Weronika Marczuk
Piotr Porębski/Metaluna
Newsy

Weronika Marczuk: "Chcę być jak agent"

Było jak w Bondzie. Piękna celebrytka i przystojny agent Tomasz. Spektakularne zatrzymanie na oczach całej Polski przez CBA. Rok po tych wydarzeniach Weronika pisze książkę.

– Ludzie piszą o sobie z różnych powodów – z ekshibicjonizmu, dla terapii. A Ty? Dlaczego napisałaś tę książkę?
Weronika Marczuk:
Częściowo dla terapii właśnie. Po kilku miesiącach od zatrzymania poczułam się totalnie bezradna. Wiedziałam, że na nic w mojej sprawie nie mam wpływu. Pomysł napisania książki podsunęli mi znajomi. Nie byłam przekonana, ale potem pomyślałam, że może dzięki temu jakoś to wszystko ogarnę, nabiorę dystansu i odzyskam siły. Po drugie – ku przestrodze, bo wbrew pozorom każdy może się znaleźć w podobnej sytuacji, poznać na sobie mechanizm działania służb specjalnych, o którym ja nie miałam pojęcia. Byłam naiwna. Do dziś się dziwię, jak bardzo.

– Prawniczka i naiwność?
Weronika Marczuk:
Widocznie nie jestem typowym prawnikiem. Nie mam genów prawniczych. A duszy żadne wykształcenie nie zmieni, prawda? Zawsze wierzyłam ludziom, nigdy do głowy mi nie przyszło, by kwestionować to, co mówią. I wierzę nadal, inaczej nie potrafię. Tłumaczę dziś sobie, że nie zawiódł mnie ani przyjaciel, ani ktoś, na kim polegałam. Zawiodła mnie osoba fikcyjna, która na siłę wkręciła się w moje życie w określonym celu. Gdybyś ty mnie zawiodła po 10 latach znajomości, byłoby mi bardzo przykro. A teraz przykro mi jest tylko z powodu własnej głupoty. Przykro to zresztą złe słowo. Jestem wściekła. Ale myślę też o tym, co się stało, jako o lekcji. Nie powinnam zajmować się takimi tematami jak prywatyzacja. Żałuję, że nikt mi wcześniej tego nie wytłumaczył, że w pewne obszary nie powinno się wchodzić, nawet tylko w roli prawnika czy pełnomocnika.

– Gdy prawnik dostaje pieniądze w restauracji, włożone w opakowanie po perfumach, to jest normalne?
Weronika Marczuk:
W kopercie byłoby lepiej? Taki miał kaprys – pewnie żeby ludzie dookoła nas sądzili, że daje mi perfumy. Pewnie ja też miałam odnieść takie wrażenie. Obdarował mnie nimi już wcześniej, więc w pierwszym momencie rzeczywiście nie wiedziałam, czy to już rozliczenie, czy kolejny prezent. Chciał zapłacić w gotówce. Nie ma zakazu płacenia w gotówce takich kwot. Nie zrobiłam więc nic niedopuszczalnego. Kiedy już schowałam pakunek do torebki, Tomek powiedział, że tam jest 100 tysięcy. To było ponad dwa razy więcej, niż się umawialiśmy. Kiedy zapytałam, dlaczego tak dużo, odparł, że on i jego wspólnik chcą od razu więcej zapłacić, bo są niemalże pewni, że wygrają przetarg, więc i tak będą musieli się ze mną rozliczyć. Nie spodobało mi się to, ale nie zaprotestowałam. Odpowiedziałam tylko: „Jeśli te pieniądze nie będą mi się należeć, to ci je zwrócę”. Dałam mu do podpisania pełnomocnictwo i wręczyłam umowę. Wszystko działo się w pośpiechu, bo Tomek spieszył się na lotnisko. A kilkanaście minut później okazało się, że to prowokacja. Chociaż w zasadzie powinnam powiedzieć, że okazało się to dwa dni później, bo dopiero wtedy zaczęła do mnie docierać smutna prawda. Dziś potrafię już pomyśleć sobie, że to nawet zabawne – cała Polska wiedziała, co jest grane, a ja siedziałam otoczona urzędnikami CBA i byłam przekonana, że muszę bronić Tomka, mojego klienta, który narozrabiał.

– Wcześniej nic Cię nie tknęło?
Weronika Marczuk:
Nie. Na tym to chyba miało polegać. Agent potrafi się kamuflować. A ja w dodatku jestem ufna. Naturalne wydawało mi się, że ktoś zwrócił uwagę na rynek ukraiński i zgłosił się do mnie jako osoby aktywnie promującej Ukrainę w Polsce, członka rady fundacji PAUCI, prezesa Centrum Polsko-Ukraińskiego, z prośbą o pomoc w nawiązaniu kontaktów. Wiedział, w jaką nutę uderzyć. Przez myśl mi nie przeszło, że to może być pułapka. Myślałam o tym raczej w kategoriach szansy dla mojej poprzedniej ojczyzny. W taki oto naturalny sposób Tomek wkroczył w moje życie.

– Spotkałaś go półtora roku wcześniej w Krakowie. Siedziałaś przy stoliku między innymi z Kingą Rusin. Potem pisano, że ją też próbował osaczyć.
Weronika Marczuk:
Nie mam przekonania, że to prawda. Tomek, przysiadając się do naszego stolika, od razu zaczął mówić o Ukrainie i swoich planach związanych z tym krajem. Wiadomo zatem, kto miał być jego ofiarą. Tu nie ma miejsca na przypadki.

– Podobał Ci się, przyjmowałaś jego adorację?
Weronika Marczuk:
Nie był to facet, który ujmował inteligencją. Ujmował prostotą. Ale zdecydowanie nie był w moim typie. Nie spotykałam się z nim dla adoracji czy komplementów. Powodem każdego naszego spotkania były wyłącznie sprawy zawodowe. Tomek sam zabiegał o spotkania. Pojechał nawet ze mną na Ukrainę, gdzie zorganizowałam mu biznesowe spotkanie, bo chciał inwestować w tym kraju. Potem zaproponował mi obsługę prawną jego firmy w procesie prywatyzacyjnym. Firmy fikcyjnej, jak się okazało. Nie dopatruj się w tej znajomości wątku romansowego, bo taki nie zaistniał, pomimo jego starań. Nie dał mi jednak możliwości, by odkryć prawdziwe motywy jego postępowania. Biznesmen, któremu się wiedzie – z kasą, gadżetami typu porsche, ubrany w markowe ciuchy, z gestem. W dodatku miał wiedzę, jak wrabiać ludzi, i narzędzia do tego, chociażby podsłuchy. I był bezkarny. Każdy chciałby tak żyć. Dlatego zatytułowałam książkę „Chcę Być jak Agent”.

– Przewrotnie. Dlaczego akurat Ciebie wybrał?
Weronika Marczuk:
Pytasz, dlaczego mnie osaczyli? Za moim pośrednictwem planowali przecisnąć się dalej, do środowiska, w którym się obracałam.

– Stałaś się kartą przetargową w rozgrywkach politycznych...
Weronika Marczuk:
Od polityki zawsze trzymałam się z daleka. Na pewno jednak stałam się ofiarą jakiejś gry, spisku. Dzięki tej akcji CBA miało swoje pięć minut w mediach. Pamiętaj też, że tuż po mojej sprawie wyszła na jaw nieudana akcja z willą w Kazimierzu i próbą wrobienia państwa Kwaśniewskich. Pomyśl, o ile mocniejszy byłby jej wydźwięk, gdyby nie mój przypadek. Miałam znane nazwisko. Występowałam w telewizji. Było głośno. O to chodziło.

