Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Grzegorz i Kalina Schetynowie: Polityka rodzinna

W domu Grzegorz Schetyna jest inny niż na scenie politycznej. Bawi się z psem, przeprowadza z 18-letnią córką ojcowskie rozmowy, lubi poleżeć na kanapie w salonie przestronnej willi na peryferiach Wrocławia.

Trudno uwierzyć, że to wicepremier, szef MSWiA, którego wrogowie nazywają bezwzględnym graczem, Donald Tusk – nosorożcem, a przyjaciele – twardzielem. Grzegorz Schetyna udomowiony ma swój priorytet – rodzinę. Często dzwoni do żony, opowiada anegdoty i uchodzi za faceta o miękkim sercu. Ale jaki jest naprawdę?

– Czy mąż pytał Panią o zgodę na objęcie funkcji wicepremiera?


Kalina Rowińska-Schetyna: Nie. Dowiedziałam się z paska w TVN24. Byłam zaskoczona.
Grzegorz Schetyna: Kalina coś źle przeczytała. Myślała, że obejmę jakieś ministerstwo.
Kalina Rowińska-Schetyna: Ale że od razu wicepremier?!

– I co?


Kalina Rowińska-Schetyna: Zdenerwowałam się. Nie chciałam tak dużych zmian w naszym życiu!
Grzegorz Schetyna: Przyznaj, chodziło o to, że mnie częściej nie będzie w domu.
Kalina Rowińska-Schetyna: Nie tylko. Nie chciałam zawirowań, utraty prywatności. Bałam się, że media zaczną się nami przesadnie interesować.
Grzegorz Schetyna: Siedzieliśmy na kanapie w salonie, a Kalina powtarzała: „Wyobrażasz sobie, co teraz będzie?”. Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. I tak od słowa do słowa zaczęliśmy pisać scenariusz, jak przy polityce zorganizować normalne życie.

– A teraz siedzimy, rozmawiając, a wielka polityka odpłynęła gdzieś w dal?


Grzegorz Schetyna: Dla mnie ten dom to azyl. Wracam tu i staram się zostawić politykę za drzwiami. Niestety, mogę bywać w domu tylko w weekendy. Kiedy byłem posłem, mogłem pobyć we Wrocławiu nawet kilka dni w tygodniu. Sejm ma swój rytm, który daje takie możliwości.
Kalina Rowińska-Schetyna: Nie wyobrażam sobie weekendów bez Grzegorza. W końcu rodzina powinna mieć trochę czasu dla siebie.

– Pani Kalino, gdy mąż został politykiem, dała mu Pani do podpisania glejt, jakich zasad musicie się trzymać?


Kalina Rowińska-Schetyna: Nie było glejtów, postanowień. Mąż sam wie, co ma robić.
Grzegorz Schetyna: Poznaliśmy się w 1983 roku. Ciągle jesteśmy razem, o czymś to świadczy.
Kalina Rowińska-Schetyna: To mąż pamięta wszystkie daty. Nie one są najważniejsze. W każdym razie dłużej jesteśmy w życiu razem niż bez siebie.
Grzegorz Schetyna: Ślub wzięliśmy w 1988 roku, po pięciu latach znajomości.

– Nie pobraliście się na studiach?


Grzegorz Schetyna: Mieszkaliśmy w akademiku. Trudno w takich warunkach zakładać rodzinę.  Zanim się pobraliśmy, w 1986 roku pojechaliśmy do Kanady zarobić jakieś pieniądze.
Kalina Rowińska-Schetyna: Na saksy, jak się to mówiło. Mąż pracował jako ogrodnik, a ja sprzedawałam fast foody. Chciałam zostać tam, ale Grzegorz marzył o powrocie. Śniło mu się w nocy, że ostatni samolot do Polski odleciał bez nas. Więc wróciliśmy.
Grzegorz Schetyna: Tam doznaliśmy zawrotu głowy, a tu czekała szara rzeczywistość.
Kalina Rowińska-Schetyna: Rozpłakałam się, widząc uzbrojonych żołnierzy na Okęciu.
Grzegorz Schetyna: Najpierw trwały strajki.  Potem nadszedł Okrągły Stół, a 4 czerwca 1989 roku Joanna Szczepkowska ogłosiła upadek komunizmu. Równo po roku, też 4 czerwca, urodziła się nam córka.
Kalina Rowińska-Schetyna: Jakby dla uczczenia rocznicy.

– Już wtedy wszystko było podporządkowane polityce? Od pierwszego roku studiów zaczął Pan działać w NZS, jakby Pan czekał, by rzucić się w ten wir?


Grzegorz Schetyna: Sytuacja do tego zmuszała. Tak byłem wychowany. Rodzice walczyli w AK. Brat z żoną działali w „Solidarności”, byli internowani.
Kalina Rowińska-Schetyna: Kiedy poznałam Grzegorza, nie wiedziałam, że to działacz.
Grzegorz Schetyna: Ale jak się dowiedziałaś, nie przeszkodziło nam to być razem.
Kalina Rowińska-Schetyna: W młodości inaczej patrzy się na te sprawy.
Grzegorz Schetyna: Człowiek niczego się nie boi, nie ma nic do stracenia.
Kalina Rowińska-Schetyna: Wtedy o niczym innym się nie myślało, trochę o nauce, ale więcej o polityce. A przyszłość w ogóle nie istniała, nie było jej przed nami.
Grzegorz Schetyna: Nie można było liczyć na porządną pracę, zwłaszcza dla humanistów. Ja studiowałem historię. Kalina – polonistykę. Mogliśmy tylko iść pracować do szkoły.
Kalina Rowińska-Schetyna: Pamiętam, jak tata Grzesia powiedział: „Dam wam swój samochód, to przerobicie go na taksówkę”.
Grzegorz Schetyna: To był fiat 125 p. Tata naprawdę bardzo się poświęcił. Wiedział, że ja z moją bezkompromisowością nie utrzymam się w pracy w szkole.

– Nie zdecydował się Pan jednak zostać taksówkarzem?


Grzegorz Schetyna: No nie... ale w razie czego miałem jakieś wyjście. Z Kanady przywieźliśmy trochę pieniędzy.
Kalina Rowińska-Schetyna: Kupiliśmy mieszkanie i mogliśmy się pobrać.

– Co Panią pociągało w przyszłym mężu? Przedsiębiorczość?


Kalina Rowińska-Schetyna: Był bardzo wesoły, mądry i energiczny. Ja jestem spokojna.

– Myślała Pani, że to tak będzie? Mąż w Warszawie, Pani we Wrocławiu?


Kalina Rowińska-Schetyna: Nie przypuszczałam, że wszystko się tak potoczy. Po studiach mąż zaczął pracować w Urzędzie Wojewódzkim, został wicewojewodą. Był na miejscu.
Grzegorz Schetyna: Ale i tak to było dla ciebie trudne. Wzięłaś na siebie cały ciężar wychowania Natalii. Trud tego wszystkiego, czego wymaga małe dziecko.
Kalina Rowińska-Schetyna: Najpierw żyliśmy beztrosko, a potem zaczęły się obowiązki. Natalia nosiła szynę – miała problem ze stawem biodrowym. Płakała, nie można jej było włożyć do wózeczka.
Grzegorz Schetyna: A ja martwiłem się, że mnie nie ma, byłem totalnie zajęty. Kalina musiała radzić sobie sama. Zaimponowała mi, zdecydowała się zrobić prawo jazdy. Gdy zdawała egzamin, siedziałem z Natalią w kuchni i zabawiałem ją. Miała około roku. I mówiłem, jakie to ważne, żeby mamusia umiała prowadzić samochód. Zrobiła to tylko dla mnie.
Kalina Rowińska-Schetyna: Żebyś mnie nie musiał podwozić, zawozić, żebyś był swobodniejszy, a ja samodzielna.

– I nie buntowała się Pani, że męża ciągle nie ma?


Kalina Rowińska-Schetyna: Nie mam charakteru buntownika. Poza tym jestem zaradna.
Grzegorz Schetyna: Kalina potrafi sama podejmować decyzje. Co do funkcjonowania domu też – zepsutego pieca, odśnieżania, awarii samochodu.

– A Pan?


Grzegorz Schetyna: A ja dzwonię. I wspieram.
Kalina Rowińska-Schetyna: Duchowo (śmiech). Lubię, jak mąż dzwoni. Jedzie na przykład na Radę Ministrów i telefonuje z samochodu. Wolę to niż SMS-y.
Natalia Schetyna: SMS-y tata wysyła do mnie. Pyta, jakie są wyniki meczu w koszykówce. Bo ja interesuję się sportem. Polityką też, ale sportem bardziej.

– Tata pisze, że Cię kocha?


Natalia Schetyna: Pewnie, że pisze. Pisze chociażby: „Kocham was”. I ja wiem, że to jest też do mamy.

– Polityka to niełatwy kawałek chleba. W trudnych chwilach znajduje Pan oparcie w rodzinie?


Grzegorz Schetyna: W rodzinie i w domu. My jesteśmy takim zżytym, wspierającym się małżeństwem. W życiu nie brakuje złych chwil...
Kalina Rowińska-Schetyna: Pamiętam, jak męża zdjęto z funkcji wicewojewody.
Grzegorz Schetyna: I nagle telefon przestał dzwonić. Przedtem dźwięczał bez przerwy. Nie lubię tego rozgrzebywać, nie ma co wracać do porażek. Ale pamiętam i będę pamiętał.
Kalina Rowińska-Schetyna: Tylko że mąż potrafi wybaczać. Ja mniej – jestem bardziej pamiętliwa. Jestem zodiakalnym Bykiem. Ponoć to cecha ludzi spod tego znaku.
Grzegorz Schetyna: Ja jestem Wodnikiem.
Natalia Schetyna: A ja Bliźniakiem. Kto z nas jest najtrudniejszy?

– Wodnik, bo to znak ludzi absolutnie niezależnych. Wodniki rzadko zakładają rodzinę, bo boją się utraty wolności.


Grzegorz Schetyna: Jestem więc wyjątkiem.
Kalina Rowińska-Schetyna: Mąż z inną kobietą miałby ciężko. Może być tylko ze mną – taka jest prawda (śmiech). Bóg wiedział, co robi, kierując jego kroki do akademika, gdzie akurat mieszkała nasza koleżanka.
Grzegorz Schetyna: Nie należę do uwodzicieli. Kalina nie ma pretensji o moją pracę. Zostawia mi wolną rękę.
Kalina Rowińska-Schetyna: Bo ja wychodzę z założenia, że każdy powinien robić to, do czego jest stworzony. A mąż lubi politykę. Nieraz słucham, jak rozmawiają o niej z Natalią, i widać, że obojgu sprawia to przyjemność.

– Kiedy telefon przestał milczeć?


Kalina Rowińska-Schetyna: Gdy mąż wrócił do polityki. A dzwoni bez przerwy, odkąd Grzegorz został sekretarzem generalnym w KLD.
Grzegorz Schetyna: Natalia miała wtedy dwa lata, a ja pojechałem do Warszawy. Wtedy telefon już dzwonił. Widzi pani, z polityką to jak ze sportem – idzie się po zwycięstwo.
Kalina Rowińska-Schetyna: Trudne chwile były, gdy Platforma przegrała wybory w 2005 roku.
Grzegorz Schetyna: Byłem w to zaangażowany.
Natalia Schetyna: I dlatego tak to przeżyłeś. Ja też tam byłam, w sztabie, w Warszawie. Aż do rana. Rano tata odwiózł mnie samolotem, żebym zdążyła do szkoły, chociaż na drugą lekcję.
Kalina Rowińska-Schetyna: Ja aż tak bardzo nie emocjonuję się polityką jak oni. Kiedy mąż przyjeżdża do domu, staramy się o polityce nie rozmawiać.

– Jak odreagowuje Pan stresy?


Grzegorz Schetyna: Na łonie rodziny. Najlepiej mi robi, gdy pojedziemy gdzieś z żoną na weekend. Na przykład w góry. Polska polityka robi się brutalna i należy mieć od niej odskocznię.

– Złoszczą Pana takie pseudonimy, jak „Grzegorz Zniszczę Cię Schetyna”?


Grzegorz Schetyna: Śmieszą. Bardzo.
Kalina Rowińska-Schetyna: Śmiejemy się z nich. Mąż potrafi już zawierać kompromisy.
Grzegorz Schetyna: Nie ma polityki bez kompromisu, elastyczności. Natomiast trzeba mieć zasady i być przyzwoitym.
Natalia Schetyna: Tata jest OK. Nie męczy mnie. Pyta, jak mi idzie w szkole i gdy mówię, że dobrze, zadowala się tym. Ale mi naprawdę dobrze idzie.

– Natalia, dokuczają Ci, że masz ojca premiera?


Natalia Schetyna: Dawniej bardziej. Chcieli, żebym się przejmowała, ale ja to puszczam mimo uszu.
Grzegorz Schetyna: Przejmujesz się, nie opowiadaj.
Kalina Rowińska-Schetyna: Nie lubimy, gdy polityka przeszkadza nam w codzienności. Ja często przedstawiam się panieńskim nazwiskiem.
Grzegorz Schetyna: Kalina nie lubi, gdy ludzie ją nagabują, kojarzą.

– To się nasila, gdy piszą, że w kolejnej kadencji Sejmu będzie Pan premierem?


Grzegorz Schetyna: Ja się z tego śmieję. Będzie, jak ma być. Wszystko jest gdzieś w górze zapisane. A zresztą w domu nie jestem premierem. Tutaj odpoczywam. Tylko tutaj dobrze śpię. W Warszawie mam problemy z zaśnięciem.
Kalina Rowińska-Schetyna: Tu się odprężasz, chodzimy na długie spacery z Piranią. W Warszawie ten pokoik w domu poselskim jest taki… ,,nie pierwszej świeżości’’. Nic dziwnego, że tam źle sypiasz.
Grzegorz Schetyna: Tu gram w piłkę i koszykówkę, biegam. Chodzimy do kina.
Natalia Schetyna: Na mecze chodzimy razem.

– I w ogóle się nie kłócicie?


Grzegorz Schetyna: Nie mamy czasu na kłótnie.
Kalina Rowińska-Schetyna: Widujemy się rzadko. Nawet dom sama kończyłam, więc nie sprzeczaliśmy się o kolor kafelków.
Grzegorz Schetyna: Kalina sama wybrała architekta, sama wszystkiego dopilnowała.
Kalina Rowińska-Schetyna: W zimie lubimy wybrać się na narty całą trójką. Piranię też zabieramy, chociaż nie jest narciarką.

– Jazdy na nartach nauczyła się Pani dla męża, jak prowadzenia samochodu?


Kalina Rowińska-Schetyna: Umiałam już. Dla niego nauczyłam się…  gotować (cała rodzina wybucha śmiechem).
Grzegorz Schetyna: Za to Natalia bardzo dobrze gotuje i piecze świetne ciasto.
Natalia Schetyna: Ktoś musi... Tata lubi dobrze zjeść.

– Żona przeprowadzi się za Panem do Warszawy?


Kalina Rowińska-Schetyna: Może, ale musiałoby to być jakieś ładne miejsce. Mam kilka koleżanek w Warszawie.
Grzegorz Schetyna: Póki co nie myślimy o niczym poza maturą Natalki. Będę robił kanapki w szkole.
Natalia Schetyna: Tato, teraz nikt nie robi kanapek, inne czasy. Nawet wody nie można przynieść.
Grzegorz Schetyna: No to trudno, ale będę czekał przed szkołą.
Natalia Schetyna: Jak ty się uprzesz…

– Jest Pan taki uparty?


Kalina Rowińska-Schetyna: Potrafi postawić na swoim.
Grzegorz Schetyna: Czasami, chociaż to zła cecha. Staram się więc być konsekwentny, a nie uparty. I z wiekiem coraz bardziej mi się to udaje.
Kalina Rowińska-Schetyna: Grzegorz ma inną dobrą cechę, którą ja bardzo cenię. To lojalność.
Grzegorz Schetyna: Może przestaniecie mnie już chwalić? Bo się czerwienię!

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Robert Murawiecki
Stylizacja Michał Kuś
Makijaż Anna Rózga
Fryzury Maciej Majcher
Produkcja sesji Anna Wierzbicka

Jerzy Stuhr, Viva! styczeń 2012
Ula Szczepaniak
Newsy
Jerzy Stuhr: "Choćby nie wiem co mówili..."
Mówi: „Każdą wiadomość na temat mojego organizmu przyjmę z pokorą i zacznę kolejny etap walki”. Jerzy Stuhr we wzruszającej i poruszającej rozmowie.

– Świat nadal wydaje się Panu interesujący? Ciekawi Pana polityka, newsy? Jerzy Stuhr: Pisanie pewnego rodzaju pamiętnika z ostatniego okresu, pod tytułem „Tak sobie myślę”, dla Wydawnictwa Literackiego w formie dialogu z czytelnikiem zabiera mi sporo czasu. Zauważyłem, że co chwila zastrzegam się, że nie chcę o polityce i… po chwili muszę to weryfikować. Jak nie napisać o ogólnokrajowej aferze aptecznej, która dotyczy połowy Polski? W każdym wydarzeniu szukam naszych polskich cech, mankamentów, kompleksów. Częściej mi wstyd, choć chciałbym być dumny. Oglądam dzienniki informacyjne i zaraz potem wyłączam telewizor. Zapełniam czas ulubionym zajęciem – lekturą, penetruję bibliotekę ojca i dziadka. Wczoraj na przykład do północy – bo idę do szpitala na sześć tygodni – szukałem lektur. Znalazłem eseje Emila Ciorana i inne książki, które zawsze mi imponowały. Szczęściem jest posiadanie takiej biblioteki. Mam swój świat. – Czy choroba otworzyła Panu na coś oczy, nauczyła, zmieniła? Jerzy Stuhr: Trudno mi odpowiedzieć, pierwszy raz w życiu mnie coś takiego dopadło. – Miał Pan już poważne kłopoty z sercem. Jerzy Stuhr: O tak, w tym boju jestem doświadczony. W 1988 roku byłem młodym człowiekiem, a prawie umierałem. Żonie mówili: „To może się stać jutro, a może dziś”. Więc nie jestem dobrym rozmówcą w tej kwestii. Jestem uzbrojony, przygotowany w każdej chwili na to, co los może zarządzić. Ja się nie zdenerwuję. Każdą wiadomość na temat mojego organizmu przyjmę z pokorą i zacznę kolejny etap walki. Najgorszy jest dla mnie stan niepewności, najbardziej przeszkadza brak szybkiej diagnozy. Pytam: „Panie doktorze, jak długo jeszcze będzie trwała ta terapia?”. On mówi: „Nie wiem, zależy, jak pana organizm...

Krzysztof Hołowczyc
Olga Majrowska
Newsy
Krzysztof Hołowczyc: "Wiem, że mogę nie wrócić"
„Najlepsze, co w życiu osiągnąłem, to te moje dziewczyny – żona i córki. Bez nich nie byłbym dzisiaj w tym miejscu. Dzięki rodzinie mogę zacisnąć pięści i być zawsze gotowy do walki”, mówi Krzysztof Hołowczyc.

- Co Pan robił wczoraj? Nie mogłam się do Pana dodzwonić. Krzysztof Hołowczyc: W weekendy wyłączam telefon. Jestem wtedy tylko dla rodziny. Po południu spacer po lesie, kanapa, telewizor, rąbanie drewna do kominka. Takie proste rzeczy. Przerywnik w moim życiu. – Bo Pana życie to sinusoida? Adrenalina i wyciszenie? Krzysztof Hołowczyc: Sinusoida. Up-down, down-up – jesteś na szczycie i spadasz, spadasz i podnosisz się… U mnie też tak się dzieje. Nie umiałbym żyć płasko – na samym szczycie albo na samym dole. Byłoby nudno. – Dlaczego więc zaszył się Pan w domu pod Olsztynem? Tak tu cicho. Krzysztof Hołowczyc: Bo przy obciążeniu, jakim jest mój sport i szukanie sponsorów, trzeba mieć swój kącik, do którego stres nie ma dostępu. Mogę tu się schować, zwłaszcza gdy chciałbym powiedzieć wszystkim: „Dajcie mi chwilę spokoju!”. Trudno mi się odnaleźć w tej popularności, w tym poklepywaniu po ramieniu, przepijaniu do Hołka i tak dalej. Ale mam świadomość, że aby przygotować się do każdego rajdu w sezonie, potrzebne są miliony złotych. Sponsorzy chcą mieć znaną twarz i sukcesy na koncie. Trzeba więc być najpierw małpą, żeby na końcu zostać królem. – Nie zgodził się Pan na udział w reklamie papierosów. Krzysztof Hołowczyc: Doszedłem do takiego etapu, że odmawiam, jeśli ktoś proponuje mi reklamę, która nie pasuje do mojej strategii wizerunkowej. Czuwa nad tym mój przyjaciel i menedżer Andrzej Kalitowicz. On też ma rodzinę i zdaje sobie sprawę, że któregoś dnia może nie wrócę z rajdu i że muszę zabezpieczyć żonę i córki. Ale wizerunek jest ważniejszy od pieniędzy. – Po co więc tak ciągle ryzykować? Są spokojniejsze zawody… Krzysztof Hołowczyc: Po co? Nie wiem. Nie umiałbym inaczej. Ale kiedy „dam w...

Małgorzata Tusk
Iza Grzybowska/Makata
Newsy
Małgorzata Tusk - Żona poza protokołem
Czy bycie żoną premiera to najlepsza rola jej życia? Czy łatwo jej było zrezygnować z anonimowości? Dlaczego zdecydowała się zamieszkać w Warszawie? Jak znosi krytykę pod adresem męża? I dlaczego... lubi myć podłogi?

Nie lubi, kiedy mówi się do niej „pani premierowo”. Woli „pani Małgorzato”. Na spotkanie umawia się w zwykłej kawiarni. Najlepiej w okolicy mieszkania premiera na Dolnym Mokotowie. Często sama prowadzi samochód, sama sprząta i wiesza firanki. Nie lubi polityki. Czasem wymyka się samotnie do kina. Czyta mnóstwo książek i ma koleżanki z dawnych lat. Na wywiad namawiam ją przez dwa lata. Można do niej zadzwonić na komórkę, odpowiada na SMS-y. Czesze się sama lub u fryzjerów hotelowych. Ubiera się w jasne bluzki – kiedyś wolała czarne. Czy funkcja męża bardzo zmieniła jej życie i jak ona sama się zmieniła w ciągu czterech lat jego premierowania? – Polityka to zniewolenie, uwięzienie? Małgorzata Tusk: Zniewolenie, uwięzienie? Nie. Myślę, że politykę należy traktować jak każdą pracę. Czy ktoś pracuje w polityce, w szkole, czy w szpitalu, jest to konsekwencja decyzji, jaką się kiedyś podjęło. – Ale nie można porównywać życia żony nauczyciela z życiem żony premiera. Małgorzata Tusk: Dlaczego nie? Moja mama była nauczycielką i wiem, jakie przeżywała stresy. Nauczyciel tak samo przejmuje się swoją pracą jak premier. Zwłaszcza gdy któryś uczeń ma słabsze stopnie albo trzeba kogoś zostawić na drugi rok. Stres jest taki sam jak przy podejmowaniu decyzji przez polityka. – Ale decyzje Pani męża dotyczą całego społeczeństwa i wszyscy je obserwują – i sympatycy, i wrogie frakcje. A Pani znajduje się pod lupą, nieustannie oceniana. Małgorzata Tusk: Rzeczywiście jest to trochę taki „Big Brother”. Staram się jednak o tym nie myśleć, chociaż na pewno przeszkadza mi jadący za mną samochód z fotoreporterami. Nikt nie lubi być śledzony, każdy chce mieć swoje życie dla siebie. Ale z drugiej strony wszyscy jesteśmy w pewien sposób śledzeni...

Nasze akcje

Nowa kolekcja Lilou zachęca do świętowania wspólnych chwil

Partner
Pomysł na prezent: perfumy Tom Tailor

Te perfumy symbolizują drogocenne chwile szczęścia i spokoju

Partner

Niebanalna i ponadczasowa biżuteria Pandora zachwyca blaskiem

Partner

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner