Natalia Przybysz, Paulina Przybysz
Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Rodzinne opowieści

Natalia i Paulina Przybysz - Podwójna siła sióstr

Natalia Przybysz, Paulina Przybysz
Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

– Jak to jest: Jednego dnia piosenki Sistars nuci cała Polska, dzięki „Sile sióstr” zdobywacie nagrody branżowe, sesja goni sesję, a potem…
Natalia Przybysz:
…zapada cisza i dziś wszyscy mówią: Najpierw Sistars, potem wielka dziura, teraz w „Bitwie na głosy”. A przecież przez ostatnich pięć lat solowo wydałyśmy jako Natu i Pinnawela po dwie płyty nominowane do Fryderyków.
Paulina Przybysz: Natu nagrała debiutancką solową płytę „Maupka Comes Home” i „Gram duszy”, a ja – „Soulahili” i „Renesoul”.
Natalia Przybysz: A ja jeszcze z zespołem Baaba nagrałam płytę „The Wrong Vampire” z muzyką Krzysztofa Komedy z filmu „Nieustraszeni pogromcy wampirów”. Na płycie „Yugopolis 2” są moje dwie piosenki nagrane z zespołem Pink Freud. W kwietniu zapraszamy na koncert!

– Gdy po pięciu latach rozwiązałyście Sistars, plotkowali: „Ooo, siostry się pokłóciły”.
Paulina Przybysz:
Jakby się skupiać na tym, co ludzie mówią, to… szkoda gadać. My po prostu poznawałyśmy siebie, świat, swoje możliwości. Biegłyśmy, a chciałyśmy przystanąć. Wykorzystałyśmy ten czas, by się dowiedzieć, czym się różni tworzenie solo i w duecie, co to znaczy być odrębnym człowiekiem, a jednocześnie mieć siostrę – opokę muzyczną i personalną.
Natalia Przybysz: Pierwsza fala sukcesu zawsze eksploatuje, nie tylko gardło. Byłam wymęczona. Człowiek nie ma czasu na refleksję nad sobą, regenerację sił. Jak się ma taki sukces, że trzeba grać i śpiewać niemal codziennie, jeżdżąc busem po Polsce – wychodzą niedoskonałości i brak wiedzy. Z tej perspektywy jestem bardzo szczęśliwa, że zrobiłyśmy przerwę, by móc się ogarnąć.

– Jak się ogarniałaś?
Natalia Przybysz:
Poszłam do szkoły muzycznej w Londynie.

– Mimo tylu branżowych nagród?
Natalia Przybysz:
Moi rówieśnicy z klasy londyńskiej, na produkcji muzycznej i wokalu, byli w szoku: „Po co tu przyszłaś, skoro masz nagrody MTV!”. A ja po czasie nawałnicy i ciężkiej orki nagle chciałam się siebie spytać, czy w ogóle lubię śpiewać i jak. To był ważny etap.
Paulina Przybysz: Ja w tym czasie za nią tęskniłam, ale nie obijałam się. Założyłam wydawnictwo, nagrałam płytę i ją wydałam. I po okresie, gdy nie było czasu na mamy i babcie, nadrobiłyśmy zaległości, założyłyśmy rodziny, urodziłyśmy dzieci.

– Teraz będą drugie dzieci, a termin porodu macie podobny. Czerwiec. Umówiłyście się?
Paulina Przybysz:
Skąd! Moje pierwsze dziecko, Matylda, jest półtora roku starsza niż Aniela Natalii.
Natalia Przybysz: Ale już w dzieciństwie planowałyśmy, żeby nasze dzieci chowały się razem. I zdarzył się… przypadek.

– Będzie Rita i Jeremi?
Paulina Przybysz:
Ooo, widzę, że wiadomości szybko się rozchodzą. Ja jeszcze nie postanowiłam. Analizujemy z chłopakiem imiona, ale Rita bardzo przypadła mi do gustu. Ma filmowy klimat i jest mocne zarazem.
Natalia Przybysz: A ja tak, bo tęsknię za Jeremim Przyborą. Pana Jeremiego poznałyśmy dzięki mamie. Marzyłoby mi się, aby choć pierwiastek geniusza literackiego przeniknął do mojego brzucha. ň propos brzucha. Paulina ma pępek wklęsły, ja – wypukły. Ona będzie miała dziewczynkę, ja chłopca. Ale nie twierdzę, że po tym poznaje się płeć.

