Kompletna zmiana wizerunku? Czy tego chciała naprawdę? – pyta Piotr Najsztub.

- Nie chce mi się wierzyć, że naprawdę przeżywała Pani werdykty w „Tańcu z gwiazdami”. Przecież to tylko rozrywka.

Werdykty zawsze budzą emocje. Choć akurat w moim przypadku nie były one aż tak skrajne i silne.

– Może te emocje są zastępcze, bo piosenkarski show-biznes jest w Polsce z emocji odarty, nie walczy się już o setki tysięcy płyt, milionowe nakłady, nagrody decydujące o całym życiu i karierze.
Muzyka bardziej niż taniec jest moim światem, ale prawdą jest też to, że nasz rynek muzyczny jest bardzo trudny. Artyści już nie walczą o setki tysięcy płyt, bo wiedzą, że choćby płyta była wybitna, w Polsce i tak masowo się nie sprzeda.

– Jesteście kiepscy czy to inny powód?
Po pierwsze każdy może za kilka złotych mieć nagrywarkę i większość ludzi już nie kupuje płyt, tylko je kopiuje. Można mówić, że okradamy się nawzajem, ale to jest taka kradzież w białych rękawiczkach. Więc z jednej strony cieszę się, że słuchają mojej płyty, z drugiej strony coraz bardziej mam świadomość, że ten zawód w każdej chwili może się skończyć, bo nie będzie za co nagrywać płyt, a przede wszystkim za co ich promować, bo to jest najdroższe.

– Więc Pani nie wie, ilu ludzi słucha jej muzyki.
Nie wiem. Więcej wiedzieliśmy, kiedy jeszcze był „stadion”, tam można było zobaczyć  płytę za 10 złotych „Justyna Steckova”, bo była drukowana na przykład w Czechosłowacji i ktoś mi tam zmienił nazwisko – ta sprzedaż była namacalna.

– Z taką biologiczną ciekawością patrzyłem na Panią, w emocjach czekającą na werdykt, czy przechodzicie do finału. Czy kiedykolwiek w sytuacji związanej ze śpiewaniem przeżywała Pani takie emocje?
Większe. W Opolu, w moim pierwszym konkursie. To było uczucie, które się nigdy już nie powtórzy. Chyba już żadna wygrana nie da mi takiego przypływu energii, wtedy byłam przez moment połączona z kosmosem, nagle otworzyły mi się wszystkie czakry i wydałam z siebie najwyższy możliwy w moim wykonaniu dźwięk.

 

Zobacz także: serotonina, czyli hormon szczęścia


– Rzeczywiście w TVN żadnego wysokiego dźwięku Pani z siebie nie wydała. Czy warto więc tańczyć?
Dotąd tańczyłam na scenie tak, jak czułam, ale nie uczyłam się tańca. Robiłam to przez ostatnie miesiące i wiem, że to jest bardzo ciężka praca. W muzyce nigdy nie harowałam tak, jak harowałam w tańcu. Zawsze miałam tam więcej luzu.

– Po co więc Pani to zrobiła?
Pomyślałam, że w tym momencie życia to dla mnie ważna rzecz.

– Bo?
Przede wszystkim lubię tańczyć.  Poza tym chciałam pokazać publiczności siebie inną. A tego nie jestem w stanie zrobić przez muzykę, bo muzyką się ludzie nie interesują aż tak bardzo, jak tym programem.

– Mogłaby Pani napisać książkę.
Nie umiem pisać książek.

– To żadna przeszkoda. A umie Pani tańczyć?
Na pewno lepiej, niż pisać. Poza tym od kiedy urodziłam pierwszego syna, prawie 7 lat temu, nie miałam ani chwili dla siebie, nic dla siebie nie zrobiłam. Po pracy wracam do domu, zajmuję się dziećmi, zwykłymi obowiązkami domowymi, choć oczywiście dzielimy się tymi obowiązkami z mężem, z mamą. Kiedy już to wszystko zrobię, biorę książkę do ręki i... zasypiam. Tak więc kulturalne zaległości nadrabiam w podróży.

– Miała Pani wrażenie, że tańczy dla siebie?
Bardzo. Przypomniałam sobie dzięki temu o swoim ciele, a warto, chociaż po to, żeby mieć pośladki na swoim miejscu najdłużej, jak się da.

– I wróciły?
Na razie są tam, gdzie być powinny.

– To skąd ten strach?
Czas mija i mnie nie omija (śmiech).

– A czego się Pani o swoim ciele dowiedziała podczas tanecznych ćwiczeń?
Że jest bardzo nieposłuszne, krnąbrne, ale cierpliwe i silne. Przez cztery miesiące żadnej kontuzji, mimo że Stefano rzuca mną o podłogę, nie zawsze pamiętając, że to boli (śmiech).

