wyścig szczurów i nie ułoży sobie życia, albo wręcz przeciwnie: zakopie się w domu z dziećmi, stertą niepozmywanych naczyń i nie zrealizuje marzeń. Kasia: „Moja przyjaciółka spotkała joginkę, która poradziła jej: »Załóż na rękę gumkę recepturkę i jak tylko pomyślisz o przeszłości lub przyszłości, a nie o teraźniejszości, naciągnij ją z całej siły i wystrzel w nadgarstek. Za karę«. Powinnam tak zrobić”.

Im jest starsza, tym bardziej widzi, jak podobna jest do taty. Wcześniej oczy, usta, nos – cała mama. „A teraz z wiekiem”, śmieje się, „oczy stają mi się coraz bardziej wyłupiaste, jak tacie. Mamy w rodzinnym albumie na jednej stronie zdjęcie babci w wieku 20 lat i 20-letniego taty. Są identyczni. Patrzę teraz na siebie i porównuję. Jestem taka sama”.

Polityką interesuje się na tyle, na ile musi. Kasia: „Za dużo tej polityki na co dzień”. Słyszy czasem komentarze: „Premier kłamie. Zawiódł oczekiwania”. Przełącza na inny kanał. Już ma taki nawyk. Gdy słyszy muzyczkę rozpoczynającą „Fakty” czy „Wiadomości”, czy serwisy informacyjne w RMF czy Zetce, pilot w ręku albo guzik w radio. Kasia: „Słuchać po raz setny, że panowie z Kataru spóźniają się z zapłatą za Stocznię Gdynia? Mam dość. I tak się o tym dowiem, czy wpłacili, czy nie. Tak czy siak trafię na jakieś wiadomości”. Rzadko dyskutuje z ojcem o polityce. Kasia: „Ludzie myślą, że na co dzień rozmawiamy o strasznie ważnych i doniosłych sprawach. Przecież mama nie pyta taty: »Jakim jesteś premierem?«. Albo: »Jaki masz pomysł na naprawę państwa? Jaki masz pomysł na walkę z opozycją?«. Pyta: »Jak minął dzień?«”.

Więc o polityce tylko tyle, ile trzeba. Za to o wszystkim innym – chętnie. I ciągle jej mało. „Tato, szukam kontaktu”, mówi. „Wyłącz mecz!”. I jest herbata, słodycze, gadanie do trzeciej nad ranem. O miłości, wolności, metafizyce, o tym, czy lepiej żyć, czy umrzeć.

O sobie mówi: „córeczka tatusia”. Tata o Kasi: „Moja córka jest najpiękniejszą kobietą na świecie i nie zniosę w tej sprawie żadnej polemiki”. Kasia o tacie: „Najsilniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam. Jak nikt narażony na pokusy i jak nikt od tylu lat potrafi się temu oprzeć. Jest w tym miejscu, gdzie jest, bo go nie nęcą pieniądze, majątki, interesy czy władza dla samej władzy. Delikatny. Czasem nawet za bardzo”.

Nigdy nie dostała paskiem. Tata nie podniósł na nią ręki. Mówił: „Córka jest kwiatuszkiem i nie można jej dotknąć”. Kiedy jako nastolatka wymarzyła sobie szczura, choć mama załamywała ręce, czarny szczur Leoncjusz zamieszkał razem z Tuskami. Kiedy pokochała „Króla Lwa”, kilkakrotnie byli z tatą w kinie. I oboje płakali.

Kiedy zakochała się po raz pierwszy, tata tylko raz dał plamę. Miała 15 lat. Stała z chłopakiem pod domem, tata okno otworzył i krzyknął: „Kaśka, do domu”. Uszy miała czerwone ze wstydu. Potem było lepiej. Zaakceptował jej kolejne sympatie, dziś z chłopakiem Kasi, Staszkiem, studentem architektury, trzyma męską sztamę. Czasem się śmieje: „Musi cię kochać bezgranicznie, jak ja, skoro z tobą wytrzymuje”.

***

Jest taka scena w filmie „Prosta historia”. Główny bohater Alvin Straight opowiada, co zawsze powtarzał swoim dzieciom. „Weź do ręki jeden patyk i złam go. To łatwe. Ale weź kilka patyków, zwiąż sznurkiem i spróbuj złamać. Nie uda się”. Tak jest z ludźmi. Każdego można złamać, gdy jest sam. Ale gdy rodzina trzyma się razem, niestraszne zło i burze. Tuskowie trzymają się razem.

Przy kuchennym stole jest jak u wszystkich. Radość, strach, kłótnie, kryzysy i piękne chwile. Kasia: „Chciałabym stworzyć taką rodzinę, jak nasza. Tylko żeby mój mąż był częściej w domu niż tata”.
Teraz ma chrzest bojowy. W zasadzie mieszka sama. Mama razem z tatą w tygodniu jest w Warszawie, Michał z żoną i synkiem Mikołajem mieszka gdzie indziej. Dom jest na jej głowie. Ale i tak myśli: „Czy nie powinnam się wyprowadzić? Spróbować samodzielności? Może już czas?”.

