– Jaka jest największa bzdura, jaką Pan o sobie przeczytał w ciągu ostatniego roku?


Jest z czego wybierać. Ale poza wszelką konkurencją: „niedzielny ojciec”. Wie pani, ja od wielu lat słyszę i czytam o sobie różne rzeczy, i gdy ktoś krytykuje moją pracę, odsądza mnie od czci i wiary, niespecjalnie mnie to bierze. Mam grubą skórę. Ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek usłyszał o sobie słowa bardziej nieprawdziwe, bardziej niesprawiedliwe, bardziej krzywdzące i bardziej przykre.

– Nie ma Pan sobie nic do zarzucenia? Nigdy Pan nie miał?


Kiedy Pola się urodziła, wszystko było bardzo naturalne. Mieszkaliśmy w fajnym mieszkaniu w Waszyngtonie, w zielonej dzielnicy, w pracy był to zdecydowanie mniej intensywny okres… Przez pierwszych 10 miesięcy życia Poli byłem z nią z niewielkimi wyjątkami 24 godziny na dobę. Codziennie spacery po dwie, trzy godziny – nosiłem ją w takim nosidełku na brzuchu, potem w stelażu na plecach, potem w wózku – plus codzienne naturalne czynności, kąpanie, przewijanie. Szybko doszedłem w tym do perfekcji. Kiedy mama Poli miała coś do zrobienia w Los Angeles, zostawałem tydzień z pięciomiesięczną Polą sam i nie miałem z tym najmniejszego problemu. Kiedy chciała postudiować, przez kilkanaście miesięcy byłem z nią sam w każdy weekend od rana do wieczora. Kiedy chciała w święta pojechać do Korbielowa na konie albo miała nagranie swego programu w TVN czy pracę w firmie, też zostawałem z Polą, a potem z Polą i Igą. Żaden problem. To było naturalne.

– Kiedy to wszystko przestało być naturalne?


(długie milczenie) Dwa lata temu.

– Wtedy…


…wyprowadziłem się z domu (długie milczenie). W tym momencie to już przestało być tylko radosne ojcostwo, pojawił się cel: stanąć na głowie i na uszach, żeby moje córki nigdy, przenigdy nie miały wątpliwości co do jednej oczywistej rzeczy – ja kocham je absolutnie, one były, są i będą dla mnie exequo numerem jeden. W każdej sytuacji być na gwizdek, czas spędzany z dziećmi wykorzystywać na 150 procent i w każdej sytuacji na 17 sposobów dawać im do zrozumienia, że są kochane. Mam poczucie, i zawsze miałem, że dziewczynka musi być kochana i uwielbiana, i rozpieszczana przez ojca, i noszona na rękach, bo dzięki temu będzie w stanie kiedyś kochać, być kochaną, ale też wymagać od mężczyzny. Takie jest zadanie mężczyzny wobec kobiety, którą kocha, niezależnie od tego, czy kobieta ma rok, jedenaście lat, czy jest już dorosła.

– Kiedy odszedł Pan z domu, a potem zdecydował się na rozwód, było dużo trudnych pytań?


Szczerze? Była jedna rozmowa. (długie milczenie)

– Myśli Pan, że Pana córki rozumiały tę decyzję?


Wie pani, trudno tego wymagać od pięcioletniego dziecka, a Iga miała wtedy pięć lat. Ale moja starsza córka nigdy nie zadała mi pytania…

– Pytania „dlaczego”?


Tak.

– Moment, kiedy tata wyprowadza się z domu, może poważnie zachwiać w dziecku poczuciem, że jest się dla niego numerem jeden.


Dom, w którym jest obcość i milczenie, i w którym dokładnie taki wzorzec stosunków między mężczyzną a kobietą przenika przez dni, tygodnie, miesiące i lata, może być o wiele, wiele gorszy niż rozwód. Piekło, które dzieciom fundują dorośli, wcale nie musi wynikać z samego faktu rozstania. W większym stopniu niż rozstanie problemem jest sytuacja, w której dzieci stają się narzędziem, przedmiotem w grze, kiedy próbuje się dzieci wygrywać przeciwko komuś, albo, używając dzieci, próbuje się wygrywać coś dla siebie. Prywatnie lub zawodowo. Ani dziś, ani jutro, ani pojutrze moje córki nie zapytają, siebie przede wszystkim, czy je kocham. Nie zapytają, bo to widzą w każdej sekundzie.

