Irena Santor
Olga Majrowska
Szczere wyznania

Irena Santor: "Nie tęsknię za młodością"

Irena Santor
Olga Majrowska

– Ponad dwa lata kazała nam Pani czekać na nowy album „Zamyślenia”. O czym jest ta płyta?


Czasami się zamyślam, z tego wzięły się piosenki. Nie mówię o rzeczach nadzwyczajnych…

– Przy okazji premiery nagrała Pani pierwszy profesjonalny teledysk do piosenki „Chodź na kawę, Warszawo”. Jak to możliwe, że dopiero teraz?


Zawsze warto w życiu poczekać. Ale żeby w moim wieku nagrać pierwszy teledysk, to jest zabawne. Zresztą, bawiłam się świetnie podczas nagrania w towarzystwie przyjaciół, uznanych wykonawców i młodych artystów, jak Mela Koteluk czy Marcelina.

– Czy wykonawczyni szlagierów: „Tych lat nie odda nikt”, „Powrócisz tu”, „Odrobinę szczęścia w miłości” odnajduje się w nowej rzeczywistości?


Oczywiście, bo codziennie spotykam się z nowym życiem. Inaczej kupowało się w sklepach z kolejkami, które pamiętam z dawnych lat. Inaczej teraz. Życie się ubarwiło i ułatwiło. Korzystam z tego. Oczywiście jestem starszą panią. Bardzo akcentuję, że mam już 80 lat, ale uważam, że przysługuje mi takie samo prawo do uczestnictwa we współczesności jak młodym ludziom. Zauważyłam, ku mojej radości, że oni wcale nie oczekują ode mnie odmładzania się. Nikt nie ma do mnie pretensji o mój wiek czy wygląd. Czasem tylko słyszę, że świetnie mi w czymś, że ładna fryzura…

– Nikt nie namawiał na lifting?


Namawiają, ale moje przyjaciółki. A ja uciekam od tego jak diabeł od święconej wody. W tym sensie jestem staroświecka. Jeśli chodzi o operacje, swoje przeszłam, więcej nie chcę. A że przybyło mi zmarszczek? Skoro natura rzeźbi twarz, to wie, co robi.  

– Kiedy Annie Leibovitz sfotografowała swoją starą matkę z pomarszczoną twarzą, to matka się na nią obraziła.


Nie dziwię się, każda matka by się obraziła. Fotografowie potrafią nam coś dorysować dla większego wyrazu. Chodzi o ten błysk, uchwycenie tego, co we wnętrzu. Prawdziwe piękno jest w duszy człowieka.

– Ktoś w PRL-u doradzał artystkom, jak się ubrać, umalować?


Nie miałyśmy nikogo takiego. Przeglądałyśmy żurnale i chodziłyśmy do Mody Polskiej, gdzie pracowali styliści znający się na modzie światowej. Były też znakomite krawcowe. Nie zdarzało się, żeby szew był nieobrzucony. Jestem córką krawcowej, więc zwracam na to uwagę. Jak mama szyła, każdy szew musiał być obrzucony, żeby materiał się nie strzępił. Tak samo w Modzie Polskiej. To były dzieła sztuki, miałam latami te sukienki. Mogę je dziś założyć, tylko w biodrach już troszkę przyciasne.

– Wzorowała się Pani na kimś? Gwiazdach w stylu Edith Piaf, Arethy Franklin.


Podziwiałam je, ale nie chciałam być taka jak one. To nie mój świat. Jestem z natury Słowianką, cokolwiek to znaczy. Słowiańskość tak mocno jest odciśnięta w mojej psychice, że wpływa na wszystko.

– Bo dziewczyna z blond warkoczem nie zaśpiewa jazzu?


Każdy może pięknie śpiewać jazz. A ja nie umiem i nie chcę. Podziwiam, ale myślę: A jak byś ty zaśpiewała „Po nocnej rosie”? Ciekawe. Chochlik we mnie siedzi, bo wiadomo, że nie zaśpiewałaby. Każda z nas żyje inną muzyką.

