Aleksander Rogoziński

Joanna i tajemnica fotografa - cz. 2

Aleksander Rogoziński

(Pierwszą część powieści przeczytasz tutaj)

– Gdzie ona jest?! – Betty przedarła się przez pilnie strzeżoną przez policję bramę do domu Joanny i dopadła do funkcjonariusza, u którego zauważyła największą liczbę gwiazdek na mundurze. Przedstawiciel prawa obejrzał ją z zaciekawieniem.
– A kim pani jest, jeśli można wiedzieć, i jakim sposobem się pani tu dostała? – zapytał.
W tym momencie do obojga dobiegło dwóch mocno zziajanych szeregowców.
– Niech panią szlag trafi, chyba mam zawał… – wysapał jeden z trudem.
– Dowód osobisty… poproszę… – dodał z nie mniejszym wysiłkiem drugi.

Ich przełożony „obciął” ich zdumionym wzrokiem, następnie spojrzał pytająco na Betty. Ta wzruszyła obojętnie ramionami.
– Nie chcieli mnie wpuścić! – wyjaśniła. – To idiotyczne. Tak jakbym była jakimś bandytą. Więc powiedziałam im, że byłam tu już tysiąc razy i trafię bez ich pomocy. Nie wiem, po co było mnie gonić! Nikt ich nie zmuszał! A poza tym, pogratulować kondycji. Gdyby ktoś mnie napadł na ulicy, to ci dwaj dostaliby ataku serca, zanim dobiegliby na ratunek. To straszne. Czy nie robią im szkoleń? Nie muszą biegać, pływać, chodzić na siłownię?
W oczach zziajanych funkcjonariuszy pojawiła się rozpacz. Ich szef z trudem pohamował uśmiech. Ten jeden moment wystarczył, żeby Betty uważniej spojrzała na policjanta i odnotowała, że jest po pierwsze z pewnością obdarzony poczuciem humoru, a po drugie – szalenie przystojny. Z mocno zarysowaną szczęką, trzydniowym zarostem, wysoki i postawny, wyglądał jak agent FBI
z jednego z jej ulubionych seriali – „Biały kołnierzyk”.

– Dowód osobisty poproszę – zażądał nieświadomy lustracji funkcjonariusz, starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej stanowczy ton. Na Betty to jednak nie podziałało.
– Nie mam. Nie trzeba go już przecież ze sobą nosić – powiedziała gniewnie. – Nazywam się Beata Janowska i jestem agentką Joanny. To prawie jakbym była jej prawnikiem. Czy teraz może mi pan powiedzieć, gdzie ona jest?
– „Prawie” czyni dużą różnicę – pouczył ją policjant. – Ale powiem pani. Została odwieziona na komisariat w celu złożenia zeznań.
– I to wszystko prawda? – spytała Betty. – Ten jej Konrad naprawdę został zamordowany? Tak na amen?
– Owszem, na amen – powiedział policjant, patrząc na nią przenikliwie. – Znała go pani?
– I tak, i nie…
– A mogłaby pani jakoś rozwinąć swoją wypowiedź…?
– Spotkaliśmy się ledwie kilka razy. Wiedziałam o nim tylko tyle, ile Joanna raczyła mi powiedzieć. Że ma dwadzieścia siedem lat, jest fotografem, poznali się w Zakopanem i że to miłość na całe życie. Jak każda...
– Czyli pani Szmit miała wielu partnerów? – dociekał policjant.
– Bez przesady! – zaprzeczyła Betty. – Nie róbmy z niej bohaterki „Nagiego instynktu”. Po prostu Joanna ma skłonność do obdarzania zainteresowaniem facetów, którzy nie za bardzo na to zasługują.
– Ma pani na myśli też i denata?
Betty lekko wzdrygnęła się na dźwięk tego słowa.
– Trudno mi uwierzyć, że ktoś go zabił – powiedziała. – Gdyby nie to, że nie podejrzewam Joanny o skłonność do makabrycznych żartów, to pomyślałabym, że robi mi kawał…

– Pani Szmit ma tak specyficzne poczucie humoru?
– Wie pan... – zamyśliła się Betty. – Magia książek Joanny tkwi w tym, że wbrew temu, co się wydaje, sporo tam trafnych obserwacji. Zwłaszcza ludzkich uczuć i reakcji. Joanna jest pasjonatką ich zgłębiania. Wiele razy mówiła coś albo robiła tylko po to, aby zobaczyć, jak ludzie zareagują. Chciała, żeby te fragmenty jej książek, które dotyczą uczuć, były jak najbardziej autentyczne. Kiedyś poprosiła jedną ze swoich przyjaciółek, żeby zadzwoniła do drugiej z informacją, że Joanna miała śmiertelny wypadek…
– Żartuje pani?!
– Nie. Cała rozmowa była nagrana i potem Joanna wykorzystała ją w „Miłości w Toskanii”. A najgorsze, że nikt tej drugiej przyjaciółki nie wyprowadził z błędu. Następnego dnia późną nocą jechała samochodem i zobaczyła Joannę na przejściu dla pieszych. Była pewna, że widzi ducha, więc wybiegła z samochodu, zostawiając go przed światłami na jezdni, i z krzykiem rzuciła się w przeciwną stronę, do kościoła, żeby ją zła mara nie dopadła. Kościół był zamknięty, więc poleciała do zakrystii i zaczęła się do niej dobijać. Waliła w drzwi i krzyczała tak głośno, że kościelny, który baraszkował z gospodynią księdza, pomyślał, że się pali. Zerwał się z łóżka tak gwałtownie, że skręcił kostkę. Chciał się złapać gospodyni, ale przez przypadek chwycił ją za głowę i zerwał jej perukę. Nie wiedział, że ją nosi, więc przeraził się, że oskalpował gosposię, i zemdlał. A jak tracił przytomność, strącił z parapetu wazon, który spadł przyjaciółce na głowę. Wszyscy mieli potem pozwać Joannę do sądu, ale na szczęście jakoś się dogadali.
Więc, odpowiadając na pana pytanie, tak, Joanna ma specyficzne poczucie humoru. Ale nie podejrzewam, żeby w ramach tego zabiła swojego kochanka. Przy okazji, może mi pan powiedzieć, jak on zginął, czy to tajemnica?
– Nie, to nie jest tajemnica. Ktoś uderzył go w głowę jakimś ciężkim, ostrym narzędziem. Ze wstępnych oględzin wynika, że była to siekiera, ewentualnie topór. Nic takiego nie znaleziono w pobliżu zwłok, istnieje więc podejrzenie, że sprawca zabrał to ze sobą – powiedział policjant. – Widziała pani tu kiedyś coś takiego?

Więcej na temat Aleksander Rogoziński
Przeładuj

Tomson i Baron w szoku! Występ uczestników "The Voice of Poland" mocno zaskoczył jurorów!

zobacz 01:11