– Napisałaś, że 23 września 2009 roku Twoje życie się zatrzymało. W ciągu paru minut straciłaś wszystko.
Weronika Marczuk:
Wolność, dobre imię, pracę, paszport. Jak w thrillerze. Czy to normalne, że policja, zamierzając ująć „przestępcę”, informuje o swoim zamiarze media? Popatrzcie, jacy jesteśmy skuteczni. Gdy mnie zatrzymano, po 15 minutach za płotem budynku CBA był tłum paparazzich. To kolejny powód, dla którego napisałam książkę – chciałam powiedzieć coś własnym głosem, który wtedy mi odebrano. Żeby ludzie zadali sobie pytanie, jak to możliwe, by działy się takie rzeczy? Czy potrzeba 10 tysięcy pracowników służb specjalnych, kontrolujących, podsłuchujących innych? Musiałam takie pytania wyrzucić z siebie, żeby móc dalej żyć.

– Spędziłaś w areszcie trzy dni, a piszesz o tym tak, jakby to były wieki.
Weronika Marczuk:
Nie w areszcie, tylko w izbie zatrzymań. Nie byłam aresztowana, a zatrzymana. Jeśli wiesz, że znalazłaś się w takim miejscu, bo coś przeskrobałaś, być może łatwiej się z tym pogodzić i przez to przejść. Ja myślałam tylko o tym, że to jakaś okrutna pomyłka i zaraz mnie wypuszczą. Jeszcze nie teraz? OK, ale za chwilę. Jeszcze dłużej? No dobrze, oby nie za długo. Dla mnie to były wieki. Najgorsze było, że kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, co się stało. Przez długi czas tkwiłam w przekonaniu, że mam być świadkiem w związku z czymś, co zbroił Tomek. Dlatego byłam spokojna. Na drugi dzień mój mecenas bez ogródek uświadomił mi, że to najprawdopodobniej prowokacja. No dobrze, pomyślałam, prowokacja. Ale co mi zarzucają? Podatek od przekazanej kwoty? Przecież zapłaciłabym. Miałam na to siedem dni. Poza tym za to nie wsadza się ludzi. Dopiero kolejnego dnia dowiedziałam się, jaki jest kierunek postępowania – że łapówka, że ustawienie przetargu. Jaka łapówka? Jakie ustawienie? Przecież ja nie byłam osadzona w tym środowisku, nic nie mogłam załatwić. A najważniejsze: jak można ustawić aukcję, która polega na tym, że wygrywa ten, który zaoferuje najwyższą kwotę? Rozumiesz mój ból? W prawie jest pojęcie „domniemanie niewinności”. Przez ten cały medialny spektakl mnie osądzono bez wyroku.

– Pierwsza noc w izbie zatrzymań?
Weronika Marczuk:
Nie rozczulałam się nad sobą. Miałam taką adrenalinę, że… położyłam się, nakryłam kocem, zamknęłam oczy. Gonitwa myśli. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przede mną wiele trudniejszych momentów. Kiedy ostatniego dnia sąd wyznaczył kaucję – 600 tysięcy złotych, byłam załamana, bo pomyślałam, że to kwota nie do zdobycia. Kto za mnie wpłaci tyle pieniędzy? Ale moi przyjaciele to zrobili. Mogłam wyjść do domu.

– Twój partner Maciej czekał na Ciebie z… kanapką – dowodem miłości.
Weronika Marczuk:
Tak, ale obiecałam mu, że nie będę o nim mówić. Jest mi cały czas źle z tym, że bliscy muszą przechodzić przez ten koszmar ze mną.

– Przyszło Ci na myśl, że to zdarzyło się po to, żebyś wyjechała? Że jesteś tu niewygodna?
Weronika Marczuk:
Bez przesady, gdyby chcieli się mnie pozbyć z Polski, zrobiliby to inaczej. Myślę, że jeśli chodzi o moją narodowość, to na pewno mogli zakładać, że dużo łatwiej oskarżyć i potępić kogoś zza tamtej granicy, ponieważ sympatie społeczne są takie, a nie inne. Poczytaj niektóre komentarze na forach internetowych: Ukrainka, niech wraca do siebie! Na takie reakcje liczyli ci z CBA.

