– To coś szczególnego być synem lekarza ginekologa?


Mając trzynaście, czternaście lat, mogłem śmiało asystować ojcu w różnych zabiegach ginekologicznych.
 
– Przy czym na przykład?


Przy porodzie.

– Dojrzewał Pan wtedy. Czy ta fascynacja ginekologią była podszyta młodzieńczym erotyzmem?


To był przede wszystkim zakazany owoc, czyli najbardziej pożądany.

– Znajomość ginekologii i położnictwa utrudniła Panu czy ułatwiła inicjację seksualną?


To była rewelacja! W okolicy był tylko jeden gabinet ginekologiczny – mojego ojca, więc wszystkie moje imprezy zaczynały się od oględzin gabinetu, każdy chciał zobaczyć, jak wygląda na przykład tak zwany samolot. A czy ułatwiło inicjację?

– Albo utrudniło.


Za dużo wiedzieć, to jest też niedobrze.

– Był Pan chłopcem, przed którym dziewczynka nie ma tajemnic?


Nie demonizujmy, wiedza książkowa, a randka z dziewczyną to jest zupełnie co innego.

– W Pańskiej rodzinie lekarzy, bo i brat profesor medycyny, nie jest Pan uważany za błazna?


Po skończeniu szkoły filmowej przez sześć lat nie miałem pracy. Po jakimś czasie moi rodzice dawali mi sygnały, że może jednak...

– …weź się synu za coś poważnego?


Tak.

- Byli natarczywi?


Czasem moje pomysły spotykały się z lekką drwiną czy niedowierzaniem, ale nikt mi nie mówił: Czyś ty oszalał?

– Ma Pan jednak brata, który robi poważną karierę naukową. Siadaliście do świątecznej kolacji i nie było znaczących spojrzeń na brata: Zobacz, a ty...


Nigdy, raczej mnie wspierali, nawet kiedy mijały lata, a ja wracałem bolszewicką nocą z zagranicy zarośnięty, z rudą brodą i z pięcioma dolarami. Mówili: To może się wyśpij, odpocznij.

– Czemu bolszewicką?


Mówię o pewnym stanie skupienia materii i ducha, które są w tej szerokości i długości geograficznej. Nasze komary tną, jakby ktoś nożem do pana rzucił. A komary na południu Hiszpanii są mniej bolszewickie. Ludzie mówią, że kochają te polskie cztery pory roku. Mogę to przyjąć do wiadomości, ale nie rozumiem, bo co jest fajnego w spacerze w Warszawie czy w Katowicach 17 listopada, kiedy pada i wszystko jest szare: twarze, pogoda, mentalność. To powoduje w ludziach niechęć, która czasami przeradza się w nienawiść i ksenofobię. Oczywiście nie jest to tylko wina pogody.

– Może to jest to, co możemy dać światu?


Jestem tym zrozpaczony i wstyd mi za to.

– Gdyby Pan miał wybrać sobie inne miejsce życia, to...


Barcelona i Nowy Jork. Cokolwiek się tam robi, ktokolwiek to robi, jakkolwiek to robi, jest przyjmowany jako dziwak, ale na swoim miejscu.

– Pan w Polsce czuje się skrępowany?


Jestem po prostu człowiekiem uzależnionym od podróżowania i stąd moje fascynacje innym światem. Polska jest miejscem naprawdę w jakimś sensie fenomenalnym przez nieprzewidywalność, możliwości rozbłyśnięcia jakiejś gwiazdy: Adam Małysz, kompozytorzy, malarze.

– To się przydarza każdemu krajowi.


Tylko u nas jest to wynik zbiegu przeróżnych przypadków, bo nie ma u nas na przykład szkoły skoków narciarskich, a jest Małysz.

– Czyli u nas jest cud, a nie statystyka.


To jest fenomenalne. Natomiast przerażają mnie u nas, szczególnie w tej chwili, niedobre emocje w ludziach, niezadowolenie, nienawiść, głupota, chamstwo, niekompetencja, ksenofobia, rasizm. Trzeba chyba kilku pokoleń, żebyśmy stali się krajem europejskim. Kiedy zacząłem pracę w serialu „Kasia i Tomek”, dziennikarze zadawali pytania, a raczej dawali wyraz swojemu oburzeniu. Mówili: Przecież takiej Polski nie ma, tak ludzie nie żyją! Problemy, które wy poruszacie, nie istnieją w polskich domach. Tu jest bieda! Przyjąłem to spokojnie i pytałem ich po kolei: Gdzie pan był ostatnio na wakacjach? A... w Hiszpanii. A pan? W Chorwacji. Pan? W Stanach. Wszyscy byli za granicą. Pytam, czy mają dzieci, gdzie się uczą te dzieci i usłyszałem: moje w szkole społecznej, moje w prywatnej, a moje za granicą. Jest taki paradoks w mojej branży, że decydenci obniżają poprzeczkę. Zawsze jest fajniej zrobić historię o bezrobotnym, o kobiecie, która urodziła dziecko i nie ma na kaszankę, niż o fantastycznie zdolnym pianiście. Problem nie polega na tym, że nie można robić o kaszance. Tylko potrzebna jest niebanalna anegdota. U nas, jeżeli ktoś jest bogaty, to musi być szczęśliwy, a biedny jest nieszczęśliwy. Jest po prostu różnie.

– Ale jesteśmy też krajem, gdzie się zdarzają cuda. W świecie filmowym czy aktorskim też są takie cuda? Pan jest cudem?


Ja w ogóle się nie czuję aktorem. Jestem człowiekiem, który ma szansę – wspaniałą, genialną – wykonywać coś przed kamerą. Są oczywiście osoby, wzorce: pan Hackman, pan Pacino.

– Ale tutaj, w Polsce! Niech Pan odpowie jako widz.


Człowiekiem utkanym z innej tkanki był Kobiela, Czyżewska, polska Romy Schneider. Dziś też są takie osoby, tylko ich nie widzę.

– Nie jest Pan aktorem, więc kim?


Chciałem być reżyserem, ale kiedy zdawałem na reżyserię po wydziale aktorskim, dowiedziałem się od jednego z profesorów, że reżyserem nie może być aktor. Odpowiedziałem: No faktycznie, Clint Estwood, Woody Allen, Chaplin... Myślałem, że ludzie starsi ode mnie są mądrzejsi, a wtedy dowiedziałem się, że niekoniecznie.

– A może Pan po prostu gubi czas? I równie dobrze mógłby robić Pan coś innego.


Nie, jestem związany z tym magicznym miejscem, gdzie stoją lampy, kamera, gdzie wszyscy na siebie krzyczą. Mógłbym być kimś innym, gdyby życie mnie przydusiło. Byłem kelnerem, handlowałem patelniami, nożami, byłem kierowcą ciężarówki, kopałem rowy, odrestaurowywałem domy.

– Jakie patelnie Pan sprzedawał?


Kiepskie, chińskie, gięły się strasznie. Byłem takim komiwojażerem, który wchodził w krawacie: puk, puk, dzień dobry – robiłem przedstawienie, wyciągałem z teczki patelnię albo noże. Najczęściej słyszałem: Precz! Ja na to: Do widzenia, polecamy się, i tak dalej.

– Czyli wstawiał Pan ludziom kit.


Nie, sprzedawałem towar, mówiłem o wszystkich najfajniejszych zaletach tego nędznego produktu.

– Kiedy Pan był kierowcą ciężarówki, wsiąkł w „tirowską” kulturę?


To było na początku lat 90., kupiliśmy z przyjacielem dwie ciężarówki w Holandii, ja byłem kierowcą. Ale nie wsiąkłem w subkulturę kierowców, raczej starałem się wdusić gaz i jechałem bezpośrednio do celu.

– Kiedykolwiek wsiąkł Pan w jakieś środowisko?


Nigdy nie należałem do żadnej ani subkultury, ani organizacji. Chciałbym należeć do jakiegoś takiego kółka zdrowego rozsądku.

– Nie ma.


Kocham przebywać z ludźmi, którzy cokolwiek kreują, chociaż ogródek, i robią to z pasją. Gotują, malują obrazy, budują domy, szyją, robią buty.

– Pan ma wrażenie, że coś naprawdę robi, że to jest coś podobnego jak malowanie?


Jeżeli miałbym myśleć o sobie, że robię ważne rzeczy i chcę coś ludziom powiedzieć, to byłbym skończonym debilem.

– Nie chce Pan nic światu od siebie powiedzieć?


Nie. Ale jeżeli się uda ludziom choćby poprawić nastrój na pięć minut, to gra jest warta świecy.

– Nic ważnego nawet w ostatnich słowach przed śmiercią?


Nie chcę się stać bohaterem znanego żartu o tym, dlaczego trzeba się ożenić.

– Nie znam.


Rodzina mówiła facetowi: Musisz się ożenić. On pyta: Dlaczego? Oni na to: Kiedy będziesz umierał, żona poda ci szklankę wody, ktoś przy tobie będzie. No to się ożenił. I umiera. Przychodzi żona i pyta: Chcesz się napić wody? A on na to: Nie chce mi się pić.

– Panu może żona by się przydała za życia. Leżałaby z Panem w łóżku, też w te częste noce, kiedy nie może Pan zasnąć.


To jest, niestety, prawda. To, że nie mogę zasnąć.

– Jak to jest? Patrzy Pan w sufit, czyta książkę, ogląda telewizję?


Próbowałem wszystkiego.

– Alkoholu?


Próbowałem wszystkiego.

– Tabletek?


Próbowałem wszystkiego.

– I co?


I leżę, potem prysznic i do roboty.

– A kobiety? Ich obecność nie usypia?


Bywa różnie. Nie ma antidotum.

– Próbował Pan dociec, dlaczego tak jest, sam albo z lekarzami?


To jest niepokój, który mam w sobie. On nie mija z wiekiem i się nie pogłębia. Tak jest od osiemdziesiątego piątego roku. Byłem na pierwszym roku studiów, kiedy się zaczęło.

– To może być lęk przed śnieniem?


Nie, uwielbiam śnić i zawsze śnię „naprawdę”. Sen to tak samo ważna część życia jak jawa.

– Umie Pan przedłużać sny?


Kiedy byłem małym dzieckiem, to nawet umiałem zaprogramować, co mi się przyśni. W snach są przekazy, przez nie działa daleko posunięta intuicja. Zdarzało mi się śnić o rzeczach, które potem miały miejsce.


– Bał się Pan tego?


Nie, ale zawsze mam wtedy potrzebę sprawdzenia, dzwonię do tej osoby i mówię o tym, bardzo dużo mówię.

– Rozumiem, że śpi Pan w dzień, żeby mieć sny?


Mam naprawdę poważny problem ze spaniem, więc wgryzłem się w ten temat. Są przeróżne fazy snu, inne w dzień i inne w nocy. Nie jestem w stanie spać w nocy, a kiedy jestem totalnie zmęczony o godzinie dwunastej lub siedemnastej, to zapadam w coś, co trwa na przykład trzy minuty. Kiedyś jeden człowiek mądrze mi powiedział: Może ty nie potrzebujesz długo spać.

– Absorbuje Pan tym swoim niespaniem innych ludzi?


Nigdy tego nie robię. Nigdy nie proszę ludzi o pomoc.

– Jest w Panu coś nadzwyczajnego?


Jestem pospolity do bólu. Przede wszystkim jestem nudny, upierdliwy, bo bez przerwy mówię o tym samym.

– Wierzy Pan, że coś nadzwyczajnego jeszcze się w Panu obudzi.


Nie, mam przyziemne marzenia. Żeby być zdrowym, dobrze jeść, mieć dużo czasu na odpoczynek. Jestem leniwy i wszystkie rzeczy robię dlatego, żeby je szybko zrobić i mieć więcej wolnego czasu. Mam zresztą taką szatańską teorię, że rozwój cywilizacji wypływa z lenistwa, bo kiedyś na przykład ktoś pomyślał: „Dlaczego mam iść pieszo, jak mogę wymyślić rower? A jak jadę rowerem i męczę nogi, to trzeba wymyślić samochód”.

– Gdybyśmy przyjęli tę teorię, finałem cywilizacji byłaby...?


