1 sierpnia, dokładnie o 22:10, w ramówce TVP1 znów pojawi się „Miasto 44” Jana Komasy. To jedna z tych produkcji, które nie próbują przypodobać się widzowi ładnym obrazkiem i prostą puentą. Zamiast patosu dostajemy emocje i tempo, które wciąga od pierwszych minut prosto w środek Powstania Warszawskiego. To nie gloryfikacja wojny, a dramatyczny portret straconego pokolenia.

WIDEO

player placeholder

TVP pokaże „Miasto 44” Jana Komasy. Tragiczna historia młodych Polaków

Stefan, grany przez Józefa Pawłowskiego, nie jest papierowym herosem. To zwyczajny chłopak żyjący w realiach niemieckiej okupacji: mieszka z mamą i młodszym bratem, pracuje i próbuje trzymać się życia, które i tak co chwila się rozpada. Kiedy jego przyjaciele wstępują do Armii Krajowej, on też podejmuje decyzję, po której nie ma już powrotu.

Obok niego są dwie bardzo różne postacie: Kama (Anna Próchniak) - odważna, twarda, skupiona na działaniu, oraz Biedronka (Zofia Wichłacz) - delikatna, z poranioną duszą. W tej historii uczucia nie są ozdobą ani oddechem między scenami walki. One po prostu dzieją się obok tragedii, a czasem w samym jej centrum. Relacja Stefana i Biedronki jest jednym z najmocniejszych punktów filmu, a jednocześnie tłem dla napięcia, które narasta także między bohaterami.

Zobacz także:

„Miasto 44” Jana Komasy było jedną z głośniejszych premier ostatnich lat

„Miasto 44” jest opowiedziane tak, jakby nie było bezpiecznej widowni. Film rezygnuje z dystansu: kamera wchodzi między bohaterów, a widz ma poczuć strach, bezsilność i chaos tamtych dni. Młodzi ludzie wierzą, że powstanie potrwa kilka dni, może tydzień. Część z nich ma po kilkanaście lat i niektórzy pierwszy raz trzymają broń w dłoni. Ta naiwna nadzieja bardzo szybko zderza się z rzeczywistością, w której każdy kolejny krok kosztuje coraz więcej.

W filmie pojawiają się sceny, które zapadają w pamięć właśnie dlatego, że nie są „ładną rekonstrukcją”: zdobywanie budynku PAST-y, bombardowanie Mokotowa, przejścia kanałami. Komasa korzysta z dynamicznej kamery, nowoczesnych efektów i muzyki elektronicznej, by oddać tempo i napięcie. To nie jest estetyzowanie wojny, tylko sposób na pokazanie, jak brutalnie intensywne były te doświadczenia dla ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej myśleli o randkach i zwykłych planach.

W „Mieście 44” uczucia nie mają komfortu spokojnych deklaracji. Kama jest zakochana w Stefanie, ale tego nie wypowiada. Nie dlatego, że to romantyczna gra, tylko dlatego, że w tej rzeczywistości brakuje czasu i języka na rzeczy, które w normalnym życiu wydają się oczywiste.

Są też momenty, które zostają w głowie na długo, bo pokazują, jak wojna wchodzi pod skórę i odbiera kontrolę. Jedna z takich scen dotyczy Biedronki - w chwili skrajnego przeciążenia emocjami i doświadczeniem traci nad sobą panowanie. Tu nie ma miejsca na czystość, niewinność i proste podziały. Jest tylko cena, jaką płacą bohaterowie.

Zobacz także: