Dziś, gdy te chwile są za nim, mówi: „Dla własnego dziecka oddałbym nawet serce. I nie ma co mówić o bohaterstwie, bo tak postąpiłby każdy ojciec”. Tylko Vivie! Przemysław Saleta opowiada o swojej decyzji i chorobie Nicole, która połączyła całą rodzinę.

- Ale napędził Pan wszystkim strachu.
Nie bardzo zdawałem sobie sprawę, że byłem w takiej sytuacji. Bo ja po prostu ją przespałem. Moi bliscy byli bezsilni, lekarze też. A ja spałem i nie wiedziałem, co się dzieje.

– A już czuł się Pan dobrze, już miał Pan wychodzić ze szpitala...
W środę 5 grudnia po operacji wybudziłem się i moje pierwsze słowa brzmiały: „No, to nereczka już pojechała do Nicole”. W czwartek powiedziano mi, że zaczęła działać. Poczułem się w euforii, że moja córeczka wyzdrowieje. Natomiast w piątek nastąpiło załamanie, ból, musiałem brać coraz więcej środków przeciwbólowych, i dalej już nic nie pamiętam. Byłem niby przytomny, rozmawiałem przez telefon, wysyłałem SMS-y, ale moja pamięć tego nie zachowała. W sobotę rano zabrano mnie na drugą operację – usunięcia krwiaka wewnętrznego, a potem nastąpiła niewydolność oddechowa. Tydzień od piątku do następnego czwartku był wyrwany z mojego życiorysu. Obudziłem się w innym miejscu, w innym czasie. Zdziwiłem się, że leżę na OIOM-ie.

– Rozmawiamy 17 dni po pierwszej operacji. Jeszcze nie doszedł Pan całkiem do siebie?
Byłem silniejszy, jak się obudziłem, ale później dostawałem leki odwadniające, które zabierają siły. Schudłem dodatkowo 10 kilogramów – ze 103 do 93.

– Taka ingerencja nie może minąć bez śladu. Organizm musi się odnowić. Brał Pan pod uwagę, że może zdarzyć się coś złego?
Nie brałem. Dziś operacja pobrania nerki jest rutynowym zabiegiem. Komplikacje zdarzają się raz na 70, 80 tysięcy przypadków. Akurat trafiło na mnie.

– Myśli Pan: „Mogłoby mnie już nie być”?
Nie rozpamiętuję, co by było, gdyby. Gdy podejmuję decyzję, już się jej trzymam. A z drugiej strony, jeśli zdarzy się coś ostatecznego, nie ma co nad tym ubolewać. Tak naprawdę to tylko, jeśli myślę o tym, co przeżyli bliscy i lekarze, czuję się nieszczególnie. Ale kto mógł przypuszczać, że się tak potoczy... Skaleczenia zawsze goiły się na mnie jak na psie. Myślałem: „Piątego grudnia pójdę na operację, ósmego wyjdę ze szpitala i wtedy zrobimy ten wywiad, który pani obiecałem.

– I podjął Pan decyzję oddania nerki bez żadnych rozterek, strachu, wątpliwości?
Nie było nad czym się zastanawiać. Taka była konieczność i już. To Ewa, moja była żona, dopytywała się, czy jestem pewien tego, co robię. Odpowiadałem: „Ewa, muszę to zrobić dla Nicole i koniec”.

– To tak, jak wejść na ring jako pewniak?
Mniej więcej. Sport nauczył mnie szybkiego reagowania i podejmowania wyborów. Ale tu wyboru nie było. Kiedy u Niki stwierdzono chorobę, zacząłem myśleć, jak ją ratować.

– Zachorowała prawie dwa lata temu?
Była wtedy u babci, podczas ferii. Jej ciocia – siostra Ewy – pracuje w laboratorium i podczas pobytów Niki zwykle robiła jej analizy krwi. Profilaktycznie. Najpierw pomyślała, że to jakieś urządzenie się zepsuło. Powtórzyła więc badania, bo wydawało jej się niemożliwe, żeby dziecko miało takie wyniki. Mocznik przewyższał już 300 procent, a norma jest 41. Zabrano Nicole do szpitala w Tomaszowie, potem od razu do Lublina. Bo to, niestety, nie była pomyłka. W Lublinie natychmiast położono ją na stół operacyjny, założono cewnik i zrobiono dializę, dzięki czemu przeżyła.

– Nikt nie zauważył jej choroby?
Nika zawsze dużo piła i dużo spała. Myśleliśmy, że po prostu tak ma. A w rodzinie nikt nie chorował na nerki, więc nie przyszło nikomu do głowy, że to objaw tak poważnego schorzenia. Wtedy od razu nam powiedziano, że uratować ją może tylko przeszczep.

– Pan od razu zaofiarował nerkę?
Mieszkałem wtedy w Stanach. Gdy Ewa zadzwoniła, że Nika jest bardzo chora, pomyślałem, że oddam jej swoją nerkę, gdyby była taka potrzeba. Ale Ewa chciała najpierw oddać swoją. I wszystkie badania robiono pod kątem przeszczepu nerki matki. Miał się odbyć 19 czerwca ubiegłego roku, ale tydzień wcześniej u Niki po biopsji wykryto tzw. łańcuchy nerkowe – bardzo rzadką chorobę. Przeszczep był w tym momencie niemożliwy. Musiano zrobić badania, jakich w Polsce jeszcze nie znano. Wszystkie próbki więc pojechały do Stanów i do Londynu. Te badania trwały wiele miesięcy. Kiedy w końcu orzeczono, że nie ma przeciwwskazań, powiedziałem, że to ja oddam Nicole nerkę, a nie Ewa, bo ja jestem silniejszy. I obie moje nerki pracowały równomiernie, tylko z pięcioprocentową różnicą. A normalnie u ludzi jedna nerka jest zawsze dużo słabsza niż druga. Wtedy przeszczepia się tę silniejszą. I człowiek zostaje ze słabszą. A gdyby się coś stało z tą jedną nerką?

– Lepiej nie myśleć.
Lepiej nie myśleć. Najpierw chciano przeszczepić Nice nerkę od martwego dawcy – tak byłoby najlepiej. Ale kiedy minister Ziobro wypowiedział się negatywnie o przeszczepach, w połowie lutego zaprzestano je wykonywać, bo ludzie przestali oddawać narządy swoich bliskich zmarłych. To przedłużyło wszystko, a szanse Niki spadły do zera. Wtedy ja stwierdziłem, że nie ma na co czekać i że oddam swoją nerkę. Zaraz po drugim czerwca zabrałem się za analizy. Wszystkie zrobiłem w ciągu tygodnia – prywatnie. W lipcu był strajk lekarzy, co przeciągnęło sprawę. Trzeba było jeszcze wykluczyć u mnie żółtaczkę typu B, którą podejrzewano, mimo że się szczepiłem. Na szczęście okazało się, że to płonne obawy.

– Kiedy ma się świadomość, że dziecko jest nieuleczalnie chore, trzeba chwytać się wszystkich możliwości?
To tak naturalne jak oddychanie. Zwłaszcza że wiadomo, iż z dializami można żyć najwyżej 10 lat. A dwa już zostały zabrane na przygotowywania do przeszczepu. Nika miała dziewięć wymian cewnika, sepsę, osiem narkoz w ciągu pół roku. Wiadomo więc, że dla własnego dziecka, które się kocha nad życie, trzeba zrobić wszystko. Jeśli jednak lekarze uznaliby, że przeszczep może zaszkodzić dawcy, nie byłoby mowy o transplantacji. To nie jest prywatna decyzja. Odetchnąłem więc dopiero, kiedy zebrało się konsylium lekarskie i zaakceptowało mnie jako dawcę.

– Ale to się dla Pana wiązało ze zmianą życia? Zawodu, upodobań, biologii?
Wie pani, ja sportu wyczynowego nie miałem zamiaru już długo uprawiać. Posiadając jedną nerkę, – dziś może to zabrzmieć zabawnie – niczego się nie ryzykuję. Statystki mówią, że dawcy nerki żyją dłużej niż ludzie z obiema nerkami. Po pierwsze – człowiek jest przebadany na wskroś, a po drugie – bardziej potem dba o siebie. Pomijając okres pooperacyjny, z niczego nie trzeba rezygnować – z chodzenia na siłownię, z niewielkich ilości alkoholu, z seksu.

– Jak Pana decyzję przyjęła rodzina? Mama? Dziewczyna?
Narzeczona Ewa kibicowała mi od samego początku. Natomiast rodzina… Mama trochę się bała, jak to mama. Ale rodzice mnie znają i wiedzą, że jak coś postanowię, to trzymam się tego i nikt nie może mnie odwieść od mojego zamiaru.

– Stał się Pan bohaterem narodowym.
Powiem szczerze: Nie czuję się nim, bo co ja tak naprawdę zrobiłem? Oddałem nerkę chorej córce? Każdy ojciec powinien zrobić to samo. Tymczasem w Polsce na tysiąc transplantacji, rodzinnych, nawet jeszcze przed wypowiedziami pana Ziobry, było zaledwie od 7 do 11. W Skandynawii na przykład jest ich 40 procent. Prawda jest taka, że przeszczepy rodzinne są najskuteczniejsze. Nerka od osoby bliskiej genetycznie łatwiej się adaptuje i dziecko może potem brać słabsze leki. Mam nadzieję, że te bariery psychologiczne zostaną teraz przełamane. Będę o to walczył.

– I tak pozostanie Pan wyjątkowym ojcem. Często ojcowie chorych dzieci nie tylko rozwodzą się z ich matkami i uciekają, ale w ogóle nie chcą pamiętać, że mają jakieś zobowiązania.
Ja też się rozwiodłem z Ewą, mamą Nicole, ale to nie ma tu nic do rzeczy. I Nika wtedy jeszcze była zdrowa. Jakby nie patrzeć, dziecko ma się na całe życie. A ja bardzo kocham Nicole i moje zachowanie powinno być standardem, a nie czymś niezwykłym. Gdyby trzeba było, oddałbym jej serce. Ale nie znoszę takich patetycznych deklaracji.

– Dał Pan jej życie i to nie jest patos. Rozmawiałam dziś z Nicole. Jest szczęśliwa i mówi: „Kocham cię, tatusiu”.
Choćby dla takich słów warto było to zrobić. Też czuję wielkie szczęście i ulgę, że na ileś tam lat będzie spokój. Optymistycznie – moja nerka starczy jej na 20 lat.

– A potem?
Ewa mówi, że trzyma swoją nerkę na zapas.

– Kiedy Pan zobaczył się z Nicole?
Wczoraj, czyli 21 grudnia. 16 dni po operacji. Rzuciła się, by mnie uściskać. I nie chciała zejść z moich kolan. Widać, że wiele przeżyła, przemyślała. Była córeczką mamusi. Lecz już w trakcie badań zaczęła otwierać się na mnie. Robiła się coraz bardziej rozmowna. Teraz mówi bez przerwy, jakby chciała nadrobić czas choroby. Ona ma prawie 14 lat i wiele rozumie.

– Pewnie zdaje sobie sprawę, że musnął Pan smugę cienia?
Nie wiem. Nie widziałem żadnych tuneli ani światełek. Ale w kontekście tej sytuacji parę spraw sobie przewartościowałem.

– Jak?
Że trzeba zwolnić, by nie żałować potem, że za mało czasu poświęciło się osobom, które się kocha. To był test dla ludzi blisko mnie. Ja wiedziałem, co jest warta moja narzeczona – Ewa. Ale teraz upewniłem się jeszcze bardziej. Zweryfikowałem też kilka przyjaźni. A z drugiej strony – nabrałem wiary w ludzi. Dostałem mnóstwo dowodów sympatii. Obcy ludzie modlili się za mnie w kościołach. Przysyłali dobre słowa. A Wedel zrobił dla mnie ogromnego Mikołaja z czekolady. Zostawiłem go na oddziale dla chorych dzieci. Piękny prezent na święta. Wszystkim chcę tu podziękować z całego serca. A głównie lekarzom, którzy walczyli o mnie. I pielęgniarkom. Naprawdę nie ma odpowiednich słów poza prostym: „Dziękuję”.

– Podobno żartujecie z Niką, że dostała od taty nerkę pod choinkę?
Już wcześniej żartobliwie pytałem ją, czy nerka jej wystarczy. Okazuje się, że nerka to za mało.

– Jest Pan teraz kochany do kwadratu. Pana kobiety – była żona i narzeczona – zaprzyjaźniły się.
Obie Ewy znały się wcześniej, ale to je zbliżyło. Gdyby ktoś popatrzył z boku, powiedziałby, jak to możliwe, że ktoś po dwóch rozwodach może mówić o poukładanej sytuacji. A jednak u nas wobec dziecka zawsze prowadzaliśmy wspólną politykę. A druga Ewa, moja narzeczona, mimo że ma dopiero 26 lat, potrafiła się w tym odnaleźć. Nie ma lepszego dowodu na to, że jest kobietą na dobre i na złe, chociaż nie zamierzałem jej aż tak testować.

Ewa Pacuła, mama Nicole:
Kiedy Przemek powiedział, że odda Nicole nerkę, bardzo się denerwowałam, bo wiedziałam, przez co będzie musiał przejść. Wielokrotnie zadawałam mu pytanie, czy jest przekonany o swojej decyzji. Ale był konsekwentny, a ja mogłam tylko odczuwać dla niego wielką wdzięczność. Teraz moje spojrzenie na Przemka zmieniło się. Ma on u mnie taki kredyt zaufania, że w dzień czy w nocy, gdyby zaszła taka potrzeba, zawsze będę dla niego, na jego żądanie, Nika też patrzy na tatusia z ogromną miłością. Gdyby coś mu się stało, musiałaby żyć ze świadomością, że poświęcił dla niej życie. To byłoby bardzo trudne.

Dziękuję więc opatrzności, że oszczędziła nam tak bolesnych przeżyć. Zadawano mi pytanie, czy to bohaterstwo, czy zwyczajna sprawa. Sądzę, że im bliżej operacji, taka zwykła decyzja staje się bohaterstwem, choć dla rodziców jest czymś normalnym. A teraz, gdy Nicole wraca do zwykłego życia, może wszystko jeść, może się bawić z koleżankami, nie śpi już tyle co w chorobie. Uważam, że Przemek postąpił jak bohater. Odzyskaliśmy zdrową córeczkę. Po feriach pójdzie do szkoły. Nie straciła ani jednego roku. Mamy więc w bilansie same zyski. A ja zyskałam dodatkowo przyjaciółkę, prawie siostrę, kogoś z rodziny, bo z Ewą Wiertel, narzeczoną Przemka, dzwoniłyśmy do siebie każdego dnia od rana do nocy. Zjednoczone w strachu o Przemka i uszczęśliwione, że jego nerka u Nicole działa jak nowa.

Ewa Wiertel, narzeczona Przemka:
Sama nie jestem jeszcze matką, ale uważam za naturalne, że rodzic powinien uczynić wszystko, by uratować swoje dziecko. Od początku więc utwierdzałam w tym Przemka. A podczas operacji trzymałam kciuki, aż mi palce bielały i byłam taka rozedrgana, że milimetr brakowało mi do płaczu i milimetr do śmiechu. A potem, już w piątek, czułam, że coś jest nie tak. W sobotę była u mnie młodsza córka Przemka – Nadia. Miałyśmy razem pójść do szpitala. Dostawałam jednak od niego niepokojące SMS-y. Pisał, że mnie kocha, ale że go bardzo boli. W sobotę rano napisał, że będzie miał drugą operację i że zadzwoni później. Zastanawiałam się, jak powiedzieć pięciolatce, że nie możemy iść do jej taty. Zawiozłam ją do znajomych i pojechałam do szpitala. Od razu stamtąd zadzwoniłam do Ewy Pacuły i do mojej mamy. Od tej pory była między nami gorąca linia. Lekarze z Centrum Zdrowia Dziecka dzwonili do kolegów z kliniki na Lindleya i przekazywali nam informacje. Ostrożnie dawali mu 50 procent szans na przeżycie i ostrzegali, że nie wiadomo, jak będzie funkcjonował jego mózg, gdy się obudzi. Największy kryzys miałam po drugiej operacji. Kiedy Przemek się obudził i zaczął sam oddychać, jeszcze bałam się zapeszyć. Ale teraz już go mam tutaj, w domu, i mogę dbać o niego. Chciałabym powiedzieć coś ważnego: Chociaż Nika nie jest moim dzieckiem, ani przez sekundę nie żałowałam tego, że namawiałam Przemka do przeszczepu. On mówi, że to ja mobilizowałam swoją energią lekarzy, żeby nie opuszczali rąk. Ale oni byli wspaniali. Uratowali go dla Nicole, dla Ewy. I dla mnie.


Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Jacek Poremba/SHOOT ME
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Julita Jaskółka.
Fryzury Konrad Kłos.
Produkcja Ela Czaja

Więcej na temat Przemysław Saleta