Weronika Rosati
Robert Wolański
Tylko u nas

Weronika Rosati - Dziewczyna grzechu warta

Weronika Rosati
Robert Wolański

Weronika Rosati promienieje. Ma dziś dobry dzień. Właśnie dostała bukiet kwiatów od nieznajomego (chyba wielbiciel „Majkowej” Dagmary), wiadomość, że pewien film ma szansę realizacji, a telefon od adwokata przyniósł radosną wieść. Wygrała proces o naruszenie dóbr osobistych. Będą przeprosiny i odszkodowanie. Za co? Jakieś imperium plotki czy coś w tym rodzaju napisało, że miała kilka operacji plastycznych, w tym że łamano i poprawiano jej nos. Do tego za namową matki! A wszystko z taką pewnością, jakby autorka co najmniej osobiście podawała chirurgowi skalpel i ocierała pot z czoła.

„Moja mama powinna wydawnictwu wytoczyć drugi proces i też go w cuglach wygrać”, śmieje się Weronika, której skóry nigdy nie tknął skalpel chirurga, bo nie było powodu. Wyrazistą urodę ma po dziadku Włochu, ojcu ojca, i jest z niej zadowolona. I z mnóstwa piegów, które pojawiają się i znikają, i z tego, że nie ma 180 cm wzrostu.

Od dawna dobrze wie, że wzbudza mieszane uczucia, i poza tymi, którzy ją lubią bezinteresownie, są i tacy, którzy darzą ją niechęcią bez szczególnej racji, powodu, bezwolnie i bezwiednie. Kiedyś ją to bolało. Teraz odpuściła, choć swój pogląd ma: „Czy córka profesora, byłego ministra, i projektantki mody, na dodatek mająca własny pomysł na życie, może być lubiana? Nie, myślę, że z założenia trzeba jej nie lubić”, mówi z ironią w głosie. Nawet jeśli dla niej minister, dyplomata, profesor i uznana projektantka mody to przede wszystkim kochani i kochający rodzice. Mama – przyjaciółka. Ojciec – autorytet. I dom rodzinny, do którego nadal wpada przede wszystkim dla nich. Sama albo z bratanicą Zuzią, na wieczór albo na noc, choć od pół roku ma własne dwupokojowe mieszkanie w Wilanowie, kupione częściowo za zarobione pieniądze, częściowo na kredyt. W końcu zarabia od 16. roku życia.

Skąd tyle bezinteresownej zawiści? „Nie lubią mnie osoby, które czytają plotkarskie portale, na których anonimowo można się na  mnie wyżywać. Bo agresja rodzi agresję, niechęć wzmaga niechęć”, twierdzi Weronika.

Portale plotkarskie mają się czym karmić, bo oprócz fantazji własnej, naprawdę bywa – jak wiele młodych dziewczyn – w różnych Szpilkach, Szpulkach i Szparkach, robi zakupy w galerii handlowej, daje się fotografować paparazzim w modnych klubach, na premierach, koncertach, bankietach, pokazach mody (na pokazie swojej mamy w Teatrze Wielkim przed kilkoma miesiącami, gdzie potrafiła ściągnąć z Łodzi z Camerimage Billa Murraya). Bywa i nie przestanie. „Gdzie chcę być, tam będę. Nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką”, prowokuje. „Moje idolki – lista zmienna – zawsze miały bardzo cięty język. Teraz jest na niej Sharon Stone i Faye Dunaway. A to znaczy, że oglądam ich filmy i czytam wszystko, co o nich kiedykolwiek napisano po angielsku i francusku”.

***

Drobniutka, niewysoka. O takich kobietach kiedyś mówiło się: filigranowa. Rozmiar? Chyba 34, ale ona uzupełnia: „w pewnych rejestrach więcej, w innych mniej”. Na spotkanie przychodzi w krótkiej, barwnej, wiosennej sukience w róże. „Z H&M z wyprzedaży za 40 zł”, mówi nie bez dumy. Umie się ubrać szykownie za niewielkie pieniądze. Nie cierpi przepłacać. Ma swój styl. Lubi sukienki podkreślające linię i do tego buty kowbojki, ciężkawe na wiosnę, lżejsze w środku lata. „Najdroższe ciuchy, jakie mam, to te od mojej mamy”.

