Nie można mieć wszystkiego – mogłaby brzmieć maksyma Alicji Bachledy-Curuś. W czasach „Pana Tadeusza” doświadczyła popularności, ale i zawiści. Wyjazd do Stanów Zjednoczonych okupiła stratą miłości. Ale dziś przyznaje, że było warto. Zagrała u boku słynnego hollywoodzkiego aktora Kevina Kline’a w filmie „Trade”, była jedną z gwiazd festiwalu w Cannes. Stało się to, na czym jej najbardziej zależało. Stoi u progu międzynarodowej kariery. I udowodniła, że zasłużyła na szczęście.

Spotykamy się w Warszawie, pomiędzy Los Angeles a Gdańskiem, między Krakowem a innymi przystankami w życiu Alicji Bachledy-Curuś. Od kilku lat jej życie to nieustanne podróże. Już jako kilkuletnie dziecko wygrywała festiwale piosenki i przeglądy dziecięcej twórczości. Potem odkryło ją kino.  Od razu trafiła pod skrzydła wybitnych reżyserów. Zaczynała od głośnej „Listy Schindlera” Stevena Spielberga, kilka lat później cały naród dyskutował, czy jest idealną Zosią w „Panu Tadeuszu”. Dziś Alicja ma 24 lata i prawie 18-letnie doświadczenie sceniczne. Mimo świetnego startu postanowiła rzucić wygodne życie i wyjechać do szkoły aktorskiej w Stanach Zjednoczonych. Efekty są już teraz – dostała doskonałe recenzje za rolę w amerykańskim filmie „Trade”, gdzie u boku Kevina Kline’a zagrała Weronikę, dziewczynę z Polski sprzedaną do domu publicznego. O tę rolę walczyła między innymi Milla Jovovich. Amerykańskie media piszą o niej „odkrycie”. Duża rola, świetne recenzje, ogromny sukces. Jak reaguje na to całe zamieszanie ona sama?
Nie ma w niej za grosz próżności, za to jest dużo spokoju. Poważniejsza od rówieśników, skromna, skupiona na rozmowie. Dystyngowana, ale ciepła.

„Mam starą duszę”
– Dlaczego jesteś taka dorosła?
Często słyszę, że mam starą duszę. Być może wiąże się to z moim doświadczeniem. Od dziecka chciałam być samodzielna, dążyłam do niezależności. Występowałam na scenie od szóstego roku życia. Jako mała dziewczynka zaczęłam grać w filmach, a z taką pracą wiąże się duża odpowiedzialność. Byłam otoczona starszymi aktorami i chciałam im dorównać.


– Wychowywano Cię na poważną dziewczynkę?
Nie, choć czułam nad sobą parasol ochronny rodziców. To oni kierowali moją nauką, wykształceniem. Stworzyli mi możliwość rozwoju, wozili na zajęcia, festiwale. Oczywiście zależało to także ode mnie – ja decydowałam, czy chcę występować, nagrywać płyty, wziąć udział w filmie. Duży wpływ na moje wychowanie miała babcia Alicja z Krakowa. Ma silną osobowość, a z jej opinią liczy się cała rodzina. Do dziś zwracamy się do niej w trzeciej osobie. Ona całym swoim życiem dała przykład olbrzymiej determinacji i siły. Wyjechała kiedyś do Ameryki i dała sobie tam radę, co więcej, pomagała wtedy całej rodzinie. Wie zatem, jak wygląda życie w Stanach, jak utrzymać się tam na powierzchni. Babcia szczególnie mnie rozumie – kiedy dzwoni do mnie do Los Angeles, pyta: „Czy jest ciężko, czy bardzo ciężko?”.


– Było ciężko czy bardzo ciężko?
Początek mojego pobytu tam kojarzy mi się z samotnością i zimą w Nowym Jorku. Miałam wtedy 19 lat. Potem przeniosłam się do filii szkoły aktorskiej do Los Angeles i wszystko zaczęło się odmieniać. Poznałam miłych ludzi, zdobyłam grono znajomych, no i świeciło słońce.


– Zanim wyjechałaś, grałaś w Niemczech, były różne propozycje z Europy. Nie wygodniej było zostać, zamiast rzucać wszystko i jechać w nieznane?
Być może zbyt wygodnie. Dlatego właśnie wyjechałam. Zawsze chciałam sprawdzić się w najtrudniejszych warunkach, stawiałam sobie wysoką poprzeczkę. Chciałam nauczyć się czegoś zupełnie nowego, poznać inną rzeczywistość.

Miłość kontra kariera
A najtrudniejsze czekało za oceanem. Przypadek sprawił, że Alicja była u przyjaciół w Nowym Jorku, gdy rozpoczęto przesłuchania do prestiżowego studia aktorskiego Lee Strasberga. Poszła na egzaminy prosto z ulicy i zdała. Miała szczęście, nie skierowano jej na doszkalające lekcje angielskiego, na których początkujący w Ameryce aktorzy pozbywają się akcentu. Mogła zaczynać od razu. Na błogosławieństwo rodziny mogła liczyć zawsze. Z tego od lat słynie rodzina Bachledów. To podhalańsko-krakowska familia, zawsze wspierająca i kochająca swoje dzieci, kuzynów i znajomych kuzynów. Alicja do dziś żyje w komitywie ze wszystkimi braćmi, siostrami, ciotkami, wujkami i dziadkami. Dziadkowie uwielbiają ją, tata trzyma za córkę kciuki, a mama opiekuje się jej karierą w Polsce.


