– Nie żałujesz czasem, że zaczęłaś przygodę z show-biznesem?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nigdy niczego nie żałuję. Uważam, że po pierwsze, wszystko dzieje się po coś. Po drugie, że jak już, to lepiej żałować rzeczy, które się zrobiło, niż których się nie zrobiło. I po trzecie, że trzeba być wiernym sobie. Te wszystkie frazesy składają się na to, że jak już podejmuję jakąś decyzję, to w nią wierzę. Najwyraźniej w tym momencie życia była mi ona potrzebna. Nawet jeśli tylko do tego, żebym poznała swoje miejsce w szeregu. Decyzja o wzięciu udziału w „Tańcu z gwiazdami” wywróciła moje życie do góry nogami. Od tamtego czasu niejednokrotnie dostałam po tyłku, ale muszę przyznać, że ostatnie trzy lata bardzo dużo mnie nauczyły. Mam na myśli zarówno różnej natury doświadczenia z mediami, jak i wszystko, czego dowiedziałam się o sobie i świecie, który mnie otacza. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że trzeba ufać swoim instynktom.

– Intuicji też?
Aleksandra Kwaśniewska:
Owszem. Ja intuicji ufałam częściej niż rozumowi. I muszę przyznać, że słusznie, bo zawodziła mnie rzadziej niż rozum (śmiech). Wszystko to, co wydarzyło się w moim życiu przez ostatnie trzy lata, a był to dość ekscytujący czas, zaczęło się od jednej decyzji, która w tamtym momencie wydawała się raczej bez znaczenia. Otóż kiedy kończyła się druga kadencja taty na urzędzie prezydenta, dziennikarze rzucili się na mnie z propozycjami wywiadów. Przypuszczam, że uznali, że to ostatni moment, zanim słuch o mnie zaginie. Tradycyjnie odmawiałam, ale po którymś telefonie pomyślałam, że dla świętego spokoju udzielę jednego wywiadu, gdzie odpowiem na te wszystkie pytania o życiu w pałacu, których notabene nie znosiłam, i będę miała święty spokój. Postanowiłam przyjąć propozycję wystąpienia w „Mieście kobiet” w TVN Style. Lubiłam ten program i odpowiadała mi jego spokojna konwencja, bez żadnego showmaństwa. Tak się złożyło, że w pewnym momencie zaczęłyśmy rozmawiać o mojej miłości do tańca, a przed telewizorem siedziała producentka „Tańca z gwiazdami”, która jakiś tydzień później zadzwoniła z propozycją. Resztę znasz. Nie wiem, jak wyglądałoby teraz moje życie, gdybym wtedy nie poszła do „Miasta kobiet”.

– Nadal oglądasz „Taniec...”?
Aleksandra Kwaśniewska:
Tak. Mam ogromny sentyment do tego programu.

– Kiedy sama w nim występowałaś, Twoje życie nabrało tempa. Żałujesz, że to już za Tobą?
Aleksandra Kwaśniewska:
Zupełnie nie. Ten program to był ogromny wysiłek I taki sam stres. Ciągle słysząc dżingiel „Tańca...”, dostaję gęsiej skórki. Jestem jednak pewna, że teraz zatańczyłabym o wiele lepiej niż wtedy.

– Dlaczego?
Aleksandra Kwaśniewska:
Wtedy potwornie się wstydziłam. Głupio mi było wdzięczyć się do kamery, nie mówiąc o seksownym wiciu się. Nie miałam absolutnie żadnego obycia z kamerą, a trafiłam od razu do najbardziej stresogennego show w telewizji, z ogromną oglądalnością. Wszyscy mi się przyglądali z uwagą i często jeszcze większą złośliwością. Do tego byłam te trzy lata młodsza i bardziej czułam się dziewczyną niż kobietą. Teraz to się powoli zmienia.

– Twoje występy w „Tańcu...” już za Tobą. Skończyła się także Twoja praca w „Dzień dobry TVN”. Nie skończyła się za to Twoja obecność w codziennych gazetach i na portalach internetowych, które nie pozostawiają na Tobie suchej nitki. Teraz piszą, że podobno już się zupełnie skończyłaś?
Aleksandra Kwaśniewska:
Podobno. Widzisz, ja niespecjalnie orientuję się, co piszą, bo za radą mojego kolegi z tak zwanej branży przestałam zaglądać do brukowców i na portale. Parę dni temu w ciągu kilku godzin zadzwoniło do mnie dziesięciu dziennikarzy z pytaniem, co ja na to, że się kończę. Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło. Od kilku miesięcy pracuję w radiu i jak na razie nikt mnie stamtąd nie wyrzuca, do połowy listopada można mnie oglądać w jednym z programów telewizyjnych, realizuję różne moje pomniejsze plany, nigdzie się publicznie nie upodliłam, od roku nie zrobiłam nic, co mogłoby się choćby otrzeć o miano skandalu. I nagle okazuje się, że za sprawą inwencji twórczej jednego dziennikarza dzień końca mojej tak zwanej kariery wypada właśnie dziś, a ja mam się do tego ustosunkować.

