TVP
Newsy

Wszystkie grzechy Edyty Jungowskiej

Nie łatwo z nią żyć, sama to przyznaje. Nie prowadzi domu, nie gotuje, jest niekonsekwentna w wychowywaniu syna. Szybko i mocno wybucha.

Oto wywiad z najbardziej zakręconą w świecie Edytą Jungowską. We wrześniu będzie można ją zobaczyć w roli nie mniej zakręconej Judyty w serialu „Ja wam pokażę!”.

- Jungowska w „Na dobre i na złe”, Jungowska z recitalem, Jungowska w Zetce w „Rozmowach rolowanych”… Byłaś wszędzie i nagle cisza. Gdzie byłaś, gdy Cię nie było?
Czy mnie nie było? (Śmiech). Bez przesady, zniknęłam na parę miesięcy, bo miałam operację kolana, a potem rehabilitację. Z zablokowaną nogą grałam w „Na dobre…”, w „Codziennej…”, ale tak naprawdę wróciłam do pracy zimą. Wtedy zaczęły się zdjęcia do serialu „Ja wam pokażę!”, według książki Kasi Grocholi. Dostałam główną rolę – Judyty. Trzy i pół miesiąca bez przerwy na planie. Nigdy nie grałam tak dużej roli. Emocje ogromne, stres.

– Wygrałaś casting?
Kaśka Grochola ponoć od dawna widziała mnie w tej roli. Byłam nawet na zdjęciach próbnych do ekranowej wersji „Ja wam pokażę!”, ale przegrałam. I nagle, gdy kompletowano obsadę do serialu, zadzwonił producent i w imieniu swoim oraz Kasi zaproponował mi tę rolę.
 
– Pracowałaś po kilkanaście godzin na dobę. A przecież jesteś mamą 12-latka… Jak sobie radziłaś?
No właśnie sobie nie radziłam! (Śmiech). Wstawałam o szóstej rano, o 6.30 przyjeżdżała po mnie taksówka. O ósmej wieczorem odwożono mnie do domu i byłam w stanie jedynie zamienić słowo z dzieckiem i natychmiast położyć się do łóżka. W czasie pracy nikt nie mógł się do mnie dodzwonić. Moja zdesperowana mama, żeby się ze mną skontaktować, napisała do mnie list, w którym donosiła mi, że z Wiktorem trzeba iść natychmiast do ortodonty, do okulisty, nie mamy ciepłej wody, nie działa piec, dom jest w totalnej rozsypce, niczego nie można znaleźć. Przeczytałam list, zawołałam Wiktora. Patrzę, a mój syn ma po dwa rzędy zębów. Jeszcze nie wypadły mu mleczaki, a już rosną stałe. Wybucha awantura, że nikt mi o tym wcześniej nie powiedział… (Śmiech). Oczywiście później okazało się, że nie ma tragedii, że to się zdarza, wyrwaliśmy mleczaki, a po dwóch tygodniach wszystko było okej.
 
– Mówi się o Tobie: Jungowska – aktorka emocjonalna…
Czy ja wiem? Uważam, że aktor musi mieć przede wszystkim intuicję, bo inaczej go nie ma. Nie wierzę w to, że można się obejść samą tak zwaną techniką. Podobno Jan Englert uczy studentów w szkole aktorskiej, że jak się wchodzi na scenę, to trzeba mieć spięte pośladki. Nie wiem, czy to żart, czy nie, bo mnie profesor Englert nie uczył, ale te spięte pośladki wystarczą tylko na trzy minuty grania, żeby wejść na scenę mocno, do przodu. A potem trzeba zagrać konflikt z partnerem, złość, niemoc, przerażenie i trzeba się rozluźnić i zapomnieć o pośladkach (śmiech).

– Masz opinię aktorki trudnej, konfliktowej, mającej swoje zdanie, stawiającej ostre wymagania, mówiącej reżyserowi, że nie ma racji. Coś się w Tobie zmieniło z biegiem lat? Pokorniejesz, czy cały czas stoisz na barykadzie?
Nigdy nie chciałam wykonywać tego zawodu tylko dla pieniędzy, bo to oznacza, że wykonasz każde polecenie i... do kasy. Ja lubię pracować z reżyserami, dla których aktor nie jest robotem do wykonywania poleceń, ale raczej dzieckiem, któremu trzeba stworzyć takie warunki, żeby zapomniało o stresie i puściło wodze fantazji.

