Władysław Bartoszewski
Radek Polak/AF PHOTO
Ze świata polityki

Władysław Bartoszewski: "Muszę pędzić"

Władysław Bartoszewski
Radek Polak/AF PHOTO

Warszawa, 7 grudnia 1944 roku. Drogą z Warszawy do Pruszkowa jedzie ciężarówka. W środku żołnierze AK. Jest wśród nich Władysław Bartoszewski. Powstanie Warszawskie upadło, ale konspiracja trwa. Wywożą z miasta dolary i akta Armii Krajowej. Na Wolskiej zatrzymuje ich gestapo. Wrogie twarze. Wycelowane karabiny. „Nigdy w życiu się tak nie bałem”, po latach przyzna profesor w wywiadzie dla VIVY! „Pomyślałem, że nie chcę umierać”.

Niemcy chcą przeszukać ciężarówkę. „Zastrzelą, rzucą w ruiny”, myśli młody Bartoszewski. I wtedy olśnienie. Otwiera klapę ciężarówki i mówi czystą niemczyzną: „Mamy tu aparaturę, bo właśnie jedziemy dezynfekować tyfus plamisty. Wejdźcie, panowie, obejrzyjcie to”. Gestapowcy boją się zarazić. Klną i puszczają ich wolno. Znów się udało.

Fortele, fortele
Życie profesora nadaje się na film sensacyjny. Więzień Oświęcimia, oficer AK, przez władze PRL skazany za szpiegostwo. „Po prostu starałem się być porządnym człowiekiem”, mówi skromnie. Żył w czasach, kiedy wymagało to szalonej odwagi. Doświadczył piekła. Ale zawszy wychodzi cało z opresji. Z podniesioną głową. Adam Michnik na jego 85. urodziny mówił: „O swojej strategii zmagania się z przeciwnościami losu powiadał Bartoszewski z cwaniackim uśmiechem: »Fortele, fortele...«”. Autor kilkudziesięciu książek historycznych, w których nieraz powołuje się na własne przeżycia. Znany i ceniony na świecie. Wielki autorytet. Gdy „Gazeta Wyborcza” nadaje mu tytuł Człowieka Roku 2010, biskup Tadeusz Pieronek, wygłaszając laudację, mówi z zachwytem: „Przy nim odnosi się wrażenie, że ludzka pamięć nie powinna się obawiać konkurencji ze strony komputerów”.

Nieutrzymanek
Wysoki, przygarbiony. Czasem używa laski. Lecz mimo swych 88 lat ma młodzieńczy temperament i niewyparzony język. „A o co wyjesz, wyjcu?!”, krzyknie publicznie, zdenerwowany. „Dyplomatołki!”, uderzy w politycznych przeciwników. Macha rękoma, robi miny. Nawet jego duże uszy kiwają się w rytm okrzyków. W życiu przeszedł tyle, że nie przejmuje się formami. Dlatego budzi kontrowersje. Czy profesorowi więcej wolno? „Nie muszę się niczego wstydzić”, przekonuje. W życiu publicznym zawsze stał po stronie dobra. Dziś popiera Bronisława Komorowskiego, jest w jego komitecie honorowym. Z właściwą sobie ironią zapowiada emigrację, jeżeli wygra Jarosław Kaczyński. Ale nie każdy wie, że Władysław Bartoszewski sam o mały włos nie został prezydentem. To historia z 1981 roku. Londyn. Gabinet prezydenta Polski na uchodźstwie Edwarda Raczyńskiego. Panowie przy kawie i whisky. „Jestem starym człowiekiem”, mówi Raczyński. „Zdecydowałem się ustąpić, a wedle konstytucji jestem zobowiązany do wyznaczenia następcy. Wybrałem pana”. Szok. Bartoszewski prosi o tydzień do namysłu. I odmawia. „Dlaczego?”, pyta go Michał Komar w książce „Wywiad rzeka”. „Nie wypadało o tym mówić z prezydentem...”, tłumaczy profesor. „Z moimi oszczędnościami? Ktoś musiałby płacić za moje utrzymanie. Kto? Skarb Narodowy! Miałbym być utrzymankiem Polski? Nie wypada”.

