Błyskotliwa kariera

Maciej Zakościelny jako czarny charakter

Najpiękniejszy VIVY! 2006 marzy, by zagrać człowieka o skomplikowanej, trudnej osobowości. „Bo nawet czarny charakter może być piękny, jeśli został przedstawiony prawdziwie”, mówi w rozmowie z VIVĄ! Spełniamy marzenie Maćka. Tylko u nas Zakościelny wciela się w bohaterów swoich ulubionych filmów.

Zakościelny od początku szkoły teatralnej zapowiadał się na gwiazdę – mówi jedna z jego koleżanek z roku. Przystojny, wysportowany, poukładany. Błyskawicznie zaczął grać w serialach: „Plebania”, „Na dobre i na złe”, „Samo życie” i dość szybko jego sprawami zaczął zajmować się profesjonalny agent. „My od rana do nocy przesiadywaliśmy w szkole, marzyliśmy o epizodach, a on tylko zmieniał taksówki, by zdążyć na kolejne spotkanie czy plan”, dodaje. „Zakościelny? Ambitny, zdeterminowany na sukces, pracowity”, mówi, nie ukrywając podziwu, inny kolega. „Pamiętam, jak przyszedł do nas na wykłady Krzysztof Kolberger. Opowiadał nam mnóstwo o aktorstwie, o tym, co jest najważniejsze. Na koniec dodał, żebyśmy dbali o ciało, żebyśmy się nie rozleniwili, bo nasze ciała to nasz warsztat. Po tym wykładzie Maciek jako jedyny natychmiast zapisał się na siłownię”.

Do dwóch razy sztuka

Do szkoły aktorskiej dostał się dopiero za drugim razem. Miał predyspozycje, ale jeden z profesorów poradził mu, że powinien kilka rzeczy poprawić – zlikwidować regionalny akcent, popracować nad dykcją. Sam aktor wspomina tamten czas z dystansem: „Mówiłem wtedy »wziąść« zamiast »wziąć«, »włanczać« zamiast »włączać«”. Przez rok miał ćwiczyć dykcję i zlikwidować regionalny akcent. Zgłosił się do Ewy Różbickiej, emerytowanej nauczycielki aktorstwa, która przygotowywała wcześniej do egzaminów Artura Żmijewskiego i Michała Żebrowskiego. Wyczuwała każdy fałsz, każde potknięcie. Przygotowała go perfekcyjnie.


W komisji zasiadał Jan Englert. „Gdy podczas egzaminu dowiedział się, że trenowałem karate – wspomina Maciek – zaproponował mi, żebym powiedział przygotowany tekst i jednocześnie walczył z wyimaginowanym przeciwnikiem. Zaprezentowałem kilka obrotów, wyskoków i uników, w dodatku robiłem to bez skarpetek, a na koniec wyciągnąłem skrzypce i, sam sobie akompaniując, zaśpiewałem »Mały biały domek«. Komisji spodobała się moja »prezentacja«. Śmieję się, że dostałem się do Akademii Teatralnej dzięki karate i skrzypcom”.

Nauka życia

Do Warszawy przyjechał ze Stalowej Woli. Dobry dom, troskliwi rodzice, dużo miłości, ale też rygoru. Wraz z trójką rodzeństwa od zawsze miał mnóstwo zajęć. 13 lat uczył się gry na skrzypcach, chodził do szkoły muzycznej, tata zawoził go na lekcje do oddalonego o 66 kilometrów Rzeszowa. Uśmiecha się do tamtych wspomnień. Na podwórku chłopaki nazywali go Teklą albo Jankiem Muzykantem. Oni rozgrywali mecze, a jemu pot kapał na smyczek. „Przez długi czas myślałem, że zostanę muzykiem. W ogóle nauka gry na skrzypcach była dla mnie nauką życia. Miałem to szczęście, że na swojej drodze spotkałem człowieka, który został moim pierwszym mistrzem. Nieraz potykałem się, upadałem, a on zawsze powtarzał: »Spróbuj jeszcze raz. Choćby kilka kroków«. Nauczył mnie, że nie należy bać się popełniania błędów, że tak naprawdę nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Zaszczytem dla mnie było poczucie, że jestem godny jego czasu. Tym bardziej, tym więcej chciałem pracować – by był ze mnie dumny. Ten człowiek, który zainspirował mnie do szukania swojej własnej drogi, to mój profesor Krzysztof Swoboda, skrzypek Filharmonii Rzeszowskiej. To dzięki niemu zakochałem się w skrzypcach”, mówił aktor.