– Nie spodziewałaś się tego?
Aleksandra Kwaśniewska:
Po dziennikarzach spodziewam się już absolutnie wszystkiego. Prawdziwym sukcesem jest dla mnie to, że coraz mniej mnie te ich rewelacje obchodzą. Polemika na tak niskim poziomie nie ma najmniejszego sensu. I jest mi z tym świetnie.

– Można żyć bez własnego programu w telewizji?
Aleksandra Kwaśniewska:
Wyobraź sobie, że tak i że takie życie nie musi być bezwartościowe (śmiech). Telewizja pojawiła się w moim życiu nagle i bardziej pełniła rolę przygody niż ścieżki kariery. Przyznaję, że jest w niej coś ekscytującego, co mnie przyciąga, ale potrafię sobie wyobrazić siebie idealnie szczęśliwą z dala od kamer. Odziedziczyłam po mamie cudowną cechę odnajdywania się w bardzo różnych sytuacjach. Jakbym nie trafiła do telewizji, znalazłabym sobie równie interesujące zajęcie.

– Jesteś dyplomowaną panią psycholog. Myślisz, że pracowałabyś w zawodzie?
Aleksandra Kwaśniewska:
Przypuszczalnie tak, ale ze mną nigdy nic do końca nie wiadomo. Interesują mnie różne rzeczy i od czasu do czasu postanawiam podjąć wyzwanie.

– Tak postąpiłaś wtedy, kiedy okazało się, że TVN już Cię nie chce?
Aleksandra Kwaśniewska:
A jak? Mniej więcej po miesiącu od mojego jakże szokującego wystąpienia w „Dzień dobry TVN”, kiedy teoretycznie nie było jeszcze żadnej decyzji ze strony TVN, zorientowałam się, że mój telefon już raczej nie zadzwoni. Usiadłam, pogodziłam się z tym i zastanowiłam nad rzeczami, które zawsze chciałam zrobić, ale brakowało mi czasu bądź śmiałości. Tak doszłam do projektowania wnętrz, które marzyło mi się od dzieciństwa, ale zawsze bałam się technicznego aspektu studiowania architektury. Połączenie matematyki z fizyką wydawało mi się cokolwiek drapieżne. Co innego kurs projektowania wnętrz na ASP. Ten postanowiłam skończyć i tak uczyniłam. Chociażby z tego powodu nie mogę uznać tego roku za stracony. Przykro mi (śmiech). Zresztą w międzyczasie dostałam propozycję prowadzenia lifestylowej audycji w radiu Planeta, czyli dawnej Radiostacji, co też jest dla mnie ciekawym doświadczeniem. „Ranking gwiazd”, którym rzekomo chciałam wrócić do telewizji, był dla mnie wesołym przerywnikiem, a nie nadzieją na przyszłość.

– Lubisz ten program?
Aleksandra Kwaśniewska:
Zaciekawił mnie. Spodobał mi się pomysł zderzenia 10 znanych kobiet z męskimi opiniami na ich temat. Zastanawiałam się, czy mam słuszne podejrzenia co do tego, jak jesteśmy postrzegane.

– I co powiedzieli?
Aleksandra Kwaśniewska:
Jestem dla nich przemądrzałą kujonicą, ledwie odstawioną od matczynego cyca (śmiech). Naprawdę. Niespecjalnie mnie to zdziwiło. Na opinię cnotki sama sobie w dużej mierze zapracowałam, bo często mówiłam, że nie sprawiałam rodzicom kłopotów wychowawczych, nie buntowałam się, byłam grzeczna. Uczyłam się faktycznie dobrze. Mądralińska trochę jestem. Reszta to dość absurdalne skojarzenia będące efektem myślenia na skróty. Dosyć zaskakująca jest kwestia mojego wieku, bo okazuje się, że ludzie mają mnie za dzieciaka, a ja zaraz kończę 28 lat, czyli jakby nie było dobijam trzydziestki.

– O wszystkim opowiadasz ze śmiechem, jakby na niczym Ci za bardzo nie zależało. Czy Ty masz jakiś cel, do którego dążysz?
Aleksandra Kwaśniewska:
Niesprecyzowany. Mam kilka koszmarnych cech – brak mi determinacji, szybko się nudzę, bywam adecyzyjna. To składa się na naturę multizadaniowca, co oznacza, że lubię i potrzebuję robić kilka rzeczy naraz. Równocześnie każde z tych zadań będę wykonywała najlepiej jak potrafię, z dużym nakładem ambicji. Jest to problematyczne zjawisko, które zaczęło się u mnie już w dzieciństwie. Byłam tak zwanym dzieckiem wielu talentów, czego efektem jest to, że koniec końców nie ma się żadnego. Ja zawsze ładnie śpiewałam, tańczyłam, rysowałam, recytowałam wierszyki, grałam na pianinie. Miałam piątki z polskiego,  matematyki, wuefu i języków obcych. Niby fajnie, ale jak przychodzi co do czego, nie masz bladego pojęcia, na co się zdecydować, w którym kierunku się rozwijać. No bo jak tu wybrać, skoro wszystko wychodzi ci w równym stopniu? Zawsze zazdrościłam osobom wybitnym. Nie tyle talentu, co tego, że nie mieli problemu z podjęciem decyzji o wyborze życiowej drogi. Ja nigdy nie wiedziałam, na co się zdecydować, i tak mi zostało. Nawet książki czytam cztery naraz, w zależności od nastroju. 

– To co z Tobą będzie, Ola?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie wiem. Chyba już naprawdę jest po mnie (śmiech). ň propos marzeń z dzieciństwa. Ostatnio znalazłam reportaż o jakimś dalekim kraju. Pod tekstem było zdjęcie autora materiału z podpisem: podróżnik i fotograf. Te dwa słowa przeszyły mi głowę, bo ja najbardziej na świecie chciałabym być podróżnikiem i fotografem. Niestety, jestem również za pan brat z takimi  terminami, jak wiek rozrodczy, rodzina i odpowiedzialność. I tu pojawia się sprzeczność i konieczność wyboru, którą na tę chwilę wygrywa wizja przyszłej rodziny. Co innego, jakbym urodziła się mężczyzną. Już bym pewnie siedziała na walizkach.

– A dlaczego niby kobiety nie mogą być podróżniczkami?
Aleksandra Kwaśniewska:
W moim przypadku kobiecość przekłada się na rozwinięty instynkt stadny, który kłóci się z pasją podróżowania.

– Podróżnicy nie mogą mieć rodziny?
Aleksandra Kwaśniewska:
Trudno mi jest wyobrazić sobie kobietę, która zostawia męża i dzieci i jedzie w poczuciu absolutnego szczęścia fotografować psy dingo. Mężczyznom rozstania z rodziną przychodzą jakby łatwiej. Przede wszystkim mężczyźni mają tę przewagę, że mogą sobie najpierw popodróżować, a potem z powodzeniem zakładać rodzinę. 45-letni podróżnik jest bardzo atrakcyjnym obiektem. 45-letnia podróżniczka nie ma tak łatwo. Przypuszczalnie przegapiłaby swoją szansę na powicie potomka. Ja bym sobie tego nie darowała. Wierzę, że to dziecko jest warunkiem poczucia spełnienia w życiu.

– I teraz jest dla Ciebie najważniejsze?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie planuję mieć dziecka pojutrze, ale zważywszy na mój wiek, to pewnie jestem bliżej tego momentu niż dalej. Tak czy siak, w życiu prywatnym jestem dużo bardziej ukierunkowana niż w zawodowym.

– Dwa miesiące temu prasa rozpisywała się, że jesteś zaręczona. Czytałaś?
Aleksandra Kwaśniewska:
(Śmiech). Przyłapano mnie z pierścionkiem na palcu i rozdzwoniły się telefony. Uznałam, że krótkie potwierdzenie będzie w tym wypadku lepsze od niedomówień.

– I jak się czujesz jako narzeczona?
Aleksandra Kwaśniewska:
Niczego sobie.

– No widzisz, tu prasa pisze, że się skończyłaś, a Ty może się właśnie zaczęłaś?
Aleksandra Kwaśniewska:
(Śmiech). Ani się nie skończyłam, ani nie zaczęłam. Ja sobie jestem i warunkiem tego bycia nie jest regularne pojawianie się w telewizji.

– Czyli niedługo ślub?
Aleksandra Kwaśniewska:
Może...

– W każdym razie coraz bliżej już do spełnienia Twojego największego marzenia. Pamiętasz, kiedyś opowiedziałaś mi o swojej wizji szczęścia: pokój z kominkiem, wielopokoleniowa rodzina, kubki z kakao w dłoniach i psy śpiące w nogach. To nadal aktualne?
Aleksandra Kwaśniewska:
To koszmarnie infantylne, ale jednak aktualne. Chociaż raz okazało się, że jestem konsekwentna! (Śmiech).

Rozmawiała Iza Bartosz
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz /AF PHOTO
Produkcja sesji Anna Wierzbicka
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka Stylistki Agnieszka Dębska
Makijaż Agnieszka Chełmońska
Asystentka Makijażystki Magda Kossakowska
Fryzury Christian Lange dla Jaga Hupało&Thomas Wolff na produktach J&T Hair System
Fryzury okładka Piotr Wasiński
Scenografia Piotr Czaja

Więcej na temat Aleksandra Kwaśniewska