Do niedawna wydawało mi się, że znam siłę oddziaływania telewizji. W rzeczywistości nie miałem o tym pojęcia. Zrozumiałem to dopiero, kiedy pojawiłem się w „Skazanym na śmierć”. To, że z dnia na dzień stałem się rozpoznawalny w Chicago, nawet mnie zbytnio nie zdziwiło. W końcu w tamtejszym więzieniu stanowym Joliet odbywały się zdjęcia do pierwszej serii. Ale człowiek, który dostał rolę w takim hicie, ma swoich fanów także na małej stacji benzynowej gdzieś w Idaho – mówi Wentworth.


Aktorowi nie grozi jednak na razie to, że się z nimi spotka. Bo, jak sam przyznaje w zaledwie kilku udzielonych dotychczas wywiadach, większość czasu spędza w domu. Na pytanie, co robił w ciągu pięciu tygodni przerwy między zdjęciami do pierwszej i drugiej serii, mówi szczerze: „Głównie spałem. Nie czuję się dobrze w klubach czy w barach. Bez problemu mogę przesiedzieć całe weekendy w domu, tracić czas, oglądając kolejne odcinki »Law and Order« albo »Simpsonów«. Moim największym hobby jest układanie scrabbli. Mam sporą ich kolekcję, także zestawy turystyczne. Zdarza się, że wychodzę do restauracji, ale nie dalej niż dwie przecznice od mojego mieszkania”, mówi Wentworth. Nietowarzyski, małomówny, poważny Miller jest zupełnym zaprzeczeniem gwiazdy w hollywoodzkim stylu.

Piękny umysł

Nawet jego rodzice, Wentworth Earl Miller II i Roxann, zawsze uważali, że ich syn nie nadaje się na aktora i chcieli, by zrobił karierę naukową. Sami są akademikami po Yale: ojciec Wentwortha skończył tam prawo i psychologię, matka – nauczanie specjalne. Mimo że aktor jest Amerykaninem, urodził się i wychował w Oksfordzie, gdzie ojciec był przez kilka lat na kontrakcie. Dwie młodsze siostry Wentwortha poszły w ślady ojca: Gillian jest prawniczką, Leigh kończy studia prawnicze. Miller wybrał literaturę angielską w Princeton. Ale już tam był typem outsidera, bo nawet przez chwilę nie zapomniał o marzeniu z dzieciństwa, by zostać aktorem. „Princeton to bardzo konserwatywne miejsce, więc wszyscy moi przyjaciele myśleli o karierze prawnika, lekarza albo maklera na Wall Street. Można się było oczywiście zajmować sztuką, ale w wolnym czasie jako hobby”, wspomina aktor. „Ktoś, kto w takim miejscu marzy o aktorstwie, uważany jest po prostu za świra i ryzykanta”. Jak zwykle Wentworth mało jednak robił sobie z tego, co sądzą o nim inni i zaraz po otrzymaniu dyplomu ruszył do Los Angeles. Pytany przez dziennikarzy, po co w ogóle studiował, skoro nie zamierzał pracować jako literaturoznawca, stwierdził jedynie: „To było ciekawe doświadczenie. Dzięki Princeton byłem w niezwykłych miejscach, widziałem niesamowite rzeczy i odkrywałem inspirujące obszary sztuki”.

Nigdy więcej fasoli

Aż do spotkania z producentem serialu „Skazany na śmierć” Paulem Scheuringiem, Wentworth nie wydawał się filmowcom interesujący. Po 500 castingach, w których brał udział przez 10 lat, dostał tylko 13 ról. Za największe osiągnięcie z tego czasu aktor uważa rolę w „Piętnie” Roberta Bentona, gdzie zagrał głównego bohatera Colemana Silka w młodości. To była mała, ale bardzo ciekawa i wymagająca rola. „Żeby nakręcić 30-sekundową sekwencję walki bokserskiej, musiałem trenować trzy miesiące po pięć godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. Moim trenerem był ten sam człowiek, który przygotowywał Denzela Washingtona do roli w filmie »Huragan«. Ale opłacało się. Praca u boku takich gwiazd, jak Nicole Kidman, Anthony Hopkins, Ed Harris czy Gary Sinise, to ogromna przyjemność”, wspominał.


Wentworth nie został jednak zasypany propozycjami i utknął w serialach. Pojawił się w „Buffy postrach wampirów” i „Ostrym dyżurze”. Żeby się utrzymać, łapał każdą pracę. „W swoim życiorysie naliczyłem tuzin różnych profesji. Najgorsza była praca w meksykańskiej knajpie w Arizonie. Zbieranie resztek pieczonej fasoli z talerzy uczy pokory...”, żartuje. Nie żałuje jednak, że rola Michaela pojawiła się tak późno. „Oczywiście byłbym szczęśliwy, gdybym mógł zagrać w »Skazanym...« w wieku 23, a nie 33 lat. Ale jako 23-latek nie miałbym tylu doświadczeń i nie byłbym tak dojrzały, jak teraz. Do pewnych ról trzeba dojrzeć”.

Gdzieś ty był, człowieku?

Michael to także człowiek wykształcony, inżynier, który dostaje się do więzienia, by wydostać stamtąd skazanego na śmierć brata. Scheuring tak wspomina pierwsze spotkanie z Wentworthem: „Obejrzeliśmy tysiące kandydatów. Było kilku facetów, których ewentualnie moglibyśmy wziąć pod uwagę, ale to były gwiazdy, a nam zależało na kompletnie nieopatrzonej twarzy. Kiedy do pokoju wszedł Wentworth, od razu było jasne, że to ten facet. Miał nawet ogoloną głowę. To był Michael”.


Sam Wentworth mówi: „Na szczęście granie więźnia nie jest tym samym, co  bycie więźniem. Na planie jest kilku kaskaderów, którzy zastępują mnie w najbardziej niebezpiecznych scenach. W rzeczywistości nie przetrwałbym w tych warunkach pięciu minut. Jak mówią sami więźniowie, taki pobyt to jak pobyt w szkole gladiatorów. Gdybym wpadł w takie tarapaty, jak mój bohater, zadzwoniłbym do rodziców. W końcu tata jest prawnikiem, a matka typem wojownika”, dodaje.

Niewidzialni przyjaciele

Najtrudniejszym etapem pracy przy „Skazanych na śmierć” jest, zdaniem Millera, charakteryzacja. „Tatuaż ma cztery części, które są składane jak puzzle w jeden kawałek. Najpierw alkoholem usuwa się wilgoć ze skóry, dzięki czemu kalkomania łatwiej się przykleja. Potem całość spryskuje się wodą i odrywa zbędną folię, a koniec pokrywa się utrwalaczem. To nie jest bolesne, może tylko trochę niewygodne, bo kalkomania lepi się do ciała. Ale cały proces nałożenia tatuażu trwa cztery godziny. Usunięcie tylko 45 minut!”, zdradza aktor. Wentworth przyznaje, że ten tatuaż to wyjątkowo ważny element postaci. Nadaje jej charakter, o czym aktor przekonał się osobiście. „Raz czy dwa wróciłem do domu z tautażem. Zauważyłem, że w kolejce po kawę do Sturbucksa natychmiast zrobiło się dużo wolnego miejsca wokół mnie. Tatuaże kojarzą się ludziom z określonym typem człowieka. I dopiero kiedy zaczynałem mówić, orientowali się, że nie jestem zbirem”, żartuje.


Tyle że nie bardzo wiadomo, kim tak naprawdę jest Wentworth. Jego życie prywatne pozostaje zagadką. Niewiele o aktorze mogą powiedzieć nawet jego koledzy z planu, bo nie utrzymuje z nimi kontaktu. Grająca rolę dr Sary Tancredi Sarah Wayne Callies mówi: „To wyjątkowo inteligentny i seksowny facet, ale zupełnie wyizolowany. Najpierw chyba musi dojść do ładu ze sobą, nim zwróci się w stronę innych”. Sam Wentworth twierdzi, że ma grupkę bliskich przyjaciół, głównie z czasu studiów. „Przyjaźnie z college’u są chyba najtrwalszymi przyjaźniami w życiu. Mam nadzieję, że przetrwają na zawsze”, twierdzi aktor. Tyle że nikt tych jego przyjaciół nie widział.

Seksowny bez powodu

Kiedy w zeszłym roku pojawił się na festiwalu w Cannes, by promować pierwszą część filmu, nie mógł przecisnąć się przez tłum fanek. Wysoki (185 cm wzrostu), dobrze zbudowany zielonooki aktor, w którego żyłach płynie po przodkach ze strony ojca afrykańska, jamajska, żydowska i indiańska krew, a ze strony Roxann – krew rosyjska, francuska, syryjska, libańska i holenderska, robi na kobietach piorunujące wrażenie. Dzięki roli Michaela w 2006 roku trafił na listę najbardziej atrakcyjnych kawalerów w Hollywood drukowaną przez tygodnik „People”.


Sam aktor przyznaje, że to dość osobliwe doświadczenie. „To trochę dziwne uczucie zostać nagle symbolem seksu. W końcu wyglądam bardzo podobnie, jak 10 czy 15 lat temu. Moje oczy nie stały się bardziej zielone od tamtego czasu, a mimo to ludzie uważają, że mają wyjątkowy kolor, zmieniają barwę w zależności od oświetlenia. Twierdzą nawet, że skrywają jakąś tajemnicę, choć mrużę je wyłącznie dlatego, że jestem wrażliwy na światło. To zresztą typowe dla alergika. Mam też uczulenie na sierść psów i kotów oraz na wiele pokarmów”, przyznaje Wentworth.


Miller nie korzysta jednak ze swego powodzenia. Twierdzi, że był na kilku randkach, ale żadna z tych znajomości nie przerodziła się w poważne uczucie. Zaczęto więc spekulować, że jest gejem. „Nie, nie jestem gejem. Myśl o posiadaniu żony i dzieci jest bardzo kusząca, ale nie mam teraz na to czasu. Jestem pracoholikiem i w tej chwili wszystko, oprócz pracy, jest na drugim planie”, zbywa dziennikarzy. I dodaje: „A że ludzie będę mówić o mnie, że spotykam się z jakąś dziewczyną czy nawet chłopakiem? Jest mi to zupełnie obojętne, dopóki oglądają serial i akceptują mnie w roli Michaela. W końcu i tak to, co myślą o tobie ludzie, odbiega od tego, kim jesteś naprawdę”.

Zawsze będę w poczekalni

Na pytanie, czy prowadząc takie życie, nie boi się, że po roli w „Skazanym na śmierć” znów będzie czekał 10 lat na następną szansę, Wentworth odpowiada: „Każdy aktor boi się, że któregoś dnia obudzi się, będzie miał 45 lat na karku i wciąż będzie siedział w poczekalni, czekając na coś, co nigdy nie nadejdzie. Ale na razie o tym nie myślę”. „Teraz moim priorytetem jest »Skazany na śmierć». Daję z siebie, ile mogę. Ale w pewnym sensie zawsze będę w poczekalni, bo niespecjalnie zależy mi na bywaniu, na sprzedawaniu siebie. Nigdy nie pasowałem do tego hollywoodzkiego światka i nie zamierzam się do niego dostosowywać”.

Magda Łuków

Więcej na temat Wentworth Miller