Kiedy Alicja wymyśliła, że wyjeżdża do szkoły do Stanów, każdy, łącznie z Andrzejem Wajdą, popierał ten pomysł. Tylko jej pierwsza miłość, Piotr, nie chciał pogodzić się z myślą, że jego ukochana Alicja wyjeżdża za ocean. Dla niej było to zaledwie 10 godzin samolotem, dla niego – koniec świata.


To pierwsze rozstanie musiało wpłynąć na sposób, w jaki podchodzi do uczuć. Potrafi przyznać, że dziś jest dużo ostrożniejsza.


– Zostawiłaś Polskę, propozycje zawodowe, ale i uczucie...
Nie chciałam zostawiać żadnych uczuć, chciałam je zabrać ze sobą. Ale czasem nie są one wystarczająco mocne, by przetrwać próbę czasu i odległości. Uczucia powinny nas wspierać, pomagać w rozwoju, a nie podcinać skrzydła. Jeśli umiemy dać ukochanej osobie wolność, ona będzie chciała do nas wracać.


– W Twoim domu dużo mówiło się o miłości?
Mówiło się niewiele, ale ona była zawsze bardzo widoczna. Moi rodzice przeżyli ze sobą wiele lat, są świetną parą, więc mam naprawdę cudowny przykład dobrego związku. Rzadko nazywam swoje uczucia, słowa „kocham cię” wielokrotnie grzęzły mi w gardle.


– Chciałabyś przeżyć taką miłość, jak Twoi rodzice? Stałą, pewną, przyjacielską? A może bardziej kusi Cię taka szalona, jak w amerykańskich filmach?
Myślę, że każdy marzy o szalonej, absolutnej miłości. Ale wiem, że równie ważne jest wsparcie i codzienne życie, aby po kilkudziesięciu latach wciąż widzieć powód, aby ze sobą być. Prawdziwa miłość łączy w sobie wszelkie możliwe emocje. Kiedyś bałam się, czy mój dystans do świata nie sprawi, że zamienię się w Królową Śniegu. Dziś wiem, że to mi nie grozi, na wszystko przyjdzie czas. Taka dobra, pewna miłość jest niezwykle cenna, szczególnie w świecie artystycznym, gdzie wszystko może być ulotne, a prawdziwe wartości tak często wystawiane są na dużą próbę.


– Obawiasz się udawanych uczuć, fałszywych komplementów i pochlebców?
Nie szukam pochwał, staram się uodpornić na wszelkie komplementy. W pierwszych kontaktach z ludźmi jestem raczej ostrożna i zdystansowana. Usłyszałam przez to wielokrotnie, że przy pierwszym spotkaniu sprawiam wrażenie osoby mało towarzyskiej.


– Twoja ostrożność wynika z rozczarowań?
Nie, bardziej z potrzeby obserwacji. Może także z nieśmiałości? To akurat zależy od otaczających mnie ludzi. Być może podświadomie pojawiają się we mnie jakieś oczekiwania...


– Czego wymagasz od otaczających Cię ludzi?
Nie wymagam, ale szukam prawdziwości. Kiedy widzę, że ktoś udaje, nabieram do niego dystansu. Kiedyś myślałam, że Amerykanie są tacy nieprawdziwi i powierzchowni. Ale po latach tam spędzonych widzę, że to ich funkcja obronna. Zaakceptowałam ich pospieszne „I’m fine”, bo podobnie jak oni nie znajduję sensu w utrudnianiu sobie i innym życia ciągłym narzekaniem. Co więcej, widzę też, że Amerykanie są narodem, który potrafi szczerze cieszyć się z cudzych sukcesów.


– W przeciwieństwie do nas. A teraz wracasz do Polski z sukcesem.
Wcale nie czuję, że wyjechałam. To tutaj, w Krakowie, jest mój dom rodzinny. Staram się jak najczęściej tu bywać, przyjeżdżam mniej więcej co drugi miesiąc. Żyję na dwóch kontynentach. Już oswoiłam Amerykę. Dobrze się tam czuję. Nie wiem, jak potoczą się moje losy. Jeżeli będę pracować w Stanach, na pewno będę starała się stworzyć sobie tam wygodne „moje” miejsce. Ale jeszcze nie teraz. Dziś żyję na walizkach.

Właściwa droga
Do nieustających podróży przywykła. Przyszłości nie chce planować, przeszłość poukładała już sobie w głowie. Od czasów „Pana Tadeusza” minęło dziewięć lat. Prawie dekada i ogromna zmiana w życiu i sposobie myślenia. Alicja jest wciąż młodą kobietą, ale z bagażem poważnych doświadczeń. Jest dorosła. Wie już, jak smakują rozstania, tęsknota, samotność. Czym jest ludzka zawiść i krytykanctwo. Ale ma także świadomość, że warto było przeżyć to wszystko. Dziś już nikt nie wątpi w jej talent. Za oceanem gra w ważnych filmach, równocześnie studiując psychologię na Uniwersytecie Kalifornijskim. W Polsce nagrała płytę z piosenkami Władysława Szpilmana, zaśpiewała, u boku Briana Allana na płycie „Time” zespołu Why Not? (obie premiery jesienią), została ambasadorem kampanii „Chronię życie przed rakiem szyjki macicy”, dostaje propozycje filmowe od europejskich, a także rodzimych reżyserów. Z okazji jubileuszu Fundacji Jana Pawła II przyleciała pomiędzy zajęciami do Rzymu i zaśpiewała z polskimi artystami ulubione piosenki papieża. Mówi się o niej „zrównoważona”, „bezpretensjonalna”. Teraz doszło jeszcze jedno ważne określenie: „profesjonalna”.


– Udało Ci się. Tyle osób wyjeżdża do Stanów, ale akurat Tobie się udało... Dlaczego?
Myślę, że zbyt wcześnie na takie stwierdzenie. Tym bardziej, że pojechałam do Ameryki z zamiarem zdobycia nowych doświadczeń i wiedzy. Naprawdę nie rozpatrywałam mojego pobytu w Los Angeles pod kątem „uda się zagrać wielką rolę w Hollywood czy nie” (śmiech).


– Wierzysz w przypadki? Gdybyś nie pojechała do Niemiec, nie poznałabyś tamtejszych twórców, którzy namówili Cię na wyjazd za granicę, a potem pamiętali o Tobie w Ameryce. A o mały włos mogłabyś wtedy do Niemiec nie wyjechać...
Tak. Miałam naprawdę wiele szczęścia, bo wszystko zaczęło się od... matury. Wiedziałam, że jeżeli zdam na same piątki, będę zwolniona z egzaminów ustnych i tylko w takim przypadku znajdę czas na wyjazd do Niemiec. Miałam wtedy promocję filmu, w którym zagrałam. Przysiadłam zatem ostro do nauki, zaledwie   na dwa tygodnie przed egzaminami. Szczęśliwie trafiłam właściwe tematy i udało się. Zdałam na piątki, pojechałam do Niemiec i poznałam Marco Kreuz-paintnera. Zagrałam w jego niemieckim filmie. I to właśnie on, po latach, wyreżyserował swój amerykański debiut „Trade”, w którym wystąpiłam u boku Kevina Kline’a. Dziwny ciąg zdarzeń. A gdybym zawaliła wtedy maturę...?


– Twój brat pilnował Cię przed egzaminami? Był autorytetem?
Mam niezwykle ciekawą relację z bratem. On jest pilotem i lata po całym świecie. Jest też zodiakalnym Rakiem, a ja z Rakami mam bardzo bliską relację, ale wymagającą obecności. Dlatego kiedy widzimy się, jesteśmy sobie najbliżsi na świecie. Rozmawiamy o wszystkich ważnych dla nas sprawach: o życiu, przyjaźni, miłości, rozumiemy się bez słów. Ale kiedy ja jestem w Los Angeles, a on lata gdzieś między kontynentami, czasem potrafimy nie kontaktować się całymi tygodniami. Ale to niczego nie zmienia w naszej relacji.


– Czy Twój brat byłby pierwszą osobą, której przyznałabyś się, że pojawiła się miłość? Czy raczej zadzwoniłabyś do mamy?
Nikomu bym nie powiedziała! (Śmiech). Czasem przed samą sobą jest mi trudno przyznać się do czegoś naprawdę ważnego. Muszę do tego spokojnie dojrzeć i przekonać się, jak jest naprawdę, by używać tak dużych słów, jak miłość. Już wspomniałam, że niechętnie mówię o uczuciach, bo one są ulotne i łatwo je zapeszyć. Może jestem przesądna, ale myślę, że czasami lepiej pozwolić emocjom wybrzmieć w ciszy.


– Zaczynają się w Twoim życiu naprawdę wielkie sukcesy. Wybrałaś właściwą drogę. Nigdy nie bałaś się tego wyjazdu? Nie miałaś żadnych wątpliwości?
Czasami mnie dopadały. Zastanawiałam się, czy w tych ciągłych podróżach i intensywnej pracy czegoś nie tracę. Wszystko ma jednak swoją cenę i niejednokrotnie wiąże się z wyrzeczeniami. Antoine de Saint-Exupéry powiedział, że niczego, co warte jest posiadania, nie można zdobyć bez ryzyka. To jeden z moich ulubionych cytatów. Poza tym naprawdę wierzę, że na wszystko przyjdzie czas. I dziś za nic nie cofnęłabym go.

Rozmawiała: Agnieszka Prokopowicz
Zdjęcia Marek Straszewski
Stylizacja KAROLINA KICZKO
Makijaż GONIA WIELOCHA
Fryzury ROBERT KUPISZ
Produkcja sesji PAWEŁ WALICKI

Więcej na temat Alicja Bachleda-Curuś