– Kiedy Pani tańczy, to nie śpiewa?
Śpiewa, bo bez muzyki smutno. Jesień to i tak bardzo słaby czas dla wokalistów, ciężej się oddycha, gorzej się wstaje z łóżka. A po godzinie tańca ma się już tyle energii w sobie, że wszystko wygląda inaczej, wypełniają mnie endorfiny.

– Endorfiny się pojawiają przy zakochaniu, a nie przy tańcu.
W tańcu też można się zakochać, powinien pan spróbować.

– Już jestem chyba na to za stary. A Pani nie bała się, że jest, przepraszam za brutalność, trochę za stara na taki maraton tańca?
Za stara?! W wieku 35 lat?! To jest mój najlepszy czas!

– Żyjemy w takim społeczeństwie, gdzie 35-latki, oczywiście nie w Pani zawodzie i nie z Pani popularnością, są już blisko granicy przechodzenia do – powiedziałbym – cienia.
W ogóle tak nie uważam. Czasy się bardzo zmieniły i dzisiaj docenia się to, że kobieta przeszła już jakąś drogę, stała się dojrzała dla samej siebie, zrozumiała, czym jest dla niej kobiecość, nazbierała mnóstwo doświadczeń przez te 35 lat, najczęściej ma już jakąś pozycję zawodową – lepszą, gorszą, ale ma. Już stoi na dwóch, swoich, nogach, często też już ma rodzinę, czyli to, co jest dla kobiety chyba najważniejszym z elementów jej funkcjonowania na świecie. To jest najpiękniejszy czas dla kobiety, to jest tak, jak zerwać dojrzałą brzoskwinię z drzewa.

– Zerwać dojrzałą brzoskwinię, czyli trochę czas ostatniego wyboru?
Dlaczego ostatniego, przecież życie dopiero się zaczyna!

– Ile Pani chce żyć?
Dopóki będę miała coś do zrobienia, ale nie ode mnie to zależy.  Dla mnie na pewno 30. urodziny były przełomem, czekałam na nie. Wiedziałam, że to będzie piękny dzień dla mnie, że od tego momentu zaczną się dla mnie dziać rzeczy zupełnie inne, lepsze, bardziej świadome i tak się stało.

–  Trwa?
Naprawdę. W wieku 28 lat wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, chciałam być młodą mamą, która ma siłę, energię i zdrowie. Miałam duże problemy z zajściem w ciążę, więc to było wielkie szczęście. Potem urodziłam drugie dziecko. Teraz mogę bardziej skupić się na pracy, bo stało się to, na czym zależało mi najbardziej. Chciałam mieć syna i mam. Nawet dwóch.

– Pani mówi jak własny pijarowiec, nie ma nic ciemnego w tym wszystkim.
Nie patrzę na to, czego mi się nie udało zrobić, tylko na to, co się udało. Za każdym razem, kiedy podchodzą do mnie w „Tańcu...” kamery, po tym, jak jesteśmy zagrożeni, filmują emocje...

– Ta cała zabawa...
Tak, i chcą wyciągnąć ode mnie smutek, wkurzenie. Mówią: „Zobacz, jak mało dostałaś esemesów”, to odpowiadam: „Ale ja już jestem w półfinałach, dlaczego na to nie patrzysz! A że dzisiaj dostałam mało esemesów? I tak jestem megaszczęśliwa, bo myślałam, że odpadnę już po tym odcinku, bo się nie cieszę popularnością, jakby to powiedzieć – ludzką”.  Myślę, że wiele osób zawsze doceniało moją pracę, talent do muzyki.

– Ale nie była Pani lubiana?
Miałam wrażenie, że jest jakaś ściana między mną a ludźmi, może przez to, że w telewizji wyglądam bardziej okazale, że wyostrzają mi się rysy twarzy.

– Ostra, jędzowata babka.
Jędzowata to chyba lekka przesada (śmiech). Tym bardziej, że taka nie jestem. A ten program nareszcie pokazał mnie prawdziwą. Po prostu ostatecznie nie miało znaczenia, czy ja wygram, czy Ania. Dla samej siebie wygrałam już wtedy, gdy zatańczyłam tango, a i ludzie jakby bardziej mnie pokochali.