Mama: „Stworzyłam linię »For Weronika« dla dziewcząt bywających w miejscach, gdzie wymagany jest strój wieczorowy, w operze, ambasadzie. Styl mojej córki? Spódnice i sukienki. Nie cierpi spodni nawet w trzaskające mrozy i to upodobanie zostanie jej pewnie na zawsze. Totalne moje przeciwieństwo, bo ja chodzę niemal wyłącznie w spodniach”. Ciuchy miewają rodowód filmowy. Uwielbia T-shirty z nadrukiem z kultowych filmów, zwykle zamawia po kilka sztuk: właśnie dostała Barbarę Brylską z „Faraona” – filmu światowego pod każdym względem. No i na zajęciach w Filmówce przygotowała monodram na podstawie wywiadu rzeki z Brylską „W najtrudniejszej roli”. Ma też T-shirty z MM, BB… ach, długo by wymieniać.

***

Od kołyski kochała być fotografowana, patrzeć w oko kamery.
W archiwum rodzinnym zachowały się filmy kręcone amatorską kamerą, z kilkuletnią Weronką tańczącą, wdzięczącą się wprost do obiektywu bez cienia skrępowania. Uwielbiała to! „A jak odstawiła lambadę w wieku pięciu lat”, wspomina Teresa Rosati. „Ja czuję się nieswojo przed kamerą, ona miłość do kamery, pozowanie, ma we krwi. Na plaży jako trzylatka nosiła kostiumy dwuczęściowe, już wtedy czuła się prawdziwą kobietą”.

Aktorką chciała być od małego. Biegała na zajęcia baletowe, taneczne, z wiedzy o filmie, teatrze, wyklejała zeszyty zdjęciami idolek. Jeden zachował się gdzieś na strychu do dziś. Miała 9 lat, gdy przeczytała biografię Sophii Loren, 10 lat, gdy szokujące wrażenie zrobiła na niej biografia Vadima, choć pewnie nie wszystko zrozumiała.

Jako 12-latka dowiedziała się o nowojorskiej szkole Lee Strasberga. Wysłała do nich CV i formularz z aplikacją o przyjęcie. Przysłali jej katalog wraz z formularzem dla kandydata na studia 97/98. W parę lat później dyrektorka Strasberga błagała ją o podarowanie tego katalogu, bo w szkolnym archiwum nie mieli ani jednego egzemplarza.

Jeszcze przed maturą, w ramach wyjątku, trafiła do pomaturalnej szkoły aktorskiej Haliny i Jana Machulskich na Bartyckiej.

„Nauczycielką, którą noszę w sercu, była Halina Machulska. Pierwsza powiedziała mi, że mam talent. Dzięki niej uwierzyłam, że krok po kroku, każdego dnia, jeśli będę ciężko pracowała, pewnego dnia będą ze mnie ludzie”.

Za pierwszym podejściem dostała się do łódzkiej Filmówki na Wydział Aktorski – z kilkuset przyjęto kilkanaście osób. Jednocześnie zdała i została przyjęta na Wydział Wiedzy o Teatrze w warszawskiej PWST. Wybrała Łódź i studiowała tam półtora roku, by wziąć urlop dziekański na pracę w serialu
„M jak miłość”. Nie wróciła do Łodzi, bo doszła do wniosku, że skoro są różne metody działań aktorskich, to ona chce każdą poznać, każdej spróbować. Wyjechała do Nowego Jorku do wymarzonego Lee Strasberga, potem uczyła się w Stella Adler Academy i Larry Moss Studio w Los Angeles.

Gdy studiowała w Ameryce, wynajmowała za własne pieniądze niewielką kawalerkę. W Nowym Jorku jeździła metrem, w Los Angeles wynajmowała samochód, bo tam nie ma komunikacji miejskiej. Nie opuściła żadnego filmowego eventu, kiermaszu, gdzie gwiazdy starszego pokolenia, na przykład Jane Russell czy Richard Chamberlain, podpisywały swoje zdjęcia, książki, plakaty. Kupiła plakat teatralny z lat 30. i oryginalny list Joan Crawford pisany do jakiejś fanki, bo gwiazda odpisywała wszystkim. „Za nieduże pieniądze, ale dla mnie duże”. Nie było jej za to stać na list Jean Harlow, bo pisała mniej i umarła młodo, a kosztował kilka tysięcy dolarów. Poza zasięgiem możliwości. Przez te pamiątkowe wydatki i tak musiała zaciskać pasa. Nie stać jej było na droższe książki i parę razy spisywała swoją rolę w księgarni, by przygotować się na zajęcia.

W kwestii zawodu zawsze była uparta. Tak jest do dzisiaj: „Potwierdzam. Jest klientem wymagającym bardzo dużego zaangażowania, które wymusza z dużym wdziękiem”, mówi Jerzy Gudejko z agencji aktorskiej Gudejko. „Zmusza nas do większej aktywności, która nie zawsze wchodzi w zakres obowiązków agenta, ale per saldo wszystkim wychodzi na dobre, także agencji. Tę cechę wielu aktorów ma w znikomym zakresie, ona – w 120 procentach! Jest zaprzeczeniem porzekadła: »Siedź w kącie, a znajdą cię«. Jasne określenie celów zawodowych i szukanie sposobów na ich realizację. Mimo że bywa męczące, podoba mi się!”.

Magdalena Piekorz, reżyserka słynnego filmu „Pręgi”, do „Senności” szukała dziewczyny niejednoznacznej, a jednocześnie delikatnej: „Zrobiłam zdjęcia próbne, na których pojawiła się także Weronika, i nie miała dla siebie konkurencji. Świetnie sobie poradziła. Ma mnóstwo zalet: pracowita, zaangażowana, bardzo fajnie się z nią pracuje, bo słucha rad, podpowiedzi, ale ma swoje propozycje. Dla mnie najważniejsze, żeby aktor nie bał się wejść w rolę i myśleć kategoriami postaci. Ona potrafiła. W kilku scenach zbudowała rolę, pokazała wewnętrzną przemianę postaci. Bardzo podobała mi się jako Dżemma w »Pitbullu«, gdzie ona – dziewczyna z dobrego domu – zagrała prostą, prymitywną dziewczynę. To zawsze wymaga arcyważnej umiejętności u aktora, tak zwanego myślenia postacią. Prawdziwa aktorka”.

Wiesław Saniewski (Weronika zagrała w jego „Bezmiarze sprawiedliwości”) mówi jeszcze prościej: „Dostała niewielkie zadanie aktorskie, ale zagrała świetnie. Kreatywna, przygotowana, słucha, wyciąga wnioski. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: jest utalentowana”.

***

Wiele razy pod mokotowskim segmentem Rosatich stał samochód paparazzich. Wcale nie wtedy, gdy grała w „M jak miłość” czy „Pitbullu”, ale wtedy, gdy wokół jej życia prywatnego robiło się gorąco. Wystarczyło wyjrzeć przez okno. Wymykały się z mamą chyłkiem, jedna drugą podwoziła samochodem.
A potem w tabloidach ukazywały się zdjęcia – efekt nie tylko „polowań”, ale fotosy z planów filmowych, gdzie Weronika grała jakąś dramatyczną rolę. Z rozmazaną szminką, w podartym T-shircie, rozczochrana, a podpis informował: „Weronika Rosati zmienia image”.

Co można było zrobić? Zakląć pod nosem. Nie spać całą noc albo wzruszyć ramionami. Czasami robiła jedno i drugie. I trzecie.

Nie dlatego jednak wyprowadziła się od rodziców, by utrudnić życie paparazzim, ale z naturalnej potrzeby samodzielności. I by przy okazji wytrącić złośliwcom argument, że „pępowina nie została odcięta”. Gdy wracała z planu w środku nocy, mama zawsze się budziła, schodziła na dół, piły herbatę, rozmawiały.

Teraz Weronika zbyt często wraca wprost z pociągu, z krakowskiego planu „Majki”, w środku nocy, żeby narażać rodziców na takie niewygody. Tata polityk, profesor, wykładowca, raczej zdecydowanie nie powinien być budzony po północy.

Dom rodzinny zawsze jej się będzie kojarzył z czymś, co w życiu najfajniejsze. Z mamą, która „rozmawiała ze mną jak z osobą dorosłą. I była moją przyjaciółką, a to polega na banalnym byciu przy mnie. Partnerskim, przyjacielskim, maminym. Myślę, że każda dziewczyna w moim wieku wie, ile warte jest takie wsparcie”.

Ze starszym o 12 lat bratem, jego dyskretną opieką i prywatkami. Marcin organizował siostrze urodziny od 14. roku życia aż do ważnej osiemnastki: „Rodzice się dyskretnie ewakuowali do znajomych, żeby nie przeszkadzać, a ja didżejowałem, jednocześnie zerkając, czy »młodsza młodzież« nie rozniesie domu rodziców w pył”. Teraz moja córka Zuzia spędza z Weroniką więcej czasu, bo za sobą przepadają”, mówi Marcin Rosati, członek zarządu Saturn Media Holding Polska. „Choć pochodzimy z różnych światów, Weronikę podziwiam za pasję i determinację. Mnie pasjonuje ekonomia, biznes, rozwijanie firm, Weronikę – miłość do kina, nie tylko do aktorstwa. Jej wiedza na temat historii filmu jest imponująca”.

Że „dobre nazwisko” to atut, ale i obciążenie, przekonała się jeszcze, zanim ojciec został ministrem spraw zagranicznych. „Jako Rosati musiałam umieć dwa razy więcej i pamiętać, że inni będą na mnie patrzeć i osądzać, ale miałam i mam genialne relacje z rodzicami. Dali mi normalne życie”.

I tak już zostanie. Choć wcale nie był to cieplarniany wychów, życie w dobrobycie ani pod szklanym kloszem. I w Warszawie. I w Genewie, gdzie ojciec był wysokim urzędnikiem Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ. Chodziła tam do pierwszych pięciu klas publicznej szkoły z rodowitymi Szwajcarami, a ponieważ na początku nie znała francuskiego, trudno jej było nawiązać kontakt z innymi dziećmi. Było ciężko. Po dwóch latach mówiła po francusku dobrze, po pięciu – świetnie, ale wspomnień się nie wymaże. Dopiero w szkole międzynarodowej było o niebo lepiej.

Wróciła do Polski w momencie, gdy ojciec został ministrem spraw zagranicznych. Niezła zawierucha pod każdym względem. W nowej szkole znów musiała w dwójnasób pamiętać, że jest Rosati. Miała 16 lat, gdy zarobiła pierwsze pieniądze w serialu „Klasa na obcasach”. Potem poooszło!... Grała w serialach „Samo życie”, „As”, „Marzenia do spełnienia”, „M jak miłość”, „Czego się boją faceci, czyli seks w mniejszym mieście”. Będąc już na studiach, zagrała w „Tak czy nie?” Bugajskiego, w serialach „Londyńczycy”, „Kryminalni”, „Pitbull”.

***

„Szaleństwa też mi się zdarzają”, zapewnia mnie na serio Weronika. „Po kilkakrotnie ponawianych zaproszeniach przyjęłam propozycję udziału w »Tańcu z gwiazdami«. To było istne szaleństwo, bo program wymagał ogromnego zaangażowania, a ja po 2–3 dni w tygodniu musiałam być na planie »Majki« w Krakowie. Ale zdecydowałam się na udział, bo program ma wdzięk, poziom i klasę, wzbudza dużą sympatię widowni. Obejrzałam setki starych filmów i w każdym filmie Joan Crawford tańczy. Co tańczy? Właśnie to, co w »TzG«. Aktorki wówczas tańczyły, śpiewały i było super”. Doszła do czwartego odcinka i świetnie wspomina tę przygodę. Inne szaleństwo to gonitwa za… Madonną. Strasznie chciała iść na jej warszawski koncert, ale zdobyła fatalne miejsca, niewiele widziała. Postanowiła, że dopnie swego. Złapała samolot do Budapesztu i z grupą znajomych stała siedem godzin pod samą sceną: „Widziałam, jak w czasie koncertu zmieniła się w zwierzę sceniczne. Zaliczyłam tę męczącą wyprawę dla tej dziewczynki sprzed 15 lat, która jest we mnie, dorosłej. Kiedyś będę opowiadała wnukom, jak babcia w młodości zaszalała w Budapeszcie i siedem godzin stała w deszczu i w błocie, żeby posłuchać ukochanej gwiazdy”.

***

Rola w serialu „Majka” dostarczyła jej mnóstwa radości, choć jest drugoplanowa. Negatywna, ale z… nadzieją na nawrócenie. Paweł Rakoczy, sekretarz redakcji „Majki”, mówi o Weronice: „Dobra, miła, ciepła osoba i nic nie jest w stanie zmącić tej opinii. Ci, co pisują w brukowcach, chyba w ogóle z nią nie rozmawiali, nie widzieli jej w pracy”. Weronika potwierdza – jak gra, koncentruje się na sobie, zaniedbuje przyjaciół: „Pępek świata. Gdybym nie była skoncentrowana, nie potrafiłabym zagrać roli, bo nie mogłabym stawać się kimś innym. A ja lubię stawać się kimś innym. Wszystko dlatego, że muszę walczyć w tym zawodzie”.

„Myślisz o ułożeniu sobie życia osobistego?”, próbuję ją wypytać. „Pewnie, ale nie teraz. Są ważniejsze sprawy”. „Z kim, z artystą, aktorem, reżyserem? Każdy artysta to trudny kawałek chleba”, ciągnę. „Ja jestem trudniejszym. Sama dla siebie jestem ekstremum”. I na serio: „Mam bardzo zwykłe życie wbrew pozorom. Dziś nocuje u mnie bratanica i przez 24 godziny wszystko będzie jej podporządkowane. Dla niej wypożyczymy filmy, jedzenie dla niej, rozmowy o jej szkole. Ani słowa o mnie. Jedyna ekstrawagancja to zawód, jaki uprawiam”.

Najfajniejsze przeżycia ostatnich tygodni? Plan filmowy u Agnieszki Holland, w „Ukrytych”. Prawdziwe kanały, ona umorusana, ubrudzona, z drącym się dzieckiem na rękach. „Super! Lubię się zmęczyć, dojść do granicy wytrzymałości. U Davida Lyncha, gdy kręcił w Łodzi, byłam na planie kilkanaście godzin dziennie, w najgorsze mrozy, w loftach i na otwartym powietrzu. Dziwisz się, że nie potrzebuję dodatkowych wrażeń w życiu? Co najwyżej wieczorem wpadam do siłowni, by wysiłkiem fizycznym pozbyć się resztek emocji”.

Właśnie ukazuje się jej pierwszy felieton o Bette Davis w miesięczniku „Film”. Długo i rzetelnie pracowała nad tekstem. Nawet tacie się spodobał.

***

Ostatnio życie znów wystawiło ją na ciężką próbę. W sprawie książki, w której autor obraża nie tylko ją, ale i inne osoby, w tym matki swoich synów, zawierającej wyraźne akcenty antysemickie – Weronika ma do powiedzenia tylko tyle, że złożyła pozew do sądu o naruszenie dóbr osobistych. Nie chce komentować całej sprawy.

Czego ją to doświadczenie nauczyło? „Wszystko na sprzedaż. Żyjemy w czasach, gdy złośliwa plotka lub obrzucanie błotem to najokrutniejsza broń. Teraz mam jeszcze bardziej stalowy kręgosłup, niż miałam. Zmieniłam się jedynie w ten sposób, że teraz już nie ma siły, aby cokolwiek na tym świecie było w stanie mnie przerazić, zadziwić, przestraszyć albo zaskoczyć. Jedyne, czego się boję, to sprawiedliwości boskiej. I mówię to bardzo poważnie”.

Tekst Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Robert Wolański
Asystent fotografa Jacek Piątek
Stylizacja Jola Czaja
Asystentki stylistki: Dagny Dąbrowiecka, Agnieszka Dębska
Makijaż i fryzury Joanna Pettit/D’VISION ART
Produkcja Anna Wierzbicka

Więcej na temat Weronika Rosati
Przeładuj

Tamara Arciuch o krytyce jurorów w "Twoja Twarz Brzmi Znajomo"! Kto jest najostrzejszy? "To zależy od występu..."

zobacz 01:19