Z żoną mieszka od 40 lat na Mokotowie. Skromne mieszkanie, dużo książek. Nie dorobił się bogactw. „Nie mam samochodu”, uśmiecha się. „Nie mam nawet złotego zegarka!”. Na ścianie zdjęcia z jego bogatego życia. Na jednym z nich całuje Jana Nowaka-Jeziorańskiego w głowę. Głowę prawie pozbawioną włosów. Sam ma podobną. Gdy wieje wiatr, wkłada beret. Przypomina wtedy tych chłopców z konspiracji. Był kiedyś jednym z nich. O jego garderobę dba żona. Profesor zawsze w garniturze, pod krawatem. „W dyplomacji trzeba wyglądać”, tłumaczy. Żartuje, że ma w domu frak na specjalne okazje. Założy go do trumny. Wciąż się uśmiecha, jest pogodnym człowiekiem. Trudno w to uwierzyć, pamiętając, że przeszedł przez obóz koncentracyjny i stalinowskie więzienia. Tam się nauczył, że wartości materialne nie mają znaczenia. Dlatego z pięcioletniego ambasadorowania w Wiedniu przywozi tylko książki. Trzy tysiące książek. Już zapisał je bibliotekom. „Synu – mówi do syna, który jak on ma na imię Władysław i jest historykiem – nic po mnie nie odziedziczysz”. „Tato, a nazwisko?”. Profesor uśmiecha się z dumą. „Znalazł się”, chwali.

Mistrz dialogu
Ma swój gabinet w gmachu rządu. Na pierwszym piętrze. To zwykle pod jego okna przychodzą demonstranci. Premier ma lepiej, bo jego okna wychodzą na ogród. Profesor zaczyna dzień od lektury gazet. Musi wiedzieć o wszystkim. Wieloletni nawyk. To samo robił w konspiracji. I później, gdy pracował dla Radia Wolna Europa. Po lekturze spotkania, wykłady, podróże. Aha, jeszcze dokumenty. Gdy asystent przynosi stosy do podpisu, profesor podnosi okulary i pochyla się nad biurkiem. Nie podpisze niczego, czego nie przeczyta. Pióro? To zbytni luksus. Władysław Bartoszewski używa zwykłego długopisu. Takiego, który można kupić w każdym kiosku. Listy dyktuje, komputera nie dotyka. „Nie odróżniam telefonu od radia”, żartuje z siebie. Dłonie opiera na dużym, jasnym biurku, za plecami dwie flagi: polska i unijna. Na talerzyku kryształowa sowa. Pasuje tu. Mądrość i uważność to cechy, które towarzyszą mu całe życie. W rządzie jest pełnomocnikiem do spraw międzynarodowego dialogu. A konkretnie – dba o porozumienie polsko-niemieckie i polsko-żydowskie. Dwie najbardziej zapalne strefy. Niemcy i Żydzi towarzyszą mu przez całe życie. Na dobre i na złe.

Przychodzi na świat 19 lutego 1922 roku w Warszawie. Dzieciństwo spędza na skraju dzielnicy żydowskiej. „Na naszej ulicy żyło tylko kilka chrześcijańskich rodzin”, wspomina. „Nasza i Radziwiłłów”. Nalewki to przedwojenny żydowski Broadway, żyje tu 350 tysięcy warszawskich Żydów. Setki sklepików, synagoga, pejsaci mężczyźni w chałatach. Obok Banku Polskiego, w którym pracuje jego ojciec, mieszka mały Bartoszewski. Chudy, w okularach, trzyma się z boku. Mama pracuje w biurze elektrociepłowni, chłopcem opiekuje się niania, prosta dziewczyna ze wsi, półanalfabetka. Pani Bartoszewska zabroniła bić syna, więc opiekunka tylko grozi: „Bądź grzeczny, bo zabierze cię bolszewik!”. Idą do Ogrodu Krasińskich. Tam Władek biega z żydowskimi dziećmi. Szybko uczy się jidysz. Czasem słyszy od żydowskich matek, które strofują swoje dzieci: „Kim, szpil nicht mit dummen goj”. „Chodź, nie baw się z tym głupim gojem”.
W kawiarniach widzi dyskutujących zażarcie mężczyzn. Wszyscy w kapeluszach. Dlatego myśli, że kawę pije się wyłącznie w nakryciu głowy.

Koniec świata
Wysoki okularnik. Niezgrabny wobec koleżanek. Rówieśnicy palą pierwsze papierosy, całują się po kryjomu, on nie potrafi. Śmieją się z niego. A potem wybucha wojna. Właśnie zdał maturę. Na miasto lecą niemieckie bomby. U Bartoszewskiego działa prosty odruch, który towarzyszy mu całe życie. Na ulicy leżą ranni, więc bierze nosze i transportuje ich do szpitala.

Pomaga. Z nieba pikuje samolot. Seria z karabinu zabija kobietę, którą dźwiga. Pierwsze dotknięcie śmierci. „Płakałem, gdy niemieckie wojsko zajęło miasto”, mówi. „Dla nas to był koniec świata”. Nad ranem 19 września 1940 roku do ich mieszkania wpadają żandarmi. Obława. Trafia do Oświęcimia. Ma numer 4427. Pierwszy apel. Pięć tysięcy ludzi stoi na baczność. Kapo wyciągają z szeregu mężczyznę i zabijają go bestialsko. Nikt nie reaguje. To nauka strachu. I upokorzenia. Osiemnastoletni chłopak styka się z potworną zbrodnią. Ludzkie życie nie ma wartości. Marznie, głoduje, jest wycieńczony. Ciało we wrzodach. Trafia do izby chorych, gdzie nieprzytomny przeleży kilkanaście dni. Wraca do życia. Recytuje innym chorym fragmenty „Pana Tadeusza”, kabaretowe wiersze. Ci, którzy przeżyją, będą wspominać, że nawet w tych strasznych warunkach potrafił zachować pogodę ducha.

Dar wiedzy
Zdarza się cud. Zostaje zwolniony. Prawdopodobnie wstawia się za nim Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Po czterech miesiącach kaźni wraca do Warszawy. Pierwszy dzień wolności? „Nie mogłem wstać. Byłem wyczerpany. Zbolały”, mówi. Narasta w nim obsesja, że zostawił tam ludzi na śmierć. Przeleży w łóżku półtora miesiąca. Jak żyć z tak okrutnym doświadczeniem? Matce nie opowie, co przeżył. A ona nie jest gotowa na prawdę. Nigdy nie przeczyta jego książek. „A nie byłeś tam głodny, synku?”, pyta tylko. Syn nie potrafi odnaleźć się po Oświęcimiu. W nocy budzi się z krzykiem. Dręczą go obozowe koszmary. Lecz ma szczęście. Spotyka księdza Jana Zieję. Kapłan rozumie jego rozterki. „Ty nie jęcz i nie zastanawiaj się nad swoim cierpieniem”, mówi. „Pomyśl, że po coś wyszedłeś. Otrzymałeś dar wiedzy. Zrób z niego użytek”. „Jaki?”, pyta 19-letni chłopak. „Pomagaj najbardziej cierpiącym”. „No jak to, ojcze”, protestuje. „Nie mam pieniędzy, nie mam znajomości”. „Nie zamykaj oczu na to, co się trafi”, słyszy. „Życie samo przyniesie sposobność”.

Niebo w płomieniach
Sposobność ma na imię Hanka. Wciąga go do konspiracji. Nastoletni Władek trafia do kontrwywiadu AK. Przybiera pseudonim „Teofil”. Imię bohatera powieści Jana Parandowskiego „Niebo w płomieniach”. Pomaga ludziom podziemia aresztowanym przez Niemców. Razem z Zofią Kossak porywa się na niemożliwe. Pomagają Żydom w getcie. Potrzebne są pieniądze, leki, fałszywe dokumenty. Tak powstaje „Żegota” – Rada Pomocy Żydom. Wyprowadzają i ukrywają po aryjskiej stronie wiele osób. Większość to dzieci. „To było szalenie niebezpieczne”, wspomina. „Prawdziwy taniec nad przepaścią”.

Dyplomacja w celi
Rok 1948. Cela na Rakowieckiej. Kieszonkowiec Edzio ogląda długie, szczupłe palce Bartoszewskiego. „Ty frajerze, z takimi dłońmi zajmowałeś się polityką?”, dziwi się. „Z takimi palcami byłbyś świetny w moim fachu!”.

Bartoszewski z Powstania Warszawskiego wychodzi jako porucznik. Z Krzyżem Walecznych. Trafia do stalinowskiego więzienia. „Kiedy ludzie zdziwieni pytają mnie, gdzie uczyłem się dyplomacji, odpowiadam, że w więziennej celi”, śmieje się profesor. Głos ma mocny. Dźwięczny. Grudzień 1949 roku – wyrok: pięć lat. Bezpieka wmawia mu szpiegostwo. W śledztwie trzyma się dzielnie. Potem też. „W więzieniu myślałem o tym, żeby własnym załamaniem nie pomagać siłom zła”, tłumaczy. Siedzi razem z przeorem z Jasnej Góry... i skazanym na śmierć esesmanem Erichem Engelsem. Gdy zakonnik z hitlerowcem grają w szachy zrobione z chleba – tłumaczy rozmowy. Nie skaczą sobie do oczu. Szkoła życia. Sztuka dyplomacji.

Optymista katastroficzny
Żeni się. W 1955 roku rodzi się jego syn. Po ojcu i dziadku – Władysław. Doktorat zrobi w Cambridge. Dziś Władysław junior żyje w Polsce, jego żona jest Kanadyjką. Dzwonię do niego. Nie za bardzo chce rozmawiać. Profesor nie opowiadał mu o swych więziennych doświadczeniach. Najwyżej aluzyjnie. Pałac Mostowskich, siedziba UB, sześcioletni Władek pyta: „Czy tata tu siedział?”. Bartoszewski odpowiada zgodnie z prawdą: „Tu nie”. „Ale tata siedział?”. „Tak, ale tu nie”. Profesor całe życie jest potwornie zajęty. Pisze do gazet, pisze książki, działa w dziesiątkach organizacji. Wykłada za granicą. Współpracuje z Wolną Europą. Jest sekretarzem Pen Clubu. Syn musi nauczyć się samodzielności. „Sam nie poświęcałem mu za dużo czasu”, profesor bije się w piersi. „Ale w naszym domu bywali ciekawi, wartościowi ludzie. Żadni cwaniacy ani sługusy reżimu. Miał od kogo czerpać”. Umiera żona profesora. Druga żona, Zofia, wysoka brunetka, jest polonistką. Redaguje teksty męża, jest pierwszym krytykiem. Żyją w zgodzie od 40 lat. Gdy bywa ciężko, profesor powtarza: „W Oświęcimiu było gorzej”. Żona się złości: „Nie możesz wszystkiego porównywać do obozu koncentracyjnego!”. „Nie mogę”, zgadza się profesor. „Ale faktem jest, że tu nie ma komór gazowych!”. Jest – jak sam mówi – katastroficznym optymistą.

Gadatliwy nosorożec
Grudzień 1981. Na poligonie w Jaworznie ląduje helikopter. Mundurowi wyprowadzają z niego internowanych działaczy „Solidarności”. Pod karabinami, wśród szczekających psów, idzie katastroficzny optymista. Które to już więzienie? Spędził w nich siedem lat życia. W obozie w Jaworznie „tylko” cztery miesiące. Razem z nim Bronisław Komorowski. „Byłem dumny”, wspomina marszałek. „Władek, ważny pan profesor, zaproponował mi wspólny wykład dla kolegów”. W obozie profesor kończy 60 lat. Pisarz Andrzej Szczypiorski wygłasza mowę pochwalną: „Dobry Bóg obdarzył go wdziękiem wiecznie młodego nosorożca. Bartoszewski zawsze jest w szarży”. Ale dodaje łyżkę dziegciu: „Bywa nieznośnie gadatliwy, ma obsesję szczegółu, niekiedy czuje się dotknięty bez uzasadnienia”. Jego „rozmowność” jest przysłowiowa. Przesłuchujący go tajniacy błagają: „Przestańcie gadać, Bartoszewski!”.

Co pan tu robi?
Na szczęście są tacy, co lubią go słuchać. W 1983 roku niemiecki Katolicki Uniwersytet w Eichstätt proponuje mu profesurę gościnną. Zbłaźnię się nie tylko jako Bartoszewski, lecz także jako jedyny Polak na tym uniwersytecie, myśli z obawą. Niepotrzebnie. Niemcy z radością przedłużają kontrakt. Dostaje prestiżową Nagrodę Pokojową Księgarzy Niemieckich. Nazwisko Bartoszewskiego staje się międzynarodową marką. „Intelektualny architekt polsko-niemieckiego porozumienia”, ocenia Mariusz Cieślik z „Newsweeka”.

Lato 1989 roku. Bońska willa prezydenta RFN Richarda von Weizsäckera. Zaproszony na nieoficjalne spotkanie noblista Lech Wałęsa dziwi się na widok profesora: „Co pan tu robisz?”. „Prezydent poprosił mnie, abym był w czasie rozmowy z panem”, tłumaczy Bartoszewski. Prezydent jest pod wrażeniem wizjonerstwa i swobodnego języka przewodniczącego „Solidarności”. „Wałęsa to zjawisko natury!”, oznajmia profesorowi. Tego samego wieczoru Bartoszewski siedzi przy jednym stole z Willym Brandtem. Nie przez przypadek rok później zostanie ambasadorem Rzeczpospolitej w Austrii.

Muszę pędzić
Politykiem zostaje w wieku, gdy inni kończą karierę. Ma 68 lat, gdy siedzi w mieszkaniu Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera od czasu wojny. Rozmawiają towarzysko, piją herbatę. „Słuchaj – mówi nagle Mazowiecki – musisz objąć ambasadę w Wiedniu”. „A czy ja się na tym znam?”, pyta zaskoczony profesor. Premier patrzy na niego z typowym dla siebie smutkiem: „A czy ja się na tym znam?”. „Byłem przerażony”, wspomina profesor. „Jestem samotnikiem. A nagle miałem kierować dużą placówką. Inny świat, inne reguły postępowania, inne miary”. Ale przecież „w Oświęcimiu było gorzej”... Podejmuje pałeczkę. I odnosi sukces. Potem będzie jeszcze senatorem, ministrem spraw zagranicznych (dwa razy), sekretarzem stanu w rządzie Donalda Tuska.

A to tylko nieznaczna część jego działań. Wyliczanie ich byłoby dłuższe od tego tekstu. Władysław Bartoszewski mimo swych 88 lat pruje przez świat z szybkością i mocą lokomotywy. Nawet gdy chodzi, to biega. „Tato – narzeka syn, nie mogąc nadążyć za maszerującym ojcem – dlaczego tak się śpieszysz?”. „Synu – tłumaczy profesor – gdybym miał tyle lat co ty, mógłbym spokojnie chodzić. Ale ja nie mam już czasu. Muszę pędzić!...”.

Tekst Roman Praszyński
Zdjęcia Radek Polak/AF PHOTO
Stylizacja Sylwia Brzezińska
Charakteryzacja Patrycja Dobrzeniecka/AF PHOTO
Produkcja Szymon Machnikowski

Więcej na temat Władysław Bartoszewski
Przeładuj

Tak wygląda grób Pawła Królikowskiego rok po śmierci. Rodzina jest bezsilna. Chcą postawić mu pomnik, ale jest problem

zobacz 00:43