Rozalia Mancewicz
Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Talents
Z życia miss

Rozalia Mancewicz: "Korona z głowy mi nie spadnie"

Rozalia Mancewicz
Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Talents

– Rozalio, bardzo trudno było się rozstać z koroną?
Rozalia Mancewicz:
Nawet nie przypuszczałam, że aż tak bardzo, choć przecież od początku wiedziałam, że będę musiała przekazać ją swojej następczyni. Przeżyłam wspaniały rok! No i zapisałam się na kartach historii konkursu Miss Polonia. Do końca życia zapamiętam tę przygodę.

– Ciekawe, że Twoja następczyni na tronie, Marcelina, jest do ciebie bliźniaczo podobna.
Rozalia Mancewicz:
Wiele osób mówiło, że jest podobna do mnie bardziej niż moje rodzone siostry (śmiech). Może to dowód, że Polacy lubią taką słowiańską urodę: blondynki z niebieskimi oczami.

– Pamiętam, jak przed wylotem na konkurs Miss Universe dziennikarz TVN24 zadał Ci pytanie: „Czym jest Polska?”, a Ty strasznie się męczyłaś z odpowiedzią.
Rozalia Mancewicz:
Jestem emocjonalna, a to był dopiero mój czwarty występ w telewizji na żywo. Każdy przeżywam, każdy mnie stresuje, bo nie jestem przyzwyczajona do kamer, występów publicznych. W pierwszej chwili miałam wrażenie, że źle zadał pytanie, i miałam tysiąc myśli w głowie. Może gdyby spytał: „Czym dla ciebie jest Polska?”. Nie ma co rozpamiętywać. Takie doświadczenia traktuję jak lekcje do odrobienia.

– A jak byś dziś na nie odpowiedziała?
Rozalia Mancewicz:
Tak jak każdy Polak, że  jest moją ojczyzną, moim miejscem na ziemi.

– Masz 24 lata i prawo do złudzeń. Zwłaszcza że świetnie Ci się w życiu wiedzie. Tytuł Miss Nastolatek zdobyłaś z aparatem na zębach i nadwagą.
Rozalia Mancewicz:
Był chyba rok 2004, gdy wyczytałam w gazecie, że odbędzie się casting w Białymstoku, na który pojechałyśmy z koleżanką w tajemnicy przed rodzicami. Była to wyprawa, bo mieszkałyśmy pod miastem, na wsi. Obie dostałyśmy się do finału, ale tylko ja przeszłam dalej, bo Natalii tata nie pozwolił.

– A Ty kiedy przyznałaś się rodzicom?
Rozalia Mancewicz:
Gdy wróciłam z castingu. Mama na to: „Jak chcesz, spróbuj swoich sił, to będzie fajna przygoda”.

– Wszystko mówisz rodzicom?
Rozalia Mancewicz:
Wszystko. Do dzisiaj. Rodzice mają do mnie zaufanie, wiedzą, że jestem czujna, rozsądna, nie robię głupot i woda sodowa do głowy mi nie uderzy. Czasami zwierzam się siostrom i naradzamy się: „Powiedzieć rodzicom czy ich nie martwić?”. Starszego brata to już nie dotyczy, bo ma narzeczoną i mieszka poza rodzinnym domem.

– Byłaś młodziutka, pisklę, co świata nie zna. Nikt się o Ciebie nie bał?
Rozalia Mancewicz:
Może i bał, ale rodzice nigdy nie dali mi tego tak bardzo odczuć. Raczej mi pomagali, wspierali. Mama zawsze  przywoziła i odwoziła mnie z prób. Towarzyszyła mi w dalekich podróżach, w drodze na eliminacje, ćwierćfinały, półfinały. Sama widziała, że jej córeczce nie dzieje się nic złego (śmiech). Nie wiem, skąd bierze się takie myślenie na temat konkursów piękności. Dla mnie to mity, choć ja mogę mówić tylko o swoich doświadczeniach. Miss Polonia to konkurs z tradycjami. Najbardziej prestiżowy i fair pod każdym względem. Nigdy nikt nie chciał zaciągnąć do łóżka ani mnie, ani innych dziewczyn, bo coś bym o tym słyszała. Każda z nas podpisuje bardzo rygorystyczną umowę z wieloma ograniczeniami, na przykład wyjście z hotelu podczas zgrupowania grozi dyskwalifikacją. Nawet rodzina nie mogła nas odwiedzać, a w hotelu były z nami same kobiety. Równie surowo było na konkursach za granicą, które przypominają coś na kształt „więzienia” i „klasztoru” (śmiech). Nawet spotkanie z rodzicami odbywało się pod ścisłą kontrolą.

– Jak się zachowują konkurentki? Naprawdę zawsze jest miło, różowo, sympatycznie?
Rozalia Mancewicz:
Tylko raz, przed samym finałem w Polsce, zginęły mi szpilki. Wszystkie miałyśmy identyczne, czarne, od sponsora, i przed samym wyjściem okazało się, że zostałam bez butów… Zdenerwowałam się, pięć minut do wyjścia, a tu taka „niespodzianka”. Nie podejrzewam, by mogła to zrobić któraś z dziewczyn, bo się naprawdę zakumplowałyśmy, ale nigdy nie wiadomo. Wpadłam w panikę. Bardzo mnie zaskoczyło, że koleżanka z Kielc wyciągnęła z torby swoje własne czarne szpilki, aby mi je pożyczyć. Wypchałam czubki watą, bo były dużo za duże, i wyszłam na scenę. Przyniosły mi szczęście.

– Bardzo ładny gest. W końcu konkurentka.
Rozalia Mancewicz:
Innych incydentów nie było, choć pamiętam, że rok wcześniej w konkursie międzynarodowym Holenderce zginęła suknia finałowa i musiała wyjść w zastępczej, wiadomo, już nie takiej ładnej… Ale to nieliczne incydenty.

– Od 22 lat, gdy Aneta Kręglicka została Miss Świata, a Ewa Wachowicz wicemiss Universum, żadna Polka nie dostała się do finału. Tobie też się nie udało w Rio de Janeiro.
Rozalia Mancewicz:
Komuś może to się wydawać nieprawdopodobne, ale polityka odgrywa swoją rolę nawet w konkursach piękności. Wtedy Polska  miała swój historyczny moment – był to rok 1989. Nie chcę tu umniejszać pani Anety Kręglickiej czy Ewy Wachowicz, bo bardzo je podziwiam i szanuję. W tym roku w Rio wygrała dziewczyna z Angoli, ale było wiele innych, olśniewająco pięknych i przygotowanych, które nie weszły do finałowej szesnastki. Jedno jest pewne – trzeba mieć charyzmę, osobowość nie tylko piękną buzię i ciało.

– Jak się czuje osobowość, gdy tysiące ludzi patrzy na jej pupę w kostiumie kąpielowym?
Rozalia Mancewicz:
Ja mam swój patent. Wyobrażam sobie, że jestem na plaży, gdzie nie trzeba się wstydzić ciała. Tym najbardziej skrępowanym pomaga pareo, bo regulamin je dopuszcza. Należy mieć dystans.

– Od czasu Miss Nastolatek, gdy wyglądałaś jak „Pyza na polskich dróżkach”, straciłaś sporo kilogramów.
Rozalia Mancewicz:
Raczej wyciągnęło mnie w górę, urosłam. Byłam pucołowatą nastolatką, ale z wiekiem wysmuklałam. Ograniczyłam słodycze, potrawy wysokokaloryczne, które uwielbiam.

– A których wiele na Podlasiu, bo to kuchnia niemal kresowa.
Rozalia Mancewicz:
Mnóstwo potraw z ziemniaków, kartaczy, babek ziemniaczanych. Zredukowałam je. A ponieważ w okolicy mamy piękne lasy, często biegam z psami.

– No i w gospodarstwie agroturystycznym rodziców chyba zawsze jest dużo pracy.
Rozalia Mancewicz:
Owszem, ale nikt mnie do pracy nie goni (śmiech), choć rodzice często mówią: „Korona ci z głowy nie spadnie”. Gdy wracam do domu, jestem wciąż tą samą Rozalią, więc staram się pomagać, a nie „siedzieć na tronie”. Mieszkamy osiem kilometrów od Białegostoku, w Pomigaczach. Mamy małe zoo: konie, lamy, alpaki, daniele. Poza tym  siedem hektarów ziemi, dwa budynki.

– Odkąd zostałaś Miss Polonia, gospodarstwo agroturystyczne Anny i Marka Mancewiczów ma więcej klientów?
Rozalia Mancewicz:
Więcej nie, ale podobno często pytają, czy Rozalia jest w domu. A ja, kiedy tylko nadarzy się okazja, mam trzy, cztery dni wolnego, jadę do rodzinnego domu z wielką przyjemnością.

– Przyszłaś na świat w Melbourne, nie w Białymstoku.
Rozalia Mancewicz:
W latach 80. dziadkowie ze strony taty wyemigrowali do Australii, a za nimi rodzice, którzy byli już po ślubie i mieli syna. Ja i Natalia urodziłyśmy się w Australii. Choć tacie się tam podobało, tęsknota mamy sprowadziła nas do Polski. Tata często odwiedza swoich rodziców, a my dzwonimy i piszemy do nich. Dziadkowie mają polską telewizję, więc dzwonią i mówią: „Ojejku, oglądaliśmy cię w telewizji”.

– Gdybyście zostali, startowałabyś w barwach Australii?
Rozalia Mancewicz:
Zdecydowanie nie, jestem Polką i nawet jakbym tam mieszkała, chciałabym reprezentować Polskę. W mojej rodzinie bardzo dużą wagę przywiązuje się do korzeni i tradycji.

