- Pani Weroniko, zapytam wprost: co się właściwie stało między Panią a Cezarym?
Przecież to nic nowego, że ludzie się rozstają. Czarek i ja obiecaliśmy sobie, że nie będziemy zwierzać się z naszego związku, że oszczędzimy opinii publicznej łzawych opowieści. Dlaczego to wzbudza takie emocje?

– Bo byliście taką wzorową parą. Zburzyliście bajkowy stereotyp. Aż nie można uwierzyć, że się rozchodzicie.
Nie ma idealnych związków. Natomiast nasz z pewnością pod wieloma względami był bardzo udany. Doskonale się rozumieliśmy, była między nami bliskość, porozumienie dusz. Może paradoksalnie to, co tak bardzo łączyło, potem nas rozdzieliło.

– Rozdzieliła Was bliskość?!
Zbyt duża bliskość przez dłuższy czas też potrafi być ciężarem, zwłaszcza w związkach, w których obydwie strony funkcjonują na najwyższych obrotach. Czasami ludzie potrafią wiele lat albo i całe życie egzystować obok siebie, dla dobra dzieci na przykład. My własnych dzieci nie mieliśmy. Nastka (córka Cezarego z pierwszego małżeństwa, przyp. red.) jest już dorosłą dziewczyną, więc myślę, że decyzja, którą podjęliśmy, była po prostu dojrzała. Wcześniej zdarzały się oczywiście kłótnie, ale nie miewaliśmy kryzysów. Ten jest pierwszy.

– I nie umiecie go pokonać?
Bez starań się nie obeszło. Dziś, kiedy minęło już trochę czasu, mogę spojrzeć na to z większym dystansem i myślę, że mieliśmy wobec siebie bardzo wysokie wymagania. Może zbyt wysokie.

– Wywieraliście na sobie wzajemnie presję, że wszystko musi być idealne? W ten sposób można się zamęczyć.
W całości byliśmy oddani naszemu związkowi. Kiedy żyje się według zasady, że świat jest albo biały, albo czarny, to szarość grozi rozstaniem.

– Burzliwym?
Nie. Długo dojrzewaliśmy do decyzji o separacji. Rozstanie to dla mnie słowo w ogóle niepasujące do sytuacji między nami. Za bardzo byliśmy do siebie przywiązani, żebyśmy mogli tak zwyczajnie, po prostu się rozstać. Wiem, że na pewnej mentalnej płaszczyźnie jakaś więź pomiędzy nami nie zaniknie. Chcemy szczęścia dla siebie, nawet jeśli okaże się, że to nie będzie wspólne szczęście, ale każdego z nas z osobna.

– Może rozwodu nie będzie? Już pół roku trwają Wasze trudne rozmowy.
Trudne, ale przede wszystkim potrzebne, by móc w pełni świadomie i w zgodzie ze sobą zadecydować, co dalej. Trzeba wszystko przemyśleć, przegadać, podejść do każdego tematu z wyrozumiałością wobec siebie i wobec rodziny. Za nami 13 lat związku, wcale niełatwego, bo przecież od początku niemalże wszystko w nim było jakby wbrew ogólnie przyjętym normom. Długo nie dawano nam żadnych szans. Cezary po przejściach, ja, emigrantka ze Wschodu, i jego małe dziecko potrzebujące matki. Ratowała nas jednak głęboka miłość. Przeszliśmy przez to. I ludzie zobaczyli, że można przez to przejść. Może dlatego teraz tak trudno im uwierzyć w nasze rozstanie. Wydaje się niemożliwe, by pokonała nas jakaś zwykła rzecz.

– Bo to miała być miłość do końca życia.
Tylko taka. I tak czułam przez wszystkie lata. Nie umiałabym rozpocząć związku, nie będąc o tym przekonana.

– Brak własnego dziecka zaczyna ludzi dzielić?
Bezdzietność nie musi być bezpośrednią przyczyną rozstań, natomiast dziecko pomaga wyjść z sytuacji kryzysowych. Jest tym, co bardzo łączy i staje się wspólnym  celem, dla którego przede wszystkim warto ratować związek.

– Ale nie zostaliście rodzicami...
Właśnie… Chyba przegapiliśmy właściwy moment, zbyt skupieni na pokonywaniu codziennych problemów, zbyt zajęci pracą. Poza tym była Nastusia. Dla mnie wszystko w tej relacji było nowe. Uczyłam się wychowywać córkę Czarka, którą pokochałam jak swoją. Wydawało mi się, że dziecko musi być uroczyście zaplanowane, że musi być na to specjalny czas, wyciszenie. A tego zawsze brakowało. Może sytuacja po prostu mnie przerosła.

– Wiadomo, że w związku po jakimś czasie namiętność wygasa i wtedy wszystko zaczyna nas irytować?
Nie chodzi o namiętność, tylko o to, co dalej. Każdy ma jakieś priorytety, inne na różnych etapach życia. Któregoś dnia może się okazać, że coraz mniej jest tych wspólnych. I że nie jest już tak dobrze jak kiedyś.

– Niełatwo się z tym pogodzić?
Niełatwo. Wie pani, przez te wszystkie lata przeżyliśmy tyle, ile większość małżeństw przez całe życie. Gdybyśmy policzyli nasze dokonania, prace, studia, wyjazdy, sukcesy i konflikty wokół nas, starczyłoby tego do późnej starości. Narzuciliśmy sobie takie tempo, które nas zmęczyło. Chińska mądrość mówi: jest czas na łowienie ryb i czas na suszenie sieci. Nie przestrzegaliśmy tej zasady. I nadszedł moment, kiedy trzeba było powiedzieć: stop, bo się zamęczymy na śmierć.

– Taka decyzja nie jest dziełem chwili. Coś musiało zaważyć, jakaś kropla, która przelała czarę. Zdrada? Zbyt wiele gorzkich słów?
A jednak pani drąży. To w gruncie rzeczy jest nieważne. W każdym związku może to być co innego.  Gdy ciągle pędzimy do przodu,  nadchodzi  taki moment, że zapominamy o sobie. Pewnie lepiej by było móc przekreślić wszystko jednego dnia, po prostu wyjść i zacząć od nowa. Tymczasem nie potrafię. Może to kwestia odpowiedzialności. Jakkolwiek dalej wszystko się potoczy, nie pozwolę ani jednego złego słowa powiedzieć o naszej miłości.

– Pewnie oboje zadajecie sobie pytanie, jak dalej żyć? Bez Cezarego? Bez Weroniki?
Oczywiście. Strach wydaje mi się naturalny.

– I myśli Pani, czy on ma pełną lodówkę? Czy ma czystą koszulę?
O takich rzeczach nie myślę. Bo już nie muszę. Za dużo myślałam o wszystkim i o wszystkich: mężu, rodzinie, dziecku, przyjaciołach, psach. I to też była zbędna presja. Ale odkąd pamiętam, byłam nadopiekuńcza. Teraz próbuję przestawić się na normalne tory, być asertywną, myśleć o sobie.

– A Nastka jest z Panią w kontakcie?
Codziennym. Traktuje mnie jak matkę, ja ją jak córkę. To bardzo mądra i wyrozumiała dziewczyna. Szczerze ze sobą rozmawiamy. Wiem, że boli ją to, co się z nami stało, ale jest na tyle dojrzała, że potrafi mi powiedzieć: to wy macie być szczęśliwi, wtedy i ja będę szczęśliwa. Zawsze mnie przytuli, pocieszy: „Mamo, nie przejmuj się tym, co oni tam wypisują. Przecież to nie ma żadnego znaczenia”. Mogę na nią liczyć. Kiedyś to ja małą wówczas dziewczynkę wyprowadzałam z problemów.

– A dzisiaj ona wyprowadza Panią?
Dokładnie tak. Jesteśmy kwita (uśmiech). Bardzo ją kocham. Myślę, że z wzajemnością.


– Można postawić sobie taką cezurę, grubą kreską oddzielić to, co było, od tego, co będzie?
Można się tego uczyć. Można nad tym pracować. Pomagają mi przyjaciele, terapia u psychologa, joga. Pracuję nad tym, żeby ułożyć siebie i swój świat od nowa. To taka trochę zaległa praca (śmiech).

– Spokój to jest to, czego Pani najbardziej potrzebuje?
Ciągle jestem na etapie uczenia się, czego potrzebuję. Może harmonii? Nie umiem jeszcze sobie odpowiedzieć na to pytanie. Bliżej jestem wiedzy, czego nie chcę. Nie chcę żyć w napięciu, udowadniać, że potrafię, mogę. Bez chwili oddechu, luzu, czasu na spontaniczność stanowię zagrożenie sama dla siebie. Gubię drogę. Pech chciał, że jak pozwoliłam sobie na chwilę oddechu w życiu, dopadł mnie problem oceny społecznej. Dziwne, bo przecież nie jestem żadną gwiazdą. Nie przypuszczałam, że moja osoba wzbudzi kiedykolwiek tyle emocji. Zdałam sobie sprawę, że w Polsce kobieta bez męża jest, niestety, pod obstrzałem.

– Dyskryminowana?
Tak. Odniosłam wrażenie, że kobieta samotna jest celem ataków mediów chyba na zasadzie, że nie ma już obrońcy. Nie robię niczego społecznie nieakceptowanego. Nie romansuję, nie upijam się z rozpaczy, nie wywołuję skandali, a jednak przeanalizowano całe moje życie, wyciągnięto rzeczy, o których dawno zapomniałam i które wydawały mi się dziś kompletnie bez znaczenia. Dlaczego?

– Powodów znalazłoby się bardzo dużo. Bo się rozstaliście, bo chce Pani żyć swoim życiem i jeszcze odnosić sukcesy zawodowe.
I to mnie boli. Czy ja muszę się tłumaczyć ze swojej przeszłości? Kogo tak naprawdę obchodzi, czy byłam tancerką albo czy byłam w jakimś związku przed Cezarym.

– Odważnie przyznała się Pani do tego, że tańczyła w lokalu.
Pani to nazywa odwagą, ja desperacją. Chociaż to zrobiłam, uważam, że jak każdy miałam prawo do prywatności, które powinno być uszanowane. Ale w tym temacie wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam. Tak wtedy zarabiałam na życie, przyjechałam do obcego kraju, nie znałam języka. Nie robiłam niczego złego. I nic nie mam na sumieniu. Udało mi się szybko nauczyć języka, pójść do szkoły, dostać dobrą pracę. Nie zakładałam emigracji. Gdy poznałam Czarka, on przekonał mnie, bym została w Polsce.

– I dobrze, bo tu skończyła Pani prawo, założyła kilka firm, świetnie dawała i daje sobie radę.
Wszystko to kwestia chęci. Tych na razie mi nie brakuje.

– Pani sama sobie zawdzięcza wszystko. Już po Waszym rozstaniu dostała Pani propozycję z TVN udziału w programie „You Can Dance – Po prostu tańcz”?
Z tym zawdzięczaniem wyłącznie sobie nie mogę się zgodzić. Jeśli ludzie tworzą związek, każdy z partnerów coś do niego wnosi. Bardzo dużo zawdzięczam Czarkowi, a on mnie. Jesteśmy dziś takimi osobami, osiągnęliśmy to, co osiągnęliśmy – każde dzięki sobie i drugiej stronie. Jeśli chodzi o propozycję udziału jako juror w tanecznym programie TVN, to otrzymałam ją po rozstaniu. Nie przypuszczałam, że tak bardzo zaangażuję w tę pracę. W tych młodych, utalentowanych ludziach są pasja, wiara i nadzieja oraz niezwykła energia. Kiedy ich obserwowałam,  wracało mi przekonanie, że nie warto porzucać ideałów.

– Zaczyna Pani też karierę dziennikarki. Widziałam Pani bardzo ciekawy reportaż w telewizji.
Jakiś czas temu TVN zaproponował mi zrobienie reportażu o Ukrainie. Spodobał się na tyle, że otrzymałam propozycję przygotowywania takich materiałów raz w miesiącu. To dla mnie nowe doświadczenie, ale i bardzo wzruszające przeżycie. Co miesiąc mogę być w kraju, gdzie się urodziłam i wychowałam. Chciałabym  przybliżyć go Polakom bez naleciałości ksenofobicznych.

– Zetknęła się Pani w Polsce z ksenofobią?
Nieraz. Odnoszę wrażenie, że najtrudniej jest tym obcokrajowcom, którzy coś w Polsce osiągnęli. Mam poczucie, że nie doświadczyłabym połowy tych przykrych rzeczy, które mnie ostatnio spotkały, gdybym była Polką. A problem w tym, że zrzekając się 10 lat temu ojczystego obywatelstwa, stałam się Polką. I czuję się Polką, oczywiście z ukraińskim pochodzeniem. Zresztą moi pradziadowie byli Polakami. Nie poddaję się jednak i z satysfakcją pracuję nad budowaniem przyjaźni między Polską a Ukrainą. Tam chwalę Polaków, tu Ukraińców, a czasem również skrytykuję. Chciałabym, żeby moje reportaże telewizyjne chociaż trochę unaoczniły ludziom, że więcej łączy nasze narody, niż dzieli.

– Może właśnie dlatego się rozeszliście, żeby Pani mogła wzbogacić swoją wiedzę o życiu?
Może. Do niedawna pewne rzeczy były mi obce, bo Czarek był dla mnie takim parasolem ochronnym. Będąc z nim, nigdy nie doświadczyłam negatywnego odbioru mojego pochodzenia. Media też jakoś nie odważyły się poruszyć tematu mojej przeszłości.

– Po tych doświadczeniach czuje się Pani silniejsza?
Tak. Nie było lekko i miło, ale było warto. Dużo zrozumiałam.

– Zajmuje się Pani nadal sprawami męża?
Nadal pracujemy razem, tyle że decyzje odnośnie do naszych planów zawodowych podejmujemy oddzielnie. Chciałabym, żebyśmy mogli zawsze razem pracować. Mamy do siebie zaufanie. Póki więc on będzie mnie potrzebował, nie odmówię.

– Nawet kiedy on kogoś spotka i Pani kogoś spotka?
Nawet wtedy. Źle by się stało, gdybyśmy mieli pozostać sami do końca życia. Jeśli się rozstaniemy na dobre, każde z nas w nowy związek wejdzie z doświadczeniami z naszego małżeństwa. Ta wiedza powinna nam pomóc w dalszym życiu. Myślę, że dostrzegłam już większość moich błędów, teraz staram się pracować nad sobą. Jestem dość silną kobietą, nie jestem łatwa w codziennym życiu. Mężczyźni, którzy szukają kobiet cichych, pokornych i szczęśliwych tylko z tego powodu, że ugotują smaczny obiad, na pewno będą się mnie bali.

– Wyprowadziła się Pani z Waszego domu?
Wynajęłam nieduże mieszkanie. Mam taki fajny czas dla siebie. Poczucie, że niczego nie muszę, że zależę i należę tylko do siebie. Zdarza się, że rano wybiegam, nie pościeliwszy łóżka. Czasem mam bałagan totalny albo – jak kto woli – nieład artystyczny. Niczego sobie nie narzucam, chociaż nadal żyję na wysokich obrotach, to jednak również na o wiele większym luzie. Potrafię sobie coś odpuścić i dobrze się z tym czuję. Mówię do siebie: Weronika, nie jesteś odpowiedzialna za cały świat. Masz prawo do błędów, masz prawo okazać słabość. Dawniej nie pozwalałam sobie na to.

– Jak Pani teraz żyje?
Pod wieloma względami bez większych zmian. Spędzam czas z rodzicami, spotykam się z przyjaciółmi. Sporo pracuję. Prowadzę firmę producencką, od niedawna należącą do większej grupy medialnej Da!Group. Jestem wspólnikiem w kancelarii radców prawnych. Działam też w Stowarzyszeniu Aktorów Filmowych i Telewizyjnych i w fundacji Art.Sport. Uczę się na studiach podyplomowych MBA.

– I proszę nie zapomnieć o projektach bezpośrednio związanych z Ukrainą.
Wspólnie z grupą ludzi, fanów Ukrainy i – to trzeba podkreślić – wcale nie tylko Ukraińców, założyliśmy Towarzystwo Przyjaciół Ukrainy. Chcemy m.in. otworzyć centrum kultury ukraińskiej w Polsce i polskiej na Ukrainie, które stałoby się miejscem dialogu w obszarze najbliższym przeciętnemu obywatelowi. W ramach budowania porozumienia i promocji kultury w kwietniu w katowickim Spodku chcemy zorganizować koncert pod nazwą „Wschód – Zachód – Centrum – Rock – Muzyka”, gdzie mają spotkać się znako mite zespoły rockowe – każdy z innej części naszego kontynentu.

– Przeszła Pani ciężką próbę. To hartuje?
Oczywiście, choć to sposób skuteczny, to jednak polecam mniej drastyczne środki.

– Jest Pani bardzo dzielna.
Miło mi, że pani tak myśli. Jeśli rozumieć to słowo jako działanie, przeciwieństwo bezczynności, wyczekiwania i bezsilności, to jak najbardziej – jestem dzielna. Ale zostawmy pochwały na boku.

– Czasem trzeba pochwalić się samemu, jeśli inni tego nie robią i są niesprawiedliwi.
Wiem, do czego pani zmierza, ale gdybym przyznała pani rację, byłabym niesprawiedliwa wobec wielu ludzi, od których otrzymałam wsparcie i usłyszałam wiele ciepłych słów w trudnych dla mnie chwilach. Jeśli przyjaciół poznaje się w biedzie, to właśnie ich poznałam. Poza tym nie szukam sprawiedliwości ani wdzięczności. Mam swoją filozofię życiową, staram się być dobra, czasem jestem zbyt ufna, ale wiem, że dobro wraca do mnie, tyle że często z innej strony. Więc mimo wszystko warto.

– Czuje się Pani szczęśliwa?
Szczerze? Jeszcze nie.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Marcin Tyszka
Stylizacja Jola Czaja
Asystentki stylistki Alicja Werniewicz i Marta Sosnowska
Makijaż Gonia Wielocha / Helena Rubinstein
Fryzury Robert Kupisz
Produkcja sesji Elżbieta Czaja

Więcej na temat Weronika Marczuk