Weronika Rosati na okładce "Vivy!"
viva!
Szczere wyznania

Weronika Rosati w wywiadzie dla "Vivy!"

Weronika Rosati na okładce "Vivy!"
viva!

Nawet, gdy jest się piękną i utalentowaną, nosi się znane nazwisko i... suknie projektu swojej matki, nie zawsze można odczuwać pełnię szczęścia. Weronika Rosati jest bardzo ambitna, jej szklanka jest zawsze do połowy pusta, a apetyt na karierę rośnie w miarę jedzenia. Jakie ma plany na ten rok?

– Zagrała Pani naprawdę świetną rolę w "PitBullu", teraz w "Obławie" i za każdym razem, zamiast propozycji, kolejnych wyzwań, następuje cisza. Jakby reżyserzy wiedzieli, że jest Pani bardzo utalentowana, ale... nie wiedzieli, co Pani zaproponować.

Weronika Rosati: Myślę, że trochę dlatego znalazłam się w Stanach. Oczywiście zawsze byłam zafascynowana kinem amerykańskim i marzyłam o szkole Lee Strasberga. Aż w końcu wylądowałam w Stanach, właśnie w szkole Strasberga, na którą zarobiłam, grając w polskich serialach, ale to, że zostałam tam na dłużej, wynikało z tego, że nie było dla mnie filmów tutaj. Gdyby po "PitBullu" przyszły propozycje, pewnie pracowałabym i żyła w Warszawie.

– Zastanawiała się Pani kiedyś, dlaczego tak się stało? Nie po to, żeby się użalać, tylko żeby zrozumieć. Chyba że tego nie da się zrozumieć.

Weronika Rosati: Myślę, że w "PitBullu" byłam najbardziej kontrowersyjną odtwórczynią. Być może ludzie nawet myśleli, że ja po prostu taka jestem, jak w tym filmie. Ludzie, którzy mnie wówczas nie znali, po obejrzeniu filmu na festiwalu filmowym w Gdyni byli przekonani, że oglądają naturszczyka, jakąś rumuńską dziewczynę, która gra samą siebie, bo jeszcze wtedy nie mieli pojęcia, że ktoś taki jak Weronika Rosati istnieje. Dostawałam potem jakieś epizody, ale bolało bardzo, że te duże role nie przychodzą. Wtedy, trochę z braku wyboru, postawiłam na seriale, bo chciałam pracować. Chciałam zarobić na wymarzoną szkołę w Nowym Jorku, zarobiłam i pojechałam tam się uczyć. Więc może tak miało być? Tak naprawdę nie potrafię do końca odpowiedzieć na pani pytanie, dlaczego tak jest, ale pogodziłam się z tym.

– Mimo wszystko dziwię się, że po "Obławie" było podobnie.

Weronika Rosati: Myślę, że po prostu trudno mnie obsadzić, to po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że pechowo, parę miesięcy po wejściu filmu na ekrany, miałam wypadek, który mnie unieruchomił. Więc to wszystko razem tak się składa. Mówię o tym nie po to, żeby się skarżyć, tylko dlatego, że rozmawiamy o tej walce. Czasami myślę, że pewnie wielu ludzi wyobraża sobie, że jest mi w życiu łatwo. I jeśli powiem: "Nie, nie jest mi łatwo", ludzie pomyślą, że nie mówię prawdy.  

– To ja powiem, że ma Pani talent, który zasługuje na coś więcej niż epizody.

Weronika Rosati: Dziękuję bardzo. Ale rzeczywiście ja wstaję rano i myślę sobie: Dobrze, ja tę walkę dzisiaj muszę stoczyć. I robię to. Nie walczę ze światem, to nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu od roku chodzę codziennie na rehabilitację, cały dzień jest do tego dostosowany, a i tak nadal wielu rzeczy nie wolno mi robić. To wszystko przekłada się na moją pracę, na propozycje, które mogę przyjąć. Skoro już o tym rozmawiamy, a były różne przekłamania na temat tego wypadku, chcę powiedzieć, że miałam bardzo poważny uraz.

– Wiedziała Pani o tym od początku?

Weronika Rosati: Wiadomo było, że to jest uraz, który będzie wymagał leczenia przez dłuższy czas. Przeszłam dwie operacje, które mnie wycięły z życia na rok: gips, kule, rehabilitacja. A teraz czeka mnie jeszcze jedna operacja. I muszę pani powiedzieć, że to kompletnie zmienia perspektywę. Jestem zupełnie inną osobą, niż byłam półtora roku temu.

– Na czym ta inność polega?

Weronika Rosati: Trochę na poczuciu lęku. Wcześniej byłam bardziej nieustraszona, w tym sensie, że nie istniały rzeczy, które by mnie przeraziły, o które bym się bała. Teraz jestem sto razy bardziej ostrożna. Chciałabym się pozbyć tego uczucia, bo bardziej mi to przeszkadza, niż pomaga.

– Takie trochę hamulcowe myślenie.

Weronika Rosati: Właśnie tak. Mam nadzieję, że minie z czasem. Mówię o tym specjalnie, ponieważ wiem, że są osoby, które przechodziły przez podobne rzeczy i dokładnie rozumieją, co mówię. Tym, którzy są na etapie najgorszym, czyli początkowym, chcę powiedzieć, że to naprawdę mija. Podobno każde doświadczenie czegoś uczy, a to była bardzo trudna lekcja cierpliwości.  

– Zaczął się nowy rok, Pani ma urodziny. W pewnym wieku mamy coraz większą przeszłość, coraz mniejszą przyszłość. Myślała Pani o tym?

Weronika Rosati: Od czasu wypadku nie robię żadnych postanowień. W ciągu jednej sekundy moje życie wywróciło się do góry nogami. Jeszcze przed operacją, będąc na bardzo silnych lekach przeciwbólowych i uspokajających, pytałam lekarza, czy w takim razie, skoro nie mogę lecieć do Stanów za trzy dni, to czy mogę za tydzień. W ogóle do mnie nie docierało, że moje życie zmieniło się diametralnie.
I chyba jeszcze nie do końca potrafię to zaakceptować, dlatego cały czas sobie myślę, że może to jest taki sen i on zaraz minie. Z pewnością mam dużo więcej empatii.

 
Rozmawiała: Beata Nowicka

Więcej na temat Viva! Weronika Rosati
Przeładuj

Wzruszające wyznanie Anny Dereszowskiej: "Straciłam mamę w wieku 9 lat, na szczęście..."

zobacz 02:10