– Dzisiaj, aby zaistnieć, trzeba zaskoczyć, najlepiej gorącym romansem. A u Pani żadnych skandali?


Nie jestem święta. Tylko wyznaję dewizę: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. W życiu zrobiłam kilka głupstw, za które przepraszam. A jak się raz zakochałam, to na śmierć i życie. Skończyło się małżeństwem, ale po 19 latach się rozwiodłam. To było ciężkie przeżycie. A potem się zakochałam drugi raz i też na śmierć i życie. Skandale mnie nie nęcą.

– Ale podczas tournée po Chinach chciała Pani skoczyć z 16. piętra z miłości do Sygietyńskiego?


To była pierwsza plotka o mnie. Mazowsze wyjechało w 1953 roku do Chin, niestety, bez kierownictwa, czyli Tadeusza Sygietyńskiego i Miry Zimińskiej, bo coś im zarzucano politycznie. Pojechał w ich zastępstwie Andrzej Panufnik, wielki muzyk, ale niemający pojęcia o muzyce ludowej. Mazowsze na tym artystycznie straciło. Nie wiadomo, kto rozpuścił plotkę, że w Szanghaju wyskoczyłam z 16. piętra z miłości do Sygietyńskiego. Po powrocie mieliśmy koncert w Hali Gwardii. I kiedy wychodziliśmy razem z publicznością przez drzwi obrotowe, podsłuchałam rozmowę: „Wiesz, świetnie podmienili tamtą, co śpiewała tego ptaszka, ale tamta była ładniejsza”. Myślałam, że piorun we mnie strzelił. Byłam obrażona. Dość długo pokutowała ta plotka.

– Jak Irena Wiśniewska trafiła do Mazowsza?


Irena Wiśniewska – to moje panieńskie nazwisko – chodziła do Gimnazjum Zdobienia Szkła, miała być szlifierzem. Byłam nogą w rysowaniu, trafiłam tam przez przypadek. Ale często śpiewałam i moja nauczycielka postanowiła sprawdzić, czy naprawdę mam głos. Akurat do Polanicy, dokąd przeprowadziłam się z mamą, przyjechał dyrektor Opery Poznańskiej, Zdzisław Górzyński. I nauczycielka poprosiła go, żeby mnie przesłuchał. Do dziś pamiętam mój występ. Miałam letnią kretonową sukienkę, futrzaną etolę i szpilki o kilka numerów za małe, co musiało na nim zrobić piorunujące wrażenie (śmiech). Górzyński popatrzył, posłuchał i powiedział, że absolutnie muszę iść do szkoły muzycznej. Odpowiedziałam, że nie mam takich możliwości. Na to on: „Czy pani wie, co to jest Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”? Ja: „Nie, bo nie mamy w domu radia”. On: „To dam list do Sygietyńskiego, ale proszę nie przyznawać się do swojej niewiedzy”. I z tym listem pojechałam do Karolina.  

– Mama się ucieszyła?


Broń Boże! Była zrozpaczona. Spytała: „Czy to jakiś kabaret?”. Ja, że nie, więc powiedziała: „Dobrze, jedź, tylko za pół roku wracaj”.

– Ale wcześniej chciała Pani być zakonnicą?


Rzeczywiście. Chciałam mieć welon, jak święta Teresa u nas w domu na obrazku. Ale szybko mi przeszło. Byłam energiczna. Wolałam łazić po drzewach. Mama na mnie krzyczała, jak przychodziłam z rozerwaną spódnicą lub podrapanymi nogami. Ale wybaczała, bo bardzo mnie kochała, całe życie to czułam. Nie było wtedy wiele zabaw dla dzieci. Pochodzę z ubogiego domu.

– Mazowsze stało się rodziną zastępczą?


To była szkoła życia. Zrobiłam tam maturę i skończyłam średnią szkołę muzyczną. Sygietyńskiemu zależało, żebyśmy wyszli z Mazowsza z ogładą kulturową. Jeździliśmy więc do teatru, filharmonii, a do nas przyjeżdżali wielcy pianiści i śpiewacy. Mieszkałam w internacie. Mama zmarła dwa lata po przyjęciu mnie do zespołu i w wieku 16 lat zostałam sierotą, bo tatę zamordowano w czasie wojny. Pamiętam wszystko z wojny i noszę to pod skórą. Nie przeżyłabym tego jeszcze raz.  

– Męża też poznała Pani w Mazowszu. Był wykształcony muzycznie. Przystojny?


Bardzo i to było nieszczęście, nie lubiłam go z tego powodu. Droczyłam się z nim. Nie wiem, dlaczego zwrócił na mnie uwagę. To było duże zauroczenie. Tyle było naprawdę pięknych dziewczyn w Mazowszu, a ja nie byłam wśród nich. No już dość o tym.

– Dlaczego po ośmiu latach dała Pani nogę z zespołu?


To stało się z dnia na dzień w 1959 roku, ale dojrzewałam od dawna. Mam taką naturę, że bardzo długo wytrzymuję, a w pewnym momencie zrywam nitkę bezpowrotnie. I nie żałuję. Nie można się zasklepić w jednej idei, jednym człowieku. Byłam jednak bardzo nieśmiała, zawsze się czegoś wstydziłam…

– Czego się mogła wstydzić dziewczyna z takim talentem?


Nie wiedziałam, że go mam. Pochodziłam z Solca Kujawskiego i miałam kompleks prowincji. Czułam ogromny respekt wobec takich sław, jak Sygietyński, Górzyński czy później poznany Szpilman…

– …który łajał Panią na początku?


Nawet nie łajał, tylko słuchając mojego pierwszego, próbnego nagrania, powiedział do Rachonia: „Wiesz co, ona niewiele umie, ale niech się uczy”. Rachoń mi to powtórzył, a ja zapamiętałam. Uczyłam się muzyki w Mazowszu, a nie klasycznego śpiewu, czego Sygietyński mi zabronił. Śpiew organicznie ze mnie wychodził jak choroba, jak katar.

– Samorodny talent!


„Bożydarek”, jak mówił o mnie Sygietyński. Śpiewu uczyłam się, podpatrując innych. Chodziłam do opery, słuchałam nagrań. Marzyłam cały czas, żeby ktoś powiedział mi, że trzeba śpiewać tak i tak. Próbne nagrania do radia zrobiłam na podkładach utytułowanych koleżanek, bo nie miałam swojego repertuaru.

– Jest Pani szczęściarą. „Walcem Embarras” zadebiutowała Pani w Sopocie i wywalczyła pierwszą nagrodę. To się jeszcze nie zdarzyło!


Rzeczywiście, w życiu towarzyszyło mi szczęście. Już zaproszenie do udziału w festiwalu było ogromnym wyróżnieniem. Marzyłam, żeby zaśpiewać „Walc Embarras”. Miałam już wtedy wielki hit „Maleńki znak”. Kiedy puszczali go w radiu, z ulicznych głośników leciało: „Gdzie na mapie świata maleńki znak…”. Zaskoczyło mnie więc, że Władysław Szpilman zaproponował mi „Walc Embarras”, który wcześniej śpiewała Basia Kraftówna w „Kabarecie Starszych Panów”. Spojrzał na mnie i mówi, że ma dla mnie piosenkę: „Ale jak pani ją źle zaśpiewa, odbiorę, bo to jest fantastyczny utwór”. Wtedy dosłownie ziemia mi się usunęła spod nóg.

– Ze wszystkich rzeczy, jakie artyście się przytrafiają, najtrudniej unieść sławę. A Pani to udźwignęła.


Może dlatego, że w domu trzymano mnie krótko i wychowywano dość ostro. Słyszałam zawsze: „Siedź w kącie, znajdą cię”. To jest przekleństwo, a z drugiej strony sposób na to, żeby sukces nie uderzył człowiekowi do głowy.

– Publiczność pokochała Irenę Santor, a jurorzy przyznawali jak nie Bursztynowego Słowika to Diamentowy Mikrofon lub Złotego Fryderyka. Ile było tych nagród?


Nie, nie mam izby pamięci. Za pierwszą nagrodę na festiwalu w Sopocie dostałam piękny zegarek, potem na innych festiwalach dawano jakieś obrazki. Za tym nie szły duże pieniądze. Koledzy dorabiali, jeżdżąc w trasy do ZSRR. Potem ruble zamieniali w Peweksie na złotówki, czy jakoś tak. Mnie to nie pociągało. Poza tym tournée trwało po dwa miesiące, jeździło się pociągami, a ja nie mogłam na tak długo zostawić domu.

– „Już nie ma dzikich plaż”, jak śpiewa Pani w swojej piosence?


Podobno nie ma, ale już po tych wydmach nie spaceruję, bo się nie opalam. Od znajomych jednak słyszę, że są. Jeszcze nie wszystko stracone. Jeśli w moim wieku można mieć pierwszy teledysk, to jeszcze wszystko przede mną.

– Często ogląda się Pani wstecz?


Rzadko, nie rozpamiętuję tego, co mi się nie udało. I nie zachwycam się tym, co się udało. Cieszę się życiem, jakkolwiek by to banalnie zabrzmiało. Ale co jest piękniejszego, niż być, żyć, istnieć? Interesuje mnie jutro, zwłaszcza kiedy 14 lat temu zachorowałam na raka. Pomyślałam: Tak łatwo jest przestać być.

– Pani jest bardzo waleczna, od razu zaczęła Pani działać.


A na co miałam czekać? Przeraziłam się nieludzko i powiedziałam: „Pani doktor, jak trzeba coś obciąć, to wszystko, co pani tylko chce! Tylko żebym mogła żyć”. Ona: „Zaraz, zaraz, chwileczkę…” Fantastyczna doktor Monika Nagadowska zoperowała mnie i doprowadziła do pionu, a potem zajął się mną doktor Wojciech Załucki, do którego chodzę „do przeglądu”. On jest taki wyczulony, jakby w palcach miał licznik Geigera.

– Znów miała Pani szczęście.


Tak, to był malutki rak, ale bardzo złośliwy. Nie straciłam piersi. Przeszłam przez to bez chemii, brałam tylko naświetlania. Najgorsze jest czekanie na wyniki. To jest taka niemoc, jak w obozie koncentracyjnym, że się żyje, ale nie wiadomo, czy jeszcze jutro się wstanie. Strach.  

– Boi się Pani jeszcze?


Tak. Ile razy idę do pana Załuckiego, zawsze mam miękkie kolana. A wychodzę, uff!, jakim sprężystym krokiem. Nad tym, co dzieje się w nas, nie można zapanować, niestety. Wiem, że trzeba umrzeć, ale chciałabym żyć jak najdłużej.

– Niegasnący apetyt na życie?


Może tam gdzieś jest lepiej, ale zdążę się o tym przekonać. Kiedyś mnie zapytano o stosunek do przemijania. A ja: „Proszę bardzo, niech życie przemija, tylko żeby to trwało jak najdłużej”.

– Ale powiedziała Pani, że gdyby miała się jeszcze raz urodzić i nie mieć głosu, to nie chciałaby Pani przyjść na świat.


To prawda, choć nie potrafię tego wytłumaczyć. Żyć bez dźwięku, bez muzyki, męka! Bardzo podziwiam inne dziedziny nauki, na przykład matematykę, choć zawsze w liczeniu byłam noga. Matematyka to podobno nauka logicznego myślenia, ale gdyby tylko taka logika była przeznaczona dla mnie, to nie chcę!

– A po kim ten wspaniały głos?


Myślę, że po rodzicach. Tata śpiewał tenorem, a mama altem. Ale kiedy myślałam, kim naprawdę chciałbym być, to biologiem. Jakie to jest ciekawe dowiedzieć się, jak trawa rośnie. Ponoć drzewa i rośliny wydają dźwięki, choć nie do końca w to wierzę. Ale odczuwają, że jest zimno, gorąco.

– W drugim życiu chciałaby Pani zostać…


…grabem, którym jestem według horoskopu celtyckiego. Twarde drzewo z delikatnymi listkami, ni przypiął, ni wypiął. Jeśli w to wierzyć, to może siłę i niepokorność z niego czerpię? A te listki…

– Myślałam, że zobaczę zmęczoną artystkę. A Pani zerka na zegarek, bo zaraz biegnie do filharmonii.


Jakie zmęczenie? Poza tym umiem odpoczywać. Jeśli trzeba, to leżę, rozkładam się na czynniki pierwsze, a potem się składam i idę dalej. To jest mój cel. Chcę wstać i iść.

– Nie idzie jednak Pani sama. Od lat u Pani boku jest Zbigniew Korpolewski.


I dobrze, że jest. To bardzo interesujący człowiek z niełatwym charakterem, więc czasami mówimy sobie różne rzeczy i pohukujemy. Ja, niestety, jestem nerwus. Potrafię wrzasnąć, ale nie noszę urazy długo. Lepiej jest z kimś ciekawym zgubić, niż z kimś nieciekawym znaleźć.

– O co się spieracie?


Czasem o dyrdymały, że kwiatek stoi tu, a nie tu. Można się wściec. Ale to prawnik, mądrala i dużo się od niego uczę, głównie logicznego postępowania w życiu. Bo, niestety, najpierw strzelę Panu Bogu w okno, a potem zastanowię się, co zrobiłam. Głupio to zabrzmi, ale po latach nauczyliśmy się czułości. Nie wiem, czy to nie jest ważniejsze niż euforyczna miłość. Miłość jest piękna, ale to jest głębsze.

– Ucieka Pani często na wieś z ukochanej Warszawy?


Bo pochodzę ze wsi, tam się urodziłam. A poza tym mam na wsi narzeczonego, mojego Zbyszka. Zawsze cieszy mnie widok falujących zbóż. Zboże ma specjalną szarozieloną barwę, a jak pachnie!

– Niespełnione tęsknoty?


Za czym mogę tęsknić? Żyję w świecie, który został mi dany. Uświadomiłam sobie po latach, że ani nie chcę być w innym miejscu, ani się z nikim zamieniać rolami. Cieszę się nienajgorszym zdrowiem, mam
przy sobie ciekawego człowieka…

– I płytę „Zamyślenia”?


No właśnie, czasem się zamyślam, dlaczego mój mężczyzna jest wielkim krytykiem tego, co robię. Przez lata kierował teatrem Syrena, może stąd? Ale się nie daję.

– Wciąż optymistyczna?


Tak. Poza tym nienawidzę, jak mnie ktoś oprawia w ramki.

– Jakieś życzenie na koniec?


Chwilo, trwaj!

– Myślałam, że Pani powie: „Młodym być i długo żyć”.


Wcale nie jestem taką entuzjastką mojej młodości. Zrobiłam dużo głupich rzeczy, wynikających z niewiedzy, z niedojrzałości. Po co mi to?

– Z tremą już się Pani uporała?


Nabawiłam się jej właśnie w młodości, trwała wieki i paraliżowała mnie przed każdym występem. Jeszcze się odzywa, ale umiem już nad nią panować.

– Mówi Pani wtedy: „Irena, weź się w garść, jesteś fantastyczna”?


Nie, nawet nie to. Tylko: „Jakim prawem nie wierzysz ludziom? Może im się twój występ nie spodoba, ale dlaczego mieliby zrobić ci krzywdę? Przecież przyszli na twój koncert, dają ci dowody swojej sympatii, więc odpłać im najlepiej, jak umiesz”.

Rozmawiała: Elżbieta Pawełek

Zdjęcia Olga Majrowska
Stylizacja Marcin Żak/Purple Talents
Asystentka stylisty Monika Rybakiewicz
Makijaż Julita Jaskółka
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska

Więcej na temat Irena Santor
Przeładuj

Czy Asia ze "Ślubu od pierwszego wejrzenia" żałuje udziału w programie?

zobacz 01:04