– Wiele razy doświadczałaś na sobie polskiej ksenofobii?
Weronika Marczuk:
Tu nie chodzi nawet o ksenofobię. Wiele lat temu było gorzej, ale pomimo tego nigdy nie kryłam swojego pochodzenia. Odkąd pamiętam – czy to jako żona i menedżerka Czarka Pazury, czy potem jako jurorka „You Can Dance” – doświadczałam wielu dowodów sympatii. Również moja praca w telewizji spotykała się z uznaniem. Pokochałam Polskę wiele lat temu i przyjęłam polskie obywatelstwo.

– Nie chciałaś wrócić?
Weronika Marczuk:
Jak miałabym zostawić przyjaciół, psa, firmę czy rodziców, którzy są tu na tyle długo, że też już zapuścili korzenie? Miałabym zamieszkać znowu w Kijowie, w wynajętym mieszkaniu, bo Polska mnie wkurzyła? No proszę cię. Przecież ja już 20 lat mieszkam w Polsce. Tu zdobyłam wykształcenie, tu pracowałam, odnosiłam sukcesy. Właściwie to Ukraina byłaby dla mnie teraz emigracją. Moją ojczyzną teraz jest Polska. Dlatego największym policzkiem dla mnie było zabranie mi paszportu.

– Już masz go z powrotem.
Weronika Marczuk:
Bogu dzięki. I kaucję też zwrócono.

– Gdybyś nie była tak znana, pewnie żyłabyś tu spokojnie. Żałowałaś kiedykolwiek, że poprzez swoje wybory życiowe stałaś się celebrytką?
Weronika Marczuk:
Popłakałam się, gdy pierwszy raz uczestniczyłam w rodzinnej sesji dla kolorowego magazynu. Nie umiałam pozować. Wtedy Czarek powiedział: „Masz się uśmiechać, a nie wykrzywiać buzię”. Nie ułatwiając sprawy, fotograf dodał: „Taka ładna dziewczyna, a na tych zdjęciach wychodzi pani jak potwór”. No to się uśmiechnęłam. A potem się przyzwyczaiłam. Nie wpychałam się na pierwszy plan, a gdy sytuacja tego wymagała, towarzyszyłam mężowi. Produkowałam filmy, zajmowałam się prawną stroną firmy. Po rozwodzie też nie było tak, że świadomie postanowiłam: zostanę celebrytką. Nie wykonałam żadnego ruchu w tym kierunku. Któregoś dnia odebrałam telefon z propozycją, rozważyłam ją i przyjęłam. Myślałam o tym wtedy bardziej w kategoriach kolejnej ciekawej przygody.

– Uwielbiałaś jednak „You Can Dance”. Odsunięto Cię od niego. To też cena, jaką zapłaciłaś za znajomość z agentem. Wysoka?
Weronika Marczuk:
Wysoka. Chociaż pracy w telewizji nie traktowałam nigdy jako stałego zajęcia, to ją lubiłam. Brakuje mi mojej ekipy z programu i wspaniałej atmosfery. Straciłam też jedno ze źródeł dochodu. Jak widać, mnie to wszystko nie zabiło, ale czy jest mi z tym dobrze? Oczywiście, że nie.

– Odwołano Cię też z nowej, ambitnej funkcji prezesa WSEInfoEngine.
Weronika Marczuk:
Tak, zaledwie po trzech miesiącach. Bardzo mi szkoda tej pracy. Zawiesiłam też swoją działalność w kancelarii. Nie chciałam nikogo zawieść, bo myślałam o tym, że prawdziwi przyjaciele mnie nie zawiedli.

– Nie zawiódł Cię też były mąż, wydając oświadczenie, że się od Ciebie odcina?
Weronika Marczuk:
Jest jedyną osobą, do której mogłabym mieć żal. Ale nie pielęgnuję w sobie złych emocji. Napisałam o naszym małżeństwie, bo przez 13 lat było dla mnie najważniejsze. Pisałam też o wielu ważnych dla mnie sprawach, nie tylko o historii z Małeckim. Starałam się jednak ten temat potraktować skrótowo.

– Mimo że to była taka wielka miłość? Wzruszyłam się, czytając o Waszym rozstaniu, choć znałam jego kulisy.
Weronika Marczuk:
Nie chcę za bardzo rozpamiętywać przeszłości. Miłość była wielka i dlatego rozstanie było bardzo bolesne. Chyba dla obu stron. Wbrew temu, co pisali niektórzy, nie chodziło o zdradę. Po prostu przestało nam się układać. Dusiłam się pod ciężarem obowiązków, które na mnie spadły. I zbyt często brakowało mi poczucia, że jesteśmy po tej samej stronie barykady. Nie lubię walczyć, gdy kocham. To na nic.

– Uderzyło mnie to, co piszesz o swojej nerwicy lękowej.
Weronika Marczuk:
Przychodzi moment, gdzie stres zaczyna mieć nad tobą władzę. Boisz się jechać windą, gdzieś wyjechać. Myślałam nieraz: Jeśli zatrzymam się, stanę, to będę wzywać pomocy. Postanowiłam powiedzieć o tym dlatego, że takie rzeczy mają ogromny wpływ na to, co się dzieje w naszym życiu, na ważne decyzje.

– Znam to. Miałam podobnie. Takie lęki biorą się z nieszczęśliwego związku. Teraz to sobie, dzięki Twojej książce, uświadomiłam…
Weronika Marczuk:
Gdyby to było takie proste... Nie mam przekonania, że określenie „nieszczęśliwy związek” jest właściwe. Możesz przecież kochać kogoś całym sercem i rozkładając na czynniki pierwsze swoją sytuację, tłumaczyć sobie, że w zasadzie powinnaś być szczęśliwa. Coś jednak w tym związku było nie takie. Nie miałam szczęścia być akceptowana przez rodzinę męża. Nie udało nam się stworzyć własnej rodziny. A lęk przed odrzuceniem powoduje poczucie zagrożenia. Wiem dokładnie, kiedy wyzdrowiałam. Gdy już nabrałam wewnętrznego przekonania, że nie będę tak dalej żyć. Nabrałam dystansu. Ale zanim to się stało, żaden lekarz nie był w stanie mi pomóc. Tymczasem organizm alarmował: nie godzę się na to, co się dzieje. W książce sporo piszę o swoich słabościach. Większość ludzi uważa, że jestem bardzo silna. W rzeczywistości bywałam strasznie słaba.

– Teraz nie masz nerwicy? Nie oglądasz się za siebie, idąc ulicą?
Weronika Marczuk:
Nie mam. Oglądam się, ale tak normalnie. Przyglądam się ludziom, jestem czujna. Trudno, żebym po tym wszystkim nie była. Ale to nie są lęki. Na to nie trzeba łykać tabletek. Dziś już chyba mało czego się boję. Siłę daje mi też wiara w sprawiedliwość. Wierzę, że odzyskam dobre imię. Bardzo czekam na zakończenie śledztwa i martwi mnie to, że wszystko tak się przeciąga.

– Bardzo szczerze rozliczasz się z przeszłością. Jest jednak kilka niedopowiedzeń. A ja chciałabym wiedzieć, czy tańczyłaś na rurze go-go?
Weronika Marczuk:
W 2007 roku wydałam oświadczenie do prasy. Tańczyłam w kilku klubach na Wybrzeżu. To były krótkie występy, w paru miejscach jednego wieczoru. Taniec nie był wyzywający, ale byłyśmy skąpo ubrane. Miałam 20 lat. Przyjechałam do Polski z dwoma celami: pomóc rodzicom i zarobić na lepszą przyszłość. Nie znałam języka. Byłam tu sama jak palec. Kiedy tylko w miarę opanowałam język, podjęłam naukę i zmieniłam pracę.

– Wstydzisz się tamtego okresu w swoim życiu?
Weronika Marczuk:
Nie. Ale pogodziłam się z tym, że dla ludzi mogło to być naganne. Rozliczając się sama ze sobą, sumienie mam czyste. Było – minęło.

– Pierwszemu mężowi, właścicielowi firmy z limuzynami, nie przeszkadzało wówczas Twoje zajęcie?
Weronika Marczuk:
To była nieudana zabawa w małżeństwo, trwająca kilka miesięcy. To porządny człowiek. Ma rodzinę. Jest lojalny wobec mnie. Zostawmy go, proszę.

– Weronika, jak zmieniła Cię ta historia?
Weronika Marczuk:
Odebrała mi radość życia. Nie mam już powrotu do tego, co było. Przystopowałam. Nie mam już tylu zajęć co dawniej. Jednocześnie przekonałam się, że można żyć, pracując w jednym miejscu. Mam czas na czytanie, pisanie, na refleksję. Pisanie książki zajęło mi siedem miesięcy. Na początku bałam się, że jak zacznę rozpamiętywać to, co się stało, to pozostanę na zawsze w depresyjnym nastroju. Ale jakoś zaczęłam dochodzić do siebie.

– Był taki moment przełomowy?
Weronika Marczuk:
Był. 10 kwietnia wyszłam z sali po zajęciach jogi i w szatni koleżanka powiedziała o katastrofie samolotu prezydenckiego. Zaczęłam płakać. Moje nieszczęścia odeszły na drugi plan. Zrozumiałam, że moje sprawy są niczym wobec takiej nieodwracalnej tragedii. Zrozumiałam, że nie ma co tracić czasu na przeżywanie, bo w każdej chwili może nas nie być. Przefarbowałam znowu włosy na jasno. Wcześniej zmieniłam ich kolor na czarny, bo nie chciałam czuć się tą Weroniką z „YCD”.

– Czarny kolor to żałoba. Skoro znowu masz jasne włosy, to znaczy, że już sobie wybaczyłaś?
Weronika Marczuk:
Zostałam wrobiona. Jestem za sumienna, żeby to sobie wybaczyć. Nienawidzę siebie za to, że rozmawiałam z tym człowiekiem jak z kolegą, że mają nagrane wszystkie moje prywatne rozmowy. Moi znajomi na Ukrainie natychmiast wyczuli w nim konfidenta. Ostrzegali mnie. A ja im nie uwierzyłam. Jak to ja. Zawsze bronię.

– Dlatego pod koniec książki piszesz o nim w tonie wybaczenia? Nie masz poczucia krzywdy?
Weronika Marczuk:
Próbuję wytłumaczyć samą siebie, że on był na służbie, miał polecenie. Są jednak metody niedopuszczalne, nawet w takich służbach.

– Jako prawnik wiesz, że możesz go oskarżyć?
Weronika Marczuk:
„Jego” nie ma, on jako agent jest chroniony. Jakiekolwiek ruchy mogę wykonać dopiero, jak moja sprawa się zakończy. Na razie muszę na dobre wrócić do przerwanego życia. Tego potrzebują też moi bliscy. Mama, która wciąż rozpacza z powodu tego, co mnie spotkało. Powtarza, że zamiast rodzić dzieci, znowu tracę czas, żeby ułożyć wszystko, tak jak być powinno. Ojciec też jest głęboko załamany, przez lata tak się cieszył, że mieszkamy w Polsce, kraju, gdzie nikt nikomu nie wbija noża w plecy.

– Wrócisz do telewizji?
Weronika Marczuk:
Nie wiem, co będzie dalej. Gdybym mogła wrócić tam, skąd zmuszona byłam odejść, pewnie zrobiłabym to. Nie zostawiłam przecież tej pracy z własnej woli. Zrezygnowałam, bo czułam, że tego wymaga ode mnie sytuacja. Ale na razie nie ma co dywagować. Prowadzę nadal swoją firmę producencką, pracujemy nad nowymi projektami. Mam też kilku klientów, którym doradzam jako radca prawny. Żyję głównie z oszczędności.

– Wiesz, że Małeckiego podobno odesłano na wcześniejszą emeryturę?
Weronika Marczuk:
Faktycznie, w wieku 35 lat powinien już przejść na spoczynek (śmiech).

– Kiedy wychodzisz, zabierasz ze sobą szczoteczkę do zębów? To syndrom człowieka, który nie wie, czy noc spędzi w domu, czy w areszcie.
Weronika Marczuk:
Popatrz, zapomniałam o tym napisać. Przecież ja wtedy, we wrześniu rok temu, miałam przy sobie szczoteczkę do zębów. Nową, nie rozpakowaną jeszcze. Jakiś znak?

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja: Jola Czaja
Makijaż: Tomek Kocewiak
Fryzury: Sylwia Kiliś/Metaluna
Rekwizyty: Anna Tyślerowicz
Produkcja: Elżbieta Czaja

Zdjęcia zostały zrealizowane na Mazurach, na terenie Hotel Galery69 w Dorotowie, nr 38; www.hotelgalery69.pl, email: recepcja@studio69.pl, tel. +48 (89) 513 64 80, mobil. +48 606 743 890.

Newsy
Weronika Marczuk-Pazura: „Zostawiam tylko dobre wspomnienia”
To już półtora roku, odkąd Weronika Marczuk-Pazura rozstała się z Cezarym. Kim dzisiaj jest? „Tą samą osobą, bogatszą o nowe doświadczenia”, mówi.

Weronika Marczuk-Pazura nie pielęgnuje w sobie żalu i pretensji. Właśnie znalazła nową miłość i wierzy, że będzie szczęśliwa. Jak udało się jej zostawić przeszłość za sobą, Weronika Marczuk-Pazura opowiada Krystynie Pytlakowskiej. – Minęło półtora roku od rozstania z Cezarym. Kim dzisiaj jesteś? Weronika Marczuk-Pazura: Tą samą osobą, bogatszą o nowe doświadczenia. – Coś jednak musiało się w Tobie zmienić? Weronika Marczuk-Pazura: Zmieniła się na pewno moja hierarchia wartości. Kiedyś „ja” było dla mnie po prostu ostatnią literą w alfabecie (przyp. red. alfabet rosyjski zaczyna się od „a”, kończy na „ja”). Wszyscy byli dla mnie ważni, tylko nie ja sama. Bardzo intensywnie pracowałam. Dziś wiem, że wszystko w życiu ma swój czas, pośpiech i gonitwa na niewiele się zdają. Staram się być cierpliwa i dobra również dla siebie. – Wszystko jest lekcją? Weronika Marczuk-Pazura: Nauczyłam się każde doświadczenie traktować jako lekcję. Co nie oznacza, że jakoś szczególnie je analizuję. Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia. Rozpamiętywanie błędów i porażek nie ma sensu.  – Uwolniłaś się od przeszłości? Weronika Marczuk-Pazura: Nie, a dlaczego miałabym to zrobić? Moja przeszłość jest częścią mnie. Ważną częścią. Wzięłam z niej to, co najlepsze. Nie pielęgnuję w sobie żalu, pretensji, złości. Cieszę się tym, co przeżywam teraz. Niewiele planuję. – Dostajemy od losu to, na co sobie zasłużyliśmy? Weronika Marczuk-Pazura: Dostajemy to, co sami sobie wymyśliliśmy. Sami prowokujemy różne sytuacje. Podejściem do życia przyciągamy określonych ludzi i zdarzenia. Jeśli uznajemy, że nie zasługujemy na to, co zostało nam dane, wszystko wokół układa się tak, żeby utwierdzać nas w tym przekonaniu. Sami...

Weronika Marczuk-Pazura
Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
Newsy
Weronika Marczuk-Pazura: "Jestem tylko i aż kobietą"
„Żyję tym, co dzieje się tu i teraz, a nie przeszłością. Niczego nie żałuję.”, mówi Weronika Marczuk-Pazura.

– Weroniko, powiedz uczciwie, czytałaś wywiad z Cezarym i Edytą w jednym z poprzednich numerów VIVY!? Weronika Marczuk-Pazura: Tak. – Jak się poczułaś, gdy przeczytałaś, że będą mieli dziecko i że będzie ślub? Weronika Marczuk-Pazura: Nie było wielkich emocji. Od naszego rozstania minęło sporo czasu. Każde z nas rozpoczęło nowe życie z nowym partnerem. Życzę Czarkowi jak najlepiej i cieszę się, że dobrze mu się układa. – Mówisz to szczerze czy tylko dlatego że tak wypada? Weronika Marczuk-Pazura: Absolutnie szczerze. Co by mi dało, że mój były mąż nie byłby szczęśliwy? Biorąc pod uwagę nasze zgodne rozstanie, to chyba naturalna reakcja. – To brzmi niewiarygodnie. Ludzie po rozstaniu rzadko kiedy życzą sobie dobrze. Weronika Marczuk-Pazura: To stereotyp. Coraz więcej ludzi ma do tego dojrzałe podejście. Ja nie chowam w sobie złych emocji. Pielęgnuję natomiast dobre. Dbam o czystość wewnętrzną. Chcę być dobrym człowiekiem. Już dawno temu zrozumiałam, że dobro przyciąga dobro, a każdy zły uczynek obraca się przeciwko nam. Przywykłam do prostolinijności. Nie lubię niedomówień, niedopowiedzeń, kluczenia, manipulacji. Nie zamierzam szukać prawdy ukrytej między wierszami i ty też, proszę, nie szukaj jej w moich wypowiedziach. Dostatecznie długo rozmawialiśmy z Czarkiem, żeby wszystko między sobą uzgodnić i załatwić. – Kobiety Cię uwielbiają. Myślę, że nie tylko jako piękną i mądrą kobietę, ale może także dlatego, że lubią ujmować się za kimś porzuconym, skrzywdzonym? Weronika Marczuk-Pazura: Spotykam się z sympatią i życzliwością, ale nie odczułam tego, o czym mówisz – jakichś oznak kobiecej solidarności czy wręcz współczucia. Nie jestem ani porzucona, ani skrzywdzona. Już w pierwszym wywiadzie...

Newsy
Jurorzy „You Can Dance” – Jedyne takie trio
O tym, co w sobie nawzajem cenią, za co się nienawidzą, a za co lubią i co dał im udział w programie, opowiadają Weronika Marczuk-Pazura, Agustin Egurrola i Michał Piróg.

– Michał, podobno zakochałeś się od pierwszego wejrzenia? Michał Piróg: Chodzi o to, że popłakałem się na wizji? A jak popłaczę się na występie chóru gospel, to będzie znaczyło, że zakochałem się w stu osobach naraz? Co za brednie. – A więc to było szczere? A nie, jak mówiono, by zwiększyć oglądalność programu? Weronika Marczuk-Pazura: Chłopak na scenie, Piróg płacze – dla niektórych wszystko jasne. Znajomi pytali po emisji, czy ten chłopak tak bardzo się Michałowi spodobał. Odpowiadałam: „Jeszcze jak! W końcu fantastycznie zatańczył”. Ja też się popłakałam, ale mnie się to częściej zdarza, więc nie było w tym nic niezwykłego. Michał Piróg: Muszę przyznać, że bardzo mnie ten występ wzruszył. – Ciebie? Michał Piróg: A co? Mi nie wolno? Wbrew opiniom jestem wrażliwym chłopakiem. – Co Was tak bardzo wzruszyło? Agustin Egurrola: Ja się nie wzruszyłem. Choć prawdą jest, że Kuba jest jednym z najlepszych tancerzy, jacy zgłosili się do naszego programu. Chłopak był świetny, ale nie jestem do końca przekonany, czy nadaje się na gwiazdę. Michał Piróg: A ja uważam, że się nadaje. Pokazał nam wszystkim, że w tym kraju są ludzie na światowym poziomie. Weronika Marczuk-Pazura: Mnie zachwycił. W tym przypadku emocje poczułam takie jak w czasie igrzysk, gdy zwycięzca stoi na podium i grają polski hymn. Agustin Egurrola: Tak jak wtedy, kiedy postawiłem na swoim i Michał wpadł w furię. Przyszedł chłopak, który był już trzeci raz na castingu. Za każdym razem uważnie słuchał naszej krytyki i z castingu na casting był coraz lepszy. Uważałem, że jeżeli tan facet stara się być coraz lepszy, należy dać mu szansę. Wy uważaliście, że to absolutnie nie to. Zabrałem go do Barcelony. Michał dostał szału. I w niewybrednych słowach...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner