Żywa legenda. Człowiek, który zmienił historię. Znienawidzony i kochany. Podziwiany i odsądzany od czci. Kim dzisiaj jest Leszek Balcerowicz?
WIDEO…
Wydana ostatnio książka „Trzeba się bić. Opowieść biograficzna” to wywiad-rzeka, który opowiada m.in. o tym, jaki jest poza pracą. W wywiadzie dla "Vivy!" Leszek Balcerowicz także pokazał swoją ludzką twarz. Dlaczego pasał krowy i jak bawi się z wnukiem? Na co namawiał Busha i co wybaczyła mu żona? I czym się dzisiaj zajmuje człowiek, który dwukrotnie był ministrem finansów, pełnił też funkcję prezesa Narodowego Banku Polskiego? Przed "Vivą!" nie ma żadnych tajemnic.
Traci się lata, kiedy dzieci dorastają. Nie ubolewam nad konsekwencjami tamtej decyzji, odpowiadam na pytanie. Na szczęście, mimo że byłem ojcem mało obecnym, mam dobre stosunki z dziećmi. A teraz nadrabiam, jeżeli chodzi o wnuki. Mam dla nich trochę więcej czasu niż kiedyś dla moich dzieci. Z moim wnukiem, który ma dziewięć lat, rozmawiamy głównie o sporcie. Staram się z nim razem pływać. Dlatego lubię lato. Albo jeździmy na rowerze. A moja wnuczka ma 13 miesięcy.
W tamtym czasie życie rodzinne profesora Balcerowicza niemal nie istniało.
W Polsce była ogromna szansa, ale trzeba było pracować więcej i w jeszcze większym stresie. Czasem udało mi się pobyć z rodziną w niedzielę. Cały ciężar wychowania małych dzieci spadł na moją żonę. I zrobiła to doskonale. Wychowała je w niełatwych czasach, w stresie. Dla niektórych polityków stałem się wrogiem publicznym numer jeden. Mój syn stoczył kiedyś przez to bójkę w szkole.
Z tamtym czasem związana jest też rodzinna anegdota:
Syn miał dziewięć lat, żona postanowiła go wtajemniczyć, żeby nie dowiadywał się o ojcu z mediów. „Słuchaj, Wojtek”, powiedziała, „tata będzie w rządzie”. A on na to: „To tata przejdzie do historii!”.
Siłę i upór ma po ojcu. Jak był wychowywany?
Moi rodzice byli ogromnie zapracowani. To były czasy głębokiego PRL-u. Urodziłem się w 1947 roku, do szkoły chodziłem w Toruniu. Ojciec wywodził się ze wsi, miał małe gospodarstwo na przedmieściach Torunia, a jednocześnie był dyrektorem tuczarni świń. Nie był człowiekiem, który okazuje wiele emocji. Ciężko pracował. Gdy wracał zmęczony z pracy, zasypiał, a wtedy moje młodsze siostry zaplatały mu warkoczyki na głowie. Mama bardzo się nami opiekowała. Do dziś taka jest. Pamiętam, że też ciężko pracowała w gospodarstwie. Dzięki swemu dzieciństwu lepiej znam rolnictwo niż niektórzy członkowie PSL.
Wyznaje, że pasał krowy. Do jego obowiązków należało przeganianie ich z pastwiska.
Jechałem za nimi na rowerze. Nie powiem, żebym był z tego bardzo zadowolony. Krowy nie zawsze się zachowywały kulturalnie, wręcz przeciwnie, a moje koleżanki z klasy na to patrzyły. Dodatkowo rano przed pójściem do szkoły na rowerze zawoziłem mleko w kanakach do mleczarni. A przywoziłem serwatkę dla świń. Gdyby mój ojciec doczekał w młodszym wieku kapitalizmu, byłby wybitnym przedsiębiorcą. Starał się, żeby w warunkach socjalizmu mieć coś prywatnego. Jak władza ludowa pozwoliła na prywatną hodowlę nutrii, to ojciec zainstalował klatki. Lisy też hodował. Do moich obowiązków należało czyszczenie klatek. Co wymagało refleksu. Trzeba było zwierzę chwycić za ogon. I wtedy oczyścić klatkę. Od tamtego czasu mam niebywały refleks.
A potem odkrył sport. W nim wyładowywał energię.
W szkole podstawowej uprawiałem czwórbój atletyczny. A w średniej – w pięcioboju – miałem rekord szkoły w rzucie dyskiem i w skoku w dal. W końcu zająłem się biegami średnimi. Moje największe osiągnięcia to reprezentacja Polski juniorów w biegu na 800 metrów i mistrzostwo Polski w biegach przełajowych. Gdy mnie pytają o największy sukces w życiu, mówię żartem: byłem mistrzem Polski w biegach przełajowych.

















