Anna Przybylska
Marlena Bielińska/move
Wywiady Krystyny Pytlakowskiej

Anna Przybylska: Po pierwsze matka

Anna Przybylska
Marlena Bielińska/move

– Kiedy poznałyśmy się kilkanaście lat temu, do głowy mi nie przyszło, że będziesz matką wielodzietną. Taka urocza dziewczyna u progu kariery aktorskiej. Troje dzieci to nie za dużo?


Anna Przybylska: Zawsze wiedziałam, że będę mieć dzieci, i to więcej niż jedno. Ale czasami się zastanawiam, skąd mam w sobie takie pokłady energii. Pamiętasz, jest taka fantastyczna scena w filmie „Poszukiwany poszukiwana” z Wojciechem Pokorą. On dostaje superfuchę w domu absolutnie zautomatyzowanym – sokowirówka, pralka, jeździ na krześle w kuchni, odbijając się od blatów. Ja też tak mam. Można sobie doskonale radzić, nawet mając troje dzieci, kiedy wszystko robią za nas maszyny.

– Ale maszyna za Ciebie dziecka nie wychowa.


Anna Przybylska: Problemy stwarzamy sobie sami. Fundujemy dzieciom różnego rodzaju zadania, przenosimy na nie nasze ambicje, co budzi w nich niechęć do rodziców, żeby nie powiedzieć nienawiść. Nawet takie codzienne hasło: „Proszę umyć ręce”, gdy wracają ze szkoły, wzbudza bunt, bo dzieci najchętniej nie myłyby się w ogóle. A u mnie to jest wszystko do kwadratu, bo Jasio jeszcze za mały, żeby się buntować. Ale tak naprawdę troje dzieci to wcale nie jest za dużo. Jak już raz się zacznie, jak się posmakuje macierzyństwa, trudno z niego zrezygnować.

– Ale mogłabyś już trochę odpocząć. Oliwia i Szymon podrośli, a tu nagle pojawia się jeszcze Jasio. To była planowana decyzja?


Anna Przybylska: Nie. Jasio był przypadkiem. Planowałam, że następne dziecko urodzę około czterdziestki. Takie „kryzysowe”, które pojawia się w chwili, gdy rodzice są już trochę sobą znużeni, kiedy ich życie zmienia się, bo dzieci nie potrzebują ich już tak na co dzień. Wtedy może okazać się, że niewiele mamy sobie do powiedzenia, że może nas pociąga już coś innego.

– Wiesz, Aniu, kryzysy mogą zdarzyć się dużo wcześniej, po trzech, po siedmiu latach małżeństwa. Ale życie Wam tego oszczędziło…


Anna Przybylska: Póki co jedynym naszym kryzysem jest poranna sprzeczka, czy bułki na śniadanie zostały kupione i kto ma po nie pójść.

– Ale był taki moment, kiedy wróciliście z Turcji do Polski, Twój mąż podpisał kontrakt i zamieszkał w Łodzi, a Ty zostałaś z dziećmi na Wybrzeżu. Musiało być Ci ciężko.


Anna Przybylska: I było. Najgorsze jednak w tym wszystkim wydawało mi się zaburzone poczucie bezpieczeństwa u Oliwii i Szymka. Nagle ten cały rytm codzienności został zmieniony. Pytania, które zadawały ojcu, jego zabawy z nimi… Dlatego najszybciej, jak mogłam, przeniosłam się też do Łodzi, żebyśmy jednak byli razem, żeby rozłąka nie odbiła się na dzieciach. Mam nadzieję, że nasze rozdzielenie się na krótko nie zostawi śladu w ich psychice.

– Przyznaj się, że łatwiej jest nakazywać i zakazywać we dwoje, wychowywanie dzieci jest wtedy mniej wyczerpujące.


Anna Przybylska: Wychowywanie w ogóle jest wyczerpujące. Akurat dzisiaj jestem rozemocjonowana, bo 20 minut temu miałam scysję z córką, która nie odrobiła pracy domowej w szkole podczas trzygodzinnego okienka. Zawiodła mnie i równocześnie siebie, bo musiałam udzielić jej reprymendy i wyznaczyć karę. Nie będzie uczęszczała na zajęcia baletu, na które chodzi bardzo chętnie. W wychowywaniu dzieci najtrudniejsze wydaje mi się to, że trzeba być nieustępliwą.

 

– Kiedy jeszcze nie miałaś dzieci, wydawałaś się taka luzacka.


Anna Przybylska: Ale ja jestem luzacka. W naszym domu nie ma hipokryzji, mówi się o wszystkim. Kiedy miał urodzić się Jaś, nie opowiadałam historii typu bocian i kapusta. Oliwia i Szymon wiedzieli, skąd się bierze dziecko. Bycie matką nie zawsze bywa kolorowe i cudowne. Starsze proszą: „Pobaw się z nami w chowanego”, a tutaj kolejny dzień ząbkowania i ja po prostu fizycznie nie mam siły, bo jestem tak niewyspana. Życie to sinusoida złych i dobrych rzeczy, a trójka dzieci oznacza, że trzeba zrezygnować z kolacji przy świecach, z tego romantyzmu we dwoje. Myślę sobie jednak: Anka, nie narzekaj. Byłam dziś na masażu w przychodni, do której przychodzi starsza pani mająca męża przykutego do łóżka i dwóch synów chorych na stwardnienie rozsiane. Robi zakupy i gotuje trzy różne posiłki, dla każdego coś innego, leczy się państwowo, bo ciągle brakuje pieniędzy. Takie sytuacje uczą pokory. Bo jakie ja mam prawo narzekać? Pod salon masażu podjeżdżam samochodem, płacę za ten masaż, uważając, że mam ciężki dzień, bo Jasio ząbkował.

– Twoja wrażliwość z każdym dzieckiem pogłębia się? Inaczej patrzysz na świat i na siebie?


Anna Przybylska: Na pewno, ale przede wszystkim jestem coraz starsza. Kiedy miałam 15 lat, nie rozumiałam relacji mojej mamy z moją babcią. Z wiekiem coraz bardziej się do siebie zbliżały. Kiedy mama mówiła o swojej „mamunia”, irytowało mnie to. Czasami na mnie krzyknęła, czasami mną potrząsnęła, czasami rodzice się kłócili i ja to wszystko miałam im za złe. A teraz już wiem, że moja mama, mówiąc do swojej „mamuniu”, spłaca dług, który u niej zaciągnęła. Bo jej matka ją cierpliwie wychowywała, tak jak ja teraz cierpliwie wychowuję moje dzieciaki.

– Przechodziłaś wtedy najgorszy, zbuntowany okres?


Anna Przybylska: Jak się ma naście lat, człowiek jest taki głupi. Ja nawet teraz jestem zbuntowana. Tyle rzeczy mnie irytuje. Najchętniej tupnęłabym nogą i zatrzasnęła drzwi, ale dzisiaj już nie mogę tego zrobić, bo muszę być odpowiedzialna. I nie można sobie pozwolić na przepychanki z partnerem: „ty idź”, „nie, to ty idź do niego”. Nie odsuniemy od siebie obowiązku.

– Razem wychowujecie dzieci?


Anna Przybylska: Staramy się. Pierwsze dziecko mieliśmy dziewięć lat temu. Sami jeszcze byliśmy dziećmi. Jesteśmy dumni, że udało nam się przetrwać próbę czasu. Śmieję się z tych wywiadów, których kiedyś udzielałam, że tak mnie macierzyństwo rozczula, że mam rozpalone policzki. Były infantylne, śmieszne i urocze. 

– Dzisiaj byś już tak nie powiedziała?


Anna Przybylska: Nie, bo jestem całkiem inną osobą.

 

 

 

– Kim się stałaś?


Anna Przybylska: Dojrzałam wraz z moją córką. Wraz z jej szkołą przyszła duża odpowiedzialność. Wszystko trzeba było planować pod kątem nauki. Sama jakby stałam się uczennicą po raz drugi, biorąc udział w jej zajęciach. A poza tym przez całą jej drugą klasę przebywałyśmy razem, bo byłam w ciąży z Jasiem i więcej czasu spędzałam w domu. Wiele spraw wtedy przewartościowałam. Nie masz pojęcia, jakie to kształcące uczestniczyć tak aktywnie w dojrzewaniu własnego dziecka. Związałam się z jej koleżankami i ich rodzicami. Weszłam w jej świat. Byłam przede wszystkim matką, a aktorką tylko na pół etatu. I czerpałam z tego satysfakcję. Chcę być jak najwięcej z moimi dziećmi. Jarek czasami mówi: „Chodźmy do restauracji”. A ja: „Jak to do restauracji? A gdzie lekcje Oliwii? Późno skończyła zajęcia, na pewno ma coś zadane, jak wrócimy o 22., to położy się o 23. i rano nie wstanie”. Teraz  myślę całkiem innymi kategoriami niż kiedyś.

– Dokonałaś takiego wyboru. Czy zdawałaś sobie sprawę, że zrezygnujesz z siebie?


Anna Przybylska: Tak, dokonałam takiego wyboru. Nie wywrócę moim dzieciom życia do góry nogami z powodu jakiegoś serialu. Wiem, że nie pogodzę wszystkiego i wcale mnie to nie wyprowadza z równowagi. Nim się obrócę, Jasio pójdzie do przedszkola, Jarek skończy karierę i, mając ojca na pełny etat, będę mogła wrócić do pracy bez wyrzutów sumienia, że coś zaniedbuję. Ja już przy drugiej ciąży bardzo mocno ograniczyłam sprawy zawodowe, choć właściwie w każdej trochę pracowałam. To nie była więc alternatywa: grać czy urodzić dziecko. 

– To prawda. Poza 2010 rokiem nie miałaś właściwie żadnej przerwy. Co roku rola filmowa oprócz seriali.


Anna Przybylska: Masz rację, przy Oliwii na przykład zagrałam w genialnym filmie „Superprodukcja” u Julka Machulskiego, a potem, w ciąży z Szymonem, w „Królowej chmur” u Sławka Piwowarskiego. Przy Jasiu odmówiłam roli w „Listach do M.”, ale to dlatego, że ciąża już była tak zaawansowana, że czasami ciężko było nawet leżeć.

– Wyłączałaś telefon, nie chciałaś się umawiać na wywiady.


Anna Przybylska: Dzięki, że jakoś to uszanowaliście, bo przecież moje całe życie zostało przewrócone do góry nogami. Przy dwójce dzieci jeszcze można coś sobie zaplanować, ale przy trojgu to Wielka Pardubicka. I przecież nikt mi nie mówi, jak być matką. Sama się tego uczę. Tak samo jak nikt nie powie, jak można nauczyć się być z własnym mężem. Bo każdy z nas lubi stawiać warunki i musi być tak, jak my chcemy.

– A Ty jak chciałabyś?


Anna Przybylska: Ja bym chciała mieć normalne życie. Faceta, który idzie na dziewiątą do pracy i wraca najpóźniej o siedemnastej. I który ma weekendy wolne i żeby wszystkie wakacje i ferie dzieci można było spędzać wspólnie.

– Oszalałabyś z nudów.


Anna Przybylska: Tak sądzisz? Wiesz, że jesteśmy już 10 lat ze sobą, a dopiero w ubiegłym roku pierwszy raz spędziliśmy sami trzy dni na wakacjach. Raz na 10 lat!

 

 

 

– No i jak było?