…telepatia, która robi za nas wszystko, a my sobie sączymy koktajl, siedząc nad morzem.

– Nie brakuje Panu w sobie odrobiny szaleństwa?


Jeszcze?!

– Usłyszałem deklarację, że Pan jest szalenie normalny.


Ale co to znaczy szaleństwa?

– Zatracenia.


W czym?

– W czymkolwiek. Pan mi wygląda na takiego człowieka, który nie potrafi się w niczym zatracić. To zaleta, ale i potworna wada.


Ludzie mówią, że jestem zdystansowany. I wolę być zdystansowany, niż wierzyć w to, że jestem wyjątkowy.

– Mówię o zatraceniu nie w poczuciu własnej wielkości, zatraceniu w narkotykach, w miłości, w podróżach.


Jestem ewidentnie uzależniony od podróży. I są takie rzeczy, które tak na mnie działają, że mogę to robić non stop.

– Jakie?


O tym powinienem raczej rozmawiać z psychiatrą, a nie z panem.

– Psychiatrzy to przeczytają i może się odezwą.


Mogę bez przerwy patrzeć na ogień, na nagą kobietę i na morze. To mnie wprawia w fantastyczny nastrój.

– Letarg?


Nie, wtedy „prądy idą w ziemię”.

– I kiedy jest Pan z jakąś kobietą, to Pan ją prosi, żeby...


Wszyscy prosimy, ale nie zawsze się udaje.

– Żeby ona była naga, bo Pan chciałby patrzeć?


To by było strasznie przedmiotowe potraktowanie tego cudownego bytu. Kobieta, to boskie piękno, nie nudzi się.

– Czyli ogień, kobietę i morze łączy to, że nie nudzą?


Tak.

– Gdyby się Panu nie przytrafiła przygoda z aktorstwem, to z Pańskimi cechami byłby Pan dzisiaj tylko zgorzkniały. Łatwo jest żyć tak, jak Pan mówi, według tych zasad, jak jest sukces, chcą Pana, płacą...


Sukces to są Rollingstonesi, ja jestem aktorzyną.

– Aktorzyna Wilczak chce czegoś więcej?


Chcę po prostu robić rzeczy coraz fajniejsze.

– Na czym ta fajność ma polegać?


Chcę robić rzeczy, które są godne tego, żeby się im poświęcić. Ale to jest cholernie trudne.

– Już Pan się pogodził z tym, że będzie sam do końca życia?


Nie, chyba nie.

– Ale powoli już ta świadomość powinna zacząć docierać.


Powoli, powoli.

– Bałby się Pan takiej perspektywy? Czy raczej to byłoby dosyć dla Pana naturalne?


Mam 43 lata, więc naturalnie to powinienem mieć już dwójkę dzieci.

– Ale ich nie ma. Pan, moim zdaniem, jest takim człowiekiem, który raczej wybierze samotność, będzie miał przygody, dłuższe, krótsze, zauroczenia, ale...


Chcę głęboko wierzyć w to, że tak nie jest.

– Dlaczego chce Pan w to głęboko wierzyć?


Bo widzę bardzo dużą siłę i sens posiadania potomstwa, rodziny.

– Jaki sens?


Dopełnienia. Oczywiście nie każdego, jestem najdalej od stwierdzenia, że trzeba koniecznie mieć dzieci. Być może strasznie się mylę, co pokazuje najbardziej antykoncepcyjny program w telewizji TVN, czyli „Superniania”. To są rzeczy przerażające.

– Pan lubi mówić o dzieciach.


Uwielbiam z nimi przebywać, tylko oczywiście boję się na przykład, że mi kaszkę zwymiotują na czoło.

– To byłaby straszna przyszłość, gdyby Pan dożył swoich lat bezpotomnie?


Nie, ten lęk zaczyna słabnąć i mam coraz częściej coś takiego, że myślę: No i cóż...

Rozmawiał: Piotr Najsztub
Zdjęcia Marta Pruska/Makata
Stylizacja Alicja Werniewicz
Charakteryzacja Beata Milczarek/Metaluna

Więcej na temat Paweł Wilczak