Co naprawdę kręci Jacka Nicholsona, czy myśli o przemijaniu i dlaczego się przyznaje, że używa viagry,  sprawdzała w Londynie Anna Rączkowska. 

Z bliska wydaje się dużo grubszy. Ale czy traci przez to na uroku? Głos ma seksownie zdarty, jakby wypił w życiu morze whisky, a uśmiech... Tego uśmiechu opisać się nie da. Robi mi się gorąco, kiedy na pytanie o triki, na jakie podrywa dziewczyny, kładzie mi rękę na plecach i patrząc głęboko w oczy, stwierdza, że nie ma żadnych. Już rozumiem, w jaki sposób udało mu się „zaciągnąć do łóżka” 2000 kobiet. Tak głosi legenda. Jack uwielbia plotki na swój temat. Uważa, że wszystko, co napiszą dziennikarze, działa na jego korzyść. I pewnie tak właśnie jest, bo od blisko 40 lat wciąż jest na topie, chociaż skończył już siedemdziesiątkę i dla takich „dziadków” w Hollywood nie ma miejsca. Ale nie każdy jest Jackiem Nicholsonem.

– Siedemdziesięciolatek symbolem seksu. Jak Ty to robisz?


Jack Nicholson: Nie mam pojęcia. Czasem sam się temu dziwię, ale nie powiem, żeby mi to nie sprawiało przyjemności. Muszę mieć w sobie zwierzęcy magnetyzm.

– Przeraża Cię upływ czasu?


Jack Nicholson: Czy ja wiem? Dobrze się ze sobą czuję, niczego w życiu nie żałuję, nikomu nic złego nie zrobiłem. Starzenie się nigdy mnie nie martwiło. Jestem pozytywnie nastawiony do życia i przyjmuję je z dobrodziejstwem inwentarza. Muszę przyznać, że 70. urodziny przyjąłem spokojniej niż 50. Wtedy wydawało mi się, że jestem stary, teraz poczułem zupełnie nową energię. Po prostu obudziłem się pewnego dnia i pomyślałem: Wow, czuję się świetnie! Poza tym z wiekiem poprawił mi się charakter. Może dlatego, że pewnych rzeczy nie mogę już robić...

– Czegoś Ci więc jednak brakuje.


Jack Nicholson: Moja mama była kosmetyczką. Odkąd pamiętam, zawsze na nogach. Pewnie po niej odziedziczyłem wytrzymałość. Przez lata miałem wrażenie, że potrafię wytrzymać na planie dużo dłużej niż inni. Ale to się skończyło. Poza tym, co tu dużo mówić. Już nie mogę, tak jak kiedyś, podrywać dziewczyn na ulicy. Czuję, że to byłoby nie na miejscu.

– Przecież masz zawsze młode narzeczone! Potrafisz sobie wyobrazić randkę z kobietą w swoim wieku?


Jack Nicholson: Pewnie, że tak. Powiem szczerze: zawsze staram się mieć „szerokie spektrum” i umawiać się z dziewczynami w różnym wieku. Ale od pewnego czasu jestem singlem. Teraz inwestuję w dzieci.

– Masz chyba z nimi dobre relacje. A to nie takie proste, kiedy jest się tatą „dochodzącym”...


Jack Nicholson: Nie jest też takie trudne, kiedy człowiek nie musi się martwić o przyziemne sprawy typu: skąd wziąć pieniądze na alimenty. Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Jennifer, byłem na tyle dorosły, żeby pojąć, że dziecko to kompletna zmiana w życiu. Niestety, nie miałem z nią wielkiego kontaktu, bo kiedy jej matka, Sandra Knight, i ja się rozwiedliśmy, dziewczyny przeprowadziły się na Hawaje. Wtedy nie mogłem być takim ojcem, jakim chciałbym być, ale to wynikało z dzielącej nas odległości. Ludzie mówią, że nie chcą dzieci, bo boją się utraty wolności. Ja przekonuję tych niepewnych, że to jedyna radość w życiu.

– Byłeś przy narodzinach pierwszej córki?