– Studiujesz anglistykę, więc na szczęście podczas konkursu nie dukałaś po angielsku.
Rozalia Mancewicz:
Starałam się (śmiech). Nie wyobrażam sobie być na Miss Universe i nie mieć możliwości komunikacji. Gdybym się nie mogła porozumieć, czułabym się niekomfortowo. A tak wiedziałam, co się wokół mnie dzieje, udzielałam wywiadów, miałam dobry kontakt z organizatorami oraz pozostałymi uczestniczkami.

– Konkursy na najpiękniejsze to mnóstwo frajdy czy ciężka praca i stres, gdy w napięciu czeka się na kolejne eliminacje? Co się wtedy czuje?
Rozalia Mancewicz:
Na nerwy znalazłam własny patent: uruchamiam wyobraźnię. Bo konkursy to wszystko razem: przyjemność, ciężka praca i stres. Ten rok nauczył mnie, jak się pracuje, mimo zmęczenia, po kilkanaście godzin na nogach, cały czas się uśmiechając. W ostatnim tygodniu przed finałami w Sao Paulo spałyśmy po cztery godziny. Ja podczas finału finałów – żeby się nie denerwować – wyobrażałam sobie, że to jeszcze nie konkurs, jedynie próba generalna.

– A propos urody… Jesteś naturalna. Czy nie za bardzo? Ale tak szczerze. Dzisiaj można sobie zrobić milion zabiegów estetycznych.
Rozalia Mancewicz:
Niektóre dziewczyny, gdy schodziły na śniadania, były normalnymi dziewczynami z ulicy, a po dwóch godzinach, kiedy doczepiły sobie włosy, rzęsy, w pełnym makijażu, były kompletnie nie do poznania. W Wenezueli i Kolumbii konkursy piękności są tak popularne i wzbudzają takie emocje, jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. Fani szaleją, są w stanie zrobić wszystko, by dostać autograf. Totalne szaleństwo. Niektóre dziewczyny spędziły kilka miesięcy na farmach piękności albo w specjalnych szkołach dla miss, gdzie uczono je, jak robić makijaż, włosy, jak się ubierać, prezentować et cetera. Dużo dziewczyn z latynoskich krajów ma na koncie operacje plastyczne, co druga – powiększone usta, implanty w pośladkach, liposukcje brzucha i zrobiony biust. Ja tylko rozjaśniam włosy. To jedyna ingerencja.

– Przecież to jest chore. Czym innym są sztuczne rzęsy, które widać, czym innym sztuczny biust.
Rozalia Mancewicz:
Też mi się zdaje, że gdzieś powinna być granica tej „ingerencji w siebie”, często bardzo kosztowna nie tylko finansowo, ale również zdrowotnie. Patrzyłam na rozpacz niektórych dziewczyn, które nie dostały się do szesnastki, więc panikowały i płakały, bo tyle zainwestowały w swoje ciała.

– Kiedyś regulamin zabraniał na przykład wszczepiania implantów piersi.
Rozalia Mancewicz:
Teraz wszystko wolno, nie wiem, dlaczego. Powinni to zmienić, a dziewczyny „zrobione” niech startują w zupełnie innej kategorii na przykład w konkursach na Miss Plastiku (śmiech).

– Zawiesiłaś swoje studia na anglistyce?
Rozalia Mancewicz:
Tak, ale za rok planuję wrócić na dwuletnie studia magisterskie. Moja młodsza siostra również studiuje anglistykę, razem będziemy kontynuować naukę.

– A co poza tym?
Rozalia Mancewicz:
Na razie się waham, czy nie zostać w Warszawie i spróbować swoich sił w modelingu. Lecz i tak nie wiążę przyszłości ze stolicą i wrócę do siebie na Podlasie. Tam jest mój dom.

– A Ty ciągle o prozie życia i obowiązkach. Aż trudno uwierzyć, że nie masz ukochanego.
Rozalia Mancewicz:
Ależ mam! Poznaliśmy się z Kubą  tu, w Warszawie, w Bibliotece Uniwersyteckiej na Powiślu, dzięki wspólnej koleżance z Białegostoku. Kuba wypożyczał jakieś książki o kuchni molekularnej. Potem było drugie spotkanie, trzecie i… jesteśmy razem. Jakub jest mistrzem kucharskim, szefem kuchni, po studiach gastronomiczno-hotelarskich w Poznaniu. Może wspólnie zajmiemy się gastronomią, czas pokaże.

– Czyli znalazłaś swoją drugą połówkę?
Rozalia Mancewicz:
Miłość przychodzi znienacka, nigdy nie wiadomo, skąd i kiedy nas dopadnie (śmiech). Na to liczyłam i jak się okazuje, właśnie się doczekałam.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Talents
Stylizacja Maciej Spadło/Van Dorsen Talents
Fryzury Piotr Wasiński/Van Dorsen Talents
Makijaż Iza Wojcik/Van Dorsen Talents dla Avon
Produkcja sesji Piotr Wojtasik

Więcej na temat Rozalia Mancewicz wywiad
Przeładuj

Klaudia El Dursi jest faworyzowana w "Top Model"? Jurorka show odpowiada na zarzuty internautów

zobacz 01:04