– Mówi Pan córkom, że je kocha?


Regularnie. W naturalny sposób. To nie jest coś ą la orędzie o stanie państwa, tylko buziak na pożegnanie, kiedy wychodzą z samochodu, czy ostatnie słowo w rozmowie. Nie mam najmniejszych blokad z okazywaniem uczuć. Uwielbiam wziąć na kolana, przytulić, pogłaskać, pocałować w czoło, w policzek.

– Decyzja o wyprowadzeniu się z domu była dla Pana trudna?


(długie milczenie) A można sobie wyobrazić trudniejszą?

– Myślę, że w takim momencie człowiek musi pomyśleć o tym, co zyskuje, co traci.


W takiej sytuacji człowiek musi też zadać sobie pytanie, co będzie, jeśli czegoś nie zrobi. To pytanie jest równie ważne. Przychodzi moment, kiedy człowiek powinien siebie zapytać, czy może żyć bez. Nie tylko bez kogoś, ale bez czegoś. Czy jest w stanie sobie powiedzieć dziś, że tak, jest w stanie żyć bez tego. Dzisiaj, jutro, za rok, za pięć lat, za dziesięć.

– Bez czego Pan nie mógł żyć?


Bez miłości. Wiem, że to teraz brzmi, jakbym pisał pamiętnik pensjonarki, ale nic w życiu nie jest istotniejsze. Na końcu człowiek zostaje ograbiony przez czas z młodości, przez życie z wielu złudzeń, przez mijające lata z nadziei, że coś tam się uda. Gdzieś to wszystko przez życie jest wyzerowywane. W ostatecznym bilansie tak naprawdę ważne jest tylko tyle: czy kochałem i byłem kochany.

– Miłość do pani Hanny zrodziła się z przyjaźni?


Nie wiem, czy jestem w stanie taką wiwisekcję przeprowadzać.

– Ale to nie była miłość od pierwszego wejrzenia?


Broń Panie Boże! „Broń Panie Boże” brzmi zbyt kategorycznie, może dostałbym po łapach, i pewnie słusznie. Poznaliśmy się z Hanią 14 lat temu, a przez 10 lat tak naprawdę nie było prawie żadnych kontaktów. Chyba że cztery spotkania przez 10 lat ktoś uzna za bliższą lub najbliższą przyjaźń, bo i takie wygibasy zdarzało mi się wyczytywać. Ale jest coś takiego jak „grupa krwi”. Czasem jak się spotkają nie te same rodzaje krwi, to może być szok immunologiczny. Potem to się okazuje groźne.

– Przed laty często mówił Pan w wywiadach, że nie może z całą odpowiedzialnością powiedzieć o swoim małżeństwie, że to związek na zawsze, choć Pan wierzy, że tak. Była w Panu niepewność przyszłości.


A może pewność?

– To była pewność?


Nie wiem, zastanawiam się.

– A teraz ma Pan pewność, że to miłość na zawsze?


Człowiek chce skwapliwie powiedzieć pewne rzeczy, ale z założenia myślę, że nie powinien. Natomiast ja może bywam impulsywny na boisku piłkarskim, ale z całą pewnością nie podejmuję w sposób impulsywny decyzji dotyczących życia. Nie mam już dwudziestu kilku lat, ale ponad czterdzieści. Obydwoje z Hanią zdawaliśmy sobie sprawę z kontekstu i z możliwych konsekwencji, czasem brutalnie bolesnych. Próbowaliśmy namalować scenariusz bardzo negatywny, uznać go za realny i zmierzyć się z nim przynajmniej w teorii.

– Spełnił się?


W części tak, w części nie.

– Mam wrażenie, że Wasza miłość została poddana bardzo poważnym próbom. Pani Hanna mówiła, że starczyłoby ich na 10 lat.


Może nawet defensywnie ten rachunek przyjęła? Mówimy o kobiecie, która obrywa, jakbym był rowerem, który można komuś wziąć. Poza wszystkim innym zrezygnowała z portfela stukrotnie grubszego niż mój, z życia, którego ja jej nigdy nie zapewnię, bo mnie nigdy nie będzie na to stać. A ja myślę, że też ryzykowałem wszystko.

– Jaka jest kobieta, dla której Pan wszystko zaryzykował?


Wspaniała. Jest, co w codziennym życiu najważniejsze, miła i pogodna. Dla mnie, dla ludzi, którzy ją i nas otaczają. Jest damą w salonie, w którym są dyplomaci z różnych krajów, i jest superbabą na kempingu, kiedy grilluje rybę i robi sałatkę. Jest absolutnie fantastyczną matką, taką „kocią”. I pod jednym względem jest osobą absolutnie bezkompromisową.

– W walce o swoje szczęście?


Może być szczęśliwa tylko w związku opartym na miłości. W tym sensie jest bardzo prawdziwa i tak, bezkompromisowa.

– To tak jak Pan.


Człowiek codziennie idzie z życiem na kompromisy. Ale między kompromisem a rzuceniem białego ręcznika na ring i poddaniem się jest zasadnicza różnica. Ja tu przynajmniej miałem pewność, że nie jestem ani portfelem, ani trampoliną.

– A kim Pan był?


Mężczyzną, którego się kocha.

– Czy Państwo bronili się przed tą miłością?


Przed miłością czy przed konsekwencjami?

– Rozumiem, że przed miłością nie.


Przed miłością nie mieliśmy czasu się bronić.

– Wybuchła?


Wie pani, jak mówiliśmy o tych pytaniach, które sobie zadawałem, gdy zdecydowałem się wyprowadzić z domu, może to zabrzmiało zbyt zerojedynkowo. Tu jest strata, tu jest zysk, tu jest to, tu jest tamto. Trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowaną decyzję, i nie została ona podjęta w dzień ani w dwa, ani w miesiąc czy dwa.

– Ile czasu Pan potrzebował?


Dużo, chociażby ze względu na to, że w mojej rodzinie tradycji rozwodów nie ma. Pojęcia „rozwód” nie było w moim świecie. Moi rodzice są małżeństwem od 42 lat, tworzą absolutnie genialny związek. Poza tym człowiek nie chce się przyznać do klęski. Ale czasem największym tchórzostwem w życiu jest się do niej nie przyznać i ukrywać to przed samym sobą.

– Kiedy Pan zrozumiał, że to małżeństwo już się skończyło?


Nie będę o tym mówił. Mieliśmy całkiem sporo czasu, żeby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy coś można reanimować. Aż oboje uznaliśmy, że nie można.

– Co Pana rodzice powiedzieli, gdy poznali Pana decyzję?


Wszystkie pytania – podkreślam słowo: wszystkie – dotyczyły dzieci. A potem mieliśmy bardzo dużo czasu na bardzo długie, także nocne rozmowy, i wersje nam się zgadzały.

– Polubili panią Hannę?


Tak, strasznie się polubili. Są bardzo młodzieńczy, niezależnie od wieku, bardzo otwarci i bardzo spontaniczni, gotowi dać wszystko za nadzieję, że dostaną część tego samego. Teraz dostają.

– W pracy był Pan wzywany na dywanik?


Nie byłem, broń Boże. W takiej sprawie na żaden dywanik bym nie poszedł. A pracowe otoczenie wykazało się delikatnością. Tylko tyle i aż tyle.

– Jak wygląda teraz Państwa życie?


Kiedy ludzie z telewizji mówią: „nasze życie jest takie zwykłe”, czasem można to interpretować tak, że z czegoś, co uważają za niezwykłe, próbują uczynić coś zwykłego, bo to lepiej zabrzmi. Ale naprawdę nasze życie jest do bólu zwyczajne. Wrócić jak najszybciej do domu, wyjść z psem, poczytać obok siebie książki, posłuchać muzyki, obejrzeć film, czasem wyjść do kina, ale z rzadka. Na imprezy nie chodzimy prawie nigdy, poza ultraobowiązkowymi. Hania woli być z dziećmi niż na imprezie, a ja wolę być gdziekolwiek, byle nie na imprezie, więc tu jest pełna zgodność. Gadamy o tym, co się dzieje w życiu naszych dzieci, gdzie spędzimy urlop. Najzwyklejsze rozmowy, które się toczą w każdym domu, plus codzienny spór o to samo.

– Czyli?


Hania uwielbia gotować, co mi imponuje, bo gotuje rzeczywiście fantastycznie i nie uważa, że to godzi w kobiecą niezależność. Gotuje, bo lubi i chce. Zupełnie spokojnie jest w stanie o 23, a czasem nawet o pierwszej w nocy wstać i przygotować jakąś pastę, co dla mnie jest przerażające, bo jedzenie o tej porze sprawia, że fatalnie się czuję następnego dnia. Ale tę batalię przegrywam zawsze.

– Czy Państwo wzięli ślub?


Przychodzi na to czas.

– Mieszkacie już w Konstancinie?


Nie, wciąż nie.

– Kończycie remont domu?


Tak, bardzo generalny. Ja się na tym kompletnie nie znam. Hania się ze mnie śmieje, bo mam naturę harcerza – dajcie mi namiot, będzie mi dobrze. A ona ma wyobrażenie o naszym domu, o każdym jego elemencie. I staje na głowie, by dom miał duszę, jeszcze zanim się do niego wprowadzimy.

– Jest Pan szczęśliwy?


Myślę, że powiedzieć o sobie: „jestem szczęśliwy” jest ryzykowne. To rzucanie wyzwania losowi, nie powinno się tego robić. Natomiast jakby tak się zastanowić – mam dzieci, które uwielbiam, jestem z kobietą, którą kocham, mam cudownych rodziców i przyjaciół, mam fantastyczną pracę, więc… Mam też wiele stresów, zgryzot, pytań, problemów. Czasem człowiek zderza się z problemami kosmicznymi.

– Co dla Pana bywa problemem kosmicznym?


(długie milczenie) Często chciałbym oszukać grafik. Żeby jeszcze więcej czasu być z dziećmi. I, szczerze mówiąc, mam nadzieję, że tak będzie.

– Ten grafik został ustalony w momencie rozwodu?


Ten grafik, jak wszystko inne czy jak prawie wszystko inne, został ustalony rok przed rozwodem, w momencie rozstania.

– Alimenty również? Czy to prawda, że płaci Pan miesięcznie około 10 tysięcy alimentów plus drugie tyle za szkołę?


Tak, ale to w sumie mało istotne, bo myślę, że daję dzieciom rzeczy nieskończenie ważniejsze. Ale skoro już Pani pyta, to potwierdzam i dodam, że to nie sąd nakazał mi płacenie takich sum. Płaciłem je na rok przedtem, zanim sąd wypowiedział się w tej sprawie, i to była moja propozycja.

– Jak wyglądają na co dzień Pana kontakty z dziećmi?


Pobudka o 6.30. Zawsze odwoziłem dzieci do przedszkola, do szkoły, teraz robię to samo. Dla mnie to niezbędny element dnia, kiedy można sobie pogadać, tym bardziej że jest korek, więc tego czasu z dziećmi w samochodzie jest więcej. Nie ma co gadać o telefonach, bo to jest oczywiste, że są na okrągło. Wczoraj Pola do mnie dzwoniła sześć albo siedem razy: „Tato, ja jeszcze muszę z tobą porozmawiać”. Akurat nie mogliśmy się spotkać.

– Córki telefonują do Pana siedem razy dziennie?


Czasem rozmawiamy dwa razy, czasem dziesięć.

– W jakich sprawach?


Zwykle nie dzwonimy w sprawach, chcemy po prostu pogadać. A czasem Pola telefonuje, że jutro ma zrobić prezentację w szkole i musi mieć dwie melodie ludowe, więc ja mam zadanie bojowe. Przyznam, że zdarza mi się angażować koleżanki z pracy: słuchajcie, muszę mieć na jutro, na ósmą rano, „Szła dzieweczka do laseczka”. Jak Pola mówi, że za dwa dni na wuefie musi wystąpić w stroju narodowym, biała koszulka, czerwone spodenki, to już w przeciwieństwie do płyt sam załatwiam w sekundę.

– Każdy weekend spędza Pan z dziećmi?


Niby co drugi, ale zawsze proszę jeszcze o parę godzin w tak zwany nie mój weekend i najczęściej mi się to udaje. W zeszłym roku… To taki okres, który można sobie podsumować. W zeszłym roku z dziećmi byłem 90 dni, tak od rana do nocy, kiedy muszę im zrobić śniadanie, przypilnować, żeby się wykąpały i umyły zęby, zorganizować im czas. Byłem z córkami na Sycylii, w Krakowie, w Wieliczce, w Grecji, w Paryżu, w Eurodisneylandzie, w Bieszczadach. Bawimy się, ale teraz można już im też opowiedzieć świat i Polskę – że tu ginęli powstańcy warszawscy, tu był Umschlagplatz, a w kościele św. Stanisława na Skałce są groby wielkich Polaków, że Wyspiański to, a Miłosz tamto.

– Jak traktują córki pani Hanny Anię i Julkę? Rywalizują o Pana?


Moje dzieci wiedzą, że nie muszą o mnie rywalizować. Z nikim.

– Lubią się nawzajem?


Bardzo. Nie ukrywam, że kiedy pierwszy raz miały się spotkać, zadawaliśmy sobie z Hanią pytanie, jak to będzie. I ku wielkiej uldze szybko zauważyliśmy, że jeżeli są jakieś linie podziału, to po pierwsze – funkcjonują trzy minuty, a po drugie, co sto razy ważniejsze, są to linie w poprzek.

– Czyli?


W tej sprawie Iga z Julką mają inne zdanie niż Pola, w innej Ania z Igą mają inne zdanie niż Julka. Hania uwielbia swoje córki i one ją uwielbiają. Nieraz się śmieję, że może trochę jest nadopiekuńcza.

– Wobec Pana córek również?


Podczas wspólnych weekendów czy wakacji traktuje wszystkie dzieci jednakowo. I tak samo się o nie troszczy. Ale nie stara się wychodzić przed szereg – moje córki mają mamę. Hania stara się po prostu być kumplem Poli i Igi, ja staram się być przyjacielem dla Ani i Julki.

– Jak będzie wyglądać Pana życie za 10, 15 lat?


Chcielibyśmy znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce na ziemi. W okolicach Zielonej Góry jest naprawdę pięknie, a ja coraz bardziej czuję, jak bardzo jestem stamtąd. Chciałbym jak najwięcej wycisnąć z przyszłości, jak najwięcej zobaczyć, przeżyć, ale to nie muszą być wielkie rzeczy. Z tych mijających wakacji dwa obrazki zostaną mi w pamięci. Pierwszy to powrót z dwutygodniowych wakacji w Indonezji, kiedy w lusterku widziałem czwórkę płaczących dzieci, bo było im smutno, że wyjeżdżamy. I prawdę mówiąc, sam bardzo się gimnastykowałem, chyba nie do końca skutecznie, żeby ukryć łzy.

– A drugi?


Byłem z dziećmi w Bieszczadach. O siódmej rano poszliśmy na konie. Przejeżdżaliśmy w bród przez San, ja ostatni się wlokłem, bo Pola i Iga fajnie jeżdżą, a ja siedziałem na koniu piąty czy szósty raz w życiu. Potem wyjechaliśmy na łąkę, konie przyśpieszyły, a dziewczyny umierały ze śmiechu, bo jak mój koń za szybko biegł, to ja prawie skręcałem mu kark, żeby zwolnił, i krzyczałem „prrr!”, co podobno absolutnie dyskwalifikuje jeźdźca. A jak zjeżdżaliśmy z góry, mój koń nagle zaczął się ślizgać w błocie. Zanim się przewrócił, zdążyłem zeskoczyć, ale tak, że sam byłem w błocie po pas. I wtedy już radość moich córek była absolutna. To niby drobiazgi, ale wcale nie drobiazgi. Chciałbym kolekcjonować dużo takich chwil.

Rozmawiała: Anna Zaleska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek / PHOTOSHOP.PL
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Karolina Gruszecka
Charakteryzacja Natalia Grewińska/KAYAX
Produkcja sesji Ela Czaja

Więcej na temat Tomasz Lis