Jack Nicholson: Wtedy nie było takiej możliwości. I dzięki Bogu! Ale doskonale pamiętam moment, kiedy się obudziłem i powiedzieli mi, że mam córkę. Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, było: Mój Boże, moje życie się zmieniło. Definitywnie i na zawsze. I to była cudowna myśl.

– Jakim jesteś ojcem?


Jack Nicholson: Staram się być inspirujący, pokazywać dzieciom nowe rzeczy. Zabieram je do opery, na balet. Zawsze im czytałem, wydawało mi się, że to taki ojcowski obowiązek. Jeśli chcą iść na mecz – tylko ze mną. Muszę przyznać, że ci najmłodsi (Lorraine, 18 lat, i Raymond, 16) świetnie czują się w świecie show-biznesu.

– A jeśli córka zechce być aktorką?


Jack Nicholson: Zawsze wszystkich do tego zniechęcam, bo to trudna robota. Szczególnie dla kobiety. Chyba że ma „to coś”, co sprawia, że ma szansę zostać gwiazdą.

– Co to takiego?


Jack Nicholson: Dam ci przykład. Jeśli stoisz na scenie, na którą wedrze się, powiedzmy, kot, a wszyscy i tak patrzą  tylko na ciebie, to zdecydowanie masz „to coś”.

– Twoja córka to ma?


Jack Nicholson: Pewnie!

– Czy Twoje priorytety przy wyborze roli zmieniają się z wiekiem? Ostatnio grasz głównie w komediach. „Schmidt”, „Lepiej być nie może”, teraz „Nie dogoni nas czas”.


Jack Nicholson: Pewnie, że się zmieniają. Ale czy to chodzi o role, czy może malejące możliwości, to nie wiem. Udało mi się osiągnąć pozycję, kiedy role same do mnie przychodzą. Mogę je wziąć, mogę odrzucić. Ale warto dodać, że dla takich starców jak ja ról nie ma zbyt wiele.

– Komedia jest czymś trudniejszym czy łatwiejszym?


Jack Nicholson: Dla mnie trudniejszym. W dramacie jest wiele różnych dróg do osiągnięcia celu, w komedii wszystko jest proste. Albo jesteś śmieszny, albo nie. Komedia bierze się z prawdy. Udawanie nigdy nie będzie śmieszne.

– Czym się kierujesz w wyborze ról?


Jack Nicholson: Różnorodnością. Unikam powtarzania sukcesów, co jest bardzo popularne w Hollywood. Sprawdziłeś się jako zły policjant? W następnym filmie zagrasz to samo. Dla mnie oznacza to śmierć zawodową. Zawsze wolałem porażkę w czymś zupełnie innym. Przez wiele lat wiek mnie nie definiował. Grałem starszych, młodszych od siebie bohaterów. Dziś już nie zagram 30-latka. Ale teraz też mam swój cel. Za każdym razem staram się pokazać na ekranie, że starsi panowie mają jeszcze swoją seksualność.

– Myślałam, że sporo się w tej dziedzinie zmieniło wraz z nadejściem viagry. Jesteś jej zwolennikiem?


Jack Nicholson: Chcesz wiedzieć, czy używam? Tylko jeśli umawiam się na randkę z więcej niż jedną kobietą...

– Czy jesteś z tych co patrzą w przyszłość, czy oglądasz się za siebie?


Jack Nicholson: Staram się żyć tu i teraz. To moja zasada. Mam jedną filozofię – jak najwięcej miłych chwil.

– Mam wrażenie, że film „Nie dogoni nas czas” opowiada dokładnie o tym. Jak Ty szukasz radości w życiu?


Jack Nicholson: Nauczyłem się rozpoznawać stan, w którym jestem szczęśliwy. Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie boją się szczęścia. Jak to wygląda w praktyce? Każdego dnia staram znaleźć w życiu coś, co da mi radość. Drobiazg. Na przykład codziennie rano cieszę się, że budzę się żywy. Serio.

– A co ostatnio sprawiło Ci wyjątkową przyjemność?


Jack Nicholson: Oglądanie przerażonej twarzy Hillary Clinton po porażce w prawyborach w New Hampshire i śledzenie jej spadających wyników. Ale są też inne przyjemności. Ulubiona z ostatnich tygodni to oglądanie córki w szkolnym przedstawieniu.

– Chorzy na raka bohaterowie „Nie dogoni nas czas” robią sobie listę rzeczy, które chcieliby zdążyć zrobić przed śmiercią. Myślałeś kiedyś o takiej liście?


Jack Nicholson: Nie robię żadnych list. To niezgodne z moją filozofią życia „tu i teraz”. Na pewno chciałbym żyć wystarczająco długo, by móc ujrzeć swoje dzieci na ceremonii rozdania dyplomów kończących szkołę. Poza tym zawsze marzyłem o tym, żeby się nauczyć języka obcego i gotować.

– Naprawdę nie umiesz gotować?


Jack Nicholson: Kiedyś pracowałem w knajpie jako „profesjonalny kucharz”, ale co to było za gotowanie! Hot dogi, hamburgery, frytki. Kiedy jednej z klientek zachciało się naleśników, nie bardzo umiałem je zrobić. Wyszły mi grubasy na kilka centymetrów. Ona się pyta: Co to takiego? Kazałem jej więc obsłużyć się samej. To była moja największa porażka w dziedzinie gotowania. Więcej jednak miałem porażek damsko-męskich.

– Czy jest w ogóle jakaś kobieta, którą chciałbyś jeszcze poznać?


Jack Nicholson: Mam wrażenie, że znam je wszystkie...

– I wszystkie lubisz?


Jack Nicholson: Kocham.

– One też Cię kochają...


Jack Nicholson: Nie wstydzę się tego, ale też potrafię się z tego śmiać. Gdybym zaczął myśleć, że jestem popularny, ludzie mnie kochają i miałbym to wykorzystywać, chyba nie mógłbym dłużej funkcjonować w społeczeństwie.

– Ale tak właśnie jest. Możesz normalnie zapalić, pójść na spacer?


Jack Nicholson: Zakaz palenia w miejscach publicznych jest dla mnie problemem. Jak tylko wyjdę z restauracji, natychmiast mam przed nosem 50 fotografów, którzy strzelają we mnie fleszami. A propos spacerów – od ponad dwudziestu lat nie mam na to szans. Limuzyna podjeżdża po mnie na lotnisko, pod hotel i zabiera mnie tam, gdzie mam dotrzeć. To jedyny sposób, bym bezpiecznie dotarł do celu. Przyzwyczaiłem się, że wszędzie czyhają paparazzi. Ale staram się nie dawać im przyjemności. Nauczyłem się na przykład tak palić papierosa, że nie poruszam żadnym mięśniem twarzy. Dla nich to nuda. I tak się od lat zabawiamy. Publicity to część mojej pracy. Jak się z tym nie pogodzisz, zginiesz w tym biznesie. Ale wiesz, nie to mnie w życiu najbardziej martwi. Zawsze zastanawiałem się, kiedy przyjdzie taki moment, że nie będę miał już siły grać. Aktorstwo pochłania mnóstwo energii, a ja uwielbiam swoją pracę.

– Mógłbyś kupić każdą posiadłość w Hollywood, a od lat mieszkasz przy Mulholland Drive...


Jack Nicholson: Faktycznie, to pierwszy dom, który sobie kupiłem. Być może powinienem go zmienić, ale dobrze się tam czuję. To miejsce, gdzie mogę się podrapać po tyłku i mam pewność, że nikt tego nie sfotografuje. Mogę też udawać romantyka i w spokoju patrzeć na księżyc. Nikomu nic do tego.

– Od jakiegoś czasu jesteś sam. Lubisz ten stan?


Jack Nicholson: Mogę robić to, co mi się żywnie podoba. Chcę wyjść z przyjęcia, wychodzę, chcę zostać, zostaję, nie oglądając się na nikogo. Oczywiście są noce, kiedy czuję się samotny i mam takie same lęki jak wielu innych ludzi.

– Ty?


Jack Nicholson: Niech ci będzie. To takie eufemistyczne stwierdzenie: Jestem otwarty na miłość. Czekam.

Rozmawiała: Anna Rączkowska

Więcej na temat Jack Nicholson