– Teraz może się Pani uzależnić od tej miłości.
Już nie, za dużo przeszłam. Byłam na samym szczycie, byłam pośrodku, nie byłam jeszcze na dnie, to prawda, ale niektórzy już mówili, że się skończyłam. Pamiętam, jak mi Wojciech Mann dosolił w programie „Uwaga”, że się strasznie pogubiłam. Tak świetnie zaczęłam karierę „Dziewczyną Szamana”, a potem zaczęłam się rozmieniać na drobne, bo po pierwsze zagrałam w dwóch filmach, a po drugie wszystko już chyba zaśpiewałam, nawet piosenkę żydowską. Tak w ogóle to wszystko mogę zaśpiewać, a nie o to chodzi. Jak to usłyszałam, usiadłam i mówię: Boże drogi, czy ja dobrze słyszę?! Jeśli ktoś ma talent, żeby wykonywać różnorodnie stylistyczną muzykę, nie boi się eksperymentować i ponosić ryzyka, zamiast odcinać kupony, a oprócz tego jego piosenki można pośpiewać w radiu i jeszcze do tego dostaje główną rolę w filmie, to jest źle?

– Może w Polsce jest kult pewnej drogi artystycznej. Ewa Demarczyk jest tego najlepszym przykładem. Wielbimy ją, bo była konsekwentna, weszła w jakąś rolę i nigdy z niej nie wyszła. I to jest wzorzec. Rozumiem, że Pani, w przeciwieństwie do niej, chce skończyć karierę jako osoba szczęśliwa?
Nie jestem od tego, żeby oceniać innych. O sobie mogę powiedzieć tylko tyle, że faktycznie jestem szczęśliwa. Kariera nie jest sensem mojego życia, nie opieram się jedynie na niej. Wiem to od momentu, kiedy urodziłam syna. To brzmi jak z Harlequina, ale to tylko prawda.

– Ale kiedyś dzieci dorosną...
I...

– Nie będzie pustki?
A dlaczego? Będą miały swoje własne, mam nadzieję, udane życie, w którym będę obecna. Poza tym jestem pasjonatem i muzyka będzie mnie cieszyć bez względu na to, czy jestem popularna, czy nie. Chociaż trudno mi powiedzieć, jak długo będę pracować, bo to nie zależy od tego, jak śpiewam, ale od tego, czy starczy mi sił na to, żeby wciąż być interesującym artystą.

– A oprócz zachwycania chce Pani nam coś swoimi piosenkami opowiedzieć o świecie?
Przecież opowiadam. Zawsze dźwięki pojawiają się pierwsze.

– Czy to nie jest jakiś totalny błąd?
Błąd?

– Pytam.
Absolutnie nie. A co do każdego człowieka na świecie prędzej dotrze: słowo czy dźwięk? Od czego zaczął się świat? Od dźwięku, nie od słowa.

– Nie mamy pewności.
Kiedyś słuchałam piosenek Michaela Jacksona, nie znając jeszcze angielskiego. I to dla mnie nie miało znaczenia, po prostu mnie zachwycało, a przecież nie rozumiałam ani jednego słowa.

– Ale Bob Dylan najpierw pisał słowa, muzyka była potem.
Każdy robi, jak czuje. Ja zaczynam od dźwięku. Zawsze tak było. Czasem w ogóle nie słucham słów w piosenkach, bo są beznadziejne. Muzyka jest piękna sama w sobie.

– Tańcząc ze Stefano, łatwo oddzielała Pani sferę taneczno-sceniczną od ludzkiej, od relacji kobieta–mężczyzna? Przy tym rodzaju tańca, którego ekspresja musi pokazywać emocje prawie jak prawdziwe? Nie gubi się Pani w tym?
Zupełnie nie. To jakby spytać aktora, czy da się oddzielić film i scenę łóżkową od prawdziwej sypialni. Oczywiście dobrze jest lubić kogoś, z kim się tańczy, ale to w ogóle nie ma nic wspólnego z moją seksualnością.

– Na przykład to tango, które oglądałem w Pani wykonaniu w półfinale, na tyle wymuszało kontakt fizyczny między wami, że coś mogłoby się zadziać w Pani, niezależnie od jej intencji.
Mogłoby się dziać, ale się nie dzieje.

– Syn, przynajmniej ten starszy, oglądał?
Tak, i bardzo kibicował.

– I go to nie dziwi, że z jakimś facetem Pani tam wywijała?
Nie, bo widział, że nie przytulam się do niego tak, jak do taty, tylko tańczę jak inne pary. Trochę inaczej zareagował, kiedy obejrzał jeden z moich teledysków i zobaczył fragment, gdzie leżymy z Saszą Domogarowem w łóżku, jak zakochani. Wtedy mnie pytał: „Ale kto to jest ten pan, o co chodzi?” Tłumaczyłam, że to tylko teledysk. Myślę, że zrozumiał.

– Namawia Pani swojego męża, żeby się nauczył tak tańczyć, jak Stefano? To mogłoby coś dodać małżeństwu.
I tak lubię tańczyć z mężem. Nie musi być tak dobry, jak Stefano. Ma inne zalety...

– Często używa Pani słów „wspaniale”, „szczęście”, a czy czasem nie jest Pani cholerykiem?
Trochę jestem, ale nie pozwalam sobie, żeby puszczały mi nerwy. Szczególnie przy dzieciach i w pracy to jest kategorycznie zabronione. Ale ostatnio, podczas nauki tańca, moja cierpliwość została poddana wielkiej próbie.

– I co?
Po prostu ze Stefano wydzieraliśmy się na siebie. On krzyczał, że nic nie umiem, że to są kroki z pierwszej klasy, a ja nie umiem ich powtórzyć po trzech dniach. A ja się darłam, żeby na mnie nie krzyczał i żeby sobie przypomniał o tym, że jestem muzykiem. Na szczęście złość nam szybko mijała. Ale potem, kiedy wracałam wieczorem do domu i jeszcze musiałam ćwiczyć te kroki z przyjaciółką w nocy, kupowałam po drodze paczkę długopisów.

– Po co?
Muszę być w domu w miarę cicho, bo dzieci śpią na górze. Ani stukać, ani tupać, ani krzyczeć. Więc rzucałam długopisami w ścianę, jak mi coś nie szło, po prostu trzask, trzask. Lepiej w ten sposób wyrzucić z siebie złą energię. Jak byłam dzieckiem i nie mogłam czegoś wyćwiczyć na skrzypcach, rzucałam w ścianę tamburynem.

– Pani twarz jest zaprzeczeniem tej opowieści o braku codziennej złości. Ma Pani twarz mocną, wyrysowaną.
Cóż za miły komplement, godny faceta, który zna się na kobietach (śmiech). Ale to może przez te kości policzkowe? Jak pan myśli?

– Nie. Brwi, oczy, usta o tym decydują. A gdyby Pani zrobiła się na taką słodką lalę?
Podejrzewam, że nawet włosy blond by mi nie pomogły.

– Ma Pani jakąś domieszkę krwi nie-słowiańskiej?
W zasadzie nic o tym nie wiem, ale gdybym mogła „dolać” sobie jakiejś krwi, to byłaby to krew Indianki. Są śliczne, mają dumną urodę, proste, czarne, lśniące włosy. Indianie też mi się bardzo podobają.

– Kochała się pani w Winnetou z serialu wyprodukowanym w NRD?
Nie, kochałam się w Christopherze Lambercie, kiedy był Tarzanem. O, jaka to była miłość! W „Tarzanie” wyglądał pięknie, potem, w „Nieśmiertelnym”, w tych jasnych włosach, to już było nie to. Obie z siostrą byłyśmy w nim megazakochane.

– Taniec się już skończył. Co teraz? Pustka?
Tego się nie boję. Taniec jest dla mnie ważny, ale też czasem przytłaczało mnie poczucie winy, szczególnie kiedy wychodziłam ćwiczyć, a dziecko płakało: „Mama, nie idź!” To są straszne rzeczy. Zostaje z kochającą babcią, ale mam jakieś poczucie winy, że robię coś dla siebie, a zaniedbuję dziecko. Dlatego obiecałam sobie, że jak tylko skończy się program, rano wstanę, zabiorę dzieciaki i wyjedziemy choćby na trzy dni. Potem mamy długie święta dla siebie.

– Myśli Pani, że Polacy, którzy polubili Panią i pokochali w „Tańcu z gwiazdami”, przeniosą te uczucia na piosenkarkę Steczkowską? Bo do tej pory, jak słyszałem, najczęściej kochali się w Pani prezesi.
Jacy prezesi?

– Firm, dla których śpiewała Pani na okolicznościowych imprezach.
Dziwne stwierdzenie. Wszyscy artyści grają na imprezach. To taki sam koncert, jak każdy inny, tyle że nie biletowany. Poza tym to nie chodzi o to, że kochają mnie bardziej prezesi, bo po pierwsze nie można tego zmierzyć, a po drugie każdy prezes jest też człowiekiem...

– I mężczyzną oderwanym przemocą od biurka.
Zresztą co to znaczy w tym wypadku „kochają”? Nie wystarczy, że ktoś cię lubi, po prostu musisz dobrze wykonywać swoją pracę. To jest jak gadanie, że w tym zawodzie jest droga przez łóżko. Co za idiota to wymyślił?! Może tysiące różnych dziewczyn sypiało z różnymi prezesami...

– Z różnym skutkiem.
Pewnie z różnym. Nie mnie to oceniać. Ale od tego nie zaczęły dobrze śpiewać. A jeśli masz talent, nie musisz z nikim sypiać. I jeśli wykonujesz swoją pracę tak dobrze, że wszystkim czapki spadają z głów,  nie musisz robić nic więcej.

Rozmawiał Piotr Najsztub
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/PHOTO-SHOP.PL
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka Karolina Groszecka
Makijaż WILSON
Fryzury Łukasz Pycior/D’VISION
Produkcja Elżbieta Czaja

Więcej na temat Justyna Steczkowska