Z drugiej strony szkoda opuszczać rodzinny dom. Ukochany pokój. Jest tylko jej dopiero od kilku lat. Zawsze dzieliła pokój z bratem. A potem, kiedy odszedł z domu, zamieniła się z rodzicami na pokoje i zamieszkała w ich dawnej sypialni. Niebieskie ściany, przemalowane meble, firanki zrobione z materiału, które mama kupiła jeszcze w kryzysie i latami trzymała pod łóżkiem. Na ścianie obraz Magdy Benedy, ukochanej malarki Tusków. Kobiety, anioły, koty na kanapie. A na łóżku ukochana kotka. I jak to wszystko zostawić?

Poza tym co wie o życiu 22-letnia kobieta? Już wie, że miłość nie jest dana raz na zawsze, że trzeba na nią pracować. Że o swoje potrzeby trzeba walczyć.

„Kim jestem?”. Czasem zadaje sobie to pytanie. I myśli. Kimś, kto szuka swojej drogi. Kto jednego dnia wie, co chce robić, a drugiego już niezbyt dokładnie. Miała milion pomysłów na siebie. Od archeologa, to po mamie, który siedziałby w Egipcie i szukał szczątków faraonów, przez recenzenta filmowego. Zawsze chciała pracować z dziećmi. Ale to wymaga cierpliwości. Czy ją w sobie odnajdzie? Tysiąc pytań. Jeszcze bez odpowiedzi.

***

„Słuchaj, mogę z tobą zrobić, co zechcę!”. Jakiś paparazzi wścieka się, gdy Kasia protestuje, jak ten robi jej zdjęcia w centrum handlowym. Wali pięścią w szybę pożyczonej od rodziców toyoty, którą Kasia przyjechała na zakupy. Krzyczy. Przeklina.

Sytuacja jest coraz bardziej nieprzyjemna. Jakoś udaje jej się uciec. Nigdy nie chodziła z ochroną. Mówi: „To nie Ameryka”. Poza tym nie wytrzymałaby tego. Kasia: „Lubię swoje życie. Za normalność”.
Trójmiasto za spokój. „Kiedy tata kandydował na prezydenta, byłam przerażona, że będę musiała przenieść się do Warszawy. I co zrobię bez plaży, bez Monciaka?”. Teraz w wakacje dwa miesiące spędziła na praktykach w warszawskim banku. Ale tęskniła za morzem.

Wstaje rano. Co drugi dzień biega przez godzinę. Słuchawki na uszach z ukochaną Sade. Dystans krótki. Na długie to tata biega. Raz z nim pobiegła, po 10 minutach wysiadka. Był rozczarowany. Więcej razem nie pobiegli. Każdy ma swój rytm. Trzy dni w tygodniu pracuje w tym sopockim butiku. Raz w tygodniu do kina albo filmy przed telewizorem, popcorn w mikrofali. Czasem wyjście z przyjaciółmi. Przyjaciół ma niewielu. Sprawdzonych od lat. W głowie ciągle jej brzęczą słowa z „Małego Księcia”, że nie ma sklepu z przyjaciółmi. Kasia już to wie. Na odległość wyczuwa, kto ją lubi za to, że jest Kasią, a kto za to, że jest Kasią Tusk.

Poza tym? „Nie ma w moim życiu niczego nadzwyczajnego, ale magicznych chwil nie brakuje”.

Jedną z nich było pierwsze spojrzenie na wyczekiwanego bratanka, Mikołaja. Inna magiczna chwila. Ze swoim chłopakiem Staszkiem polują w Internecie na bilety do Rzymu w tanich liniach lotniczych. Udaje się kupić bilety po 260 złotych w obie strony. Lecą w sobotę po południu. Całą noc, potem całą niedzielę i noc z niedzieli na poniedziałek włóczą się po Rzymie. Jedzą lody na Hiszpańskich Schodach. Pięć razy idą pod fontannę di Trevi, potem, wiadomo, Bazylika św. Piotra. Wracają w poniedziałek. Umęczeni, ale szczęśliwi. Kasia ciągle się uśmiecha, myśląc o tym wypadzie.

Największy sukces? „Pozostałam sobą. Nikt mi nie powiedział: »Ale się zmieniłaś, palma ci odbiła«. Jestem Kasia, a nie córka premiera. Żyję, jakby tego nie było. Czasem tylko tata w telewizji...  

I czasem strach: Boże, pozwól być mi na tyle mądrą, by nie zranić taty, nie rozczarować go, nie zawieść. Nie wybaczyłabym tego sobie. On mnie nigdy nie zawiódł”.

A jeśli Donald Tusk za rok zdecyduje się ponownie wystartować w wyborach prezydenckich? Kasia: „Kandydował i przeżyliśmy. Przegrał, przeżyliśmy. Będzie kandydował, przeżyjemy. Czy wygra, czy przegra – przeżyjemy. Co nas jeszcze może złamać? Poza tym, po co się zastanawiać nad tym teraz”. Kasia patrzy na mnie. „Gumka recepturka na nadgarstku. Pamiętasz? Myślmy o dzisiaj”.

Tekst: Katarzyna Przybyszewska
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Agnieszka Dębska
Makijaż Wilson/D’vision Art 
Fryzury Łukasz Pycior/D’vision Art
Produkcja sesji Elżbieta Czaja,
Współpraca Maciej Bieliński

Więcej na temat Kasia Tusk
Przeładuj

Występ 14-letniej Wiktorii poruszył jurorów "The Voice Kids"! To ona wyra show TVP?

zobacz 00:47