Chciał też być bardziej pewny siebie, więc w tajemnicy przed rodzicami zapisał się na karate. Trenował pięć lat. Wrażliwość muzyczną wzmocnił sztuką walki bez używania broni.

Urodzony gwiazdor

Zaledwie trzy lata temu skończył szkołę teatralną, a już jest gwiazdą. Jego interesy załatwia tylko agent, zdobycie jego prywatnego numeru telefonu nie jest łatwe. Kiedyś chętnie opowiadał, że zamyka się w domu, zapala świece i gra na skrzypcach, teraz mówi dobitnie: „Dziś już bym tak nie powiedział”.


Zakościelny stwardniał i jest dużo bardziej nieufny niż na początku kariery. Nie wiadomo dlaczego, bo wszystko w jego życiu układa się doskonale, jak w dziecięcej układance; zaraz po szkole angaż do jednego z najlepszych stołecznych teatrów – Współczesnego, premiery u Macieja Englerta, główna rola w serialu „Kryminalni”, gdzie gra podkomisarza Marka Brodeckiego, interesującą, niejednoznaczną postać młodego, doświadczonego życiowo policjanta.


Dwa lata temu mocno zarysował swój image. Przyciął włosy przy skórze, nosi kilkudniowy zarost, dłuższe baczki. Ryszard Zatorski, specjalista od polskich komedii romantycznych, wypatrzył go wśród młodych aktorów i zaproponował mu już dwukrotnie rolę w swoich filmach. W „Tylko mnie kochaj” Maciek zagrał Michała, typowego przedstawiciela yuppies, bogatego, rozkapryszonego, ale poszukującego prawdziwego uczucia. W „Dlaczego nie?” wcielił się w postać Jana, prezesa świetnie prosperującej agencji reklamowej, który wie, jak zarabiać duże pieniądze, ale jednocześnie zyskał już ogromny dystans do tego, co robi i jak żyje. Nie ocenia, nie atakuje, jedynie obserwuje i w końcu (jak w bajce) dostaje za to ogromną nagrodę: prawdziwe, autentyczne uczucie Małgosi (w tej roli Anna Cieślak). Nic dziwnego, że po rolach w komediach Zatorskiego Maciek Zakościelny dostał przydomek pierwszego amanta polskiego kina czy drugiego Brada Pitta. Na oba określenia reaguje alergicznie.


W jednym z wywiadów powiedział: „Denerwuje mnie, kiedy czytam i słyszę: »najprzystojniejszy«, »najseksowniejszy«, naj, naj… przecież to śmieszne. Tak, jakby się nic innego nie liczyło. (...) Żeby być amantem, mężczyzna wcale nie musi być modelowo przystojny. Amant to nie fizyczność, ale sposób bycia. Tembr głosu, spojrzenie, gest, sposób prowadzenia rozmowy”.


W innym z wywiadów nie jest już tak krytyczny: „Kiedy zależy mi na kobiecie, proszę bardzo, mogę być i amantem. A jeżeli ona chce, żebym był normalnym chłopakiem, jestem normalnym chłopakiem. Mamy w sobie tyle różnych emocji”. Na pytanie, jaki jest, odpowiada: „Czasem jestem zamyślonym romantykiem, kiedy trzeba – walecznym, mocno stąpającym po ziemi facetem”. Czy to jego pełny portret psychologiczny? Gdy podczas sesji dla VIVY! wcielił się w Dorothy z filmu „Tootsie” (w filmie Dustin Hoffman) czy nierozgarniętego Forresta Gumpa, doszliśmy do wniosku, że Zakościelny ma jeszcze jedną cechę, którą niezmiernie rzadko pokazuje: dystans do samego siebie. To duży atut w aktorstwie, szczególnie w przypadku tych „wyjątkowo pięknych”. Sam Zakościelny na pytanie, czy jest narcyzem, mówi z dystansem i ironią: „Narcyzm to drugie imię aktorstwa!


A mówiąc serio – nie wyobrażam sobie pracy w tym zawodzie bez poczucia, że akceptuję siebie. Ponieważ wszystkie postaci, nad którymi pracuję, mniej lub bardziej są mną, filtruję przez siebie ich zachowania, postawy, emocje. Mimo że moi bohaterowie są tak różni – mają wspólny mianownik, którym jestem ja sam. Pewnie, że mam świadomość swoich braków, wad, ale z drugiej strony one też potrafią być całkiem przydatne – czarne charaktery są ciekawymi wyzwaniami!”


Gdy zapytaliśmy, czy wie, że robi wrażenie na innych, zaśmiał się i kolejny raz się zdystansował: „A robię wrażenie? Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Nie jestem typem faceta, który dobiera kolor skarpetek do koloru oczu. Poza tym, co to znaczy »robić wrażenie«? Starać się, żeby na każdym kroku być perfekt, nie popełniać błędów, gaf, kontrolować swoje emocje, skupiać spojrzenia i przeglądać się w oczach innych? Nie, to nie dla mnie!”

Odmawiam komentarza

Chyba coraz bardziej zaczął uwierać go kostium pięknisia, bo częściej wspomina w wywiadach, że marzy o rolach charakterystycznych: ćpunów, chłopaków upośledzonych psychicznie albo mocnych facetów w typie gladiatora. Może dlatego do naszej sesji chętnie wcielił się w postać wampira Louisa z „Wywiadu z wampirem” (w filmie Brad Pitt), króla Artura (Clive Owen) czy Willy’ego Wonki (Johnny Depp) z filmu „Charlie i fabryka czekolady”. Wszystkie trzy postacie to role kostiumowe i wszystkie niosą w sobie wielki ładunek emocji, szaleństwa i magii. Niedawno Zakościelny wygrał casting i zagrał niedużą rolę u Petera Greenawaya w „Nightwatching” (Straż nocna). Gra w nim francuskiego porucznika Egremonta – postać całkowicie inną od dotychczasowych.


Mimo tylu osiągnięć w życiu i zawodzie lubi jednak asekurację. Na pytanie, czy jest już dorosły, odpowiada: „Mam 25 lat, porozmawiajmy za 50, to może coś będę na ten temat wiedział”. Miłość? „To praca i ciągłe dokładanie do pieca. Prawdziwe uczucie nigdy nie wymaga rezygnacji z czegoś, poświęcenia”. Maciek jest dyskretny. Ma za sobą kilka związków, między innymi z aktorką Karoliną Borkowską, modelką Kasią Grabowską, dziś związany jest z polską aktorką Izą Miko, która próbuje swych sił w Hollywood, ale na temat swojego życia prywatnego uparcie milczy. Gdy niedawno jedna z dziennikarek zapytała go wprost o Izę Miko, skończył rozmowę krótko: „Odmawiam komentarza”. Unika skandali, nie bywa w nocnych klubach, łatwiej spotkać go na sali gimnastycznej czy na pływalni niż na bankiecie. Może dlatego, że Maciek mocno się kontroluje i nie chce zostać „zagłaskany” i ostatecznie zaszufladkowany? Niedawno przyznał się: „Jan Nowicki powiedział kiedyś, że sukces usypia. Coś w tym jest. Stąd moja dbałość o to, żeby nie zatracić się pośród pozornych blasków tego zawodu”.

Marzyciel

Lubi mówić o sobie jako o idealiście. Przyznaje, że najbliższa jest mu rola Jana z „Dlaczego nie”: „Jan jest »czysty«. Potrafi dostrzec piękno życia, które przejawia się w najdrobniejszych formach. Zapach powietrza, ziemi, wody – to wszystko sprawia, że mój bohater czuje się... no właśnie – wolny. Życie wymusza na nim pewne ograniczenia, ale Jan traktuje je nieco »po macoszemu«, z przymrużeniem oka. Jest typem obserwatora, nie lubi wychodzić przed szereg. Ma swój prywatny »kawałek cienia« i choć wszelkie walki na gruncie zawodowym rozgrywane są w jego imieniu, pozostają jakby poza nim”. Czy to najlepszy klucz do zrozumienia Zakościelnego? Być może... Póki co, pytania o przyszłość i marzenia kwituje tajemniczym: „Może niebawem przyjdzie jakiś ciekawy projekt, a może zaszyję się z bliską osobą w dzikiej głuszy? Nieprzewidywalność życia jest tym, co w życiu kocham najbardziej. I, jak mawia Grzegorz Turnau: »Marzenie o szczęściu jest mego szczęścia częścią«”.
 