– Lepiej pracujesz w konflikcie z reżyserem, gdy ścierają się silne osobowości? Czy potrzebny Ci spokój i człowiek, który Ci się przypatruje i pozwala rozkwitnąć na planie?
Najgorzej jest pracować z kimś, kto nie ma swojego zdania i co chwilę sam sobie zaprzecza. Pracowałam w swoim życiu ze skrajnie różnymi osobami: szaloną Olgą Lipińską, anielsko spokojnym Andrzejem Barańskim, zmiennym w nastrojach Hanuszkiewiczem, tajemniczym Warlikowskim i wielu innymi. W tym zawodzie naprawdę nie jest ważne, jak pracujesz. Liczy się tylko to, czy gdzieś poza słowami osiągasz porozumienie i cel.

– Zabolały Cię przed laty słowa Olgi Lipińskiej, że aktorstwo budujesz na emocjach i nie słuchasz uwag? Że za parę lat zabraknie emocji i zostanie pustka?
Moim zdaniem jedną z najfajniejszych ról, jakie zagrałam, była ta w „Baryłeczce” w reżyserii Olgi Lipińskiej, i wówczas świetnie się nam razem pracowało. No i bez przesady… Moje emocje są kontrolowane. Nie należę do aktorek technicznych, ale myślę, że po latach posiadłam technikę kontrolowania emocji.

– Odkrył Cię Adam Hanuszkiewicz. O Waszej współpracy do dziś krążą legendy: że pobiłaś go na próbie, że bez przerwy się kłóciliście…
Legend się nie dementuje, choć jest w nich tyle prawdy, ile w legendzie o Smoku Wawelskim. Prawdą jest to, że kiedy nikt mnie nie znał, Hanuszkiewicz mówił o mnie w samych superlatywach, był jedyną osobą, która wypowiadała się o mnie publicznie, że jestem utalentowana. Dostawałam od niego uwagi, które bolały, ale nigdy nie poniżył mnie jako człowieka. Do dzisiaj jestem z nim silnie związana i życzę mu dużo zdrowia, bo wiem, że teraz tego najbardziej potrzebuje.

– Na planie „Ja wam pokażę!” spędziłaś dużo czasu. Były konflikty?
Zdarzały się, ale rzadko. Może dlatego, że spotkałam tam ludzi, z którymi znam się od dawna i bardzo cenię ich pracę. Z Tomkiem Saprykiem i Olą Konieczną studiowałam. Ola fascynowała mnie zawsze, a Tomek zawsze rozśmieszał – oglądałam chyba wszystkie ich egzaminy. Mam wrażenie, że rolą Eksia przełamie opinię, że może grać tylko typów spod ciemnej gwiazdy. Radek Krzyżowski to kolega z „Na dobre…”. Bardzo zdolny krakowski aktor, który super poradził sobie z trudną i trochę enigmatyczną rolą Adama. No i dalej sami znajomi: Hania Śleszyńska, Marta Lipińska, Krzysztof Kowalewski i Andrzej Grabowski. Nie pierwszy raz się spotykamy.

– Najtrudniejsze momenty?
Prawda jest taka, że trudne momenty głównie ja generowałam. Pierwszy raz grałam tak wielką rolę, non stop byłam na planie, tylko partnerzy się zmieniali. I oni, bywało, ratowali mnie w nerwowych sytuacjach. Paweł Królikowski mówił do mnie: „Edyta, nie ma takiej złej sytuacji, której nie można by było przerobić na dobrą”. Tą zasadą kierował się również reżyser serialu, i chwała mu za to.

– Prywatnie jesteś w związku z reżyserem. To są światy, które muszą się wzajemnie napędzać?
Kiedyś przeczytałam wywiad z Danutą Szaflarską, w którym powiedziała, że ten zawód jest wyjątkowo antyrodzinny. To smutne, ale rzeczywiście tak jest. Pomijając późne powroty do domu, zmienny plan zajęć, ta praca angażuje również emocjonalnie. Osobie zupełnie nierozumiejącej tego stylu pracy niełatwo jest się do niego przyzwyczaić. Nasz system pracy wymaga od partnera bardzo wielkiej wyrozumiałości.

– Wykonujecie z Rafałem zawody wolne. Trzeba dać sobie kopniaka, żeby się chciało chcieć?
Bywa tak. Wykonujemy totalnie niewymierną pracę. W chwilach, gdy ogarniają cię wątpliwości, obecność osoby, która w ciebie wierzy, która zna cię dobrze, twoje możliwości, twoje słabości, jest niekiedy jedynym ratunkiem przed tym, żeby się nie poddać.

– Funkcjonujecie zatem jak dobrze naoliwiona maszyna, gdzie jeden mechanizm napędza drugi?
Bez przesady. Każdy z nas pracuje na swój rachunek. Każdy ma inny rytm. Jestem przeciwniczką takiego uzależnienia.