Anna Przybylska: Niesamowicie. A jednocześnie te trzy dni były dla nas wiecznością. Tęskniliśmy do dzieci. Pociesza mnie tylko, że moje koleżanki, partnerki i żony piłkarzy, podobnie to odczuwają i wszystkie tęsknią do tego, żeby ich mężowie przeszli na piłkarską emeryturę. Bo piłkarza ciągle nie ma w domu. Podczas weekendów gra mecze, a wtedy dzieci mają wolne i musisz sama się z nimi użerać. A teraz ja już po prostu drapię się w głowę, jak mam sobie i dzieciakom zaplanować ferie. Pochwalę ci się, że trzykrotnie wyjeżdżałam z nimi sama – dwa razy latem i raz zimą. Bezcenne doświadczenie. I przede wszystkim sprawdzian dla mnie, test na odpowiedzialność i cierpliwość.

– Miałaś żal do męża, że jego z Wami nie ma?


Anna Przybylska: Nawet nie, bo przecież rozumiałam, że on ma swoje zobowiązania.

– Można rozumieć, ale podświadomie obwinia się partnera za to, że nie ma go na co dzień, że przyjeżdża raz na jakiś czas wesolutki, poczyta dzieciom na dobranoc i uważa, że spełnił swoją rolę ojca. A Ty zasuwasz cały dzień i nawet nie masz czasu, żeby porozmawiać z przyjaciółką przez telefon.


Anna Przybylska: Tak, to jest odwieczna wojna domowa, która będzie trwała zawsze, dopóki mój Bieniuś będzie pracował. Tylko mówienie o tym, że ja ponoszę cały ciężar prowadzenia domu, a on nie, nie jest do końca w porządku. Jarek też bardzo ciężko fizycznie pracuje, jego organizm jest maksymalnie stratowany. Nie ma już tak młodych nóg i młodych pleców jak 10 lat temu, kiedy wracał rześki. Tu mu strzyka, tam go boli. Na szczęście zdarza mu się czasami pojechać na ryby. Jedna z moich koleżanek aktorek powiada: „Wiesz, Anka, w środy jest, kurde, piłka nożna, w czwartek koszykówka, w piątek coś tam jeszcze i ja to dziecko wychowuję sama”. Ja tak tego nie odczuwam, bo wiem, że mój mąż jest zmęczony i może też wybuchać: „Zamknij się, kobieto!”, albo tylko pokiwać głową, jak ja coś gadam. Wiem też, że przyjdzie taki dzień, gdy przejdzie na tę swoją emeryturę, i dlatego mocno zaciskam zęby, odliczając do niej dni. To trochę jak odsiadka w więzieniu, z którego wyjdziemy na wolność. Będziemy mieszkali u siebie, przestaniemy koczować po tych wszystkich domach klubowych i miastach, gdzie on gra. Nasza tratwa zacumuje do brzegu, a potem ją spalimy w kominku, bo nam nie będzie już potrzebna.

– Mieliście wybudować dom. Co wyszło z tych planów?


Anna Przybylska: My już mamy swoje ukochane gniazdko, spełniło się nasze wielkie marzenie. Udało nam się kupić gotowy dom. Nie mogę się doczekać, kiedy tam wszyscy zamieszkamy. A za rok, dwa, może trzy będziemy po prostu odcinać kupony od tego, co robimy teraz. Choć jest mi czasami trudno, wiem, że w końcu dostanę tę swoją upragnioną gwiazdkę z nieba. Oczywiście jak każda baba marudzę, czasami narzekam, że muszę wozić Szymka jutro na karate, a pojutrze na judo, a Oliwkę trzeba uczesać w koka, jak idzie na balet. Wiem jednak, że dzieci za jakiś czas wykorzystają swoje umiejętności i podziękują nam za nie. A my będziemy mogli odpocząć.

 

 

 

– Kłócicie się o ich wychowanie?


Anna Przybylska: Już nie. Co mieliśmy przerobić, już przerobiliśmy z Oliwią. Ale przecież to dopiero dziewięć lat, niebawem będzie miała dwanaście, a potem zacznie dojrzewać.

– Boisz się tego?


Anna Przybylska: Oczywiście, że się boję. Małe dzieci – mały kłopot, duże… Przed nami slalom gigant. Ale oboje jesteśmy konsekwentni, wspieramy się. Odkąd pojawił się Jasiek, zaczęliśmy ze sobą na całego kolaborować. Kiedyś Jarek chciał, żeby Oliwka chodziła na tenis, a ja, żeby tańczyła. Sprzeczkom nie było końca. Stanęło na moim (śmiech). Dzisiaj jest inaczej. Wchodziliśmy po schodach, ja wściekła, że nie odrobiła tych lekcji, a Jarek z Jasiem na rękach daje mi znaki, żebym już nic nie mówiła. A potem zamknęliśmy się w sypialni i po cichutku śmialiśmy się z jej reakcji. Jej grymasy nas bawią, choć serce pęka, kiedy musimy ją ukarać.

– Jesteś ze swojego życia całkiem zadowolona!


Anna Przybylska: Tak, przecież z racji mojego zawodu poznałam bardzo różnych ludzi, spotkałam i takich, którym się poszczęściło, i takich, których los bardzo dotknął. Wiem, że cokolwiek się w moim życiu stanie, muszę być na to gotowa. I ja się na życie nie wypnę. Mam przecież dzieci.

– I masz mężczyznę, którego pokochałaś.


Anna Przybylska: Może to takie banalne, ale my się z Jarkiem na wskroś uwielbiamy, a przy tym to mój prawdziwy kumpel. Wieczorem, gdy dzieciaki już śpią, rozmawiamy sobie: „No i co, Misiu-Pysiu. Jak było na treningu?”. A kłócimy się jak klasyczne rodzeństwo. Mój syn i córka przez cztery godziny razem się bawią, potem się pokłócą o jakąś duperelę, a za chwilę znowu się bawią. Między nami jest dokładnie tak samo. Nawet jeżeli gdzieś tam się potkniemy, nie możemy bez siebie żyć. Jarek mnie kocha ponad wszystko i uwielbia ten obiad podany pod nos, kiedy wraca, a po obiedzie kawę z pianką. Jestem pedantką, u mnie wszystko musi być pod sznurek.

– A on bałaganiarz?


Anna Przybylska: Straszny. Pamiętam taką scenę w moim filmowym debiucie „Ciemna strona Wenus”. Reżyser Sławek Piwowarski tłumaczył nam, że bohaterka teraz zaczyna się kłócić z mężem, a jak jest na niego wściekła, to trzaska szufladami i jednocześnie wylewa wszystkie swoje żale. I ja jestem taka sama – gdy się zdenerwuję, chwytam za ścierkę, gadam i zmywam.

– Rozładowujesz w ten sposób emocje?


Anna Przybylska: Tak, a najfajniej, gdy na siebie krzykniemy, słychać takie „łup, łup” i cisza. A po chwili odzywam się pojednawczo: „Kupisz jabłka?”. I atmosfera jest oczyszczona. Jarek, zawsze gdy się kłócimy, pyta: „To koniec, rozwód?”. Wychodzi do samochodu, a ja dzwonię do niego: „No, to już kup te jabłka”.

– Mówisz, że jesteście jak rodzeństwo, ale przecież namiętność między Wami trwa. Niedawno niepokoiłaś się, czy nie jesteś w czwartej ciąży.


Anna Przybylska: Ale – uff – nie jestem. Czwórka to już byłoby za dużo. Chociaż Oliwia zachowuje się już wobec mnie bardzo po koleżeńsku. Kiedy robiliśmy test ciążowy, zapytała: „No i jak, dziecko będzie? Będzie! Oj, to szkoda”. Ale gdy Jaś się urodził, stała się taka fajna, opiekuńcza. Kobieta po prostu. Relacje między moimi dziećmi zawsze mnie wzruszają. Rano wstają, całują się, śmieją.

 

 

 

– No i nigdy nie będą same…


Anna Przybylska: Święta prawda. Dziękuję Bogu, że mam siostrę. Kiedy umarł nasz tata, mama zgasła. Bardzo się bałam, że zachoruje na depresję, a ja już wtedy nie mieszkałam w domu. Na szczęście miała drugą córkę. A może i tak było, że moja siostra miała ją. Teraz mama pomaga nam wszystkim i jest bardzo aktywna. A od 10 lat ma cudownego partnera, którego dzieci ubóstwiają.

– Też będziesz do późnych lat aktywna?


Anna Przybylska: Bardzo bym chciała. Jestem zapatrzona w Beatę Tyszkiewicz, od której czuje się moc i siłę. Gdyby ją włożyć w wehikuł czasu i wysłać do rzeczywistości za 200 lat, byłaby tak samo fenomenalna jak teraz, w XXI wieku. To mój ideał. Wiesz co, ja mam takie marzenie, żeby kiedyś wszyscy ludzie, których kocham i podziwiam, znaleźli się przy jednym świątecznym stole. Jarek też jest bardzo tradycyjny pod tym względem. Dla niego święta to kilka pokoleń spotykających się przy wieczerzy wigilijnej. Muszę ci się pochwalić, bo tamte święta zrobiłam sama od A do Z w nowym domu w Gdyni. Z brzuchem pod nos rozgryzałam płytę indukcyjną, raz po raz przypalając potrawy. W tym roku powiedziałam: „Dość, chyba wyjedziemy”. Musimy się totalnie zresetować. Chcę odpocząć od codzienności. Zbilansować swoje życie, przemyśleć je.

– Już? Masz dopiero 33 lata. Nie pora na bilanse.


Anna Przybylska: A jednak boję się czasu. I to nie zmarszczek czy cellulitu. Z tym sobie można poradzić. Chociaż jestem młoda i energiczna, często martwię się na zapas, bo boję się cierpienia, odchodzenia i przemijania. Nie własnego, tylko bliskich. Chyba powinnam wyznawać buddyzm, żeby być zawsze wyluzowaną.

– Może dobrze by było, gdybyś zaczęła bywać na salonach, ubierać się u Prady i nie wychodzić z salonów piękności? Odwróciłabyś złe myśli.


Anna Przybylska: A jak ty sobie to wyobrażasz? Z Łodzi do Warszawy rozkopaną „gierkówką” jest 140 kilometrów. Wymęczyłyby mnie te dojazdy. Poza tym wcale nie żałuję, że nie mogę wyjść gdzieś w sobotę, że muszę w niedzielę czytać na głos „Dzieci z Bullerbyn”. Salonowe życie gwiazdy i jeszcze „wyglądanie” kosztują za dużo czasu. I trzeba pamiętać, jak masz usiąść, żeby wypadło jak najkorzystniej. Śmieszy mnie, gdy kobieta opowiada, że nawet jak będzie matką, nic się nie zmieni. Wiesz, że jak się urodzi dziecko, to nic już nie jest takie jak dawniej. Chodzi się w dresie, włosy związuje w kitkę. I nieważne staje się, czy wkładasz markowe ciuchy. A mój mąż i tak mówi, że najbardziej lubi we mnie to, że nikogo nie udaję. I że najseksowniejszy w człowieku jest mózg. No i zawsze można zgasić lampkę nocną (śmiech).

 

 

 

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Marlena Bielińska/move
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Magda Smus
Makijaż Iza Wójcik/Van dorsen Talents/dla MAC
Fryzury Michał Bielecki/D’vision Art
Scenografia Piotr Czaja
Produkcja Ela Czaja

 

 

Więcej na temat Anna Przybylska
Przeładuj

Dlaczego Michał Gała odszedł z Teamu X? Skomentował też "ucieczkę" Lexy Chaplin!

zobacz 03:47