– Macierzyństwo uskrzydla?
Paulina Przybysz:
Uskrzydla i rozwija mózg. Są badania, że pracownice mające dziecko logistykę mają w małym palcu. Dziecko uczy strategii, planowania, podzielności uwagi.
Natalia Przybysz: Jak niektóre koleżanki zaczynają wyolbrzymiać głupstwa i bajdurzyć, życzę im dziecka jako szczepionki na egoizm. Żeby się troszeczkę ukorzeniły.

– W porównaniu z rówieśnicami wcześnie pomyślałyście o macierzyństwie.
Natalia Przybysz:
Mama zawsze nam mówiła, że jak się zdarzy dziecko, mamy się nie martwić, tylko urodzić. Bo chce być młodą babcią!
Paulina Przybysz: My, młode mamy, będziemy się uczyły, a ona je wychowa. Parę lat później cieszyła się z każdej naszej ciąży. Mamy tylko jeden obowiązek – być szczęśliwe. Ma w sobie dużo zachwytu dla każdego maleństwa. Tata też pomaga.

– Gdzie poznałyście mężczyzn swego życia?
Paulina Przybysz:
Mojego ukochanego, realizatora dźwięku z zawodu – w busie Sistarsowym tuż przed maturą. Nasza historia jest naprawdę piękna, skomplikowana i długa.
Natalia Przybysz: A ja najpierw poznałam jego brata bliźniaka w Puławach, gdzie mieliśmy nieudany dziecięcy romans. Ale od początku wiedziałam, że są bliźniakami jednojajowymi. Identycznymi, i po paru latach poznałam tego drugiego. Dziś brat bliźniak gra w naszym zespole, a mój ukochany Wojtek zajmuje się biznesem kosmetycznym.

– Chociaż jeden normalny, spoza branży.
Natalia Przybysz:
Mój Wojtek też mógłby być muzykiem, gdyby tylko chciał. Ostatnio śpiewał mi „My Funny Valentine”, ja mu akompaniowałam na pianinie. Improwizował, naśladując trąbkę, od niechcenia, a bez jednej fałszywej nuty. A ja mam uczennice, które chcą śpiewać, a by tego nie potrafiły.

– No proszę, kochający mężowie, do tego uzdolnieni.
Natalia Przybysz:
Ja mam narzeczonego.
Paulina Przybysz: A ja konkubenta. Mój partner – konkubent, tatuś mojego drugiego dziecka, tylko tym się różni od tego Natalii, że mi się nie oświadczył. Ale może dobrze, bo nasza historia jest burzliwa. No i obserwuję, że papier często… „rozluźnia” ludzi. Wcześniej byli długo ze sobą, a jak wzięli ślub, to się po pół roku rozwiedli.

– Słowem, bez ślubu da się żyć. A bez miłości…
Paulina Przybysz:
Nie! Trzeba mieć grunt pod nogami, podparcie. Stoję na konferencji, w świetle fleszy, ale marzę, by po powrocie do domu zrobić pomidorówkę. Cieszę się, że mam dom, a w nim kochające dziecko, kochającego chłopaka, i ja ich kocham. To sprawia, że oprócz tego, co mam zrobić profesjonalnie, nagrać i wymyślić, mam ładunek energii i miłości, który jest mi niezbędny do funkcjonowania. Inaczej sobie nie wyobrażam! Pomyśleć, że są ludzie, którzy odkładają związek, by najpierw zrobić karierę! Dobry przykład im dała Adele, która zgarnęła sześć nagród Grammy i poszła – jak to powiedziała – „Pochodzić ze swoim chłopakiem, bo dotąd tylko śpiewała piosenki o rozstaniu”. Whitney czy Amy, bez człowieka, który by je wspierał, a nie ciągnął w dół,  przegrały. Bo co z tego, że występujesz w Carnegie Hall, obsypują cię wszystkim, a i tak cię nogi bolą, a potem odwiozą do hotelu i będziesz tam sama. Wystarczy posłuchać gorzkich tekstów Amy. Trauma, bezdomność…
Natalia Przybysz: …ktoś cię zawodzi, a potem znajdują cię w wannie. Na „Rehabach” Amy (od: rehabilitacja odwykowa) ktoś zrobił wielkie pieniądze, to było czyste ssanie energii z dziewczyny. To samo było pół wieku wcześniej z Billie Holiday.
Paulina Przybysz: Nie powiem, żebym w życiu nie była pijana. Byłam. Co więcej, jak Palikot parę razy paliłam trawę. Natomiast nic więcej. Nie wyobrażam sobie wzięcia piguły albo kokainy i używania czegoś regularnie. Raczej robię sobie odwyki od kawy.
Natalia Przybysz: Nigdy nie korciło nas, by być „pod wpływem” na scenie, bo to za przyjemne uczucie, by je czymś zakłócać i pomniejszać.
Paulina Przybysz: Chyba że grzanym winem podczas koncertu w Krynicy Górskiej przy minus dwadzieścia, gdy grzane wino po każdej piosence robiło się zimne i menedżer przynosił nam kolejną szklankę.

– Jak się ustrzegłyście przed używkami, narkotykami?
Paulina Przybysz:
Dzięki mamie śpiewamy na Wigiliach w Monarze chyba z dziesięć lat. Byłyśmy wcześnie obeznane z tematem.
Natalia Przybysz: Pamiętam chłopaka, miał 22 lata, a wyglądał na 16. Miły, fajny, ale ze zdewastowanym mózgiem i ciałem od wąchania kleju. I mnóstwo innych, którzy mówili o sobie. Niesamowity hip-hop. Dlatego imponuje nam Stevie Wonder. Potrafił zadbać o siebie i dlatego to on głównie śpiewa na pogrzebach geniuszom z muzycznej branży.
Paulina Przybysz: W tym roku tylu odeszło: Etta James, Amy Winehouse, Whitney Houston…
Natalia Przybysz: Michaela Jacksona wciąż brak. Używki kuszą, bo stres, ciśnienie, odpowiedzialność bywają potworne. Pamiętam z naszego małego podwóreczka, jak wielkimi emocjami okupiony był nasz występ na Orange Warsaw Festival. Po dłuższej przerwie. Pytanie, czy podołamy, czy będziemy tak dobrzy jak kiedyś, wisiało w powietrzu. I co? Niemal mi odbiło, miałam zaburzenia łączności z ziemią. Na próbach wydzielała się taka energia kosmiczna.
Paulina Przybysz: To było i świetne, i dziwne…
Natalia Przybysz: …i intensywne. W masowej świadomości ludzi na widowni wytwarza się oczekiwanie, które udziela się artystom. A przecież my jesteśmy łupinką w porównaniu z olbrzymim bagażem odpowiedzialności Michaela albo Whitney. Nie wiem, jak trzeba być twardym, by udźwignąć zjawisko „bycia artystą na skalę światową”.

– Co oprócz narkotyków jest najgroźniejsze w tej branży?
Natalia Przybysz:
Zafałszowany obraz rzeczywistości. Nagle wszyscy stają się dla ciebie mili, jesteś gwiazdą, myślisz: Ojej, oni mnie kochają. Ale to ułuda, bo przecież oni wszyscy dostają kasę. Zwierzasz się, bo wierzysz, że cię słucha przyjaciel. A słucha, bo lubi plotki.
Paulina Przybysz: Ty wychodzisz, a następnej artystce prawią te same komplementy i opowiadają o problemach tego, który był przed tobą. Osoby samotne, bez wsparcia łapią się na tę sztuczną szczerość i często zawodzą się na relacjach.

– Wy się nie dacie złapać na sztuczny miód – to pewne. A czym się różnicie?
Paulina Przybysz:
Natalia jest bardziej stabilna, rodzinna, świetnie gotuje pyszne zupy. Chłopak wraca do domu, a tam pachnie, rośnie, kipi. Ja raz na jakiś czas nagotuję, zastanawiając się w ostatniej chwili, co mam w lodówce. Ona wypełnia półki, „żeby było na zapas”. Rozumiem, bo jak jest głodna, ciężko z nią nawiązać kontakt. Więc dba o siebie i o kondycję.

– Obie jesteście restrykcyjnymi wegetariankami, bo owoce morza ani ryby nie wchodzą w grę. Od kiedy?
Natalia Przybysz:
Od dawna, od trzeciej i piątej klasy szkoły podstawowej. Jakiś rok temu spróbowałyśmy weganizmu, ale w pierwszych i obecnej ciąży weszłyśmy w jajka ekologiczne i mleczne produkty. Po porodzie planujemy jednak wrócić do weganizmu. Mój głos jest wtedy o wiele bardziej szczęśliwy…
Paulina Przybysz: …no i wspaniałe jest poczucie, że zwierzęta mają z nami spokój. Nie jemy niczego, co ma układ nerwowy, oczy. Nawet krewetek.

– Byłam na lekcji chóru prowadzonego przez Waszą mamę Annę, która wygląda jak Wasza siostra. Na słowa „niedaleko padły jabłka od jabłoni” usłyszałam: „Teraz już nie wiadomo, kto jabłko, kto jabłoń, tyle czerpię od córek”.
Paulina Przybysz:
Dzięki mamie wcześnie trafiłyśmy do muzycznego biznesu. Całe życie się jej przyglądałyśmy, bo jest stworzona do śpiewania, wszechstronnie uzdolniona, malarka po ASP. Śpiew był dla niej ważny, ale nie wierzyła, że można z niego żyć.
Natalia Przybysz: Dopiero my to jej pokazałyśmy. Pamiętamy z dzieciństwa, jak śpiewała w kuchni, „mieszając w garach” (jej własne słowa), ojciec akompaniował.

– A Wy nasiąkałyście muzyką.
Natalia Przybysz:
Latami. Pamiętam też, jak nagrywała na magnetofon kasetowy piosenki Ordonki, które do tej pory śpiewa i są jej bliskie. I Piaf.
Paulina Przybysz: I „Patrzę na twoją fotografię”, bodaj Fogga. W każdym razie zawsze śpiewała, a tata zawsze grał. Zresztą tak ją poderwał, na gitarę i bluesy grane na akordeonie. Mama przyszła do kolegi na korepetycje z matematyki, a tam tata na kanapie grał. Nie myślała, że tak się w ogóle da. I do tej pory są parą, nie tylko muzyczną.

– To rozumiem, dlaczego swój zespół nazwali Triodeon.
Natalia Przybysz:
Nasi rodzice zawsze byli blisko branży muzycznej, choć mieli firmę poligraficzną. Mama współpracowała z Józefowiczem  i Stokłosą, robiąc plakaty do spektakli „Zimy żal” w Rampie, do „Grosików” w Buffo.
Paulina Przybysz: Jako dziewczynki na okrągło siedziałyśmy na widowni.
Natalia Przybysz: Na „Metrze” byłyśmy chyba ze 26 razy, na wszystkich „Grosikach” z Moniką Ambroziak, Edytą Górniak.

– W tym rozśpiewanym domu miałyście jakieś obowiązki?
Natalia Przybysz:
Owszem, ale nie więcej niż intensywną godzinę dziennie. Każda miała do sprzątania segment, bo to był duży dom.
Paulina Przybysz: A jak się tego nie zrobiło i poszło spać, licząc, że się uda, mama potrafiła zbudzić nas w nocy: „Wstawaj, szoruj”.

– A ja myślałam, że Wasza mama przesadza.
Natalia Przybysz:
Jeździłyśmy też do Falenicy na tak zwane odosobnienia mnisie do ośrodka w tradycji koreańskiego zen, którego opatem jest Aleksandra Porter. W odosobnieniu uczyłyśmy się siedzieć spokojnie na tyłku, w szarych szatach, i oczyszczać umysł.
Paulina Przybysz: Dla wyznawców „slow  life”, którzy chcą się jeszcze bardziej spowolnić, to wspaniałe miejsce. Bo nagle okazywało się, że do życia nie trzeba wiele więcej niż łyżka, miska, mata do spania i poduszka do medytacji.

– Rodzice traktowali Was jednakowo? Udało się uniknąć siostrzanej zazdrości?
Natalia Przybysz:
Udało, choć to ja pojechałam na pół roku do Stanów, by zdać maturę. Jak przyszło na Paulinę, powstało Sistars i… nie pojechała. Także to ja chodziłam do kosztownego społecznego liceum i przy Paulinie rodzice już „nie wyrobili”.
Paulina Przybysz: Mam inne podłoże wychowawcze (śmiech), a co za tym idzie, innych znajomych, inne doświadczenia. Natalia umie gdzieś wyjechać i żyć tam pół roku z dala od domu. A ja nie. Najdłużej wytrzymałam miesiąc w Meksyku.

– W „Bitwie na głosy” pracujecie z mamą.
Natalia Przybysz:
Będzie pilnowała, aby dzięki Przybyszom nie przepadł żaden fajny talent. Z reżyserem i producentami z 200 osób wybrali 30. Jest trenerem naszego chóru, integruje grupę na poziomie muzycznym i ludzkim.
Paulina Przybysz: Umie to robić. Od lat z ojcem prowadzą warsztaty integrujące pracowników firm poprzez śpiew chóralny, pracują z ludźmi z Monaru. Wierzą, że śpiew i muzyka spajają ludzi, a głos ludzki to drzwi do duszy.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Stylizacja Jola Czaja
Asystent stylisty Zuzanna Ciszewska
Makijaż PaweŁ Bik
Fryzury RafaŁ Żurek
Manikiur Beata Bogucka/Spirit Spa
Scenografia Piotr Czaja
Produkcja sesji Piotr Wojtasik

Przeładuj

Anna Mucha w półfinale "Czaru Par"! "Małżeństwo to jest obóz przetrwania"

zobacz 00:30