– Z Tobą łatwo żyć?
Nie.

– Dlaczego?
Nie prowadzę domu, nie gotuję, nie sprzątam. Jestem niekonsekwentna w wychowywaniu Wiktora. Najlepiej funkcjonuję w sporym stresie na najwyższych obrotach. Same wady. U mnie w salonie wisi taka fotografia: mały chłopiec widziany od tyłu, który jedzie gdzieś przed siebie dróżką w małym samochodziku na pedały. „He runs into trouble” – głosi napis. Czasami wydaje mi się, że to ja tak jadę, pedałuję co sił w nogach prosto w kłopoty.

– Prywatnie jesteś konfliktowa?
Szybko i mocno wybucham, zaraz przepraszam, ale ponieważ zdarza się to dość często, mogę sprawiać wrażenie osoby trudnej we współpracy. Ale wolę to niż zapieczone złości czy uśmiechy do złej gry. Lepsze jest pranie po pysku niż ciche dni.

– A jaką jesteś matką?
Już się nie będę kajać. Świetną. Można się ze mną dogadać. I Wiktor to dobrze wie.

– Ktoś powiedział, że aktorstwo to jest najbardziej okrutny zawód dla kobiety. Nie sprzyja Wam czas, kobieta trudniej ukrywa starzenie się.
Każda kobieta przejmuje się tym, ale nie spędza mi to snu z powiek. Okazało się, że moja fizyczność pomogła mi w zdobyciu roli Judyty. Judyta miała być laską, która ma problemy z figurą, z facetami, z samoakceptacją. Miałam być dziewczyną z sąsiedztwa i nią jestem. Kasia Grochola wymyśliła normalną dziewczynę, pełnokrwistą postać. Co do starzenia się… Starzejemy się od dziecka. Pamiętasz Jandę z lat 70. i 80.? Ikona swojego pokolenia. Pamiętam, że chciałam być taka jak ona. Niezależna, mocna, wyrazista. Nie piękna. Nerwowa, może trochę neurotyczna, ale jakaś.

– Ale przyznasz, że fizyczność i kariera Krystyny Jandy dla aktorek koło czterdziestki jest pewnym pocieszeniem. Niektóre kobiety w Waszym zawodzie mają problem z upływającym czasem. Ona nie.
Krystyna Janda była pierwszą aktorką, która zaczęła dbać o wizerunek. To człowiek instytucja. Podziwiam ją, że potrafi tyle i potrafi ciągle! I pokazuje, że w każdym wieku warto realizować pasje! No pewnie, że to pocieszenie i ratunek dla wielu aktorów, nie tylko kobiet.

– Czy ktoś Ci doradza w sprawach zawodowych, mówi: tej propozycji nie warto przyjmować, a tę rozważ?
Nie. Nie mam na kogo zrzucić odpowiedzialności za moje decyzje. Zawsze podejmowałam je sama. Co więcej, zawsze wierzyłam, że robię dobrze, że z największego gówna zrobię coś wielkiego. Może dlatego tak wiele otuchy dodała mi scena w „Tulipanach” Jacka Borcucha, w której umierający bohater przyznaje się synowi, że zjadł gówno za pieniądze i zaraz mówi, że wiele by dał, by znowu mieć dwadzieścia lat i zajadać się własnym gównem.

 – Kiedyś powiedziałaś: człowiek męczy się ze swoją niedojrzałością. Ty już dojrzałaś?
Strasznie trudne zadajesz mi pytania… Słyszałam, że dorastanie boli… Rzeczywiście ostatnio silnie odczuwam ból, na przykład teraz. Siedzimy tu już dwie godziny i bolą mnie cztery litery. Ale czy to już dojrzałość?

Rozmawiała: Monika Stukonis
Zdjęcia Iza Grzybowska/Makata
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka Samanta Fałkowska
Make-up Alicja Stempniewicz
Fryzury Anna Orzechowska
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska

Edyta Jungowska kończy dzisiaj 50 lat! Sądzicie, że wygląda na swój wiek? Oś czasu Party.pl WIDEO

Katarzyna Grochola, Aleksandra Kwaśniewska
Iza Grzybowska/MAKATA
Newsy
Katarzyna Grochola: "Jestem... happy endem"
Choć ma za sobą kilka nieudanych małżeństw i rozpadł się jej kolejny związek, wierzy w szczęśliwe zakończenia. Katarzyna Grochola w rozmowie z Olą Kwaśniewską.

– Czy nasza rozmowa ma sens, skoro całe Pani życie jest w najnowszej książce? Katarzyna Grochola: Niecałe, na szczęście. – Jaki był klucz? Katarzyna Grochola: Wdzięczności. – Wobec losu czy ludzi? Katarzyna Grochola: Losu i ludzi. Skorzystałam z okazji, żeby przypomnieć sobie o dobrych rzeczach, które mi się przydarzyły. Nad złymi przechodzę do porządku dziennego dwoma zdaniami. Zresztą gdybym napisała o złych rzeczach, książka liczyłaby 2855 stron maczkiem (śmiech). – To jest z jakiegoś powodu szczególny moment w Pani życiu? Katarzyna Grochola: Miałam taki dwuletni moment. Niełatwy. Związany z cierpieniem ludzi obok mnie. Wcześniej dużo rzeczy mi się pospełniało i myślałam już, że moje życie jest stałą. Tymczasem los, ilekroć pomyślę, że jest coś stałego, płata mi figle. Zawęziłam sobie strasznie perspektywę przez te dwa lata i to była próba odzyskania właściwego spojrzenia. – Zakończona sukcesem? Katarzyna Grochola: Tak, choć ja jestem przestraszona, jak mi się spełniają marzenia. Jako dziewczynka marzyłam, żeby być jak Liza Minnelli w „Kabarecie” – mieć zielone paznokcie, wyjść na scenę, zaśpiewać i zatańczyć. I teraz w „Tańcu z gwiazdami” dostałam piosenkę z filmu „Kabaret” i myślę sobie: Boże, jaki jest sens po 30 latach? Nawet nie mogę jej udawać. Jedyne, co mogę, to kupić zielony lakier do paznokci, ale on też wygląda lepiej na młodych dłoniach. – Jednak twierdzi Pani, że marzenia spełniać jest łatwo. Katarzyna Grochola: O tym, że łatwo spełniać własne marzenia, przekonują mnie ludzie, którzy biorą 10 dolarów i jadą w podróż. I jakoś nie umierają z głodu. Ja tego nigdy nie zrobiłam, bo zawsze się bałam. Własne marzenia zaczęłam spełniać, jak znalazłam się na dnie, czyli w wieku...

Newsy
Daria Widawska: „Jestem Kaszubką”
Jej chłopak Michał wie, że jeśli Daria nie zna rozmiaru kołków rozporowych, uwiedzie pół sklepu i do domu przyniesie właściwe.

– Nerwicą Twojego pokolenia jest chęć zaistnienia za wszelką cenę. Jeśli mnie gdzieś nie ma, to znaczy, że nie istnieję, mówią Twoi równolatkowie. Masz jakiś patent, by w tym świecie nie zwariować?   Nie mam patentu. Rzadko bywam na imprezach, bo niewiele tam się może zdarzyć. Drażni mnie, że ludzie nie patrzą sobie w oczy i każdy poświęca na rozmowę z tobą dziesięć sekund, przy okazji szukając już kolejnego, ciekawszego rozmówcy. To jest nerwica tych czasów. Być, słyszeć, załatwić, wylansować. Mało mnie to interesuje. – A nie masz wrażenia, że Twoje pokolenie nie umie czekać? Wszystko musi się wydarzyć już, natychmiast. Sukces należy osiągnąć do trzydziestki, bo potem już wielu ludziom nie smakuje... Ja bardzo długo czekałam. Przez pięć lat od skończenia szkoły teatralnej nie dostałam żadnej znaczącej propozycji. Oczywiście grałam w teatrze, czasem trafił się jakiś dzień zdjęciowy w serialu, ale były chwile, gdy na castingu do jakiejś roli dochodziłam do ostatniego etapu i przegrywałam z inną aktorką. Wtedy mój narzeczony Michał przywracał mnie do pionu. Mówił: „Kochana, ale ty byłaś jedną z dwóch, doszłaś bardzo daleko, widocznie zabrakło ci szczęścia”. Wydawało mi się to marnym pocieszeniem. Każdy aktor wymaga adoracji, komunikatu zwrotnego, że się podoba. Aż w końcu dostałam propozycję wzięcia udziału w castingu do „Magdy M. ” i wygrałam! Teraz rozumiem słowa Michała i doceniam to, co mam. – Nerwicą tych czasów jest też nieumiejętność rezygnowania z propozycji. Jak macie pracę, gracie we wszystkim, do upadłego. Nie przeraża Cię casus Roberta Gonery? Wcześniej sądziłam, że bardzo łatwo odreaguję w tym zawodzie. Wracam do domu, biorę prysznic, idę na dobrą kolację albo na basen. Szybko wyrzucam z...

Justyna Steczkowska
Viva!
Newsy
Justyna Steczkowska: Matka, żona, ikona i dziewczyna ze Stalowej Woli
Gorący wywiad w "Vivie!"

– Czujesz się ikoną stylu? Nie. Moda jest jednym z elementów mojej pracy, ale nie jestem jej pasjonatką. Podziwiam tych najlepszych za kreatywność, ale moja kreatywność przejawia się najbardziej w muzyce. – Ludzie postrzegają Cię jako ikonę stylu. Nie sądzę, żeby tak było. Myślę, że tyle zdań na mój temat, ile ludzi. – Co to jest styl według Ciebie? To zależy, o co pytasz. Można powiedzieć, że ktoś ma styl i klasę, i nie wiązać tego z modą. Generalnie wydaje mi się jednak, że styl to wyraz osobowości człowieka. Mój wizerunek jest częścią mojej pracy, więc musi być zgodny z tym, co czuję, z moim charakterem. Im bardziej wyrażam siebie w mojej pasji, jaką jest muzyka, tym lepiej. – Jak tworzyłaś swój styl? Zmieniał się ze mną, dojrzewał, tak jak i ja się zmieniałam w swoim stylu. – Wychowałaś się w Stalowej Woli. Jak tam ubierały się kobiety? W Stalowej Woli i w Rzeszowie. To najważniejsze miasta w moim życiu. Tam dorastałam. Ale nie ma co porównywać tamtych czasów do tych, w których żyjemy teraz. Dziś mamy wszystko, wtedy nie mieliśmy nic, oprócz wyobraźni, więc szyłyśmy „kreacje” z każdego ładnego fragmentu materiału, który udało nam się zdobyć. Jak patrzę na zdjęcia z tamtych lat, to muszę przyznać, że wyglądałam dość ekscentrycznie. – Czyli jak? Dokładnie tak, jak powiedziałam – ekscentrycznie. Ekscentrycznie jak na tamte czasy i mój wiek. Nosiłam się z lekka dekadencko. Długie, czarne peleryny, kapelusze, meloniki zdobyte na starych targach. Z guzików odrywanych z eleganckich babcinych ubrań i rzeczy przysyłanych od ciotki z Australii robiłyśmy biżuterię. – Kto był dla Ciebie wzorem na początku kariery? Nikt. Nie miałam...

Nasze akcje
Gwiazdy
Newsy
Chcesz dobrze czuć się we własnej skórze tak, jak największe gwiazdy? Działaj metodą małych kroków!
Współpraca reklamowa
Skuteczny trening bez wysiłku? Teraz to możliwe!
Newsy
Skuteczny trening to nie tylko siłownia!
Współpraca reklamowa
Weleda
Newsy
Kosmetyki, które łączą tradycję z nowoczesnością. Poznaj je!
Współpraca reklamowa
Nowości
PartyExtra
Małgorzata Rozenek-Majdan uśmiechnięta
Newsy
Małgorzata Rozenek-Majdan
BZ
Julia Wieniawa w neonowej sukience na lato
Newsy
Julia Wieniawa
BZ
Katarzyna Cichopek na 59 Festiwalu w Opolu
Newsy
Katarzyna Cichopek
BZ
Klaudia El Dursi na plaży
TV-Show
Hotel Paradise
BZ
Ślub od pierwszego wejrzenia x-news
TV-Show
Ślub od pierwszego wejrzenia
BZ
Versace wiosna-lato 2022
Fleszstyle
Trendy w koloryzacji włosów na wiosnę i lato 2022. Te odcienie robią mocne wrażenie
Marcelina Zielnik
Gorący trend: Dopamine dressing
Fleszstyle
Dopamine dressing to najgorętszy trend sezonu. Obłędną koszulę w stylu Małgorzaty Rozenek-Majdan kupisz w Sinsay za 39,99
Anna Kusiak
Klaudia Halejcio w najmodniejszych spodniach tego lata. Niemal identyczne kupisz w Sinsay za 35 zł
Newsy
Klaudia Halejcio w najmodniejszych spodniach tego lata. Podobne kupisz w Sinsay za 35 zł
Urszula Jagłowska-Jędrejek
Anna Lewandowska w swetrze za ponad tysiąc złotych
Newsy
Anna Lewandowska w modnym swetrze ponad tysiąc złotych. W Sinsay kupisz podobny za 50 złotych!
Aleksandra Skwarczyńska-Bergiel
Moda uliczna wiosna-lato 2022
Fleszstyle
Najmodniejsze buty na wiosenno-letni sezon. Te modele ma w szafie każda it-girl
Marcelina Zielnik