materiały prasowe
Tylko u nas

Zofia Merle: "Jak ktoś się ze mnie zaśmieje, będę szczęśliwa"

Stanisław Tym nieraz już wyznał jej miłość. Ona też go uwielbia, choć przed laty, gdy była w ciąży, tak ją rozśmieszył, że omal nie skończyło się to przedwczesnym porodem. Ostatnio razem pracowali nad „Rysiem”. I znów wyła ze śmiechu.

Co Cię łączy ze Stanisławem Tymem?     
Jak to co? Przyjaźń!   

– Tym twierdzi, że to miłość.   
Przecież jedno nie wyklucza drugiego. Mówię w swoim imieniu, Stachu! I ta przyjaźń zejdzie z nami z tego świata. A trwa już przeszło 40 lat. Możemy zadzwonić do siebie o trzeciej nad ranem i powiedzieć: przyjedź, pojedź, załatw, zrób. I nie ma w tym żadnego zdziwienia.

– Często razem pracujecie.
Czuję się wyróżniona, że mogę zagrać w tym, co Tym napisał. Mówię o jego sztukach, skeczach kabaretowych, programach. Pamiętam, jak obsadzał mnie w sztuce „Mississippi”. Usłyszałam: „Bufetową zagra Merle, bo ona się najlepiej na bufet nadaje”. I wykrakał, bo potem różne bufetowe grałam.

– Jak Wam się udał „Ryś”?
Staszek miał trudne zadanie. Reżyserował, napisał scenariusz i jeszcze grał główną rolę. Strasznie ciężka praca. Rozliczać Staśka z tego będzie można, gdy film się ukaże. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie ze scenariuszem. Czytałam go w hotelu we Wrocławiu. Byłam sama w bardzo cichym pokoju. I wyłam ze śmiechu. Pomyślałam: „Matko Boska, sama śmieję się do rozpuku, muszę się uspokoić. Co też sobie ludzie obok pomyślą”. Jak się śmieją dwie, trzy osoby, to wiadomo, jest balanga. A sama baba? Wiadomo, wariatka. Moje modły do Boga polegały na tym, żeby to, co napisał, przeniosło się na obraz filmowy. Potem widziałam materiał w rozsypce, z brudami i wiele rzeczy mi się podobało. Powinno się podobać i innym.

– Ty, Zosiu, jesteś śmieszka. A Staszek rozśmieszał Cię często.
Pamiętam, byłam w ciąży. Mój Janek odbył ze Stasiem poważną rozmowę, że ja w takim stanie nie powinnam się często śmiać. I może by tak do rozwiązania ukrócić spotkania i kontakty. Parę dni później Stasio mnie odwiedził, usiedliśmy do brydżyka. Staś powiedział coś nieodparcie śmiesznego. Śmiałam się do łez. Po wyjściu gości siadłam w fotelu i przypomniałam sobie, co Stasio mówił. I dostałam ataku śmiechu. Jasio zadzwonił do Staszka i powiedział: „Słyszysz, Staszku, ona się jeszcze śmieje”. Jak on to powiedział, to myślałam, że trzeba będzie pogotowie wzywać, bo będę rodzić ze śmiechu.

– Wszyscy mówią, że pięknie zagrałaś panią Wafel w „Rysiu”.
Daj Boże. Jak ktoś się ze mnie zaśmieje, będę szczęśliwa. Przecież włożyłam w tę rolę dużo pracy. Musiałam się nawet nauczyć mówić i śpiewać po chińsku. Pamiętam takie dni, kiedy mnie mozolnie reżyserował, a ja to uwielbiam. Jestem aktorką, która stara się mieć własne pomysły, ale uwielbiam być reżyserowana. Moja rola jest świetnie napisana. Gdyby mi nie dał tej Wafel, tobym mogła zagrać najmniejszą rolę epizodyczną. I też byłabym zadowolona.

– Podobno w dzieciństwie chciałaś zostać przodownicą pracy?
Może chciałam być popularna. Bo te przodownice były w gazetach, na pierwszych stronach. Jakieś traktorzystki, dójki, co zrobiły 200 procent normy.

– Nie chciałaś być aktorką?
Skoro zostałam, to znaczy, że chciałam, bo całe życie robiłam to, co chciałam Przyszłam do STS-u (Studencki Teatr Satyryków – red.) do towarzystwa i tak mnie zagadali, że zostałam. Wciągnęło mnie na amen. Myślałam, że skończę na przykład jakąś filologię i pogram sobie w teatrze studenckim. A potem Konrad Swinarski namówił mnie na udział w jego przedstawieniu. On był ojcem tej katastrofy. I potoczyło się i ani się obejrzałam, jak dotarłam do emerytury.

 

– Jak rodzina zareagowała na to, że zostałaś artystką?

Przed babcią długo ukrywaliśmy ten fakt. Gdy się dowiedziała, powiedziała: „Do teatru? U nas w rodzinie nigdy upadłych kobiet nie było!” Kiedyś w babcinej szafce odkryłam szkatułkę, a w niej wycinki o mnie. Miała gosposię, która kupowała gazety i wszystko, co o mnie napisano, wycinała i gromadziła. Babcia była wspaniała. Pamiętam, jak mnie pouczała: „Zosiu, zapamiętaj sobie. Hitler był wielkim mordercą, ale bolszewik gorszym”. Mama żyła moim życiem. Chodziła do STS-u. Widzę ją w tych starych kronikach – siedzi roześmiana na widowni. Umarła dwa lata temu, nie mogę się z tym pogodzić.

– Jaki jest Twój stosunek do zawodu aktorskiego?
To zawód niewdzięczny.

– Ty nie możesz narzekać. Tyle ról filmowych i teatralnych!
Nie narzekam. Nagle dzwoni Janda i proponuje mi świetną rolę w swoim teatrze. W dodatku w swojej reżyserii, która była przyjemnością. W tym zawodzie trafiają się takie niespodzianki. Lubię też grać u Romualda Szejda w Teatrze Prezentacje.

– Patrzę na imponującą listę Twoich ról, a mówisz o sobie, że jesteś leniem!
Tak, bardzo pracowitym. Jak mam wolny czas, cały czas pracuję. Jak jadę do siebie na wieś, cały dzień haruję w ogrodzie. Uwielbiam tę robotę. Jestem kuriozum. Nie mam telefonu komórkowego. Nie mam w sobie takiej pazerności zawodowej, że a nuż ktoś zadzwoni, a mnie nie będzie w domu i jakaś propozycja mi przejdzie koło nosa. Jak ma przejść, to przejdzie!

– Mówią o Tobie „aktorzyca”, „mistrzyni”.
Ale ja jestem zawodowo rozrywkową panienką. Nigdy nie czułam, że mam jakąś misję, że niosę kaganek. Niech ważne rzeczy ludzie wynoszą z domu. My powinniśmy im dawać radość. Od wielkich rzeczy są autorytety, a Merle jest od rozśmieszania. Niemniej mam dyplom aktorki dramatycznej. Zdawałyśmy egzamin z Basią Wrzesińską. Przygotowywała nas Stanisława Perzanowska i kazała mi grać Marię z „Warszawianki” Wyspiańskiego. Trudna sprawa. W jakichś papierach mam nawet napisane „zawód piosenkarka”. A w ogóle w głębi duszy jestem gospodynią domową, która sobie dorabia jako aktorka.

– Kochasz życie domowe.
Lubię moje mieszkanie, lubię w nim być i wypoczywać. Bywam czasem trochę męcząca, bo nie znoszę bałaganiarstwa. Jako żona może jestem uciążliwa, ale jakoś czterdzieści parę lat wytrzymaliśmy, więc widocznie nie było tak strasznie. Mnie zdarzyło się być za artystkę na festiwalu w Cannes. Myślisz, że się tam dobrze czułam? Nie, bo nie znoszę takich wielkich spędów, bankietów, gali. Lubię, żeby ludzie do mnie przychodzili. Zawsze coś upiekę.

– Te babeczki kruche z nadzieniem. Merletki słodziutkie!
Jak widzę, że ludzie się nimi zażerają, to dla mnie największy komplement.

– Skąd się bierze Twój optymizm, witalność i energia?
Taka już jestem od urodzenia. Mała Zosia była piekłem. Jak się coś działo złego w szkole, to wychowawczyni wchodziła do klasy, siadała przy biurku i od razu patrzyła na mnie. „Zosiu, opowiedz, jak to było?” Byłam pierwszą gwiazdą w kółku żywego słowa i, jak mówi Beata Tyszkiewicz, z którą chodziłam do szkoły, to ja już w życiu nic tak pięknie nie zagrałam, jak wtedy.

– Podobno nie oglądasz wiadomości. Nie możesz czy nie chcesz?
Nie chcę. Pokazuje się straszne rzeczy. Po za tym jest coś takiego, że jak mi się zdarzy je obejrzeć, to na ogół informują, że rozbił się samolot. I tyle i tyle ofiar. Mówię: „Jasiu, one się codziennie rozbijają?” I zawsze te katastrofy są, gdy gdzieś muszę lecieć samolotem.

– Oj, a za tym to nie przepadasz!
Dwa lata temu leciałam ze Staśkiem do Stanów. Co on mi zrobił! Ja osiem godzin siusiu nie robię, bo nie mogę zostać sama w toalecie. Nawet gdybym miała ze sobą koleżankę, to toalety w samolotach wiesz, jakie są. Nikt się ze mną nie zmieści. Cały dzień przed lotem nic nie piję. A stewardesy ciągle proponują a to wino, a to sok. Koszmar. A ten łysy koło mnie przy oknie mówi: „Błagam cię, Zośka, wyjrzyj. Zobacz, jak ten Nowy Jork przepięknie wygląda”. Tak mnie namawiał, tak gadał, że w końcu oparłam się na nim, żeby wyjrzeć. W tym momencie, samolot wykonał skręt. Ja zobaczyłam tylko ciemność i poczułam ten skręt. Serce mi stanęło. Staś, żeby mi oszczędzić stresu, wytłumaczył mi, że w tym momencie zgasło światło w całym Nowym Jorku, ale żebym się nie martwiła, bo na lotnisku stoi taki facet i ma latarkę i świeci nam, żebyśmy wiedzieli, gdzie wylądować.

– Samolotów nie lubisz, żab też nie. Za to papierosy i lody bardzo.
Palę, jak pracuję i jak mnie coś wpieprzy, za przeproszeniem. Lubię papierosy, bardzo mi smakują, ale nie muszę ich palić, więc nie jestem uzależniona. Lody lubię, ale tylko... dobre.

– Jaką byłaś mamą?
Marcin jest zadowolony. Pozwalałam na wszystko.

– Zaraziłaś syna miłością do filmu.
Skończył matematykę, potem poszedł na kierunek menedżerski. Studiował produkcję filmową. Aż został drugim reżyserem. Lubi latać kilkanaście godzin po planie filmowym.

– Jesteś też fajną babcią?
Dużo pracuję. Mam dla moich wnuków za mało czasu. Staś jest bardzo wyważony. Informuje mnie o pewnych rzeczach, nawet o wszechświecie. A Krzyś, najmłodszy, będzie takim samym idiotą, jak ja. Śmieje się ze wszystkiego i do wszystkich. A na mój widok po prostu dostaje kolki ze śmiechu.

– Zosiu, nie masz kompleksów?
Ponieważ od wielu lat jestem, jaka jestem, to o tym nie myślę. Musiałabym się odchudzać, a jaką ja mam pewność, że bym się odchudziła, a potem znów się nie zatuczyła. Żadnej. Gdyby to miało takie następstwa, że Jasio by ode mnie odszedł, przestaliby mnie angażować, ktoś by za mną wołał „gruba”. Ale nic się takiego nie zdarzyło. Polki mnie lubią, bo na ogół same są za grube. Takie jak ja. Jestem gruba na własne życzenie. I mam w głowie: „Jak bym chciała schudnąć, to proszę bardzo!” Tylko po co?

Rozmawiała DOROTA WELLMAN

 

 

Newsy
Awaria Bourne’a
Ta rozmowa może zniszczyć wizerunek faceta, którego nikt i nic nie pokona. Słynący z nudnych wywiadów aktor umówił się z VIVĄ! w Beverly Hills, opowiedział o sobie wiele interesujących rzeczy i na naszych oczach stoczył widowiskową, acz beznadziejną walkę.

Czarna koszulka polo, czarne dżinsy, pochylona głowa. Matt Damon sprawia wrażenie, jakby chciał się ukryć przed światem. Na wywiad w hotelu Four Seasons w Beverly Hills aktor przychodzi dziesięć minut przed czasem. W ręku trzyma garść chusteczek i ciągle wyciera nos. Od razu widać, że jest w słabej formie. „Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem wolny dzień. To się musiało skończyć przeziębieniem. Aaapsik! Przepraszam”. W ostatnio opublikowanych wywiadach Matt jest poważny, odmawia rozmowy na tematy niezwiązane z jego najnowszą rolą w „Ultimatum Bourne’a”. Amerykańscy dziennikarze wiedzą, że jeśli nie podoba mu się jakieś pytanie, po prostu wychodzi. Z Damonem trzeba uważać. Postanawiam zacząć ostrożnie. – W Twoich ostatnich wywiadach... Wiem! Wiem! Tak, są strasznie nudne. Ale dziś mam bardzo dobry humor, więc może nie będzie tak źle. Aaapsik! Nagły atak kataru wstrząsa aktorem. Sięga po garść chusteczek. – Bourne, któremu cieknie z nosa?! Ten wywiad może zniszczyć Twój wizerunek. To może po prostu napisz, że nawet Bourne jest na pozór tylko człowiekiem, ale tak naprawdę w środku to twardy facet, którego nic nie pokona. Nawet przeziębienie. Przepraszam. Apsik! Nowy atak kataru jest bardzo silny. Wygląda na to, że przeziębienie pokona niezniszczalnego agenta. Po chwili jednak wszystko się uspokaja. „Spokojnie, to tylko awaria Bourne’a”, żartuje Matt – Ta rola zmieniła Twoje życie. Tak. W 2002 roku mój telefon milczał, a ja siedziałem i patrząc w ścianę zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek stanę przed kamerą. Kiedy więc Doug Liman, reżyser „Tożsamości Bourne’a”, zaproponował mi rolę, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Do dziś zastanawiam się, dlaczego to mnie Liman postanowił zaangażować do tego...

Urszula
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek dla MAGIC RECORDS
Newsy
Urszula: "Żyć naprawdę nie jest łatwo"
Śmierć ukochanego męża, depresja, burzliwy związek z młodszym o 20 lat mężczyzną. I długa cisza. Teraz wraca z nową płytą „Dziś już wiem”.

– Jak Ty to robisz? Podpisałaś pakt z diabłem? Urszula: Mówisz o wyglądzie? Nic nie robię i nawet nie chcę. Lubię swoje zmarszczki, to moje przeżycia, moja historia. Myślę, że na twarzy odbija się to, jak się czujemy, czy lubimy życie, czy mamy optymizm. Gdy mnie ktoś pyta, czy jestem optymistką, odpowiadam: realistką. Gdzieś tak pośrodku między optymizmem i pesymizmem. W każdej chwili może mnie dopaść smutek, ale nauczyłam się już, jak mu przeciwdziałać. Gdy się zdenerwuję, idę biegać, żeby uniknąć agresji wobec bliskich lub samej siebie. Uczę się, jak mam żyć ze sobą. – Skomplikowana nauka? Urszula: Ale skuteczna. Mówię sobie: zapłaczę się na śmierć i co mi z tego przyjdzie? Albo wpadnę w depresję bez dna, taką, że już koniec? Nie wolno. To za proste. Śpiewałam kiedyś, że odejść jest łatwiej niż żyć. Żyć naprawdę nie jest łatwo. Żeby chcieć życia, trzeba najpierw zajrzeć głęboko do studni i opowiedzieć sobie, co się widziało. – Zaglądałaś? Urszula: Wiele razy. – Masz na myśli śmierć Stasia Zybowskiego – swojego pierwszego męża? Urszula: Tak. Buntowałam się przeciwko niej. Chciałam wszystko sprzedać, nic nie mieć, domu, który zbudowaliśmy i nie zdążył w nim pomieszkać, niczego. Moja mama i siostra, chociaż zachowywały się spokojnie, chyba bardzo się o mnie bały. Że wpadnę w jakąś czarną dziurę, że mnie nie będzie. Dlatego, że nie wyobrażały sobie nas osobno. Taki to był związek. Nawet nasi fani byli zaczarowani jego podejściem do mnie i do życia. Staś tak mówił o miłości, że wszystkich rzucało na kolana. Tak ciepło. Pamiętam, jak powtarzał: „Ula jest tak samo ładna na zewnątrz, jak w środku”. Myśmy siebie wzajemnie gloryfikowali. – Myślałaś, gdy umarł: Boże, nie dam rady żyć? Urszula: Nie, bo szybko dostałam cel w...

Małgorzata Rozenek
Iza Grzybowska/Move
Newsy
Małgorzata Rozenek - Nie taka perfekcyjna…
Dziś rządzi na wizji, pokazując, jak zostać perfekcyjną panią domu. Nam opowiada o tym, że warto robić wszystko z pasją, bo wtedy marzenia się spełniają!

- W rubryce „zawód” wpisuje Pani… Małgorzata Rozenek: Perfekcyjna pani domu (śmiech). – Rozumiem, że to na użytek programu, bo w rzeczywistości nikt taki nie istnieje. Małgorzata Rozenek: Ależ istnieje! Popatrzmy na Marthę Stewart, na Nigellę Lawson, na tysiące kobiet i wiele moich koleżanek, które prowadzą dom na bardzo wysokim poziomie, nie zatracając w tym siebie. I nie wstydzą się tego, co robią. – Ale Pani perfekcja jest na sprzedaż? Małgorzata Rozenek: Nie mam nic na sprzedaż, chcę odczarować obraz kobiety zajmującej się domem i pokazać pewien model życia. Często musiałam tłumaczyć się z tego, że marnuję czas. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego dbanie o dom i dzieci jest w takiej pogardzie. Dzisiaj dbamy o wszystko: o swój biznes, o swój orgazm, o wygląd, a przestaliśmy dbać o dom, który jest najważniejszy. Kobieta może robić wszystko, tylko nie sprzątać w domu. Zastanawiam się, czy tylko mnie to dziwi, czy innych też? – Feministki Pani nie znoszą. Dlaczego? Małgorzata Rozenek: Nie mam pojęcia. A konkretnie kto tak powiedział? – Podpytywana przez dziennikarza Maria Czubaszek. Według niej Małgorzata Rozenek jest tak perfekcyjna, że aż przykro. Małgorzata Rozenek: Ubóstwiam ją. Cokolwiek powiedziałaby na mój temat, to i tak się cieszę, że w ogóle o mnie powiedziała. – Sieje Pani ferment. Nie dość że atrakcyjna kobieta, to jeszcze supergospodyni i nie narzeka! Zawsze jest Pani perfekcyjna? Małgorzata Rozenek: Dam przykład. Leżę w łóżku i mój wzrok pada na przekrzywiony obrazek. Przez 15 minut mówię: „Daj sobie spokój!”. Po czym wstaję, poprawiam go i dopiero mogę iść spać (śmiech). Ale proszę mi wierzyć – podczas spotkań z przyjaciółmi nie jestem taka perfekcyjna. –...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner