Tola Szlagowska
AKPA
Młoda gwiazda

Spowiedź Toli Szlagowskiej

„Chcę umrzeć spełniona”. Może jej się udać. Ma dopiero 15 lat. „Nie jestem perfekcyjna”. Mało która nastolatka umie się do tego przyznać.

W motcie do swojej płyty pisze: „Dziękuję tym, którzy mnie nienawidzą, uważają za głupią trolkę, co wykrzywia mordę i skrzeczy”. Dzieciaki pokochały Tolę z Blog 27 za to, że jest prawdziwa.

– Co to jest? Nosisz biżuterię przy spódniczce?


Tola Szlagowska: To mój amulet. Buddyjski gau, pojemnik na relikwie. W moim są trzy kuleczki, które dostałam od lamy Kalzanga z Nepalu. Były w nich zioła, które niechcący wypłukałam z praniem. Przywiązuję to sobie codziennie do ubrania. Wierzę, że ma dobrą energię.

– Co babcia powiedziała, kiedy zobaczyła Twój kolczyk w wardze?


Tola Szlagowska: „Nie wiem, czy to tak ładnie, jak dziewczynka ma metal w buzi”. Ja na to: „Babciu, bardzo cię kocham, czy to ma jakieś znaczenie, że mam ten metal?”. No nie. Moja babcia jest wersją takiej mamy, która córce zawsze mówi: „Świetnie, pięknie”. Moja mama taka nie jest. Zawsze mówi wprost, jak coś jest nie tak. Do babci przyjeżdżam po komplementy. Ona wie, co to jest Blog 27, i podziwia mnie. Babci nic już nie jest w stanie zszokować. W końcu moja mama wyprowadziła się z domu w wieku 16 lat, bo zakochała się w moim tacie. Kiedy go poznała, babcia była przerażona. Muzyk rockowy? Perkusista? Na pewno jakiś narkoman! Dzisiaj tata to jej ukochany Jareczek. Często mówi mamie: „Żanetko, ty się ciesz, że masz takiego męża”.

– Twój ojciec był perkusistą Oddziału Zamkniętego, Lady Pank, Maanamu, grał z Tadeuszem Nalepą, Kayah, Johnem Porterem. Mama pracuje w firmie fonograficznej. W Waszym domu muzyka była obecna.


Tola Szlagowska: Tak, ale nic na siłę. To nie był rozśpiewany dom artystów. Co prawda często przychodzili do nas znajomi rodziców, którzy byli popularni, ale nigdy nie mówili: „Tolu, to jest pan X, wielki piosenkarz”. To docierało do mnie, kiedy bawiłam się z koleżanką i ona na widok takiej osoby reagowała spontanicznie: „Patrz, to jest TEN?!”. Jak byłam mała, miałam problem z tym, kim są moi rodzice. Wiadomo, że dziewczynki zawsze pytają: „Gdzie pracuje twoja mama?”. Jedna mówiła, że w aptece, druga, że w biurze, a ja mówiłam, że w firmie fonograficznej. Nikt nie wiedział, co to takiego.

– Rodzice chcieli Cię chronić?


Tola Szlagowska: Myślę, że nie sądzili, że muzyka to może być dla mnie coś fajnego. Nigdy nie zabierali mnie na koncerty. Czasami mam żal do taty, że musiałam sama odkrywać muzykę. Bo to ja miałam ciśnienie, nie on. Kiedy go prosiłam o jakąś płytę, często zbywał mnie: „Później”. To obciach, że nie znam nagrań Lady Pank czy Oddziału Zamkniętego.

– A wszyscy myślą, że to rodzice wbili Ci ambicje do głowy.


Tola Szlagowska: Bzdura. Moja mama nie jest mamuśką z filmu „Mała Miss”, której marzeniem jest zrobić z dziecka gwiazdę. Traktowała mnie z pobłażaniem, kiedy mówiłam, że będę piosenkarką. Kiedy firma fonograficzna, w której pracuje, szukała młodego zespołu, usłyszałam od niej: „Tylko nic do nas nie wysyłaj”. Potem, jak już Blog 27 zaistniał, nie był puszczany w stacjach komercyjnych, bo niektórzy radiowcy nie lubią mojej mamy. Czy to jest wymarzona protekcja?

– Ale przyznasz, że miałaś większe szanse niż inne dziewczynki?


Tola Szlagowska: O tyle, że byłam pod ręką. Jak miałam siedem lat, zmuszałam znajomych rodziców do oglądania moich występów. Najczęściej tata przerywał mi, kazał iść do swojego pokoju. Nikt nie traktował mnie poważnie. Przecież Kasia czy Paulinka też chciały śpiewać. Wizerunek późniejszego Blogu 27 był tworzony przez nas od dziewiątego roku życia. Siedziałyśmy z Alicją i nagrywałyśmy na wideo swoje występy. Ja projektowałam nasze ciuchy, przerabiając rzeczy z lumpeksu. W pewnym sensie wytwórnia miała gotowca, kiedy wpadła na pomysł wydania płyty takiego młodego zespołu. Kiedy nagraliśmy na próbę „Uh la la la”, pojechali z tym do niezależnej firmy niemieckiej, żeby ocenili, czy to ma szanse. Spodobało się, a potem było zainteresowanie Blogiem 27 na targach Midem w Cannes. Byłam przeszczęśliwa. Mogliśmy zacząć pracę nad pierwszą płytą.

– I co na to wtedy Twoi rodzice?


Tola Szlagowska: Mówili, że nie zdaję sobie sprawy z tego, ile będzie mnie to kosztować. Że będę musiała udowodnić, że jestem naprawdę dobra. Że będę dwa tygodnie przygotowywać się do tego, aby wyjść na scenę na dwie godziny. Że nie będę na nic miała czasu. Mama tłumaczyła mi, że w tym biznesie nie wystarczy śpiewać, trzeba jeszcze dobrze wyglądać i umieć poruszać się na scenie. Ostrzegali mnie, że spotkam się z falą krytyki.

– Ale nie zabronili?


Tola Szlagowska: Nigdy mi niczego nie zabraniali, prędzej tłumaczyli. Nie dotykaj kuchenki, bo możesz oparzyć się i będzie bolało… Uważam, że fajnie mnie wychowali. Od małego rozmawiali ze mną jak z dorosłym. Nie było tematów tabu. Przełomowym momentem była podróż do Stanów. Miałam wtedy dziesięć lat. Kiedy dojechaliśmy na Florydę, zobaczyliśmy ogłoszenie o obozie dla tancerek i cheerleaderek. Ponieważ miałam odjazd na tym punkcie, mama zapisała mnie i codziennie tam ze mną jeździła. Bo nie chciałam mieszkać na campusie. Od małego bałam się sama gdzieś zostawać. Myślałam, że rodzice po mnie nie wrócą. Więc któregoś dnia nauczycielka z tego obozu podeszła do mojej mamy z pytaniem, czy ona trenuje mnie na lidera, bo mam potencjał i powinnam iść do jakieś agencji artystycznej. Mama zdziwiła się, jak to możliwe wytrenować kogoś na lidera? Taka jestem od urodzenia. Ale po tej rozmowie otworzyła się jej jakaś klapka. Zaczęła mnie uważniej słuchać. Na koniec obozu zorganizowano koncert, który tata nagrywał na wideo. W pewnej chwili podszedł do niego jakiś facet: „To twoja córka? Jest niesamowita!”. To dało rodzicom do myślenia. W Polsce nikt nic specjalnego we mnie nie widział.

– Dlatego myślisz teraz o wyjeździe do Stanów?


Tola Szlagowska: Jeśli nie spróbuję, nie daruję sobie. Podoba mi się, że tam wszystko jest na wyciągnięcie ręki, że każdy dostaje szansę i że jest duża konkurencja, co podgrzewa mnie dodatkowo. Bo jak coś robić, to na sto procent. Ostatnią płytę miksowałam w Los Angeles i wróciłam stamtąd niesamowicie naładowana. W sierpniu zaczynam naukę w muzycznej High School. Będę tam trzy lata, a potem zdam maturę. Pojadę z tatą, bo nie chcę mieszkać w internacie. Przy okazji mam zamiar nagrywać coś i chodzić na koncerty. Rodzice teraz bardzo mnie wspierają. Kiedy odbyła się rodzinna narada, kto ma tam ze mną pojechać, mama wzruszyła mnie. Chciała zrezygnować z pracy. „Zaryzykuję. Jestem ci potrzebna, jak gdybym miała ci oddać swoją nerkę”, mówiła. Przecież może okazać się, że po roku na przykład wrócimy z niczym.

– Masz starszego brata. Jakie są relacje między Wami?


Tola Szlagowska: Jest między nami różnica ośmiu lat, dlatego im jesteśmy starsi, tym lepiej się rozumiemy. Janek gra na perkusji. Miał już kilka punkowych zespołów. Studiował prawo, był prezenterem w telewizji muzycznej. Szczerze mówiąc, gubię się w jego pomysłach na życie. Nigdy nie mówił o mnie: „Moja kochana siostrzyczka”. Jak przedstawiał mnie kolejnej dziewczynie, byłam złośliwa: „Długo z tobą nie wytrzyma, najwyżej dwa tygodnie”. Robił sobie jaja z mojego śpiewania, ale w końcu to on przyszedł do mnie i dziś gra w Blogu 27. Dopiero teraz czuję, że jest fajnie mieć starszego brata. On jest moim największym przyjacielem.

– Nie masz przyjaciółek?


Tola Szlagowska: Mam. Kasię i Dominikę. Najbardziej lubimy siedzieć i gadać. Nic konstruktywnego poza tym nie robimy, a potem mamy wyrzuty sumienia, że tyle czasu przeciekło przez palce.

– Jak wygląda Twój zwyczajny dzień?


Tola Szlagowska: Taki zwyczajny dzień zaczynam od zupy. Może być ogórkowa, rosół albo krupnik. Ciepły posiłek na dzień dobry to zastrzyk energii. Lekarz tybetański zalecił mi na wzmocnienie. Nie lubiłam jeść śniadań i to się odbiło. Czułam się potwornie osłabiona. Po śniadaniu włączam mój ulubiony kanał TVN24 i sprawdzam maile. Potem jadę do szkoły. Kiedy wracam, jem obiad. To, co podają w szkolnej kafeterii, jest niestrawne, poza piątkiem, kiedy są frytki, ale wtedy nie można się dopchać, bo jest superdługa kolejka. W domu, w zależności od dnia, mam lekcję śpiewu lub gry na pianinie. Potem odrabiam lekcje i jem kolację. Niektórzy twierdzą, że jestem taka chuda, bo mam obsesję na punkcie figury. Wręcz przeciwnie, bardzo chciałabym przytyć.

– Czym żyją dzisiejsze nastolatki? O czym rozmawiasz z fanami?


Tola Szlagowska: Siedzą całymi dniami w Internecie na My Space i gadają. Mnie jest ciężko odnaleźć się w jakiejś subkulturze. Nie jestem jednak outsiderem. Dla mnie nastolatki są inspiracją. Niewiele rozmawiam z fanami. Ale oni cieszą się, że spotkali mnie i zespół. Jak dałam pierwszy autograf, byłam roztrzęsiona. Ich ulubione pytania to: „Jak było na trasie z Tokio Hotel?”, a potem: „Dlaczego Alicja odeszła z zespołu?”.


– Dlaczego?


Tola Szlagowska: Nie wiem do końca, bo o jej odejściu z zespołu dowiedziałam się od naszego project managera, a później z gazet. Mówiła, że manipulowałam nią, że byłam niemiła, że w zespole panowała fatalna atmosfera. O jakiej atmosferze mówiła, skoro zamierzała się rozstać i nawet się tym z nami nie podzieliła? Zawiodłam się na niej, bo nie miała odwagi powiedzieć tego wprost. Miałyśmy trzy lata, kiedy poznałyśmy się. Nasi rodzice przyjaźnili się, byłyśmy jak siostry. Urodziłyśmy się tego samego dnia – 27 listopada. Stąd też nazwa zespołu Blog 27. Kiedy odeszła, wszyscy pytali, co dalej z zespołem. Wiedziałam, że z nią czy bez niej udźwignę to.

– Kto kreuje Twój wizerunek?


Tola Szlagowska: Ja. Wzoruję się na znajomych, na innych artystach, sama coś wymyślam. Uwielbiam czarne spodnie rurki, trampki, w których zmieniam tylko sznurówki, baletki, paski z ćwiekami, kokardki i bransoletki. Zrobiłam sobie tatuaż „Before I’ll die”. Czasami markerem dopisuję sobie na rękach różne teksty. Podziwiam Amy Winehouse, choć sama bym się tak nie ubrała, bo trochę za poważnie.

– Możesz się tak ubierać do szkoły?


Tola Szlagowska: Mam swój styl, a raczej jestem połączeniem stylów: punk, hip-hop, trochę elegancji. Nikogo to nie dziwi, skoro niektóre uczennice przynoszą książki do szkoły w torebkach od Louis Vuitton. Dla mnie to jest dopiero przegięcie.

– Jakiej muzyki słuchasz?


Tola Szlagowska: Amy Winehouse, Fergie, Black Eyed Peas, Duffy, M.I.A. Kiedyś podobała mi się Avril Lavigne. Uwielbiam Beyoncé. Chciałabym mieć jej głos i siłę psychiczną. Zaczynała bardzo wcześnie i przeżyła to, że kolejne dziewczyny odchodziły z zespołu. Zawsze jednak wierzyła w siebie.

– Byłaś już zakochana?


Tola Szlagowska: W przedszkolu. Potem w chłopcu z podstawówki.

– Czyli chodzisz już na randki?


Tola Szlagowska: Następne pytanie proszę.

Rozmawiała: Sylwia Borowska
Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
Stylizacja Andrzej Sobolewski
Makijaż Wilson
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Produkcja Ania Wierzbicka

Beyonce Knowles
ONS
Newsy
Beyonce: "Teraz jestem już na tyle silna, żeby odpowiadać sama za siebie"
W ciągu ostatnich miesięcy zdążyła zagrać w filmie, nagrać płytę i firmować swoim nazwiskiem kolekcję ubrań. Czy nie żyje za szybko? „Nieważne, ile pracujesz. Najważniejsze to mieć przy sobie ludzi, których kochasz. Mnie się to udało”, wyznała w wywiadzie dla VIVY!

Choć ma dopiero 25 lat, właściwie już dzisiaj mogłaby skończyć karierę i do końca życia odcinać kupony od tego, co osiągnęła do tej pory. Sławę zdobyła przed laty jako liderka zespołu Destiny’s Child. Potem zaczęła karierę solową i właśnie wydała swoją drugą płytę – „B’Day”. Mówi, że zawsze wiedziała, iż w show-biznesie odniesie sukces.   Zawdzięcza go jednak w znacznej mierze rodzicom. Pochodzi ze stosunkowo zamożnej rodziny. Kiedy była mała, jej ojciec Matthew Knowles (sprzedawca sprzętu medycznego) dbał o to, aby ani jego żonie, ani dwóm córkom niczego nie brakowało. Beyonce chodziła do prywatnych szkół i mogła sobie pozwolić na zajęcia ze śpiewu i tańca. Jej matka Tina prowadziła ekskluzywny salon fryzjerski i z poświęceniem dbała o urodę córki. Kiedy Beyonce skończyła 12 lat, ojciec postanowił porzucić pracę i został jej menedżerem. Do dziś kieruje jej dokonaniami muzycznymi, a Beyonce konsultuje z nim każdą decyzję dotyczącą swojej kariery. Ostatnio jednak ich współpraca nie układa się tak dobrze, jak kiedyś. Podobno Beyonce nie chciała już słuchać jego uwag i drugą płytę nagrała w tajemnicy. To nie jedyna zmiana w życiu piosenkarki. Kiedyś obiecała, że nigdy nie przejdzie na żadną dietę. Tymczasem z ostatnich doniesień amerykańskiej prasy wynika, że gwiazda, aby schudnąć, prawie przestała jeść. – Twoje ciało zaliczane jest do najwspanialszych w show-biznesie. Tymczasem podobno niedawno byłaś na bardzo restrykcyjnej diecie? Tak. Schudłam prawie 10 kilogramów, ale nie ma już po tym śladu. Przytyłam znowu. – Martwisz się tym? Nie. Wcale. Taki miałam zamiar. – To po co się odchudzałaś? Wkurzyłam się, kiedy czytałam w prasie, że odchudzam się, bo przestało mi odpowiadać moje ciało. Odchudzałam się do roli w...

Newsy
Ola Kwaśniewska królewną się stała i...
Babcia chciała bym mieszkała w pałacu. I tak się stało. Ale rzeczywistość okazała się nie tak piękna jak babcine marzenia. Prawdziwe bajkowe życie miało dopiero nadejść. Najpierw „Taniec z gwiazdami”, potem „Dzień Dobry TVN”, a teraz film. W „Shreku 3” Ola Kwaśniewska użyczyła głosu Śpiącej Królewnie. W VIVIE! królewną się stała i po raz pierwszy opowiedziała o swoim dzieciństwie.

- Kiedy byłaś małą dziewczynką, marzyłaś, że jesteś królewną?   Nigdy. Jakoś, szczerze mówiąc, te wszystkie bajkowe królewny zawsze wydawały mi się nudne. Może Królewna Śnieżka była najciekawsza, bo podobało mi się, jak się sprytnie dogaduje z krasnoludkami i zwierzętami. Irytowało mnie jednak to, że zjada jabłko, które podaje jej paskudną dłonią czarownica. Kiedy oglądałam to w telewizji, krzyczałam: „Nie bierz tego! Nie bierz!”. – To może marzyłaś, że – jak Kopciuszek – ze zwykłej dziewczynki zmienisz się w piękną żonę królewicza? Coś ty! Kopciuszek był przecież strasznie biedny. Współczułam mu, że musi tak dużo sprzątać. Dla mnie to zawsze była najgorsza kara.    – No to kim chciałaś zostać, jak byłaś mała? Chciałam być detektywem. Pewnie dlatego wartości umysłu wydawały mi się zawsze atrakcyjniejsze od piękna ciała. No bo po co detektywowi ładna buzia? Za to mózg miał znaczenie pierwszorzędne. – Jakie masz najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa? Pamiętam naszą kawalerkę na Ursynowie. Mieszkałam tam z rodzicami do jakiegoś czwartego roku życia. No i pamiętam, że kiedy jeszcze byłam za mała na chodzenie do państwowego przedszkola, rodzice wozili mnie do takiej pani, która w domu prowadziła coś na kształt przedszkola prywatnego. Ja chyba się tej pani bałam, bo strasznie nie lubiłam tam chodzić. Na szczęście potem, kiedy już zaczęłam chodzić do zwykłego przedszkola, byłam przeszczęśliwa, chyba głównie za sprawą ilości dzieci i zabawek. Czułam się jak w wesołym miasteczku. Tylko to leżakowanie… – A jaki masz obraz przed oczami, kiedy myślisz „dzieciństwo”? Automatycznie przenoszę się do domu moich dziadków, rodziców taty, do Białogardu....

Newsy
Koniec z Frytką. "Sama podnoszę się z dna"
Ludzka pogarda i odrzucenie przez najbliższych. Agnieszka Frykowska płaci wysoką cenę za własne błędy. Ale jednocześnie wciąż musi mierzyć się z pustką po tragicznie zmarłym ojcu i klątwą rodu Frykowskich.

- Zapowiedziałaś zmiany w swoim życiu. Co Ci się w nim nie podobało? Popełniłam parę błędów. Byłam młoda, zwariowana… – Masz na myśli Twój słynny występ w „Big Brotherze”? Między innymi. Poniosło mnie wtedy, jestem bardzo spontaniczna. Zapisałam się w pamięci widzów jako skandalistka, która uprawiała na ekranie seks w wannie. Ale tak naprawdę tam nie było nic obscenicznego ani jednoznacznego. Powiedziałam sobie wtedy, że widać muszę podtrzymywać tradycję skandali w rodzinie. Dużo mnie to jednak nauczyło. Nie chcę, żeby ludzie zapamiętali mnie jako puszczalską Frytkę. Postanowiłam być Agnieszką Frykowską – dorosłą kobietą, którą niełatwo zdobyć, studentką aktorstwa, dziennikarką telewizyjną. Powoli realizuję swoje plany. – Ciężko jest nosić nazwisko Frykowskich? Na pewno. Kiedy znalazłam się w „Big Brotherze”, przekonałam się, jaką siłę ma to nazwisko w środowisku filmowym. I jaki to zamknięty klan. Był taki moment, gdy kompletnie załamana, opuszczona zwróciłam się o pomoc do moich stryjecznych dziadków. Usłyszałam, że mój występ to był dla nich taki szok, że chcieliby zapomnieć, że należę do rodziny. Nie chcieli ze mną rozmawiać, „nie dzwoń do nas więcej”. Niedawno Kajetan Frykowski przeprosił mnie, cofnął tamte słowa. Ale wtedy zostałam skarcona, zlinczowana, ludzie mnie znienawidzili. A co ja takiego zrobiłam? Nikogo nie skrzywdziłam, żadnej żony, dzieci. Zadziałały hormony i tyle. Postanowiłam, że nigdy już o żadną pomoc nie poproszę. I że będę walczyć o siebie samą. – A czego oczekiwałaś? Wsparcia, na pewno nie pieniędzy. Jestem tak wychowana, że kobieta musi być niezależna. Nie umiem podejść do kogoś i prosić o pieniądze, nawet o pożyczkę. Niektórzy uważali, że powinnam...

Nasze akcje

Uwielbiasz taniec? Rozwijaj swoje umiejętności i dziel się nimi ze światem!

Partner
Newsy

Kosmetyki, które dbają o ciebie i planetę. Poznaj nową linię przeciwzmarszczkową Laboratorium Kosmetycznego Ava

Partner

Lubisz zieloną herbatę? Poznaj jej prozdrowotne właściwości

Partner

Słuchawki jak ekskluzywne kosmetyki? To możliwe z Huawei FreeBuds Lipstick

Partner
Newsy

Pierścionek zaręczynowy w codziennych stylizacjach. Sprawdź najmodniejsze zestawienia na jesień 2021

Partner
Kosmetyki Neboa
Newsy

Zadbaj o włosy w duchu eko. Jak duży wpływ na planetę ma zawartość naszych kosmetyczek? Będziesz zaskoczona!

Partner