Justyna Tawicka, Marta Zielińska
Zdjęcia Łukasz Murgrabia
Stylizacja Jola Czaja
Współpraca Iga Pietrusińska
Charakteryzacja Ewa Drobiec
Scenografia Ewa Iwańczuk
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Maciej Musiał i mama Anna
Zuza Krajewska/LAF AM
Newsy
Maciej Musiał z mamą Anną: "Jutro wyfrunę przez okno"
Reportaż Oliviera Janiaka dla "Vivy!"

Maćka znają wszyscy. Ponad 10 lat gości w naszych domach. Najpierw w reklamach. Jeszcze jako dziecko. Soki i pasty do zębów. Potem w serialach. Wreszcie w programach telewizyjnych. Czasem jako gość, teraz częściej jako prowadzący. Najbardziej lubią go z seriali. Zwłaszcza z tego, co dotyka, z cudnym dystansem, samej esencji życiowego sedna: rodziny. Konkretnie „Rodzinki.pl”.  Pomyślałem o tym, kiedy zajrzeli do mojego gabinetu. Anna Musiał i jej jedyny syn, Maciek. Zobaczyłem w nich swoją przyszłość: rodzica skazanego na porażkę. Co bym nie uczynił, moi synowie któregoś dnia wyprowadzą się z domu. Co bym nie zrobił, zawsze będą w kontrze. Możemy im tylko nie popsuć życia, skupić się na pokazywaniu możliwości. Przed niczym ich nie uchronimy. Niczego im nie zabronimy. Ostatecznie i tak wybiorą sami. Maciek zadzwonił do mnie jakoś w marcu. Zimno. Jakby nigdy nie miało być wiosny. Drzewa szare. Pomyślałem, że w tym roku to kasztany pewnie nie zdążą na maturę. Chciał się spotkać w sprawie wierszy. Pomyślałem, że to ma jakiś związek z egzaminem dojrzałości. Ma, jak się okaże. I że się na wierszach nie znam. Pomyślałem. Dwadzieścia lat temu, gdy sam zdawałem maturę, to i owszem. Ale nie bardzo mogłem odmówić. Kiedyś to ja jego poprosiłem, żeby wystąpił w sesji do charytatywnego Kalendarza „Dżentelmeni”, a on, mimo że zapracowany po czubek głowy, powiedział: „Tak, robimy to”. I po raz pierwszy w karierze zaśpiewał w studio na płytę Kalendarza piosenkę. „Chodź, pomaluj mój świat”. Może dam mu więc kredki. Postanowiłem. I tak spotkaliśmy się. „Zobacz, co znalazłem”, Maciek podał mi plik wydruków. Przejrzałem: „Rzeczy ostateczne nie przychodzą nagle/ ciało się kuli tyle razy przecież/ i dłonie obrączkami spięte/ bez wzruszenia idą/ nie szukają siebie/...

Newsy
Jak Stuhrowie Kraków zdobywali
Jerzy Stuhr zdecydował się spisać „Historie rodzinne”. Nie tylko dlatego, że – jak mówi – jest to winien swoim dzieciom.

Pradziadek, który święcie wierzył, że jego marzenia ziszczą się tylko w mieście nad Wisłą. Dziadek, którego ulubioną rozrywką była zabawa we własny pogrzeb. Ciotka, która mawiała, że kobieta jest tyle warta, ile portki mężczyzny, które wiesza na sznurze. „Mrożek pomieszany z Gombrowiczem”, śmieje się Jerzy Stuhr. Gabinet Jerzego Stuhra wygląda jak przed laty kancelaria jego ukochanego stryjecznego dziadka Oskara. Na ścianie zresztą wisi jego okazały portret. W gablotce Wojskowy Krzyż Zasługi, który Oskar otrzymał za bohaterską walkę pod Przemyślem w 1914 roku. Obok biblioteczka wypełniona książkami. Część z nich należała do dziadka, resztę kupił Jerzy. Teraz, patrząc na nie, zastanawia się, kto będzie czytał te wszystkie zbiory. „Pamiętam, jak ojciec zaczytywał się w Słowackim. Ale kto to ma teraz czas na Słowackiego”, zastanawia się. On sam zajęty jest od 40 lat. Właściwie od czasu, gdy zdał do szkoły teatralnej. Szybko posypały się propozycje filmowe. Potem zaczął reżyserować i pisać scenariusze. Najbardziej lubi, kiedy w głowie zaczyna mu kiełkować pomysł na film. Wtedy siada w gabinecie i tępo patrzy w ścianę. Kilka miesięcy temu odebrał telefon z wydawnictwa: „Nie napisałby pan książki o swojej rodzinie?”, usłyszał. „A kogo to może obchodzić?”, pomyślał. A potem doszedł do wniosku, że taką książkę jest winien swoim rodzicom, dziadkom, pradziadkom. A wnuczka Matylda? Taka książka to będzie dla niej kopalnia wiedzy o tym, z jakiego świata pochodzi. „Zabieram się do pracy”, postanowił.   Początki pisania były żmudne. Na szczęście okazało się, że jedna z krewnych jest od lat zafascynowana historią rodziny. Można było porównać wiadomości, uzupełnić luki pamięci i tak po ludzku powspominać. „W każdym z nas znajdują się...

Tomasz Kot
East News
Newsy
Talent, pracowitość i dużo pokory. Czy to wystarczy, żeby Tomasz Kot zrobił światową karierę?
Talent, pracowitość i dużo pokory. Czy to wystarczy, żeby Tomasz Kot zrobił światową karierę?

"Szanowni! Szczęśliwy jestem baaardzo, a serce mi bije tak samo jak przed »Skazanym na bluesa« i »Bogami«! Jest moc!” , tak Tomasz Kot (42) potwierdził na Instagramie, że zagra główną rolę w filmie biograficznym o słynnym inżynierze Nikoli Tesli.  „Tomasz jest wybitnym aktorem i kiedy zobaczyłem jego niesamowitą kreację w »Zimnej wojnie«, nie miałem wątpliwości, kto powinien zagrać Teslę”, tłumaczył reżyser Anand Tucker.  Ostatnio Kot wystąpił też w sesji dla amerykańskiego „Vogue’a” i… na festiwalu Glastonbury, w wizualizacjach wyświetlanych podczas koncertu brytyjskiego zespołu The Chemical Brothers. A wszystko dzięki „Zimnej wojnie”. Choć po sukcesie filmu Pawła Pawlikowskiego świat zachwycił się Joanną Kulig, okazuje się, że Tomasz także ostatnio dostał wiele propozycji z zagranicy. I ma nie mniejszą szansę na międzynarodową karierę.  Krytyk filmowy Tomasz Raczek nie ma wątpliwości, że aktor ją zrobi.  – On ma w sobie wszechstronną niestandardowość. Nie mieści się w żadnej szufladce i żadnym stereotypie. Na dodatek do talentu i wielkiej pracowitości dodaje niespotykaną pokorę wobec zawodu aktora. Dlatego może zagrać każdą postać i za każdym razem będzie jednocześnie sobą i zarazem kimś zupełnie innym. Widzę przed nim świetlaną przyszłość o nieograniczonym niczym zasięgu – mówi „Fleszowi” Tomasz Raczek.  I dużo wskazuje na to, że ma rację. Zobacz także:  Wpadka na czerwonym dywanie! Zobaczcie, z kim dziennikarze pomylili Tomasza Kota Rodzina Tomasza Kota Aktorowi pewnie trudno byłoby rozwinąć zawodowe skrzydła, gdyby nie żona Agnieszka. Psycholog, fotografka i operatorka zawsze w niego wierzyła i stworzyła mu dom, o jakim marzył. Tomasz, który był...

Nasze akcje
Newsy

Stylowy prezent dla mężczyzny? Łączy w sobie design i praktyczność

Partner
fotona-tatuaż
Fleszstyle

Nieudany tatuaż lub makijaż permanentny ? Wiemy, jak się go pozbyć!

Partner
Newsy

Nowoczesny wymiar kobiecości? Manifestuj go zapachem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner
Revitalift Filler L'Oréal Paris
Fleszstyle

Wiele może się zmienić w ciągu 10 lat, ale twoja skóra nie musi! Test linii Revitalift Filler L'Oréal Paris

Partner
kosmetyki-weleda
Fleszstyle

Weleda, czyli pielęgnacja w harmonii z naturą i człowiekiem

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner