Dziewczyna i rowery
Flickr/Matthew Kenwrick/CC BY-ND 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/

Czy można czuć sympatię i solidarność z osobą, która nas przetrzymuje i stosuje przemoc? Tak w dużym skrócie wygląda syndrom sztokholmski. Pierwszy opisany przypadek wzbudził zamieszanie w środowisku psychologów. Dziś już wiadomo, że nie jest niczym niezwykłym. Co gorsza – często można go zaobserwować w codziennym życiu.

Skąd się wzięła nazwa „syndrom sztokholmski”?

W 1973 roku w stolicy Szwecji dwóch mężczyzn dokonało napadu na bank. Przez sześć dni przetrzymywali zakładników. Gdy po niecałym tygodniu policja ich uwolniła, okazało się, że nie chcieli oni opuścić banku i nie żywili żadnej urazy do porywaczy. Co więcej – bronili ich i chcieli z nimi w dalszym ciągu utrzymywać kontakt. Te nietypowe zachowanie nazwano „syndromem sztokholmskim”.

Syndrom sztokholmski – historia Nataschy Kampusch

Jedna z najbardziej tajemniczych zagadek kryminalnych w Austrii wciąż nie została całkowicie rozwikłana. Natascha Kampusch została porwana przez Wolfganga Priklopila, gdy miała 10 lat. Mężczyzna przetrzymywał ją i wykorzystywał seksualnie przez 8 lat. Gdy w 2006 roku dziewczynie udało się uciec, Priklopil popełnił samobójstwo. Można przypuszczać, że Natascha odczuła wielką ulgę, dowiedziawszy się o tym. Nic z tych rzeczy. Co więcej – gdy powiedziano jej o śmierci jej porywacza, dziewczyna wybuchła płaczem i zaczęła obwiniać o to policję. Na podstawie historii Nataschy w 2013 powstał film pt. „3096 dni” w reżyserii Sherry'ego Hormanna.

Na czym polega syndrom sztokholmski?

Syndrom sztokholmski to nietypowa strategia, stosowana przez umysł, by krótko mówiąc – przetrwać. Pojawia się w sytuacjach traumatycznych, podczas których spełnione są następujące warunki:

  • ofiara czuje, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy,
  • ofiara nie widzi żadnych możliwości wyjścia z sytuacji czy ucieczki,
  • ofiara zauważa drobne gesty i uprzejmości ze strony sprawcy,
  • ofiara jest odizolowana fizycznie lub psychicznie (co oznacza, że nie ma dostępu do innej perspektywy niż perspektywa sprawcy). Porywacz dzieli się z ofiarami swoimi doświadczeniami, często dotyczą one trudnego dzieciństwa, by w ten sposób usprawiedliwić i wyjaśnić swoje zachowanie. Wywołuje u osób porwanych współczucie, pokazując, że sam jest niewolnikiem swojej przeszłości i jego postępowanie wynika z tego, że nie miał innego wyjścia. Dodatkowo, gdy porywacz cały czas zachowuje się agresywnie i grozi, ofiara zaczyna czuć wdzięczność za to, że tych gróźb nie spełnia. To uczucie wdzięczności może przerodzić się nawet w sympatię i zauroczenie. Co więcej – może być odwzajemnione przez sprawcę.

Podsumowując, objawami syndromu sztokholmskiego są:

  • odwzajemnione pozytywne uczucia ofiary wobec porywacza,
  • zrozumienie przez ofiarę zachowania sprawcy i motywów jego postępowania (a nawet podzielanie jego poglądów),
  • negatywne uczucia ofiary względem osób, które próbują ją uratować,
  • niemożność uwolnienia się od sprawcy.

Syndrom sztokholmski w relacjach

Okazuje się, że syndrom sztokholmski występuje nie tylko w tak skrajnych sytuacjach jak porwanie. Psycholodzy zauważyli, że może pojawić się również w toksycznych związkach, które opierają się na dominacji jednego z partnerów. Może mieć charakter dominacji fizycznej lub psychicznej, często łączy się z problemem przemocy w rodzinie. Uległy partner woli zerwać kontakt ze znajomymi i rodziną, by nie zdenerwować drugiej osoby. Ma jednocześnie poczucie, że nie ma dokąd się udać i jest skazany na łaskę i niełaskę męża lub żony. Jednocześnie każdy najdrobniejszy gest – bukiet kwiatów, komplement – urasta do rangi święta i dowodzi, że agresywny partner dba, kocha i jest dobrym człowiekiem.

 

Czy można wyjść z takiego związku? Oczywiście, jednak niezbędne jest wsparcie bliskich, a w pierwszych miesiącach od rozstania także terapia.